PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
"Tu i Teraz"
Autor Wiadomość
Kynokephalos 
Moderator
Członek Kapituły Samochodzikowej Książki Roku



Pomógł: 118 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6468
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2022-11-20, 21:50:12   "Tu i Teraz"

„Tu i Teraz” był to tygodnik wymyślony przez Kazimierza Koźniewskiego, zorganizowany przez niego we wczesnym okresie stanu wojennego. Pierwszy numer ukazał się 2 czerwca 1982 roku.

Biorąc pod uwagę ten okres nie można dziwić się, że twórcy starali się przyciągnąć do współudziału jak największą liczbę publicystów - tych, którzy z przyczyn koniunkturalnych, z poczucia bezsiły lub w dobrej wierze zgadzali się udawać, że może istnieć platforma swobodnej wymiany myśli (nazywana nawet przez Koźniewskiego „owocem fermentu”), i że najrozsądniej jest dostosować się do sytuacji obiektywnie panującej „tu i teraz”. Każde pozyskane rozpoznawalne nazwisko przydawało wiarygodności tej kontrolowanej przez rząd inicjatywie.

Zgromadzono więc aż 27 osób (dla zainteresowanych - lista poniżej) a chęć autorskiej współpracy zadeklarowała ponoć setka. Wśród stałych członków redakcji znalazł się Zbigniew Nienacki, któremu powyższy pogląd na rzeczywistość był chyba bliski.

Poziom materiałów i dyskusji w dziedzinach wyliczonych w nagłówku każdego numeru - literatura, kultura, sztuka, nauka, historia - był rzeczywiście dobry, choć w pewnych narzuconych granicach. Olbrzymie (53 × 37 cm) płachty przypominały „Trybunę Ludu” nie tylko formatem lecz również mottem: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. Plena KC PZPR i podobne polityczne wydarzenia były wiernie śledzone i komentowane, poważnie i z estymą. W sferze ideologicznej na wolnomyślicielstwo nie było miejsca.
Nasze pismo (...) grupuje i pragnie grupować ludzi o określonym światopoglądzie: materialistycznym. I o określonej postawie ideowej: socjalistycznej. I o określonym celu: pragniemy przyczyniać się do umacniania i rozwoju państwa zwanego Polską Rzeczpospolitą Ludową, a nie do jego destrukcji (...)" - pisał Koźniewski w pierwszym wstępniaku.

***

Jak wspominał później Klemens Krzyżagórski: „faktycznie jednak pismo czyniła mniejsza liczba autorów i redaktorów.Zbigniew Nienacki, jak się okazało, należał właśnie do tych mniej aktywnych.

W zamierzeniu miał prowadzić własną kolumnę „Listy z Jerzwałdu”, do której pisał felietony początkowo raz w miesiącu, potem jednak rzadziej (razem było ich 5, a ostatni pojawił się w styczniu 1983 roku).
Przypuszczam, że jego rola redaktora, oficjalnie członka zespołu pisma, była niewielka lub żadna. Odniosłem wrażenie, że jako publicysta miał własne zainteresowania i cele na których się skupiał, natomiast niechętnie zajmował się innymi, ważnymi dla kierujących redakcją. Mimo to - oprócz „Listów z Jerzwałdu” - opublikował tam trzy inne, większe teksty (jeden z nich wywołał żywą dyskusję na stronach „Tu i Teraz” a nawet na innych łamach) i dwukrotnie włączył się w polemiki wokół artykułów innych autorów.

Ostatni tekst Nienackiego dla „Tu i Teraz” powstał w październiku 1983, a na liście członków redakcji pisarz figurował do numeru 6 (z 8 lutego) 1984 roku.

Ostatni numer „Tu i Teraz” wyszedł 29 maja 1985 roku (czyli niemal równo po trzech latach od powstania), lecz już w następnym tygodniu zastąpił je nowy tygodnik „Kultura” ukazujący się - tak samo jak poprzednik - w środy.

Pozdrawiam,
Kynokephalos

=======================================================================================
W stopce redakcyjnej w pierwszym okresie działania „Tu i Teraz” widnieli: *Kazimierz Kożniewski - naczelny, *Jan Koprowski - zastępca naczelnego, *Zbigniew Safjan - zastępca naczelnego, *Władysław Tybura - sekretarz redakcji, *Andrzej Jonas - zastępca sekretarza, Jerzy Adamski, *Agnieszka Baranowska, Jerzy Bajdor, Wacław Biliński, Wiesław Górnicki, Stefan Kozicki, *Teresa Krzemień, Klemens Krzyżagórski, Eryk Lipiński, Ryszard Liskowacki, *Aleksander Minkowski, Zbigniew Nienacki, *Zbysław Rykowski, *Ewa Sabelanka, *Jan Zbigniew Słojewski, Stanisław Stanuch, Wanda Sękowska, Andrzej Wasilewski, Marek Wawrzkiewicz, Wiesław Władyka, Stanisław Zieliński, *Leszek Żuliński. (*Gwiazdką zaznaczyłem aktywnych kontrybutorów).
Pisywali między innymi: Halina Auderska, Roman Bratny, Jan Himilsbach, Zygmunt Kałużyński, Janusz Korwin-Mikke, Szymon Kobyliński, Zygmunt Lichniak, Longin Pastusiak, Stanisław Podemski, Janusz Przymanowski, Adam Schaff, Jerzy Urban, Paweł Wieczorkiewicz, drukowano teksty Zbigniewa Załuskiego.
Tłumaczono znanych autorów zagranicznych, jak: Michaiła Bułhakowa, Roalda Dahla, Fredericka Forsytha, Sylvię Plath.
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2022-12-13, 02:36, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Członek Kapituły Samochodzikowej Książki Roku



Pomógł: 118 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6468
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2022-11-21, 22:48:13   Listy z Jerzwałdu - "O piersiach prawdziwych"

Tematyką, która najbardziej zajmowała Nienackiego w jego publicystyce w „Tu i Teraz” była, ogólnie mówiąc, kondycja literata tam i wtenczas. Jest w tym trochę autotematyzmu, który zresztą niektórzy jawnie pisarzowi zarzucali, szczególnie w okresie sporów wokół „Skiroławek”. Niemniej widać też, że Nienacki miał ambicje wykraczające poza dzielenie się swoimi doświadczeniami. Chciał być obiektywny i naukowy, być na bieżąco ze współczesnymi odkryciami, które go frapowały.

W pierwszych felietonach (a jeszcze bardziej w swoim eseju o którym tu wspomina i który warto przytoczyć w osobnym wątku: https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?t=6198) najlepiej widać zainteresowanie psychoanalizą, psychologią i pośrednio - medycyną, zrozumienie zagadnień, oraz chęć twórczego wprzęgnięcia nowoczesnej wiedzy o człowieku w proces budowania literackich postaci i sytuacji. Jako zawodowy pisarz i jednocześnie adept-amator nauk psychologicznych widział tu swoją niszę, dziedzinę w której mógłby wnieść (przynajmniej na polski rynek) coś oryginalnego.

Brakowało mu bazy formalnego wykształcenia, ale w głębi duszy chyba w większym stopniu pasował do obozu „przyrodoznawców” niż sam mówi to o sobie w tym liście z Jerzwałdu.

Pozdrawiam,
Kynokephalos

=======================================================================================
Listy z Jerzwałdu

O piersiach prawdziwych

Zbigniew Nienacki
„Tu i Teraz” nr 2, 9 czerwca 1982, str. 13.

Oj, niedobrze, panie Redaktorze, bardzo niedobrze, dzieje się u mnie na Mazurach. Pewna młoda lekarka weterynarii z sąsiedniej gminy chciała koniecznie poznać jakiś literacki „owoc zakazany”, więc pożyczyłem jej „Kompleks polski” mojego ulubionego pisarza, Tadeusza Konwickiego. Aliści już na drugi dzień zajechała ona pod mój dom z furią i piskiem opon, (ma chyba dodatkowy przydział benzyny), i niemal rzucając mi tę książkę na stół, oświadczyła:

— Miał to być owoc zakazany, a pan mi dał jakąś ramotę. Przeczytałam zaledwie do 102 strony.

— Pani się myli. Osobiście widziałem i słyszałem jak różne panienki w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu radośnie ćwierkały o tej książce, cmokały, nadobnie kręciły kuperkami. To na pewno owoc zakazany.

— Niech pan sam przeczyta na stronie 102: „Widzę przed sobą łagodne wzniesienie jej piersi ze skurczonymi chutliwie sutkami”.

— No i co? — zapytałem ostrożnie.

— A to, że jej sutki chutliwie się kurczą, a mnie powiększają. W każdym podręczniku medycyny znajdzie pan informację, że u podnieconej kobiety następuje erekcja brodawek o 0,5 centymetra do 1 centymetra w wymiarze podłużnym i od 0,25 do 0,5 centymetra w wymiarze poprzecznym u podstawy. U tych zaś co nie karmiły piersią brodawki powiększają się o jedną piątą lub jedną czwartą swej pierwotnej objętości. Popatrzcie państwo, a jej się „chutliwie kurczyło”. Rozumiem, że ktoś nie lubi pewnych rzeczy robić przy pełnym świetle, ale są przecież odpowiednie książki naukowe...

— Ba. Dziś nikt nie ma zaufania do nauki... bąknąłem.

— Albo niech pan przeczyta, co on pisze nieco wyżej na tej samej stronie: „Obejmuję piersi pełne życia, piersi prawdziwe, piersi z erotycznych snów, jakie kiedyś nosiły kobiety w latach mojej młodości”. To niby teraz kobiety nie mają piersi pełnych życia i w ogóle ich nie noszą? Teraz są piersi „nieprawdziwe”? Gdyby pan widział moje piersi...

— Hm — chrząknąłem z zakłopotaniem, a ona westchnęła:

— Wszystkim wam, pisarzom, brakuje odrobinę dobrej woli. Tamtemu nie chciało się zajrzeć pod kołdrę albo do książek naukowych, a panu w ogóle niczego się nie chce. Tamten autor zrobił na mnie wrażenie duchowego starca, co to mu się z racji wieku wydaje, że woda ma inny smak niż ongiś, dzieci są mniej grzeczne niż kiedyś, pogoda nie ta co dawniej, kobiety gorzej się oddają niż dawniej. I nawet prawdziwych piersi nie mają. Taki facet odbiera cały świat jako jedną wielką katastrofę. Oczywiście, jest ten kryzys energetyczny, a u nas w ogóle kryzys i nawet perfum dostać nie można. Ale dla młodych ludzi pocałunek ma wciąż ten sam gorący smak, miłość tak samo wydaje się ciekawą i odkrywczą, pogoda piękna, choć pada śnieg z deszczem. A tak, między Bogiem a prawdą, po tych lekturach, którymi mnie pan raczy, doszłam do wniosku, że czytelnicy stają się coraz mądrzejsi, a pisarze coraz głupsi. Co wezmę książkę do ręki, to znajduję jakieś głupstwo, sprzeczne z tym czego się uczyłam. Czy oni te swoje książki po prostu ssą z palca? Nie wymagam od pisarza, żeby odróżniał genotyp od fenotypu, ale erekcję brodawek mógł zauważyć, no nie?

Powiedziałem jej, że obecni pisarze programowo gardzą nauką, która ich zdaniem się skompromitowała, cenią sobie wszelką ignorancję, twórczą intuicję i opierają się jedynie na własnym doświadczeniu. Wszystko inne jest ich zdaniem kamuflażem, manipulacją, mydleniem oczu.

Tomasz Mann — mówiłem powołując się na Maciąga — był prawdopodobnie ostatnim wielkim pisarzem, który w swojej osobie godził talent, znajomość kultury i dostępną w tamtych latach wiedzę o człowieku. Od jego czasów nauki poczyniły tak ogromne postępy, tak bardzo się wyspecjalizowały, że dla humanisty, (a takim jest przeważnie każdy pisarz) objęcie umysłem wiedzy o świecie i człowieku wydaje się niemożliwe. A stąd tylko mały krok, aby nawet nie silić się na zgłębienie tajemnic świata. W dziewiętnastym i na początku XX wieku ludzie wierzyli, że naukowy postęp rozwiąże wszystkie problemy ludzkości. I przyszło rozczarowanie, kryzys energetyczny, plaga najrozmaitszych chorób, zanieczyszczenie naturalnego środowiska. Oczekuje się od nauki ratunku przed zagładą, ale zarazem tę samą naukę oskarża o wszystkie dolegliwości i niebezpieczeństwa zagrażające światu. Jak powiada Konrad Lorenz, laureat Nagrody Nobla i twórca nowoczesnej etologii w swej książce „Odwrotna strona zwierciadła” — powstały dwa wrogie i pilnie strzeżone obozy — „obóz przyrodoznawców” i „obóz humanistów”. Między tymi obozami wyrósł mur, który wydaje się nie do przebicia. Jedni nie chcą wiedzieć o tym, co robią drudzy, i na odwrót. W „obozie humanistów” panuje zakamieniały od lat ten sam chaos, raz ustalone wartości nie są rewidowane i zmieniane, co daje poczucie bezpieczeństwa. Na przykład, przeszło 20 lat temu w kawiarni na Krakowskim Przedmieściu ustalono, kto jest pisarzem największym, kto mniejszym, a kto malutkim, kto jest niemal wieszczem a kto podlecem, kto jest Żydem a kto Żydem nie jest, i nikt nie ośmiela się niczego zmieniać. Natomiast w „obozie przyrodoznawców”, co jakiś czas z pewników czyni się hipotezy, a hipotezy stają się pewnikami, raz po raz obala się rozmaite teorie i autorytety. Ale to zamiast budzić szacunek, wywiera wręcz odwrotny skutek. Jak powiada mój sąsiad: „Naukowcy to głupcy, panie. Kiedyś mówili, że szczaw jest zdrowy, potem, że szkodzi, później znowu, że zdrowy, a teraz dowiedziałem się z radia, że znowu szkodzi. Najlepiej słuchać mojej babki. Ona jadła szczaw i żyła dziewięćdziesiąt osiem lat”. Nieustanne poszukiwania naukowców budzą ludzką irytację, bo ludzie nie wiedzą, czego w końcu mają się trzymać, jakim teoriom wierzyć. Pragną czegoś stałego, gdyż to daje im poczucie bezpieczeństwa i pewności siebie. Dlatego bardzo wielu pisarzy w sposób demonstracyjny gardzi osiągnięciami przyrodoznawstwa, puszy się swoją ignorancją z każdej dziedziny poza humanistyką, tworzy kwiatki w rodzaju „chutliwie skurczonych sutek”. I nic nie pomoże podsuwanie im podręczników anatomii czy medycyny, bo oni mają gotową odpowiedź: „ja to w ten sposób widziałem i w ten sposób przeżyłem, koniec, kropka”.

— A pan do jakiego obozu należy? — zapytała mnie dociekliwie.

— Oczywiście do humanistów — wyprężyłem się dumnie. Ale zaraz dodałem — Niekiedy, w ciemną noc, po cichuteńku zakradam się do przyrodoznawców, przed świtem jednak umykam, żeby mnie jakiś krytyk nie zauważył. Skutki tych wypraw bywają fatalne. Napisałem kiedyś esej pt. „Czy schizofrenizacja literatury”, w którym zaproponowałem, aby do badań utworów literackich zastosować nowe instrumenty przyrodoznawcze, z pogranicza medycyny i humanistyki, coś z psychiatrii i coś z psychoanalizy. Gdzie tam. Natychmiast się połapali, że jestem zdrajca. Cztery pisma literackie odpisały: „nie skorzystamy”, aż dopiero „Miesięcznik Literacki” ulitował się nade mną. Było to sześć lat temu, proszę pani. Na szczęście są kolejni zdrajcy. Tym razem „Pamiętnik Literacki” rocznik LXXII, zeszyt 4 z 1981 roku, (teraz jednak dopiero rozpowszechniany), opublikował przekłady aż sześciu esejów poświęconych zagadnieniu przydatności psychoanalizy w badaniach literackich. Są to: Frederich Crews „Czy literaturę można poddać psychoanalizie?”, Yvon Belaval „Psychoanaliza, literatura, krytyka”, Simon Lesser „Funkcja normy”, Norman Holland „Interpretacja literatury a trzy fazy psychoanalizy”, Jean Bellemin-Noël „Jak psychoanalizować sen Swanna?", Jean-Pierre Vernant „Edyp bez kompleksów”. Jak z tego widać ani jednego polskiego literaturoznawcy, bo też cóż oni w tej dziedzinie mają do powiedzenia? Mógłbym zapytać redaktorów „Pamiętnika Literackiego”, czemu wybrali takie a nie inne nazwiska, takie a nie inne teksty, bo nasuwa mi się podejrzenie, że psychoanaliza nie błyszczy w tym numerze tak jak powinna i jak może zabłysnąć. Brakuje mi przede wszystkim którejś z podstawowych prac Brunona Bettelheima czy Philipe'a Arlesa, bo one być może powinny być drukowane na początku. Ale i tak dobrze się stało, że się w ogóle stało. Co ciekawe — owe przekłady dotyczą publikacji sprzed kilku a nawet kilkunastu lat. Aż dziwne, skoro się weźmie pod uwagę, że nasi krytycy literaccy tak są wrażliwi na wszelkie nowinki z Zachodu. Owszem, tylko jakoś skrzętnie pomijali milczeniem to, co na Zachodzie stało się niemal ogólnie przyjęte — a więc psychoanalizowanie literatury. Bo to już oznaczało odrobinę wysunąć głowę z „obozu humanistów”.

Konrad Lorenz powiada, że „drogę do samopoznania człowieka ciągle przegradza twardy mur”. I dalej stwierdza, że czeka nas konieczność „przebicia muru, rozdzielającego przyrodoznawstwo od humanistyki, i to przebicia w miejscu, które bronione jest przez obie strony: przyrodnicy, jak wiadomo, zwykli powstrzymywać się od wszelkich sądów wartościujących, natomiast humaniści są we wszystkich kwestiach aksjologicznych pod silnym wpływem idealistycznego poglądu, że cokolwiek daje się wyjaśnić przyrodniczo, musi być „ipso facto” obojętne wobec wartości. Obie zatem strony umacniają ów mur właśnie w tym miejscu, gdzie bezzwłocznie należałoby go zwalić”.

I jeszcze powiada Lorenz: „Trzeba kategorycznie domagać się, aby kultura i duch poddane zostały badaniom, w których pytania zadawać się będzie tak, jak pytają nauki lekarskie”.

Mam przed sobą małą książeczkę, zestaw pytań, jakie lekarz internista winien zadać pacjentowi. Ciekawe, co by się stało, gdyby niektóre z pytań zadać bohaterowi „Kompleksu polskiego”? Może po kilku odpowiedziach okazałoby się jednak, że w pewnej intymnej chwili u swej podnieconej partnerki widział on nie skurcz, ale erekcję brodawek?

A swoją drogą to chyba bardzo niekorzystne, Panie Redaktorze, że nawet na Mazurach coraz więcej ludzi ma przyrodoznawcze wykształcenie. Bo co się stanie z naszymi książkami?
=======================================================================================
Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2022-12-09, 03:06, w całości zmieniany 3 razy  
 
 
Chemas 
Forumowy Badacz Naukowy
Kinomaniak wychowany na literaturze młodzieżowej



Pomógł: 23 razy
Wiek: 54
Dołączył: 04 Wrz 2021
Posty: 6124
Skąd: Złocieniec
Wysłany: 2022-11-30, 20:26:29   

Wspaniały tekst. Uśmiałem się setnie, przynajmniej na początku. Sposób konstruowania dialogu między mężczyzną i kobietą bardzo podobny do niektórych samochodzikowych, choć tematyka nie dla dzieci. :)

Wielkie dzięki Kyno Daję pomógł i czekam na więcej.
_________________


Sporadyczny turysta, kiedyś bardzo aktywny, serdecznie zaprasza na Pojezierze Drawskie
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Członek Kapituły Samochodzikowej Książki Roku



Pomógł: 118 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6468
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2022-12-09, 11:39:44   List z Jerzwałdu - "Uwiedzeni przez szaleństwo"

Dzięki. Proszę.

W kolejnym liście z Jerzwałdu Nienacki w mniej żartobliwy sposób kontynuował temat, którym był się zajmował przynajmmniej od czasu napisania eseju „Czy schizofrenizacja literatury” w połowie lat siedemdziesiątych.
Za cel krytyki obrał ideę antypsychiatrii z jej relatywizacją pojęć normy i choroby - w czym jako główną niebezpieczną konsekwencję widział aprobatę zachowań aspołecznych.

O eseju, o antologii „Galernicy wrażliwości” i o recenzji Leszka Żulińskiego pisaliśmy tu: https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?t=6198.

Pozdrawiam,
Kynokephalos

=======================================================================================
List z Jerzwałdu

Uwiedzeni przez szaleństwo

Zbigniew Nienacki
„Tu i Teraz”, nr 6, 7 lipca 1982, str. 12.

Oj, niedobrze, Panie Redaktorze. Bardzo niedobrze. W poprzednim felietonie pisałem, powołując się na Konrada Lorenza, o istniejących w świecie dwóch wrogich obozach, przedzielonych wysokim murem, to jest „obozie przyrodoznawców” i „obozie humanistów”. Za Lorenzem wołałem o zburzenie tego muru w imię samopoznania człowieka. Ba, dostrzegłem pewne symptomy burzenia, a mianowicie — aż sześć esejów zagranicznych, poświęconych sprawie przydatności psychoanalizy w badaniach literackich, zamieszczonych w ostatnim numerze „Pamiętnika Literackiego”. Niestety, mój optymizm był przedwczesny. Oto bowiem z „obozu humanistów” strzelono do „obozu przyrodoznawców” z bardzo grubego działa, i to wielkim pociskiem. Ma ten pocisk ponad 500 stron z ilustracjami, jest w postaci grubej książki wydanej przez Wydawnictwo Morskie, powstał pod redakcją Marii Janion i Stanisława Rosieka. Nosi tytuł — „Galernicy wrażliwości”. Zajął się nim Leszek Żuliński w 5 numerze „Tu i Teraz”. A ja pragnę nieco w trybie polemicznym dorzucić o tej książce (w której znalazł się fragment mojego eseju) kilka zasadniczych uwag.

O czym w gruncie rzeczy mówi ta książka. Otóż jest ona wynikiem fascynacji szaleństwem, głoszonej przez tak zwanych antypsychiatrów. Szaleństwo jest ich zdaniem czymś w pewnym stopniu pozytywnym. Roland Jaccard (którego zresztą dwa eseje zawiera książka), przestrzegał przed fascynacją estetyczną szaleństwa, idealizowaniem go, przed estetycznym uwiedzeniem szaleńców. Jak stwierdził, właśnie tego rodzaju fascynacje uniemożliwiają dotarcie do istoty obłędu. Niestety, mimo znanych redaktorom tej książki przestróg Jaccarda — całkowicie ulegli owemu uwiedzeniu.

Być może w rzeczy samej z punktu widzenia estetycznego — świat szaleńców jest ciekawszy, piękniejszy, bogatszy i prawdziwszy niż świat tak zwanych ludzi normalnych. Być może powinniśmy, doceniając uroki szaleństwa — albo sami stać się szaleńcami, albo szaleńców pozostawić sobie samym, nie opiekować się nimi, a tym bardziej nie leczyć ich, bo jest to zamach na ich własny świat i ich osobowość. Ba! powiem więcej, być może szaleńcy są kolejną mutacją człowieka ku wyższym formom istnienia, ale — jak wiemy — większość mutacji ma charakter negatywny. Być może świat przyszłości będzie należał do szaleńców. Ale póki co — to znaczy, dopóki istnieje taki, nie inny, świat — ten, kto choć raz w charakterze obserwatora był w szpitalu dla nerwowo chorych i widział cierpienie szaleńców miotanych okropnymi lękami i widziadłami, kto ma świadomość, że szaleniec pozostawiony sobie samemu — musi zginąć, ten przestanie fascynować się estetyką, a poprosi o leki psychotropowe, czy neuroleptyki, aby ulżyły doli chorego. W fascynacji szaleństwem widzę coś, nieludzkiego i okrutnego. Taka fascynacja napełnia mnie niesmakiem, jak widok chodzącego po wsi „głupiego Jasia”, którego do kolejnych wygłupów zachęca wiejska dzieciarnia, a także dorośli, wybuchając śmiechem, gdy robi głupie miny, wywala język, bełkocze coś w swoim hebefrenicznym języku.

Fascynacja szaleństwem? Jakież to łatwe, gdy ma się do czynienia ze spokojnym osobnikiem, który maluje trochę „dziwne obrazy”, albo układa „trochę dziwne wiersze”. Spróbujcie państwo podobnych doznań przy chorym na schizofrenię simplex osobniku, który zabił, poćwiartował, a polem pożarł własną matkę i radośnie chichotał, gdy o tym opowiadał. Co z nim zrobić? Nie leczyć? Pozostawić samemu sobie, żeby dalej zabijał? Bo przecież ukarać go nie można — jest obłąkany. Czy i jego „własny świat” należy uszanować i uważać za lepszy? A może — jeszcze wspanialej — zaprosić na gdańskie konserwatorium, aby opowiedział jak przechodzi „na drugą stronę” lub przenika „poza horyzont”.

Powiem krótko: ta książka jest po prostu anachroniczna, ponieważ jest pochwałą antypsychiatrii, a moda na nią już dawno minęła. Antypsychiatria zrodziła się przed kilkunastoma laty w krajach, gdzie panuje terror psychoanalityków i każdy, co zamożniejszy człowiek ma do dyspozycji własnego psychiatrę. Była do pewnego stopnia zrozumiałą reakcją na ów terror, na robienie z psychiatrii nowej religii, bo i do tego dochodziło.

Ale u nas, w Polsce? W kraju, gdzie psychiatria to najbardziej deficytowa gałąź medycyny? Po wojnie nie zbudowano ani jednego nowego szpitala psychiatrycznego, ciągle jest za mało łóżek w szpitalach istniejących, trzeba długo prosić lekarzy, aby zechcieli przyjąć chorego. Brakuje leków psychotropowych. Po co więc robić z psychiatrów — „czarnego luda”?

Psychiatria humanistyczna? Czemu nie. Wszystkie gałęzie medycyny powinny ulec humanizacji. Tylko, jak to zrobić? W jaki sposób dokonać tego, żeby lekarz psychiatra, przychodzący na nocny dyżur do szpitala nie miał pod opieką aż dwustu czy czterystu pacjentów, ale czterech czy pięciu? A lekarz rejonowy — mógł się zająć porządnie każdym pacjentem, a nie niecierpliwiącą się kolejką w poczekalni.

I jeszcze jedno. Uczestnicy gdańskiego konserwatorium — prowadzonego przez prof. Marię Janion, z narad którego powstała ta książka — raz po raz powołują się na prof. Antoniego Kępińskiego, który w swym dziele zatytułowanym „Schizofrenia” jakoby zatarł granicę między światem ludzi zdrowych i światem ludzi chorych. Niestety tak bywa, gdy tego rodzaju książki czyta laik. Toż to właśnie nie kto inny jak prof. Kępiński dał definicję tego co „normalne” i „nienormalne”, pisząc w swej pracy zatytułowanej „Podstawowe zagadnienia współczesnej psychiatrii":

„Zachowanie normalne — jest zachowaniem dla danej sytuacji prawdopodobnym, a zachowanie nienormalne — takim, które posiada mniejszy stopień prawdopodobieństwa”. Oto i cała definicja, którą powinien przyjąć laik. Bo fachowcowi w ogóle nie jest potrzebna definicja, aby odróżnić człowieka chorego psychicznie od normalnego.

Szaleństwo ma różne oblicza i różne przyczyny. Na temat powstania, na przykład, schizofrenii, istnieje tyleż hipotez, co znaczących klinik psychiatrycznych. Może powodują ją zmiany w korze mózgowej na poziomie molekularnym, a więc niedostrzegalnym dla ludzkiego oka? Znam katechelaminową teorię schizofrenii, a takoż hipotezę immunologiczną, jak również hipotezę indolaminową i wiele innych. Uczestnicy konserwatorium mają też prawo do własnej hipotezy.

Ale do tego celu wcale nie trzeba nazywać Freuda „rasistą seksu”, tylko dlatego, że w swej pracy „Kultura jako źródło cierpień” odkrył konflikt miłości i kultury. Mój Boże, ileż to pań — w rzeczy samej — ma pretensje do swoich partnerów, że zamiast iść do łóżka, czytają powieść lub gazetę?

I czy naprawdę niemal wszystkie dolegliwości umysłu i duszy trzeba wrzucuć do jednego worka — schizofrenii? Oto bardzo piękny psychotyczny tekst Emmy Santos pt. „Źle wykastrowana”. Nawet pobieżna lektura fragmentu tego utworu przekonuje, że mamy do czynienia nie ze schizofreniczką, ale po prostu osobą nadwrażliwą lub bardzo znerwicowaną. Ta kobieta chce mieć dziecko, a nie może, chce kochać, a nie ma kogo. Schizofrenia zaś, mówiąc najogólniej — to osłabienie instynktu zbliżania się, czyli coś zupełnie innego, niechęć do miłości, niemożność kochania.

Czy nerwica jest chorobą? Nie wiem. Czy ją trzeba leczyć? Nie wiem. Ale mam świadomość, że dość łatwo rozstrzygnąć ów dylemat, jeśli się jest nauczycielem, który ma w klasie dziecko znerwicowane, nadwrażliwe, nieznośne, lecz zdradzające wybitny talent malarski czy muzyczny. Co począć jednak, jeśli nerwica wyraża się w robieniu dziur do ubikacji dziewczynek, w znęcaniu się nad nimi, w wybujałym erotyzmie o charakterze sadystycznym? Nie z każdego znerwicowanego chłopca wyrasta Franz Kafka, bywa, i to częściej że wyrasta „wampir” Marchwicki. Skąd się biorą ci gwałciciele, jaki jest ich rodowód psychologiczny? To są właśnie wyrośnięte już, niegdyś znerwicowane i nadmiernie pobudliwe dzieci, które nie zostały leczone — bo ktoś uznał, że „nerwica nie jest chorobą”, ktoś bał się zabić geniusza w przyszłym Franzu Kafce.

Co zaś tyczy owego „rasisty seksu” i „fallokraty”, powtórzę za Crewsem: „Krytyk, który dezawuuje wszelki ślad freudyzmu, kończy zazwyczaj wykoncypowaniem własnej domorosłej psychologii, będącej kombinacją świadomego „doświadczenia” i moralnych uprzedzeń". To, co Allen Tate powiedział kiedyś o filozofii, odnosi się zatem także do teorii psychologicznej: „udając, że jej nie stosujemy w badaniach literackich, stosujemy ją źle”.
=======================================================================================
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Członek Kapituły Samochodzikowej Książki Roku



Pomógł: 118 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6468
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2022-12-12, 20:33:48   Listy z Jerzwałdu - "Pisarz z prowincji"

Kolejny felieton znów traktuje o sprawach istotnych dla literata, które niekoniecznie dają o sobie znać w jego twórczości, z których więc czytelnicy mogą nie zdawać sobie sprawy. Tym razem pisarz odsłonił nam nieco zakulisowych faktów na temat stosunków w literackich samorządach i praktycznego znaczenia takich organizacji w życiu zawodowych ludzi pióra.

Formalne zarzuty Nienackiego są być może uzasadnione, a w każdym razie brzmią przekonująco. Nie on jeden podnosił kwestię liczebnej dominacji pisarzy mieszkających w Warszawie i sprawę człokostwa regionalnych prezesów w Zarządzie Głównym Związku Literatów. Inni zgłaszali te wątpliwości bezpośrednio po owym XXI Nadzwyczajnym Zjeździe ZLP, który odbył się w końcu grudnia 1980 roku. Nienacki zaś czekał ze swoim apelem do „pań i panów z Krakowskiego Przedmieścia” półtora roku i wygłosił go, gdy nie miał szans na odpowiedź. Od 13 grudnia 1981 roku działalność ZLP była bowiem przez władze zawieszona, część zarządu internowana a inna pozbawiona publicznego głosu. Pytania zadane w felietonie padają więc w próżnię, a może zresztą miały godzić w inny cel niż sam podpunkt e paragrafu 31.
Dopiero w sierpniu 1983 roku impas w sprawie ZLP został siłowo „rozwiązany” przez jego administracyjną likwidację i powołanie nowej, ugodowej organizacji o tej samej nazwie. Zbigniew Nienacki należał do inicjatorów utworzenia nowego ZLP.

Pozdrawiam,
Kynokephalos

=======================================================================================
Listy z Jerzwałdu

Pisarz z prowincji

Zbigniew Nienacki
„Tu i Teraz”, nr 10, 4 sierpnia 1982, str. 4.

Dlaczego tak się dzieje, Panie Redaktorze, że mało kto tak naprawdę kocha pisarzy na tak zwanej prowincji, pisarzy z terenu. Pisarzy regionalnych, wojewódzkich, małomiasteczkowych i gminnych, albo jak ja — po prostu wioskowych? Czym się naraziliśmy różnym kulturalnym i literackim prominentom z Warszawy, że tak nas chętnie krzywdzą, co i raz podają do wypicia kielich zaprawiony goryczą? Aż chciałoby się zawołać: i coś ty takiego zrobił Atenom Sokratesie, gdyby nie to, że nie ma na prowincji Sokratesów, a i Warszawa w niczym Aten nie przypomina.

Robimy przecież co można, aby się Warszawie przypodobać. Gdy w Warszawie ktoś kichnie, i my kichamy, choć z pewnym opóźnieniem. Gdy w Warszawie ktoś kaszlnie, też kaszlemy, choć z pewnym opóźnieniem. Staramy się jak najmniej wydawać swoich książek w stołecznych wydawnictwach, żeby warszawskim literatom chleba nie odbierać. A jeśli jakiś literat warszawski zechce do nas zajrzeć, już na obrzeżach naszych prowincjonalnych osad witamy go chlebem i solą, a także z rozmaitymi medalami. Iluż to warszawskich literatów nosi odznaki, na przykład „Zasłużony dla Warmii i Mazur”, a czy któryś z Mazurów lub Warmiaków otrzymał medal „Zasłużony dla miasta stołecznego Warszawy”? Wystarczy się troszkę milej uśmiechnąć i po głowie pogłaskać, już serce swoje otwieramy, stoły biesiadne ustawiamy, wspólnie radować się chcemy. I co w zamian? A właśnie, co?

Nie wiem skąd się wzięła opinia, że każdy pisarz na prowincji jest tubą sekretarza KW PZPR, bardziej zależy, a tym samym jest posłuszniejszy każdej władzy, jak mu zagrają tak i zatańczy, a kiedy przyjedzie do Warszawy, czy gdzie indziej na jakieś większe zebranie z głosowaniem, to ten swój cichy głosik po długim zastanowieniu oddaje i to bardzo ostrożniutko. Po tych „zakutych łbach” z prowincji (z wyłączeniem rzecz jasna Krakowa, bo to była stolica), nigdy podobno niczego dobrego nie można się spodziewać, co jakoby wykazała dawna praktyka pełnoprawnego udziału prezesów poszczególnych oddziałów ZLP w plenum Zarządu Głównego. A przecież nietrudno sobie wyobrazić oczami duszy, jak taki prowincjonalny prezes przyjeżdża na plenum Zarządu Głównego obarczony różnymi zobowiązaniami narzuconymi mu przez członków jego oddziału (a to komuś załatwić pożyczkę zwrotną lub bezzwrotną, przypomnieć o stypendium dla kogoś, o czyimś wyjeździe zagranicznym itd, itp), zadyszany, zalatany zasiada wreszcie w szanownym gremium i ani się rozumie na owych delikatnych warszawskich niuansach, powiązaniach — kto z kim dziś występuje przeciw komu, za czym jest słusznie głosować, a jeszcze słuszniej przeciw komuś. „Zakuty łeb” głosuje więc nie tak jak należy.

Dobre to było w czasach, gdy związkiem literatów zarządzał Jarosław Iwaszkiewicz. Jemu nie przeszkadzało, że prezesi oddziałów, wchodzący do plenum ZG ZLP — mają pełne prawo głosu jak członkowie Zarządu Głównego wybrani na Walnym Zjeździe. Ba, uważano w tym czasie, że taki przywilej jest słuszny, w pewnym stopniu zrównuje bowiem możliwości działania malutkich oddziałów w porównaniu z oddziałami dużymi, licznymi, co to o swoje interesy upomnieć się gromko potrafią. Ale zaczęła się „odnowa” i okres tak zwanych rewindykacji. I pierwszym posunięciem Nadzwyczajnego Zjazdu ZLP było podjęcie uchwały o odebraniu prezesom oddziałów prawa do głosu. Zasiadać w plenum — mogą. Ale głosować — już nie. Mówi o tym nowy statut ZLP w rozdziale V, paragrafie 31, punkcie „e”. I niech mi kto powie, że nie był to kielich z goryczą, który podano na zjeździe pisarzom z prowincji. Niech mi kto powie, że to stało się z wielkiej miłości do nich i ze zrozumienia trudnej doli prowincjonalnego literata.

W Warszawie mieszka ponad 800 pisarzy, na prowincji prawie 400. Na każdym Walnym Zjeździe można bez trudu przeprowadzić każdą uchwałę niekorzystną dla prowincji. Nawet podjąć uchwałę o likwidacji poszczególnych oddziałów. Tylko, po co? Dla dobra związku? Dla dobra literatury? Czy dla wygody tych, co chcą manipulować związkiem, a przede wszystkim jego Zarządem Głównym?

Gwoli prawdzie, wspomnieć trzeba, że znaleźli się i wśród warszawskich pisarzy ludzie rozsądni, świadomi trudnej roli prowincjonalnych pisarzy, którzy dołączyli na Nadzwyczajnym Walnym Zjeździe swój głos protestu do głosu kilku delegatów z prowincji. Wskazywali, że dla dobra sprawy, dla dobra równomiernego rozwoju życia literackiego w całej Polsce — stary statut był lepszy i bardziej sprawiedliwy. Ale przecież nie chodziło o to, żeby było dobrze, lepiej lub jeszcze lepiej — ale żeby było źle. A jeśli ktoś sądzi inaczej — proszę bardzo, niech się wypowie. Niech udowodni, że to dla dobra literatury i jej wszechstronnego rozwoju odebrano prezesom prawo głosu.

Nie byłem, nie jestem i nie zamierzam kiedykolwiek być prezesem prowincjonalnego oddziału. Nie w swoim więc interesie przemawiam. Ale zarazem w swoim, bo codziennie od piętnastu lat odczuwam, co to znaczy mieszkać w wiosce oddalonej czternaście kilometrów od stacji kolejowej i ponad trzydzieści od najbliższego większego miasteczka. Mam też świadomość, że jeśli wybrany w przyszłości przeze mnie prezes oddziału nie będzie miał w Zarządzie Głównym pełnego prawa głosu, to żadna moja sprawa w Warszawie (czy to stypendium, czy to wyjazd zagraniczny, czy udział w delegacji pisarskiej) — nigdy nie zostanie załatwiony na moją korzyść. Człowiek, który nie ma prawa głosu — po prostu się nie liczy.

Nie ma w naszym kraju pisarza, który byłby od kogoś czy od czegoś niezależny. Jeżeli nawet komuś się wydaje, że jest niezależny — to żyje złudzeniami i jest właśnie od owych złudzeń zależny. Pod jednym jednak względem pisarz na prowincji jest bardziej niezależny od pisarza w Warszawie. Nie musi zupełnie liczyć się z opinią tak zwanej „kawiarni literackiej”, z jej grymasami, minami, z jej sądami i wyrokami kapturowymi, hierarchiami wartości i swoistymi zasadami etycznymi, które pozwalają „moralistom z ZLP” bić słabszych — znaczy uderzać pisarzy żyjących na prowincji, w trudniejszych warunkach bytowych i literackich.

Czy jest bowiem etyczne, panie, panowie z Krakowskiego Przedmieścia — wszystko zagarniać dla siebie? Czy jest etyczne odbierać głos tym, co i tak mieli glos słaby, ledwo dosłyszalny?

Proszę uprzejmie — przemówcie w obronie tego, co uczyniliście. Niech Wasze racje pozna cała opinia literacka.

A tak między Bogiem a prawdą, za cóż kochać prowincjuszy? Za to, że są tubami sekretarza KW PZPR (co do mnie, to I sekretarza KW PZPR w Olsztynie ani na oczy nie widziałem, ani na uszy nie słyszałem)?. Za to, że niektórzy z nich mają okna z widokiem na las lub jezioro i otrzymują specjalny przydział świeżego powietrza? Że zamiast szkodliwych kaloryferów, szczypią sobie drewka na opał, żeby mieć zdrowe ciepełko? Że niektórzy z nich, nie chcieli dawniej pisać czołobitnych adresów do władzy a potem nie chcieli podpisywać czołobitnych adresów do „Solidarności”? Że wolą działać w pojedynkę niż hurmem?

Uważam, że powinno się zlikwidować jeszcze jeden przywilej pisarzy prowincjonalnych. Zakazać im mieszkania na prowincji i przenieść do Warszawy.
=======================================================================================
 
 
Protoavis 
Admin Emeritus
Archeolog książkowy



Pomógł: 48 razy
Dołączył: 13 Sty 2013
Posty: 7140
Skąd: PRL
Wysłany: 2022-12-12, 22:11:58   

Kynokephalos napisał/a:
Dlaczego tak się dzieje, Panie Redaktorze, że mało kto tak naprawdę kocha pisarzy na tak zwanej prowincji, pisarzy z terenu. Pisarzy regionalnych, wojewódzkich, małomiasteczkowych i gminnych, albo jak ja — po prostu wioskowych?


Gdyby żył dzisiaj pewnie morsowałby w przerębli i wrzucał zdjęcia na instagrama, a później płakał, że się zaziębił.
_________________
Nasze forum na facebooku: ./redir/facebook.com/pansamochodzikforum

Ostatnio zmieniony przez Protoavis 2022-12-12, 23:08, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Członek Kapituły Samochodzikowej Książki Roku



Pomógł: 118 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6468
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2022-12-18, 06:49:25   "Masowe i elitarne" - polemika

Latem 1982 roku uwagę Zbigniewa Nienackiego na tyle przyciągnął wstępniak naczelnego - Kazimierza Koźniewskiego - że zdecydował się dać w tygodniku wyraz niezgodzie na jego ocenę sytuacji młodych ludzi.

Sprawa jest głębsza niż tytułowe pytanie, czy organizacje młodzieżowe powinny być masowe czy elitarne. Chociaż u obu autorów ustrój socjalistyczny jest punktem wyjścia dla rozważań, różni ich sposób patrzenia na przedmiot sporu. Według Nienackiego młodzież to grupa obywateli, której potrzeby - materialne i te o bardziej duchowym czy intelektualnym charakterze - władza winna mieć na względzie. Pryncypialny Koźniewski widzi w młodzieży przejściowy materiał, który należy kształtować w określonym politycznym celu. Najlepiej przez stworzenie jakiejś elity na wzór zakonu, która później stanie się elitą polityczną narodu i (bardziej lub mniej jawnie, a mniej lub bardziej zakulisowo) będzie wpływać na jego losy.

To tylko krótka prasowa wymiana zdań, ale wydaje mi się, że można dopatrzeć się w niej różnicy podejść adwersarzy to modelu państwa. Mówiąc ogólnie, Koźniewski wyobraża sobie system selekcji i promocji taki, jak istniejące w państwach totalitarnych; podejście Nienackiego (mimo że on też uważa za pożyteczne, czy nawet oczywiste, propagowanie konkretnej ideologii w szkołach i stowarzyszeniach) jest jednak bliższe społeczeństwu obywatelskiemu.

Poniżej kolejno: artykuł Koźniewskiego, polemika Nienackiego, a na końcu odnoszący się do niej fragment odpowiedzi, jaką Koźniewski skierował do swoich krytyków.

Pozdrawiam,
Kynokephalos

=======================================================================================
Ociosywanie mgły

Masowe i elitarne
Kazimierz Koźniewski
„Tu i Teraz”, nr 5, 30 czerwca 1982, str. 2.

Znowu dyskutujemy o młodzieży. Każda generacja, każde pokolenie, każda dekada ma kłopoty ze swoją młodzieżą. Nigdy inaczej nie będzie — młodzież to nierozwiązywalny problem naszych społeczeństw. Tyle, że w pewnych sytuacjach problem ten nagle nabrzmiewa — jako funkcja spraw ogólnych.

Sądzę, iż należałoby — po pierwsze — ograniczyć to pojęcie. Ograniczyć jeżeli idzie o wiek. Sami sobie pomnażamy trudności za młodzież uznając te kobiety i tych mężczyzn, którzy już dawno młodymi nie są. Sztuczne przedłużenie okresu „młodzieżowości” infantylizuje społeczeństwo, infantylizuje każdą dziedzinę życia. Z chwilą skończenia 25 roku życia (i tak jest to o wiele za dużo...) kończy się młodzież, zaczynają się dorośli. Człowiek pracujący staje się dorosłym wraz z podjęciem pierwszej swej odpowiedzialnej i prawdziwej pracy. Student staje się dorosłym uzyskując magisterium. I koniec! A tymczasem organizacje tak zwane młodzieżowe przedłużają to pojęcie niemal w nieskończoność. Aż poza granice rozsądku i śmieszności. Pamiętajmy, że pojęcie i pozycja młodzieży łączy się i z przywilejami nieodpowiedzialności i z przywilejami szczególnego wyróżnienia.

Niezmiernie dużo nieporządku wnosi w tę całą problematykę wychowawczą pojęcie „młodzież współgospodarzem kraju”. Tym pojęciem szermujemy od lat, chociaż jest ono zupełnie nieprawdziwe. Oczywiście, jeżeli pod określeniem młodzieży rozumieć będziemy ludzi dorosłych, dwudziestoparo-, trzydziestoletnich — siłą rzeczy są oni gospodarzami swego kraju, każdy dorosły obywatel jest współgospodarzem kraju. Natomiast młodzież — młoda dziewczyna i młody chłopak — są dopiero kandydatami na przyszłego gospodarza, czy współgospodarza kraju. Nie mogą mieć żadnych praw decydowania czy współdecydowania, gdyż do tego ich wiedza i ich doświadczenie jest jeszcze zbyt małe. Oni się tego wszystkiego dopiero uczą. Momenty historyczne, w których młodzież rzeczywiście, albo nawet tylko pozornie, decyduje o losach narodu są momentami tragicznymi. Społeczeństwo, które swój los składa w ręce młodzieży, składa w ręce ludzi młodych, ryzykuje klęskę. Dowodów historycznych aż nadto dużo. Cat-Mackiewicz głośno dał wyraz grozie, że oto Powstanie Warszawskie wybuchło dlatego, ża zadecydowała o tym postawa młodzieży warszawskiej. Mamy przykłady bliższe: leaderami „Solidarności” byli z reguły ludzie bardzo młodzi.

Oczywiście pełna prawda o mechanizmach wydarzeń historycznych jest taka, że za młodymi działaczami, za młodzieżowymi bojownikami, za młodzieżą, która swego entuzjazmu nie hamuje żadnym doświadczeniem i żadną rozwagą, zawsze stoją jacyś starsi, czasem nawet bardzo starzy — jak to miało miejsce chociażby w chińskiej rewolucji kulturalnej — którzy po prostu w pewnej chwili naciskają guzik zapłonu — i młodzi czynią swoje. Czasem jest to piękne i wzniosłe, czasem straszne i tragiczne. I na to oczywiście nie ma nigdy żadnego ratunku. Młodzież nigdy nie będzie dojrzałą, na tym polega urok i siła tego wieku. Ale też mądrość winna raczej ograniczać szanse sytuacji, w których siłą główną i czołową wydarzeń są ludzie młodzi.

Młodzież nie powinna mieć przeświadczenia, iż jest współgospodarzem kraju — niezmiernie utrudnia to procesy wychowawcze. Młodzież powinna wiedzieć, iż wychowuje się, kształci i rośnie po to, by kiedyś, gdy nieuchronnie stanie się dorosłą, z pewnością będzie kraju swojego gospodarzem. Młodzież winna mieć świadomość przejściowości i niepełności swego wieku. Tak zresztą, jak to jest naprawdę. Dlatego instytucyjne dopuszczenie młodzieży do wszelkiego rodzaju rad, komisji, senatów itp. na zasadzie współuczestnictwa i partnerstwa z dorosłymi, na zasadzie równego głosu, bynajmniej nie wychowuje przyszłych obywateli demokratycznych instytucji państwowych, ale kształtuje sytuacje demagogiczne i niebezpieczne.

Wielkim, trudnym problemem jest model, struktura, czy jak to inaczej nazwać, organizacji młodzieżowych, ruchu młodzieżowego. Sądząc po rezultatach naszych ostatnich trzydziestu paru lat — struktura naszego ruchu młodzieżowego była i jest wadliwa. Masowe organizacje młodzieżowe po prostu i zwyczajnie nie są zdolne do kształtowania w swoich uczestnikach żadnych pożądanych postaw: ani moralnych, ani ideowych, ani obywatelskich to jest państwowych. Nie są w stanie. gdyż — o tym jestem najgłębiej przekonany — nie będą tego w stanie czynić żadne organizacje masowe — z wyjątkiem wojska oraz organizacji religijnych. Wychowywanie wojskowe jest niezmiernie skuteczne, ale ograniczone w czasie — w skali ogólnej oddziałuje ono na młodego człowieka tak długo, jak długo nosi on mundur. Wychowywanie religijne doprowadza nawet do postaw fanatycznych, ale niezwykle jednostronnych, jak również bardzo, pod względem kształtowania podstawowych cech charakteru, płytkich; u stosunkowo nielicznych jednostek emocje religijne wpływają na ich codzienne postawy życiowe.

Obserwacje historyczne i socjologiczne informują, że działaniem większych zespołów społecznych zawsze kierują małe grupy, mające wyraźnie sprecyzowane cele, metody oraz odznaczające się pewną wyrazistą postawą własną. Z tej banalnej wskazówki metodologicznej nie umiemy korzystać. Ponieważ wszelkie wychowanie masowe z reguły ma bardzo ograniczone albo mierne rezultaty, należy — jeżeli chce się osiągnąć jakieś znaczące w skali społecznej efekty pedagogiczne — próbować kształtować jednostki, a nie całą masę.

Pisałem już a tym, przy innych okazjach, wielokrotnie. Winny istnieć dwa rodzaje organizacji młodzieżowych. Organizacje o charakterze masowym — owszem, stawiające swym uczestnikom pewne postulaty natury etycznej i ideowej, ale przede wszystkim nastawione na organizację młodzieżowego relaksu, wypoczynku, pilnujące — jak związek zawodowy — praw socjalnych młodego pokolenia. Organizacje mające charakter oświatowy, sportowy, turystyczny, wypoczynkowy itp. Ponadto jednak powinny istnieć organizacje o charakterze elitarnym. Elitarnym — nie w sensie szczególnych warunków rekrutacyjnych, jakiegoś z góry określonego doboru według kryteriów społecznych, ale organizacje całkowicie dobrowolne, których elitaryzm polegałby na szczególnie wysokich wymaganiach ideowych, etycznych, stawianych ich członkom — wymaganiach wyróżniających i odróżniających uczestników tej organizacji od całej pozostałej młodzieży. Coś w rodzaju — nie bójmy się tego słowa — zakonów świeckich, zakonów — też i tego słowa się nie bójmy — rycerskich. Wysokie wymagania z jednej strony, pewna szczególność położenia z drugiej strony, przyciągałaby do nich młodzież o pewnych intelektualnych i moralnych dyspozycjach, odtrącałaby od tych zespołów młodzież o innych dyspozycjach.

W tego rodzaju elitarnych, szczególnych, jak tam je inaczej nazwać, organizacjach, kształtowałaby się młodzież o wysokich, specjalnych parametrach charakteru, zasad, postaw społecznych, narodowych i państwowych. Postaw, które po przejściu z organizacji młodzieżowej w życie dorosłe trwałyby — z modyfikacjami — nadal. I które by z tych dorosłych czyniły pewną ideową elitę, niezbędną zawsze każdemu społeczeństwu. Ciągle myślę o elicie odznaczającej się takimi cechami: jak pracowitość, uczciwość osobista i społeczna, rzetelność, prawość, stałość, odwaga cywilna, patriotyzm, które to cechy w naszym społeczeństwie bynajmniej nie są takie rozpowszechnione.

O młodzieży można nieskończenie. W tej jednak chwili, w trakcie toczącej się dyskusji, pragnę zaakcentować te trzy — moim zdaniem niezmiernie istotne sprawy — elementy. Po pierwsze: ograniczyć należy pojęcie i zjawisko tak zwanej młodzieży do o wiele niższej niż obecnie granicy wieku. Po drugie: porzucić owe traktowanie młodzieży jako współgospodarza kraju, a sprawę postawić wyraźnie, taką jaką ona jest w rzeczywistości: młodzież nie jest współgospodarzem ojczyzny, dopiero się do tego przygotowuje. Wreszcie obok masowych organizacji młodzieżowych stworzyć organizacje elitarne, naprawdę wychowawcze.

=======================================================================================
Polemiki

Masowe i elitarne
„Tu i Teraz”, nr 11, 11 sierpnia 1982, str. 4.

Główna teza artykułu Kazimierza Koźniewskiego („Masowe i elitarne” „Tit” nr 5) brzmi, że cały nasz złożony i ogromny kompleks spraw związanych z młodzieżą można rozwiązać po prostu... likwidując młodzież. Nie dosłownie i nie fizycznie. Ale dekretem, czy czymś w tym rodzaju. Kto otrzymuje dowód osobisty i prawo głosu — jest dorosły, a więc jego problemy są problemami całego dorosłego społeczeństwa, a nie jakimiś tam specyficznymi sprawami młodzieży. Ci poniżej dowodu osobistego i prawa głosu, podlegający specjalnej ochronie prawnej, a więc nieletni — to po prostu dzieci. A dzieci powinny we wszystkim naśladować i słuchać starszych. Tak więc — zdaniem Koźniewskiego — problemu młodzieży w ogóle nie ma, a jeśli jest, to sztucznie przez nas stworzony.

Skoro młodzieży tak na dobrą sprawę w ogóle nie ma — a są tylko dorośli i nieletni — bzdurnym wydaje się Koźniewskiemu hasło „młodzież współgospodarzem kraju”. Jeśli bowiem są dorośli — to są zarazem współgospodarzami, a skoro pozostają jeszcze nieletni, współgospodarzami być nie mogą. Na dowód, że młodzież nie może być współgospodarzem kraju Koźniewski przytacza poglądy Cata-Mackiewicza, oskarża młodzież o wywołanie Powstania Warszawskiego i fakt, że liderami „Solidarności” byli przeważnie ludzie młodzi.

Tyle przytoczonych poglądów chyba wystarczy, aby uświadomić sobie, że Kazimierz Koźniewski nic a nic nie rozumie z tego, co się u nas z młodzieżą działo, dzieje i prawdopodobnie dziać będzie — jeśli tego rodzaju głosom społeczeństwo da posłuch. Jeszcze tylko jedna propozycja Koźniewskiego — likwidacja masowego ruchu młodzieżowego i zastąpienie go grupowymi, elitarnymi zakonami rycerskimi dla ludzi niedorosłych (a to właśnie on proponuje), a możemy spokojnie czekać aż nam młodzież, bez prawa wypowiadania się o sprawach ojczyzny, pewnego dnia rozwali tę ojczyznę.

Koźniewski z oczywistych i słusznie zauważonych faktów wyciąga zupełnie błędne i zgubne wnioski. Dostrzega jak potężną siłą jest młodzież; (wszak spowodowała wybuch Powstania Warszawskiego) sic! (była liderami „Solidarności”), ale zamiast wyciągnąć z tego naukę, że młodzież stanowi ważną grupę, dlatego należy ją wykorzystywać jako siłę napędową wyjścia z kryzysu - zachęca do jej pauperyzacji, chce jej zakneblować usta, zniewolić, co oczywiście może się udać jedynie na piśmie, bo papier jest cierpliwy, ale młodzież aż tak cierpliwą może nie być.

Porozmawiajmy o tej sprawie jednak nieco poważniej. Nie zlikwiduje się problemu młodzieży opuszczając lub podnosząc poprzeczkę dorosłości przy pomocy takich, czy innych ustaleń, a nawet dekretów. We współczesnym świecie — czy to się Koźniewskiemu podoba lub nie — szczególnie w środowiskach inteligenckich, za młodzież należy uważać ludzi nawet do 35 roku życia, co wcale nie znaczy, że ten lub inny młody człowiek [nie] może być już dorosły mając lat 20 lub nawet 19. Pojęcia „młodzieży” i „dorosłych” to nie są pojęcia przeciwstawne. Można być 50-letnim „niedorosłym” i można mieć „młodzież dorosłą”. Mimo swej dorosłości nie przestaje ona jednak być młodzieżą, wraz ze swymi specyficznymi problemami, które wymagają specjalnych rozwiązań. Fakt, że liderami „Solidarności” byli ludzie młodzi, świadczy, że mamy młodzież aż nadto dorosłą, a że znalazła się na przeciwnej barykadzie — jest jedynie dowodem na to, że nie w porę sobie to uświadomiliśmy i nie w porę dopuściliśmy ją do współgospodarzenia, czego się tak boi Koźniewski, jednocześnie zapominając, że to nie młodzież, ale my, starsze pokolenie, doprowadziliśmy ten kraj na próg kryzysu. Kazimierz Koźniewski też ma w tym swój udział jak każdy dorosły człowiek w naszym kraju. To, co się stało później, to jest pogłębienie się kryzysu, chaos itd. to zupełnie odrębne zagadnienie. Dziwić się należy Koźniewskiemu, że tej młodzieży, której chciałby zakneblować usta — może patrzeć szczerze w oczy.

I na zakończenie kilka zdań jeszcze serio. Cały wywód Koźniewskiego wyprowadzony został z nieporozumienia, o czym już nadmieniłem. A mianowicie, tak zwana „dorosłość” nie jest żadną kategorią wiekową, nie może być więc kontynuacją „młodości”, która jest taką kategorią. „Łuk życia” składa się z dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego i starości — o dorosłości ani słowa. Dorosłości nie osiąga się bowiem automatycznie, przekraczając określony wiek. Dorosłość jest stanem nie tylko biologicznym, ale i psychologicznym. Nie bywa się automatycznie dorosłym, otrzymując tytuł magistra, jak to chciałby Koźniewski, a można stać się dorosłym w wieku 18 lat, a nawet jeszcze wcześniej. Dorosłość zdobywa się przez przyjmowanie na siebie obowiązków i odpowiedzialności, także uczestnicząc w posiedzeniach różnorakich rad, zgromadzeń, senatów itp. do których wstępu tak broni młodzieży Kazimierz Koźniewski. Gdyby posłuchać jego rad — nasza młodzież nigdy nie stałaby się dorosłą. Dlatego wypowiedź jego traktuję jako głos z tamtego świata.

I jeszcze cytat z propozycją elitarnych organizacji młodzieżowych:
W tego rodzaju elitarnych, szczególnych, jak tam je nazwać, organizacjach, kształtowałoby się młodzież o wysokich specjalnych parametrach charakteru, zasad, postaw społecznych, narodowych i państwowych. Postaw, które po przejściu z organizacji młodzieżowej w życie dorosłe, trwałyby — z modyfikacjami — nadal. I które by z tych dorosłych czyniły pewną ideową elitę”.

Jednym słowem Koźniewski proponuje nam nową „szkołę janczarów”. Komu i czemu służącą? — szkoda, że o tym nie mówi. I nie chciałbym mu przypominać, kto był w niedawnej przeszłości twórcą takich elit i jakie z nimi były — delikatnie mówiąc — kłopoty.

Nie! Potrzebna nam jest młodzieżowa, masowa organizacja — otwarta, nie zbiurokratyzowana, przed którą trzeba postawić zadanie pomocy w wyprowadzaniu Polski z kryzysu. Zamiast kneblować usta młodzieży — trzeba jej te usta otworzyć do konstruktywnych wypowiedzi i propozycji. Do współudziału w rządzeniu Polską. Ale do rzeczywistego współrządzenia, a nie fikcyjnego, jak to było w przeszłości. Bo młodzież mamy już dorosłą.

ZBIGNIEW NIENACKI

=======================================================================================
„Tu i Teraz”, nr 11, 11 sierpnia 1982, str. 4.

(...)
Zbigniew Nienacki nie odróżnia, nie chce odróżniać, zjawiska trwałej młodości od formalnej sprawy „młodzieży”. Za prawnym określeniem granicy oddzielającej „młodzież” od normalnego środowiska dorosłego przemawia ogromnie dużo racji. Pisał o tym przed laty K.T.Toeplitz, pisało bardzo wielu pedagogów. Ostatnio z identycznymi żądaniami, jak sprecyzowane w moim artykule, wystąpiło na IX Plenum KC PZPR paru mówców. Moje żądanie w tej materii poparły „Motywy”, organ Głównej Kwatery ZHP.

Nie sądzę, by było ono aż tak niestosowne.

K.KOŹNIEWSKI
=======================================================================================



Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2022-12-30, 19:05, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający



Pomógł: 131 razy
Wiek: 55
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 45602
Skąd: Poznań
Wysłany: 2022-12-19, 08:15:32   

Kyno, podziwiam Cię za to odnajdywanie zaginionych tekstów! Gdyby nie Ty, przepadłyby w czeluściach archiwów! :564:
_________________
Drużyna 2

Nasze forum na facebooku: ./redir/facebook.com/pansamochodzikforum
Nasza forumowa geościeżka keszerska: ./redir/pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=240911#240911

 
 
Kynokephalos 
Moderator
Członek Kapituły Samochodzikowej Książki Roku



Pomógł: 118 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6468
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2022-12-27, 10:15:23   List z Jerzwałdu - "Karać ten bunt?"

Nie przepadłyby bezpowrotnie - ale istotnie: możliwe, że kiedyś komuś przydadzą się zebrane teksty.

***

Zainspirowany polemiką z Koźniewskim („Masowe i elitarne”) lub całą, szerszą dyskusją która - zdaje się - toczyła się wtedy w opiniotwórczej prasie, Nienacki postanowił napisać jeszcze jeden felieton na temat młodzieży.

Wykorzystał ten sam naukowy materiał, którym już dekadę wcześniej posłużył się w artykule „W cieniu zakwitających dziewcząt i chłopców” (https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?t=5822) - z tym, że zastosował go nie w kontekście literatury młodzieżowej lecz do analizy społecznych postaw tego pokolenia. Znów powołał się na te same statystyki dojrzewania, na badania Benholda Thomsena, Giesego, Niedermayera, Imielińskiego, znów pisze o „dyferencji”, o zupełnie innych doświadczeniach dwudziestopięciolatków żyjących w epoce o wiek wcześniejszej. Wydaje się, że ustalony obraz przyczyn wewnętrznych konfliktów u współczesnej młodzieży tkwił w umyśle pisarza - niewykluczone, że nawet od czasu gdy powstawały „Nowe przygody”.

Pozdrawiam,
Kynokephalos

=======================================================================================
List z Jerzwałdu

Karać ten bunt?

Zbigniew Nienacki
„Tu i Teraz”, nr 14, 1 września 1982, str. 4.

To nieprawda, jak twierdzą niektórzy zagraniczni i krajowi publicyści, że poważna część naszej młodzieży jakoby jest przeciw socjalizmowi, ponieważ tu i ówdzie młodzi ludzie rzucali kamieniami w milicjantów. Sprawa ta ma zupełnie inne podłoże.

Kto zajmuje się sprawami młodzieży, od dawna wie, że we współczesnym świecie powiększa się różnica (dyferencja) między coraz wcześniejszym dojrzewaniem fizycznym młodzieży i coraz późniejszą jej dojrzałością psychiczną i społeczną.

Zjawisko owej „dyferencji” odkryto dość wcześnie i dokładnie je opisano (Giese, Niedermayer, Stockert, Kohler, a u nas pisał o tym dr Imieliński. Prawdopodobnie zawsze w jakimś stopniu u istoty ludzkiej dojrzałość fizyczna wyprzedza dojrzałość psychiczną i społeczną, ale we współczesnym świecie — na skutek wielu czynników, m.in. takich jak rozwój medycyny i przedłużenie ludzkiego życia, lepsze i kaloryczniejsze odżywianie — ta dyferencja zaczęła się niepokojąco powiększać, dając o sobie znać w wielu dziedzinach życia, także i w polityce.

Według badań Benholda Thomsena, w ostatnim dziesięcioleciu dziewczęta o dwa lata wcześniej osiągają dojrzałość płciową, podobnie i chłopcy, ale w środowiskach inteligenckich, a także u młodzieży kształcącej się, przed 30 mało kto jest w pełni samodzielny, niezależny od pomocy rodziców, całkowicie i jedynie odpowiedzialny za własny los i los swego potomstwa.

Z badań Kohlera wynika, że przed 200 laty 25-letni ojciec rodziny przeżył już śmierć połowy swych dzieci, mógł nie pamiętać swego ojca, a z jego dzieci również połowa doczekała się jego śmierci; umierając w 50—55 roku życia był już starcem. Przeciętny wiek dziecka w czasie śmierci jednego z rodziców wynosił 14 lat. Teraz ojcowie mają 50—55-letnich synów i jeszcze grają z nimi w tenisa. To wspaniale, że naszym 14-latkom oszczędzone zostało podejmowanie obowiązków zastąpienia w domu zmarłego ojca, czy zmarłej matki, że naszym 25-latkom darowano uczucie rozpaczy na skutek śmierci najbliższej istoty, (matki, żony przy połogu lub własnego dziecka), mało tego — darowano im również grozę okupacyjnej śmierci, upodlenia, głodu, poniewierki, widoku zgliszcz rodzinnego domu lub rodzinnego miasta, bo już zastali Polskę odbudowaną z ruin i zgliszcz.

Ciesząc się z tego, zarazem trzeba jednak mieć świadomość, że pewne rejony uczuć i przeżyć, a także przerażających doświadczeń — są naszej młodzieży zupełnie obce. Są to istoty w pewnym sensie psychicznie „uboższe”, jeśli wolno użyć tego określenia (ale inne nie przychodzi mi na myśl), mniej doświadczone, mniej dorosłe. Gdyby po kamień miał sięgnąć człowiek 50-letni, natychmiast wyobraźnia wydobywa a jego podświadomości pamięć o wojnie domowej, o strzałach zza węgła, samosądach, zgliszczach własnego dorobku, katastrofy narodowej, utraconej Niepodległości, którą przecież przeżył. A co ma zakodowane w swej podświadomości 17-latek? On nie jest nawet w stanie wyobrazić sobie, co to jest żyć bez Niepodległości, że pistolet maszynowy zawieszony na piersi żołnierza w pewnej ostatecznej sytuacji może naprawdę strzelić, a kule potrafią naprawdę zabijać. Ba, on prawdopodobnie nie zna w ogóle takiego zjawiska jak śmierć, która we współczesnym świecie wielkich osiągnięć medycyny — stała się, jak to powiada wielu autorów — zjawiskiem „wstydliwym” i widoku jej oszczędza się młodzieży (ludzie umierają w szpitalach, pogrzebowe autokary szybko i dyskretnie przemierzają ulice miast).

Zrozumiałem to czytając zeznania zabójców milicjanta Karosa. Było w tych zeznaniach bezbrzeżne zdumienie, że tak niewiele wysiłku trzeba, aby ucisnąć palcem spust pistoletu, a potem następuje coś strasznego, nieodwracalnego, własna i cudza tragedia. Dramat, który tak naprawdę nie ma końca — dla tych, którzy tego czynu dokonali, i dla rodziny tego, który zginął. Oni śmierć znali jedynie s filmów cowbojskich, gdzie uśmiechnięty bohater przyciska spust, trup ściele się gęsto, wszystko kończy się dobrze — bo tak naprawdę te tylko zabawa.

I tak naprawdę to my starsi jesteśmy winni, że — oszczędzając młodzieży rzeczywistych dramatów i przerażających doświadczeń — nie potrafiliśmy znaleźć sposobu, aby być może poprzez sztukę — także i w ich podświadomości zakodować nasze własne doświadczenia i naszą wiedzę o tych strasznych sprawach. Ten zły wybór sposobu i jakości przekazu doświadczeń jednych pokoleń drugim pokoleniom — to oddzielny i szeroki temat. Czy potrafi mi ktoś doradzić, jaką na przykład, książkę poleciłby owym młodym bratobójcom nie teraz, ale z a n i m dokonali swego czynu? Oni czytali „Popiół i diament" Andrzejewskiego, bo to jest lektura szkolna. Ale w tej książce i w filmowej jego wersji bratobójca ginie na śmietniku i to niejako rozwiązuje całą sprawę. Młodociani zabójcy Karosa nie zginą na śmietniku, w ogóle nie zginą. Będą musieli tyć w nieustannym piekle coraz większej i głębszej świadomości absurdu. Tragicznego i nieodwracalnego absurdu swego czynu. I nigdy — nawet przy pomocy zagranicznych środków masowego przekazu — nie znajdą usprawiedliwienia dla swego kroku. Czy o tym piekle powstanie kiedyś książka? Książka — przestroga dla innych?

Na ogół uważa się. że aby ludzka istota została w pełni ukształtowana, musi aż dwukrotnie nastąpić przecięcie pępowiny. Pierwszy raz — gdy wychodzi się z łona matki, drugi raz — symbolicznie, poprzez bunt przeciw rodzicom, gdy chce się stać dorosłą. Kiedyś rotacje pokoleń następowały szybko po sobie, obecnie jest to proces bardzo powolny. Przecięcie owej symbolicznej pępowiny albo następuje bardzo późno, albo wcale — nawet już rzekomo dorośli ojcowie, czy matki rodzin, muszą wciąż oczekiwać pomocy materialnej ze strony rodziców, którzy często, ponieważ „dają”, chcą także „współrządzić”, w dalszym ciągu decydować, ba, mają wciąż dzieci przy sobie, niekiedy w sąsiednim pokoju. Te wszystkie czynniki — a jest ich więcej — opóźniają proces pełnej dojrzałości psychicznej szczególnie u młodzieży inteligenckiej i studiującej, a także już po studiach stawiającej swoje pierwsze nieśmiałe kroki. Ciągła zaś zależność budzi podświadomą niechęć, potrzebę buntu, który jednak zostaje natychmiast stłumiony świadomością, że skoro się buntuję — to nic nie otrzymam.

Zjawisko „tłumienia” rodzi zjawisko „przeniesienia”. Niechęć do nieustannej zależności teraz i w przyszłości powoduje przeniesienie niechęci na struktury stworzone przez rodziców. Jeśli zaś dodać do tego realizowaną u nas ideę „Państwa Opiekuńczego”, czegoś w rodzaju wielkiego ojca i matki, obowiązanego do zapewnienia miejsca pracy, mieszkania, rozwoju osobowości, kariery, ba, nawet szczęścia osobistego, ale zarazem wciąż ingerującego w życie swych obywateli — przeniesienie owej niechęci następuje na Państwo, na władzę, na jej przedstawicieli i stróżów, na milicję. Hasło dla tej niechęci zawsze łatwo się znajdzie, szczególnie, gdy ktoś sprytny i bardzo dorosły je podrzuci. Może to być hasło antysocjalistyczne. Tylko, że w istocie z niechęcią do socjalizmu nie ma to nić wspólnego. Trzeba ją rozpatrywać w kategoriach socjologicznych i psychologicznych, jako ogromne pragnienie, aby stać się dorosłym i rządzić się samemu.

Czy trzeba tę buntującą się młodzież karać? Tak. Ale karząc, należy mieć świadomość, że to my, dorośli opóźniamy nieustannie proces psychicznego i społecznego dorastania młodzieży, wciąż za nią i w jej imieniu decydując o losach kraju. Że uniemożliwiamy przecięcie symbolicznej pępowiny między światem młodości i światem ludzi dorosłych, zamiast ów naturalny bunt skierować na drogę twórczą i pożyteczną.

Jaką widzę radę? Będą ta rady trochę uproszczone, podobnie jak i cała ta moja diagnoza miała uproszczony felietonowy charakter. Po pierwsze: spróbować zmniejszyć dyferencję między coraz wcześniejszym dojrzewaniem fizycznym i coraz późniejszym dojrzewaniem społecznym — a to poprzez lepsze niż dotąd przekazanie młodzieży gorzkich i bolesnych doświadczeń starszych pokoleń, co uczyni je szybciej dorosłymi. Po drugie: wcześniej powierzać młodzieży odpowiedzialne zadania społeczne, umożliwiać wcześniejsze pełne usamodzielnienie się — ach, te mieszkania (nie ma młodego człowieka, który nie mówiłby o tym w nieskończoność). Po trzecie: trzeba młodzieży dać własne poletko do gospodarowania, do samorządzenia się bez nachalnej ingerencji ze strony starszych.

Tak naprawdę, nawet ci, którzy rzucali kamieniami w milicjantów wcale nie nienawidzą socjalizmu, tylko za wszelką cen e chcą wykazać swoją dorosłość. Pomóżmy im tego dokonać w sposób rozumny. Jeśli bowiem my tego nie uczynimy, zrobi to ktoś za nas — i przeciw nam.
=======================================================================================
[
 
 
Chemas 
Forumowy Badacz Naukowy
Kinomaniak wychowany na literaturze młodzieżowej



Pomógł: 23 razy
Wiek: 54
Dołączył: 04 Wrz 2021
Posty: 6124
Skąd: Złocieniec
Wysłany: 2022-12-28, 18:30:20   

Również jestem od wrażeniem działań Kyna.
Czytam sobie co jakiś czas, jeszcze nie wszystko przeczytałem :/

Dwie kwestie, które mnie zastanowiły.

1. Duże zainteresowanie psychologią i duża wiedza na ten temat, przynajmniej tak mi się wydaje, gdyż ja na tym nie za bardzo się znam.
2. Stosunek do Warszawki, bo tak odbieram krytyczny artykuł (esej?) "Pisarz z prowincji". Może się mylę, ale gdzieś na forum czytałem, że Nienacki robił wszystko by nie mieszkać w Warszawie.

PS
ad 1) W jednym z wątków wyczytałem, że syn chyba studiował psychologię, bo kupował mu książkę z psychologii, dużo by to tłumaczyło. Poza tym w niektórych powieściach tą wiedzę wykorzystał.

https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=270678#270678

Nie wiem tylko, czy to pewna informacja.
_________________


Sporadyczny turysta, kiedyś bardzo aktywny, serdecznie zaprasza na Pojezierze Drawskie
Ostatnio zmieniony przez Chemas 2022-12-28, 20:23, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Chemas 
Forumowy Badacz Naukowy
Kinomaniak wychowany na literaturze młodzieżowej



Pomógł: 23 razy
Wiek: 54
Dołączył: 04 Wrz 2021
Posty: 6124
Skąd: Złocieniec
Wysłany: 2022-12-29, 18:58:16   

Kolejna porcja przeczytana z uwagą.
Bardzo interesująca jest polemika Nienackiego z autorem "Masowe i elitarne Koźniewskiego.

Oczywiście zdecydowanie na plus poglądy Autora.

"Główna teza artykułu Kazimierza Koźniewskiego („Masowe i elitarne” „Tit” nr 5) brzmi, że cały nasz złożony i ogromny kompleks spraw związanych z młodzieżą można rozwiązać po prostu... likwidując młodzież."

:564:

Ciekawa sprawa również z udziałem młodych w powstaniu "Solidarnoości" i stwierdzenie Autora:

"Fakt, że liderami „Solidarności” byli ludzie młodzi, świadczy, że mamy młodzież aż nadto dorosłą, a że znalazła się na przeciwnej barykadzie — jest jedynie dowodem na to, że nie w porę sobie to uświadomiliśmy i nie w porę dopuściliśmy ją do współgospodarzenia, czego się tak boi Koźniewski, jednocześnie zapominając, że to nie młodzież, ale my, starsze pokolenie, doprowadziliśmy ten kraj na próg kryzysu."
_________________


Sporadyczny turysta, kiedyś bardzo aktywny, serdecznie zaprasza na Pojezierze Drawskie
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający



Pomógł: 131 razy
Wiek: 55
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 45602
Skąd: Poznań
Wysłany: 2022-12-29, 21:40:01   

Chemas napisał/a:
Fakt, że liderami „Solidarności” byli ludzie młodzi, świadczy, że mamy młodzież aż nadto dorosłą, a że znalazła się na przeciwnej barykadzie


Życie uczy, że młodzież zawsze jest po drugiej stronie barykady niż rządzący... :p
_________________
Drużyna 2

Nasze forum na facebooku: ./redir/facebook.com/pansamochodzikforum
Nasza forumowa geościeżka keszerska: ./redir/pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=240911#240911

 
 
Kynokephalos 
Moderator
Członek Kapituły Samochodzikowej Książki Roku



Pomógł: 118 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6468
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2022-12-31, 03:41:59   

Chemas napisał/a:
1. Duże zainteresowanie psychologią i duża wiedza na ten temat, przynajmniej tak mi się wydaje, gdyż ja na tym nie za bardzo się znam.
(...)
W jednym z wątków wyczytałem, że syn chyba studiował psychologię, bo kupował mu książkę z psychologii, dużo by to tłumaczyło. Poza tym w niektórych powieściach tą wiedzę wykorzystał.
https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=270678#270678
Nie wiem tylko, czy to pewna informacja.

W tamtym wątku jest mowa o książce na temat psychiatrii.
Syn pisarza, Marek Nowicki, studiował medycynę i został lekarzem-anestezjologiem. Podręczniki zarówno z psychologii jak psychiatrii z pewnością były mu potrzebne, lecz nie wyciągałbym z tego wniosków dotyczących rozwoju zainteresowań Zbigniewa Nienackiego.
Mężczyzna czterdziestoletni” (który miał jakoby być pokłosiem zakupu książki dla syna) ukazał się w 1971 roku, gdy Marek miał 18 lat. Nie mogło więc chodzić o materiały do studiów a ewentualnie o wcześniejsze zainteresowania Marka.

Sam Nienacki, jak wspominał, już będąc chłopcem czytał „Wstęp do psychoanalizy” Freuda. Później zapoznał się z wykładami Karen Horney i Harry'ego Sullivana, również psychoanalityków. Odbył (zapewne też w młodości) jakieś ćwiczenia z psychoanalizy. Nie potrzebował więc inspiracji ze strony syna by zainteresować się tematyką.

Chemas napisał/a:
2. Stosunek do Warszawki, bo tak odbieram krytyczny artykuł (esej?) "Pisarz z prowincji". Może się mylę, ale gdzieś na forum czytałem, że Nienacki robił wszystko by nie mieszkać w Warszawie.

Niechęć do warszawki jest ewidentna, przy czym czasem odnosi się do wszystkich literatów tam mieszkających, a czasem do „pań i panów z Krakowskiego Przedmieścia” - czyli jakiejś węższej grupy o cechach koterii, złożonej głównie z warszawskich i krakowskich intelektualistów, mającej zakulisowo rozdzielać wpływy. Niechęć ta zresztą odezwie się także w jego następnym tekście w „Tu i Teraz”: „Dąsy, pląsy i nowy Towiański” z listopada 1982.

Ale w eseju „Pisarz z prowincji” jest też coś innego. Biorąc pod uwagę datę powstania (sierpień 1982), wpisuje się (po stronie władzy) w konflikt między reżimem stanu wojennego a zarządem ZLP wybranym na zjeździe w grudniu 1980 roku. Nienacki zdaje się dostarczać argumentów za tym, że zarząd - mimo demokratycznego formalnie trybu wyboru - nie reprezentuje dobrze wspólnoty polskich literatów; a zatem (można by pomyśleć) nie ma powodów, by go bronić czy żałować.

Nienacki ma, jak sądzę, sporo racji w tym, że wobec liczbowej dysproporcji między członkami oddziału warszawskiego a pozostałymi dobrze byłoby wzmocnić głos tych drugich. Swoją drogą może warto zastanowić się nad przyczynami tej dysproporcji. Historia powojennej odbudowy? lepsze warunki oferowane przez władze stołeczne lub państwowe? bardziej inspirująca atmosfera artystyczna? czy może właśnie siła przyciągania „mocnego” oddziału ZLP zdolnego rozdawać benefity? To ciekawe i żałuję, że autor nie podzielił się swoimi myślami na ten temat.
Wracając do wątku: Nienacki ma pewną rację, ale data powstania eseju (aż półtora roku po wyborze zarządu, stan wojenny, cenzura, zawieszenie działalności i perspektywa rozwiązania ZLP) sprawia, że przypomina on tekst pisany na polityczne zamówienie.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

 
 
Chemas 
Forumowy Badacz Naukowy
Kinomaniak wychowany na literaturze młodzieżowej



Pomógł: 23 razy
Wiek: 54
Dołączył: 04 Wrz 2021
Posty: 6124
Skąd: Złocieniec
Wysłany: 2022-12-31, 10:23:54   

Dzięki wielkie Kyno za cenne wyjaśnienia :564:
_________________


Sporadyczny turysta, kiedyś bardzo aktywny, serdecznie zaprasza na Pojezierze Drawskie
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Członek Kapituły Samochodzikowej Książki Roku



Pomógł: 118 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6468
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2023-01-04, 11:21:13   "Dąsy, pląsy i nowy Towiański"

Obszerny tekst Zbigniewa Nienackiego znowu omawia tematy statusu zawodowego pisarza, w szczególności roli, jaką powinny pełnić - a jaką pełnią - środowisko i związek literatów i dodatkowo sprawę zaangażowania politycznego pisarzy.

Powstał w reakcji na artykuł współredaktora „Tu i Teraz” - i jerzwałdzkiego sąsiada - Aleksandra Minkowskiego, który po dziesięciu miesiącach stanu wojennego dzielił się myślami o milczeniu lub aktywności ludzi kultury i o podziałach w środowisku.

Odniosłem wrażenie, że Nienacki wykorzystał publikację Minkowskiego jako pretekst by wypowiedzieć coś, co miał ochotę poruszyć czy wyjaśnić: kwestię własnej postawy po 13 grudnia 1981. I coś ogólniejszego, o czym mówić lubił: o swojej artystycznej niezależności, o kłodach rzucanych mu pod nogi przez kolejne władze za niepokorność, o złym traktowaniu - z analogicznej przyczyny - ze strony kawiarnianych literatów i wielkomiejskich sitw.

Felieton Aleksandra Minkowskiego pewnie byłby dla wielu osób ciekawy ze względu na personalia i rzut oka na wewnętrzne stosunki w ramach ZLP i w ogóle między literatami na różnych etapach PRL. Z drugiej strony jest przydługi i miejscami napisany ideologiczną staromową, przywodzącą na myśl partyjne lektoraty.
A że odpowiedź Nienackiego nie omawia szczegółowo kolejnych tez Minkowskiego i może być czytana niezależnie - pomyślałem, że najpierw wkleję właśnie polemikę, zaś tekst, do którego ona formalnie się odnosi, dla bardziej zainteresowanych, pod spodem.

Pozdrawiam,
Kynokephalos

=======================================================================================
Polemiki

Dąsy, pląsy i nowy Towiański

Zbigniew Nienacki
„Tu i Teraz”, nr 26, 24 listopada 1982, str. 4.

Nie polemizowałbym przenigdy z artykułem Aleksandra Minkowskiego („Tit” nr 19), gdyby nie fakt, że tok jego rozumowania jest tak charakterystyczny dla pewnego kręgu naszych intelektualistów i nie przysparza chwały, a chyba przeciwnie — po prostu od lat powoduje tylko szkody. Identyfikuje się życie towarzyskie literatów z życiem literackim, wizyty w kawiarni literackiej z wizytami na Parnasie, a życie związku literatów, te rozmaite zjazdy, spotkania i konwentykle literackie — z twórczością literacką.

Dla Aleksandra Minkowskiego — literatura polska, to Staś, Jaś, Franio i Józio, z którymi się grało w szachy i wymieniało ukłony lub uszczypliwości. Teraz żali się Minkowski, że Józio się dąsa, znany za swej gadatliwości Franio zaczął milczeć, ze Stasiem nie można pograć w szachy, a Jaś postanowił wyjechać tam, gdzie nie ma kolejek po mięso. Jeśli do tego dodać, że ten i ów przestał się temu i owemu kłaniać — powstaje apokaliptyczny obraz chaosu i upadku polskiej literatury. Obraz tak samo nieprawdziwy jak zabawny.

Na początku artykułu Minkowskiego pojawia się postać „doskonałego pisarza”, szanowanego w środowisku, który oświadczył, że [po] 13 grudnia 1981 „należy milczeć”: „pozostaje zachowanie godności”. Nie wiem kogo miał Minkowski na myśli i nawet nie dociekam, gdyż znam samych tylko „doskonałych pisarzy”, ale wyznaję, że mi się postawa tego człowieka podoba. Przez dwa minione lata tyle się nawrzeszczano, nakrzyczano, nagadano, tyle wypowiedziano głupstw i tyle tymi głupstwami narobiono szkody, że czymś chwalebnym będzie, jeśli ten i ów pomilczy trochę. Milczenie rodzi refleksje pomaga twórczości. We wrzasku i hałasie dobre książki nie powstaną, a z tej odrobiny milczenia coś się może zrodzić. Nie rozumiem tylko dlaczego to się nazywa „zachowaniem godności”? Kiedy przed 15 laty opuściłem pełne swarów i wrzaskliwych kłótni literackie środowisko Lodzi i zamieszkałem w małym domku na Mazurach — nikt tego tak nie nazywał. Pomilczałem parę lat, bo mi się to i owo nie podobało, napisałem cykl o „Panu Samochodziku”, zdobyłem odrobinę sławy u młodzieży i trochę pieniędzy. Taka bywa korzyść z milczenia. Złą przysługę wyrządza Minkowski swemu środowisku zachęcając je do kolejnej fali gadulstwa. Po co? Pisarz najpełniej wypowiada się przez swoje książki. Wierzę iż owo milczenie zaowocuje książkami i będą to książki ostre, polemiczne, atakujące nasze schorzenia narodowe, wypaczenia władzy, przestarzałe struktury, albo po prostu pokazujące tragedie ludzkiego losu, bo i do tego — podobno — powołana jest literatura. Namawiać kogoś, żeby pisał do „Tu i teraz”? A może ciekawiej będzie posłuchać nie tych, co ciągle się wypowiadali, ale tych, co do tej pory milczeli?...

Jestem od Minkowskiego bogatszy o jedno wielkie doświadczenie jakim było dla mnie, gimnazjalisty, obserwowanie rodzącego się po wojnie życia literackiego w Łodzi. Mój polonista, wykrzykiwał niemal na każdej lekcji: „Co to jest ta „Kuźnica?” Same nie znane nikomu nazwiska. Im się wydaje, że oni zrobią literaturę?” W istocie, kto to był w tym czasie Stefan Żółkiewski, kto go znał, z jakiej twórczości? Kto to był Kazimierz Brandys? Kim był w tym czasie Jan Kott? Albo Paweł Hertz. Albo nawet Adolf Rudnicki. Dla mojego polonisty byli to osobnicy niewarci uwagi. Znał tylko tych na emigracji — Lechonia, Słonimskiego, Wierzyńskiego, Gombrowicza. Lecz czas pokazał, że ci właśnie nieznani szerzej czytelnikom autorzy otworzyli nowy rozdział polskiej literatury. Dlatego doradzałbym ostrożność i odrobinę dystansu wobec nowych zjawisk w naszym życiu literackim. Być może na naszych oczach dokonuje się kolejna zmiana literackiej warty i jeśli jedni zechcą milczeć, to drudzy zechcą otworzyć usta, albowiem jak pisał pięknie w tejże „Kuźnicy” Paweł Hertz, (przepraszam jeśli źle zacytuję, ale czynię to z pamięci): „Tak już było nieraz, że gdy jedna odchodziła epoka, przychodziła druga. Świat swych powiek obu nie zamykał stojąc nawet na krawędzi grobu”.

Na łamach nowych czasopism widzę coraz nowe nazwiska i coraz śmielsze wypowiedzi. Albo pojawiają się nazwiska niesprawiedliwie zapomniane. To im nierzadko „łamano kości”, a nawet odmawiano prawa druku. Po Sierpniu 1980 roku mieli moralne prawo, aby hałasować i wygrażać pięściami jak to czyniło wielu, których ta władza pieściła i przypinała im ordery. Jednak nie uczestniczyli w ogólnej wrzawie, a jeśli już zabierali głos, to tonizująco, ostrzegawczo. Nie pytałem dlaczego tak właśnie zachowywali się po Sierpniu i nie „uciekają w milczenie” po 13 grudnia. Odpowiedź bowiem znajduję w sobie samym — mój pseudonim literacki jest przecież pamiątką po zakazie druku pod własnym nazwiskiem, mnie także kiedyś relegowano ze studiów, niewiele mam powodów, aby chwalić poprzednie ekipy, nie byłem niczyim pupilem i częściej pokazywano mi kij niż marchewkę. W Sierpniu z największym wzruszeniem przysłuchiwałem się wiadomościom o strajku w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu. Cieszyłem się, że odchodzi epoka pychy. Ale już w pół roku później gniewnie zaciskałem usta, a w rok później gdy na łamach tygodnika „Solidarność” znalazłem gromkie wezwania do niedrukowania książek Putramenta i Dobrowolskiego, to niezależnie od tego, jaki był mój prywatny stosunek do tych dwóch ludzi, zdałem sobie sprawę że przyszła kolejna epoka nowej i groźnej nietolerancji i pychy. Kazano mi do dna wypić już nie kieliszek goryczy, ale kilka jej butelek! Atmosfera przygotowań, a potem Nadzwyczajnego Zjazdu Związku Literatów Polskich, przedziwne połączenie „targowiska próżności” i zwykłego jarmarku. I ten Kongres Kultury Polskiej! Gdzie w tym klimacie mogło się znaleźć miejsce dla zawodowego pisarza, jakim jestem, utrzymującego się wyłącznie z pióra, z czytelników, a nie ze stypendiów, takich czy innych układów personalnych, zapewniających profity? Pisarzowi mojego pokroju pozostał wybór: zaakceptować nowe nietolerancje i przemoc lub jeszcze raz uwierzyć — uwierzyć filozoficznie, jak to określił Sandauer — że odnowa jest możliwa i będzie realizowana. Wybrałem drugie. Ale tym razem postanowiłem pilnować, aby tak się działo. Dlatego nie będę milczał, lecz wypowiadał się publicznie o tym co widzę złego, a co wydaje mi się dobre. I to tak długo, jak długo starczy mi mojej wiary lub wiara ta zacznie utwierdzać się w faktach...

Dziwię się czułości z jaką Aleksander Minkowski wspomina Katowicki Zjazd Związku Literatów. Raz w życiu zdecydowałem się kandydować na delegata, zostałem wybrany i uczestniczyłem właśnie w tym zjeździe jako delegat. Myślałem — o naiwny, że jadę na zjazd pisarzy i mowa będzie o literaturze, nawet sobie wystąpienie na ten temat przygotowałem. Raptem znalazłem się w kotle jakichś rozgrywek; tego na bok odprowadzano i coś mu powiedziano; tamtego na bok odprowadzano i coś mu szeptano; za zamkniętymi szczelnie drzwiami hotelowych pokoi odbywały się tajne narady jakichś grupek i podgrupek, jakiś „goniec” latał od jednej koterii do drugiej, znowu kogoś na bok odprowadzano, jednym słowem odbywał się żenujący targ, który Minkowski nazywa... negocjacjami. A cóż to za negocjacje mogą być między ludźmi, z których każdy pisze na swój własny rachunek i wartość jego twórczości sprawdza się w czytelniach i bibliotekach? Literatura nie miała żadnego znaczenia. Myślałem, że jadę tam jako „ktoś”: wspierają mnie 2 miliony egzemplarzy moich powieści, popularność wśród czytelników. Jako naturalne potraktowałem, że zjazd wybrał mnie do Komisji Mandatowej. Jakież było moje zdziwienie, gdy mimo wyboru w ogóle nie zaproszono mnie i innego pisarza partyjnego na konstytuujące się zebranie tej Komisji. Bezczelnie złamano statut, zasady demokracji — a przecież z trybuny zjazdowej o niczym innym nie mówiono jak a statucie i demokracji.

A nieco później miałem posmak tego, jak pracują ludzie wybrani na takich zjazdach, właśnie na tym Nadzwyczajnym. W Olsztynie odbyła się sesja wyjazdowa ZG ZLP na temat: sytuacji pisarza na prowincji. Wiązałem z tą sesją, (myślę, że nie tylko ja), duże nadzieje na polepszenie naszego bytu. Ale zamiast dyskusji o życiu pisarza na prowincji, odbyła się dyskusja na temat: jak bardzo czołobitny ma być telegram uczestników sesji do odbywającego się równolegle zjazdu związku „Solidarność”. A potem, gdy przyszło do podejmowania jakichś uchwał, okazało się, że tego zrobić nie można, bo brak quorum Zarządu Głównego ZLP. Niektórym członkom ZG ZLP po prostu nie chciało się wsiąść do wygodnego autokaru i przyjechać do Olsztyna. To po co tak zabiegali o wybór? Czyżby nie pojmowali, że z takim wyborem łączą się nie tylko profity, ale także i pewne nudne obowiązki, w rodzaju przyjazdu na prowincję?

Aleksander Minkowski z sentymentem wspomina, że kiedyś każde wyborcze zebranie pisarzy poprzedzały poufne negocjacje, między tzw. lewicą literacką i tzw. opozycją. Potem, gdy opozycja poczuła się silniejsza — wzdycha Minkowski — wspólny stół wyrzuciła za drzwi. Nie chciała negocjacji ze słabszymi. Nienawidzę wszystkich poufnych uzgodnień, które dzieją się za moimi plecami, ale których ja mam być przedmiotem. Nie chcę być pajacem pociąganym za sznurek przy różnego rodzaju „wspólnych stołach”. Chcę wybierać tego, kto mi się podoba, a nie takiego, którego mi się każe wybierać. Dlatego wszelkie tzw. wypowiadanie się w imieniu środowiska i co gorsza tzw. reprezentacje środowiskowe powinny być przez władze traktowane z dużą ostrożnością jako relikty starych czasów, coś anachronicznego i przebrzmiałego. Albowiem każdy dobry pisarz to jest taki, który posiada rzesze czytelników, ma dość sposobów i wystarczająco donośny głos, aby przemówić we W ł a s n y m imieniu.

Dlatego o wiele bardziej istotne wydaje mi się sformułowanie swoistego dekalogu pisarskiego, który stosuję w życiu:
. . . 1. Kultura, a w tym literatura, jest sprawą niepodzielną, niezależnie od tego, ile istnieje obiegów kulturowych i ilu jest mecenasów. Dla sprawy kultury narodu ważne jest jedynie konkretne dzieło literackie i ono — wyłącznie ono — powinno podlegać osądowi krytyki. Pisarze nie muszą się wzajemnie kochać, a jak wiemy, kochają się rzadko.
. . . 2. Ponieważ literatura jest niepodzielna — nie jest ważne, gdzie pisarz tworzy swoje dzieło. Jeśli chce mieszkać na wsi, niech tam mieszka, jeśli w mieście — niech tworzy w mieście, w Paryżu, Londynie, czy w Hongkongu. Ostatnio kupiłem sobie „Rondo” Kazimierza Brandysa. Co mnie obchodzi, że on przebywa w Stanach Zjednoczonych, czy gdzieś indziej? Niech siedzi choćby w Hondurasie, byle tylko „Czytelnik” drukował jego książki. Zresztą, jeśli mu wydrukuje nie „Czytelnik”, ale „Gallimard” i będę mógł kupić tę książkę, też dobrze. Przestańmy wreszcie każdego, kto chce żyć na swój własny sposób i swój własny rachunek nazywać „zdrajcą” [] w kolejkach i woli spędzać życie pod słońcem Italii, niż na przykład w smętnym klimacie jesiennych Mazur.
. . . 3. Literatura nie składa się z pląsów, dąsów, ukłonów i dygów. Czy naprawdę tak mało ludzi rozumie, że co innego nie lubić pisarza, a co innego nie lubić jego książek? Ilu znam miłych i sympatycznych kolegów pa piórze, z którymi wymieniam „buźki”, ale ich książek nie czytam. Tak naprawdę to pisarz powinien liczyć się nie z władzami, nie z kolegami, ale z tymi, co mu płacą — z czytelnikami. Tylko, że to jest podejście zawodowca, a najczęściej nam do czynienia z pisarzami niedzielnymi, amatorami, a oni, ponieważ sobą sami niczego nie reprezentują, muszą „zajmować funkcje”, kręcić się koło takiego, czy innego „dworu”.
. . . 4. Pisarz — jak każdy człowiek, ma prawo do własnych poglądów politycznych i może, jeśli chce głosić je na tych łamach, które mu się podobają. Z chwilą jednak, gdy pisarz staje się politykiem, powinien podlegać takim samym prawom jak polityk, być chwalonym albo zwalczanym za poglądy polityczne. To samo tyczy sytuacji, gdy staje się działaczem społecznym. Ani nie powinien mieć specjalnych przywilejów ani też podlegać surowszym kryteriom. Nie widzę powodu, aby, unaoczniając sprawę nieco karykaturalnie, pisarz za wykroczenie drogowe płacił mniejszy albo większy mandat z tego tytułu, że jest pisarzem. Tak jak prowadzi samochód na własną odpowiedzialność, tak samo i polityką zajmuje się na własny rachunek. Pisze przecież też na własny rachunek.
. . . 5. Czy ze względu na swój zawód pisarz powinien mieć pewne przywileje w społeczeństwie? Tak. Ale tylko dotyczące ułatwień dla jego twórczości, podobnie jak inni obywatele z tytułu swoich zawodów. Szewc musi uzyskać lokal na naprawianie butów, a pisarz mieć prawo do większej powierzchni mieszkalnej na gabinet, pewne ulgi podatkowe, łatwiejsze wyjazdy za granicę itd. itp. Ochroną tych interesów powinien zająć się jego związek. Ale jak ochronie związku szewców nie podlega działalność polityczna szewca, na przykład pisanie przez niego jakichś proklamacji, tak samo ochronie związku literatów nie powinna podlegać działalność twórcy inna niż twórczość. Bo dojdzie do tego, że wkrótce zacznie się pisać petycje w obronie twórcy, zatrzymanego za pobicie swej żony. Pogląd, że pisarz jest „inżynierem dusz” raz wreszcie włóżmy do lamusa, bo aż wstyd, że posługują się nim w codziennej praktyce ludzie, którzy przecież tak gwałtownie potępiali i potępiają stalinizm. A właśnie wszelkie owe akcje petycyjne są konsekwencją stalinowskiej tezy o pisarzu — inżynierze dusz.
. . . 6. Nikt nie musi kochać Aleksandra Minkowskiego. Kto wybrał zawód pisarza i chce robić w większym lub mniejszym stopniu karierę literacką, musi mieć świadomość, że nie może być kochany przez wszystkich, bo inaczej — według definicji pani Karen Horne — jest po prostu neurotykiem i będzie przeżywał wieczne frustracje.
. . . 7. Niekiedy w rzeczy samej dość trudno jest rozgraniczyć twórczość literacką od działal[n]ości politycznej i wówczas nie wiadomo, czy się takiego człowieka nagradza za literaturę, czy politykę. Takoż gani i potępia. Są to niestety koszta uprawiania określonego gatunku twórczości. Kto go realizuje — musi się liczyć z takimi konsekwencjami i wpisywać je do rachunku kosztów i zysków. Podobnie jak ten, kto zamierza pisać powieści kryminalne i potem dziwi się, że nie wystawiają go do Nagrody Nobla. Liczy się w gruncie rzeczy osąd czytelników, a ci też nie bywają sprawiedliwi. I tak jedni będą mówić, że nagradzają, bo jest partyjny, albo przemilczają, czy zwalczają, bo partyjny nie jest. Kto ma o to pretensje do świata — też jest neurotykiem. Pisarz dyspozycyjny, czy to względem lewicy, czy prawicy, opozycji czy kontropozycji — może liczyć na nagrody, ale szanowany przez nikogo nie będzie. Takie są bowiem prawa literackich reguł gry. Dlatego mylą się ci, którzy sądzą, że zabierając głos w różnego rodzaju tajnych pisemkach na najbardziej aktualne tematy, zyskują sobie społeczny szacunek. Po chwilowym poklasku w pewnych kręgach, tam także przychodzi refleksja, że są dyspozycyjni. Na dłuższą metę nie wierzę w żaden poważny bojkot oficjalnych wydawnictw ani pisanie do szuflad. Będzie tak jak było — literatura w kraju i literatura na emigracji. Myślę oczywiście o literaturze przez duże „L”. Albowiem podziemny mecenas stawia zbyt ostre warunki publikacji — aktualność, ostrość, paszkwilanckość, jednobarwność i jednoznaczność — aby mógł je zaakceptować pisarz większej miary i większej rangi.

Kiedy pisarz odwraca głowę od pisarza — powiada Aleksander Minkowski — jest to groteska tragiczna. Gdzie tu tragedia? Nie rozumiem. Od początku mej kariery literackiej od tzw. środowiska spotykały mnie tylko kopniaki, donosy, zwykła krzyżowa droga każdego prawie pisarza poza układami i powiązaniami, a także — poza stolicą. Nie tęsknię do życia w stadzie. W życiu towarzyszy mi świadomość, że pisarza się nie mianuje — pisarzem człowiek się sam staje. I nikt, żadna władza i żadne środowisko, „pisarskiej godności” nie może mu odebrać. Tedy róbmy każdy swoje i tak jak uważamy za stosowne.

Jeśli pisarstwo jest w rzeczy samej czymś więcej niż zadrukowywaniem stronic książkowych — jeżeli ma być także przewodnictwem w narodzie — tezę tą należy udowodnić nie w kawiarni, ale w czytelniach publicznych, poprzez ilość wypożyczeń. Bo wiem, że dla Polski więcej zrobił „Pan Tadeusz” niż mickiewiczowski „Legion”. Mam wrażenie, że po drogach naszej Ojczyzny jeździ kałamaszką jakiś obłąkany Towiański i namawia, aby nie pisać...

=======================================================================================
Woda szybko przybiera a opada wolno

Aleksander Minkowski
„Tu i Teraz”, nr 19, 6 października 1982, str. 1 i 4.

Był marzec tego roku, gdzieś wysoko toczyły się rozmowy o powstaniu nowego tygodnika kulturalnego, ludzie z trudem zbierali myśli, bezradnie rozglądali się wokół. Swojego rówieśnika, doskonałego pisarza o umiarkowanych dotąd poglądach, człowieka prawego i rozsądnego, spytałem czy zgodziłby się współpracować z takim pismem. Wyobrażałem sobie, że wokół tygodnika uda się, być może, skupić intelektualistów bliskich sobie myślowo, gotowych zaryzykować wspólny program, poszukać drogi. Powoływałem się na „Kuźnicę”, „Po prostu”, „Współczesność” wreszcie — tam poznaliśmy się przed laty.

Usłyszałem, że dziś należy milczeć: jest to jedyna broń intelektualistów przeciwko zniewoleniu społeczeństwa stanem wyjątkowym. Czy skuteczna? Nic już nie jest skuteczne — pozostaje zachowanie godności, a to znaczy dzisiaj milczenie. Powiedziałem wówczas mojemu rozmówcy, że milczałbym jak niemy i namawiał do tego innych, gdyby to miało przyspieszyć choć o godzinę zniesienie stanu wojennego. Ale ten stan warunkują względy znacznie wymierniejsze i brutalniejsze zarazem od subtelnej wymowy milczenia.

Czy mimo to nie należy manifestować moralnej dezaprobaty?

Każdy wybiera sam. Jedni umilkli na dobre, inni częściowo — nie pisując do gazet lecz wydając książki, nie pokazując się w telewizji lecz grając w teatrze. Są też tacy, którzy publiczne zabranie głosu w trudnej dla narodu godzinie uważają za swą powinność. Ciszy przecież nie ma: wdzierają się w nią krzyki i fałszywe dyszkanty różnych ekstremistów zawsze gotowych jątrzyć, judzić, szczuć jednych na drugich. Wzgardliwy dystans nie jest na to najskuteczniejszą ripostą.

Osobiście wybieram uczestnictwo. Nie potępiam tych, którzy je odrzucili, albowiem jest to sprawa własnego sumienia. Swój głos sygnują imieniem i nazwiskiem. Mnie jednak potępiają i tego również nie mogę mieć nikomu za złe, nawet tym, z którymi jeszcze do niedawna wiele mnie łączyło. Próbuję dociec, dlaczego już nie łączy? Czy tak musiało się stać? Kto ponosi za to odpowiedzialność, że podziały się mnożą, że są coraz głębsze?

Należę do ZLP prawie ćwierć wieku. Gdy zaczynałem pisać, Kołem Młodych opiekował się Igor Neverly, potem Jerzy Broszkiewicz — wspaniali ludzie, świetni pisarze. Obcowałem z Jerzym Andrzejewskim, Marianem Brandysem, Tadeuszem Konwickim, Wiktorem Woroszylskim, Andrzejem Mandalianem. Była ta pisarska lewica. Jeszcze jako uczeń, zetempowiec, rozczytywałem się w „Popiele i diamencie”, „Władzy”, „Lewantach” i „Węglu”, „Biegu do Fragalà” i „Pamiątce z celulozy”. Na wieczornicach deklamowałem rewolucyjne wiersze poetów, których bezpośredni wpływ formował później moje widzenie świata.

Co spowodowało, że wielu spośród tych ludzi opuściło potem szeregi lewicy literackiej? Że ich żarliwość obróciła się w przeciwną stronę?

Odkąd pamiętam, organizacja partyjna warszawskich pisarzy była buzującym tyglem, w którym przebiegały gwałtowne reakcje w najwyższych temperaturach. Stop jednak nie powstawał: radykalnym postawom krytycznym odpowiadał wściekle chórek lewackiej lub tylko dyspozycyjnej ekstremy, pośrodku plasowali się umiarkowani, a mediatorzy bezskutecznie zdzierali gardła.

Było to w jakimś stopniu powielenie układu całości ZLP. Tyle, że na zebraniach Oddziału Warszawskiego głos zabierali także ludzie, którzy atakując defekty systemowe nie ukrywali, że są przeciwnikami socjalizmu. Radykałowie lewicowi czynili to w trosce o socjalizm; tak twierdzili i osobiście nie znajdowałem podstaw, aby im nie wierzyć, powątpiewać w intencje.

W samym ZLP, pomimo burz i kataklizmów, obowiązywał model współżycia, zakładający równość kolegów i dbałość a wzajemną tolerancję! Przez długie lata patronował skutecznie tej formule Jarosław Iwaszkiewicz. Przed zjazdami zasiadali do wspólnego stołu przedstawiciele różnych orientacji, dopóty negocjując, aż powstawała lista nazwisk do przyjęcia przez większość. Negocjacje były poufne, choć każdy o nich wiedział; towarzyszyły im ostre spory, niekiedy kłótnie, awantury nawet, ale wynik w końcu satysfakcjonował — wspólna reprezentacja miała odcień umiarkowany, władza godziła się na nią (acz często nie bez irytacji) i Związek żeglował dalej, omijając rafy, dbając by nikt nie wypadł za burtę.

Po Sierpniu 80 zniknął wspólny stół: wina za całe zło minionego dziesięciolecia spadła na lewicę związkową. Burzliwy czas nie sprzyja wyważaniu sprawiedliwości — polaryzują się stanowiska, radykalizują postawy. Szczególną cechą sali obrad ZLP jest filtrowanie napięć społecznych aż powstaje koncentrat o najwyższym stężeniu. Kto wini za to pisarzy, nie rozumie naturalności zjawiska — wyniku zawodowej nadwrażliwości, poczucia misji, przymierza świata do najwyższych kryteriów moralnych. Nie ma pisarza bez tych cech i stąd tak rzadko się zdarza, aby dobry pisarz zrobił karierę polityczną. Kto widział spontanicznego polityka? Kto zna artystę, który byłby chłodnym rachmistrzem o elastycznym grzbiecie?

Pokojowe współistnienie w ZLP, o które tak pilnie dbał Jarosław Iwaszkiewicz, przestrzegając przed niebezpieczeństwem opozycyjnych działań politycznych na arenie Związku — owo sztuczne, często wymuszane współistnienie nie miało odniesienia do sytuacji wewnątrz lewicy związkowej. Tu nieustannie wrzała walka.

Władza żądała poparcia dla swojej polityki. Zawsze tego żądała. I był przecież czas, gdy lewicowi pisarze posłusznie jeździli na wieś i do fabryk, podejmowali zobowiązania produkcyjne i pisali produkcyjniaki na miarę swych talentów, gorsze, lepsze. Upadek stalinizmu był wstrząsem, przebudzeniem. Pośród pisarskiej lewicy wywołał reakcje gwałtowne, lecz nie jednakie: część po prostu odeszła, trzasnąwszy drzwiami — choć powrót Gomułki zapowiadał naprawę zła — inni dokonali bolesnych przewartościowań stali się czujni i wymagający, jak u początków władzy ludowej, gdy program lewicy był ekspozycją ich dążeń i marzeń. Byli również I tacy, którzy po prostu się przystosowali. Służalczo, wygodnie. Związek Literatów to nie tylko wybitne osobowości.

Kiedy znalazłem się — 1964 r. — w organizacji partyjnej warszawskich pisarzy, nie było już tam kilku głośnych nazwisk. W cztery lata później odeszła lub została wydalona przez wysoką instancję kolejna grupa pisarzy, często wybitnych, o dużym autorytecie — za rewizjonizm, krytykę władzy, jej politycznych posunięć. Za odmowę rezygnacji z zajętego stanowiska.

Umiarkowani próbowali łagodzić konflikt, gdy narastał: szukali modus vivendi między radykalizmem nieustępliwych współtowarzyszy i równie nieustępliwą postawą polityków. Było to niemożliwe. Racje naszych nieustępliwych brzmiały godnie i dumnie, bywały uduchowione, w tonacji najczystszej szlachetności, w zgodzie z teorią ustrojową. W niektórych przypadkach szły dalej — poza teorią, poza realną możliwość, w kierunku społecznej utopii. Niekiedy pokrywały się ze stanowiskiem naszych przeciwników ideowych i tę zbieżność miało później potwierdzić życie.

Racje polityków obracały się wokół konieczności i uwarunkowań. Były dużo mniej efektowne, czasami po prostu cyniczne, czasami podszyte fałszem — gdy atak radykałów na rozmaite nieprawości i błędne posunięcia władzy nazywano podważaniem zasad ustrojowych. Nieustępliwych wyrzucano z partii, piętnowano z wysokich trybun.

Potem w szeregach związkowej lewicy zapadała cisza. Pozorna i na krótko: część dawnych umiarkowanych przesuwała się na pozycje tych co odeszli, a kolejny konflikt społeczny wzbudzał następną eksplozję. Scenariusz powtarzał się — w siedemdziesiątym szóstym roku, w osiemdziesiątym, w osiemdziesiątym pierwszym. Lewica pisarska rzedła. Do tych, którzy odeszli sami, albo zastali odtrąceni, wyciągał ramiona ideowy przeciwnik. W życiu społecznym, tak jak w przyrodzie, nie ma próżni. Rozgoryczenie sprzyja radykalizacji. Zwłaszcza, gdy jest się nasekowanym i nic już [nie ma] do stracenia.

W szeregach lewicy pisarskiej, która znajdowała dosyć sił, aby przetrwać kolejne starcia z aparatem władzy, także postępował proces rozbicia. Jedni triumfowali: zwalniały się miejsca, bliżej było po łaskę władz, łatwiej zaskarbić jej względy. Grupka „wiernych” pretorian zakrzykiwała umiarkowanych, którzy przeżywali osobiste dramaty, próbując godzić lojalność i nieszkodzenie sprawie z protestem moralnym wobec zjawisk, które dopiero na IX Zjeździe partii nazwano po imieniu i odrzucono jako błędy, wynaturzenia. Trudno godzić lojalność z protestem. Trzeba nie lada siły przekonań i charakteru, a może optymistycznej wiary w zwycięstwo dobra nad złem, aby wytrwać przy sprawie, w którą wpisało się kawał własnego życia. Dziś trzeba jeszcze szczególnej odporności psychicznej: napięcia ostatnich miesięcy spowodowały rozłam dramatyczny, gdzie ludzie ludziom nie podają rąk, choć byli niegdyś przyjaciółmi i nic między nimi osobistego nie zaszło; gdzie jedni drugim odmawiają prawa do przekonań, racji i dobrej woli, ponieważ tym pierwszym stan wojenny odebrał możliwość publicznego zabierania głosu — lub sami z tego zrezygnowali. I nie ma znaczenia, że ci drudzy byliby gotowi podjąć spór merytoryczny. Są z góry przekreśleni. Ich argumentów nie chce się słuchać, ich ból jest śmieszny, ich intencje muszą być nikczemne.

Zapiekłość i nietolerancję rodzą warunki. Nie są to przyrodzone cechy Polaków. Myślę, że nadejdzie czas, gdy będziemy starali się zapomnieć o odwracaniu głowy na czyjś widok. Może będziemy się tego wstydzić. Uznamy za niebyłe.

Straty lewicy trudno będzie odrobić. Są ważkie, jakościowe.

Pisaliśmy o tym ze Zbigniewem Safjanem w „Tu i teraz” klika miesięcy temu. Dyskusja na łamach pisma trwa jeszcze. Tutaj chciałbym się zastanowić nad dwiema przyczynami, które tłumaczą kurczenie się lewicy pisarskiej.

Jedna wydaje się naturalna, związana nierozłącznie z pozycją i rolą intelektualisty w społeczeństwie, a zwłaszcza artysty pisarza. Pisarz jest osobowością emocjonalną: obraca się pośród czystych wartości, wysublimowanych niejako, ponad codziennością. Pojęcia takie, jak sprawiedliwość, godność, szlachetność, są dla niego jednoznaczne i jedyne zarazem jako kryteria oceny. Nie może być inaczej i nie powinno — społeczeństwo musi mieć sędziów. których zasady moralne są niezachwiane, nie ulegają naciskom.

Codzienność z jej praktyką polityczną, lawirowaniem taktycznym, uwzględnianiem różnorakich konieczności, ułomnościami wreszcie — ta codzienność nie przylega do najwyższych kryteriów moralnej oceny. Ani nasza codzienność, ani żadna inna, nigdy, nigdzie. Intelektualista nie może jednak z tym się godzić: protest jest jego powołaniem, wyższą koniecznością. Zwłaszcza lewicowy intelektualista, który w Polsce walczył ongiś o ustrój społecznej sprawiedliwości, zainwestował w to swoje marzenia, nadzieje — a kiedy walkę wygrał, okazuje się, że praktyka ustrojowa daleka jest jeszcze od ideału, on ją zaś firmuje jako współtwórca, współreżyser, współodpowiedzialny.

Politykom taki protest przeszkadza w sprawowaniu władzy. Szczególnie, gdy idzie od swoich, którzy powinni popierać. Pragmatyzm polityków jest nieczuły na czyste wartości, przeczulony na punkcie ocen moralnych.

Czy jest to sprzeczność nie do pogodzenia?

Musi istnieć jakieś iunctim między moralnym wartościowaniem i praktyką polityczną socjalizmu — prawa, które pozwalałyby tę sprzeczność godzić lub łagodzić przynajmniej. Szukać tych praw powinny nauki społeczne. Nie zdefiniowały ich dotąd; być może, z winy doktrynerów, którzy zalecają owym naukom służebność wobec doraźnych potrzeb. Stąd, zapewne, wiemy tak mało o źródłach naszych kryzysów.

Drugą przyczyną ubytków w szeregach intelektualnej lewicy, jest dwoistość jej roli w systemie: obrońcy struktur i równocześnie ich przeciwnika.

Obrońcy — gdy te struktury są sprawne, nowoczesne, służą realizacji założeń ustrojowych.

Przeciwnika — kiedy starzeją się, obumierają, przechodzą w swoją odwrotność.

Zjawisko kostnienia struktur jest procesem naturalnym: w jakimś momencie przestają spełniać swe funkcje, odpowiadać wymogom współczesności. Trzeba je zmienić. Wtedy jednak zaczyna się konflikt z aparatem władzy.

Obrona instytucji przez władzę jest zjawiskiem ponadustrojowym: w każdej formacji społecznej istnieją zabezpieczenia ochronne aktualnych struktur. Strażnikiem st[r]uktur jest aparat władzy, dla którego ich naruszenie oznacza własny upadek — wraz w instytucją muszą odejść jej kapłani. Stąd nieustępliwość aparatu, jego konserwatyzm. Kierownictwo może się zmieniać, byle to nowe gwarantowało trwałość struktur — ma wtedy zapewnioną lojalność aparatu. Aparat władzy nie myśli nowatorsko; jest siłą wykonawczą, która dba, żeby mechanizm się kręcił bez przestojów i zakłóceń, tak samo dziś jak wczoraj — nie toleruje nowinek, preferuje rutynę. Działa tu prawo dziedziczności: jeżeli mistrz popełnił błąd strukturalny, przekazuje go swoim uczniom, którzy potem sami zostają mistrzami i powielają ów błąd jako nienaruszalną zasadę. Potocznie nazywa się to biurokracją. Korzenie zjawiska są jednak głębokie, kształtowane przez interes grupowy i przeświadczenie o słuszności poczynań, racji niepodważalnej, poza dyskusją.

Lewica intelektualna, będąc sama współtwórczynią struktur ustrojowych, równocześnie widzi je z dystansu, ogląda w rozwoju, dostrzega mankamenty i przeżytki, rozumie konieczność zmian. Kiedy podejmuje próbę ich forsowania, popada w konflikt z aparatem, który dostrzega w tym dla siebie śmiertelne niebezpieczeństwo. A że każdy aparat władzy utożsamia się z systemem, więc krytykę struktur piętnuje jako atak na podwaliny ustrojowe. Nie przypadkiem zdarzało się, że sekowano jednym tchem rzeczywistych przeciwników socjalizmu i ludzi zatroskanych o jego naprawę. Odtrącenie zaś, jak każda niezasłużona krzywda, wiedzie ku radykalizacji, zacietrzewieniu, zbliża do prawdziwego przeciwnika.

Czy można zmusić intelektualną lewicę do poniechania ataków na przestarzałe struktury? Byłby to zamach na twórcze myślenie, oddanie głosu bezpłodnym krzykaczom, hałaśliwej miernocie. Byłaby to klęska: bez sygnalizacji społecznych zagrożeń nie naprawimy systemu, by funkcjonował w zgodzie z założeniami ustrojowymi. Lewicowy pisarz może się mylić, może iść za daleko w postulatach, które jeszcze nie dadzą się wpisać w realną rzeczywistość. Ale jego głos musi się liczyć, ponieważ przemawia w trosce o dobro naszej sprawy. Trzeba go słuchać. Analizować. Oddzielać to co możliwe dziś i konieczne, od tego co może się okazać niezbędne jutro.

Czy można zmusić aparat władzy do tolerowania „burzycieli struktur”? Perswazją na pewno nie: dla aparatu wykonawczego stawką jest własne przetrwanie. Ale nad aparatem władzy, zgodnie z Konstytucją, stać mają organa przedstawicielskie — ludzie z autentycznego wyboru, światli, myślący. Oni powinni docenić wagę intelektualnej lewicy w społeczeństwie.

Gdyby tak się stało, możemy uniknąć dalszych strat. W przeciwnym razie — są nadal nieuchronne.

Pamiętamy incydent na Katowickim Zjeździe Pisarzy: oficjalny bankiet dla delegatów i przemówienie notabla — uzgodnione, zaplanowane — w którym znieważył jednego z nas. Nie spodobało się ówczesnym władzom wystąpienie naszego kolegi na zamkniętych obradach zjazdowych, więc zaprosili go na przyjęcie i obrzucili wyzwiskami. Gdyby nie godna replika Jarosława Iwaszkiewicza, byłoby bardzo źle. I tak było źle. Ludziom lewicy, którzy zamierzali merytorycznie polemizować ze stanowiskiem owego kolegi, arogancja władz odebrała do tego moralne prawo.

Opuszczaliśmy bankiet razem, my i opozycja, zwartą grupą, obrażeni, solidarni, nagle bliscy sobie.
— Pojednali nas — powiedział Witold Dąbrowski.
— Nie na długo — zareplikował trzeźwo Wiktor Woroszylski.

Między pojednaniem a wrogością jest przeogromny obszar odcieni. Odkąd pamiętam, zawsze kłóciliśmy się w ZLP, z roku na rok coraz namiętniej. Były jednak czasy, gdy grywałem w szachy z Jackiem Bocheńskim, mimo, już wówczas, diametralnie różnych zapatrywań, co nie przeszkadzało nam lubić się nawzajem. Nadal szanuję i lubię Bocheńskiego, ale partia szachów jest dziś chyba nie do pomyślenia. Nie z mojej winy.

Eugeniusz Kabatc zabrał głos na łamach „Trybuny Ludu”. optując za reaktywowaniem ZLP w jego dotychczasowym kształcie i składzie władz. Zaatakował go za to, przypadkiem spotkany, kolega z opozycji. Kabatc zdumiał się:
— Czytałeś moją wypowiedź?
— To bez znaczenia, wystarczy, żeś opublikował.

Gdzie kończy się logika a zaczyna amok? Ów kolega żąda przecież tego samego co Kabatc, tyle że nie publicznie, a w petycjach do władz. Na rozum nie powinien, skoro głosi bojkot życia publicznego: reaktywowanie Związku musiałoby przecież nastąpić na warunkach praw stanu wojennego i byłoby akcesem do udziału w życiu publicznym. Czyli przerwaniem milczenia. Więc półmilczeć? Mówić półgębkiem? Nie wszystko, nie wszędzie, nie z każdym?

Skrajności rzadko bywają konsekwentne. Kiedy pisarz odwraca głowę a tamten nie — kiedy dziś nie poznaje go na ulicy, jest to groteska. Muszę dodać: groteska tragiczna. Ponieważ dawny przyjaciel owego pisarza nie zmienił się, jest nadal tak samo uczciwy, tak samo mądry. Tyle, że trwa na lewicy. Że we froncie generalnej odmowy uczestniczyć nie chce, bo jest przekonany, że nieobecni muszą przegrać — ze szkodą dla Polski. Ale tamten zapewne uważa, że monopol na troskę o dobro kraju ma tylko on.

Trwa szok pogrudniowy: woda szybko przybiera, a opada wolno, odsłaniając obszary zniszczeń. Taki widok może skłonić do apatii. Albo do działania, uczestnictwa szczególnie intensywnego, z wliczeniem w to ryzyka.

Pośród pisarskiej lewicy bywały okresy milczenia, zwłaszcza po burzach. Tak zwane „leczenie snem”. Źle to „leczenie” wspominamy, nigdy nie przynosiło korzystnych skutków. Lewica zmalała, ale jest: szuka sojuszników, zbiera siły, chce nawiązać kontakt z każdym, kto nie przeciw. Wyśnić ani wymilczeć niczego się nie da.

ALEKSANDER MINKOWSKI
=======================================================================================


Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2023-01-06, 06:35, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Chemas 
Forumowy Badacz Naukowy
Kinomaniak wychowany na literaturze młodzieżowej



Pomógł: 23 razy
Wiek: 54
Dołączył: 04 Wrz 2021
Posty: 6124
Skąd: Złocieniec
Wysłany: 2023-01-05, 21:40:29   

Jak widać, Nienacki był mocno zaangażowany jeśli chodzi o młodzież.
A tekst Minkowskiego faktycznie ciężki do czytania.
_________________


Sporadyczny turysta, kiedyś bardzo aktywny, serdecznie zaprasza na Pojezierze Drawskie
 
 
mirekpiano 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 12 razy
Wiek: 59
Dołączył: 05 Lip 2008
Posty: 336
Skąd: Jerzwałd
Wysłany: 2023-01-18, 16:18:29   Re: "Tu i Teraz"

Kynokephalos napisał/a:

W zamierzeniu miał prowadzić własną kolumnę „Listy z Jerzwałdu”, do której pisał felietony początkowo raz w miesiącu, potem jednak rzadziej (razem było ich 5, a ostatni pojawił się w styczniu 1983 roku).


Mamy więc cztery Listy z Jerzwałdu:


O piersiach prawdziwych
Zbigniew Nienacki
„Tu i Teraz” nr 2, 9 czerwca 1982, str. 13.

Uwiedzeni przez szaleństwo
Zbigniew Nienacki
„Tu i Teraz”, nr 6, 7 lipca 1982, str. 12.

Pisarz z prowincji
Zbigniew Nienacki
„Tu i Teraz”, nr 10, 4 sierpnia 1982, str. 4.

Karać ten bunt?
Zbigniew Nienacki
„Tu i Teraz”, nr 14, 1 września 1982, str. 4.

A czy wiadomo coś o piątym?
_________________
Wszystkich odwiedzających Jerzwałd zapraszam do mnie na pogawędkę oraz poczęstunek tego i owego. Rybka też się zawsze znajdzie. Furtkę otwiera się do siebie.
Ostatnio zmieniony przez mirekpiano 2023-01-18, 16:19, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Członek Kapituły Samochodzikowej Książki Roku



Pomógł: 118 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6468
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2023-01-19, 07:15:17   Listy z Jerzwałdu - "Gdzie jesteś Cyrusie?"

mirekpiano napisał/a:
A czy wiadomo coś o piątym?


Piąty list z Jerzwałdu do „Tu i Teraz” Nienacki poświęcił tematyce chyba lżejszej i łatwiejszej w dyskursie niż te, którymi zajmował się do tej pory - chociaż obiektywnie wcale nie zabawnej; tematyce bardzo aktualnej w tamtym okresie, i bardzo istotnej dla wszystkich Polaków, mianowicie brakowi w handlu towarów codziennego użytku.

Waham się próbując odgadnąć, w jakim stopniu żartem jest ten felieton. Na pewno humorystycznie miała brzmieć wizja masowej produkcji dóbr metodami Cyrusa Smitha, skoro autor (choć poleca dokładne opisy technologiczne w książce) nie wykonał dla siebie nie tylko mydełka, ale nawet tekturowej piramidki. Mam nadzieję, że żartem jest także obwinianie o te niedobory inżynierów, uczelni i instytucji badawczych. Jest prawdą, że Nienacki często wpisywał się w linię oficjalnego rządowego przekazu - a w tym przypadku przekaz mówił, że (oprócz zachodnich sankcji i obiektywnych trudności) odpowiedzialne za kryzys są konkretne zakłady produkcyjne, przestoje, nieudacznicy, biurokraci, bumelanci i spekulanci - czyli właśnie poszczególni obywatele a nie niewydolny generalnie system czy władze. Ale możliwe, że to taka subtelna ironia, jaką zdarza się dostrzec w niektórych innych jego felietonach.

Dziś dla nas wartość niniejszego tekstu tkwi może w świadectwie bezpośredniego obserwatora i uczestnika o tym, do jakich niewiarygodnych wręcz niedostatków doprowadziła kraj polityka wewnętrzna i sytuacja międzynarodowa. Jego widoczna frustracja wzmaga siłę przekazu. Przyjemnie też przypomnieć sobie „Tajemniczą wyspę” z tej wybiórczej perspektywy.

***

Jak się powiedziało, jest to ostatni felieton w serii „Listów z Jerzwałdu”, chociaż nie ostatni tekst Zbigniewa Nienackiego w „Tu i Teraz”. Zapewne związek z zamknięciem tego rozdziału publicystycznego życiorysu pisarza ma fakt, że już w następnym miesiącu podjął on współpracę z tygodnikiem „Szpilki”, gdzie rozpoczął nowy cykl pod bardzo podobnym tytułem: „Chata za wsią”.

Pozdrawiam,
Kynokephalos

=======================================================================================
Listy z Jerzwałdu

Gdzie jesteś Cyrusie?

„Tu i Teraz”, nr 1 (32) rok II, 5 stycznia 1983, str. 15.

Nieznany nam z nazwiska turysta zawlókł na Mazury pewną książkę, która wzbudziła w nas ogromny niepokój. Niewinnie się ona nazywa i podobno należy do klasyki młodzieżowej. Oczywiście mam na myśli „Tajemniczą wyspę” Jules [w tekście: Julies] Verne'a.

Nie wiem, czy pamiętamy tę książkę, (zdecydowanie winna być zakazana). Jest w niej mowa o bardzo małej grupce ludzi, która przy pomocy balonu rzuconego przez straszliwy huragan, wylądowała na bezludnej wyspie zagubionej pośród bezkresnego oceanu. Wyspa jak wyspa — ani żyzna, ani też zasobna w surowce, a i klimat na niej nie był nadzwyczaj przyjazny. Dookoła, jak wspomniałem, ocean i pełne embargo na towary pierwszej potrzeby, znikąd zdobyć komponenty do produkcji, nawet nie można usiąść i założyć ręce w oczekiwaniu na paczki od krewnych za granicą albo od [w tekście: do] Czerwonego Krzyża.

Ale był w tej małej grupce rozbitków niejaki Cyrus Smith, po prostu inżynier, a ten tytuł coś wtedy znaczył, bo teraz nic nie znaczy, ponieważ niemal co trzeci dorosły obywatel pisze sobie przed nazwiskiem „mgr inż” i w rzeczywistości tytuł inżyniera dziś już nie chlubi. Otóż ów inżynier rozejrzał się po wyspie, zbadał jej zasoby i wraz z przyjaciółmi zakasał rękawy. Rozpalono ognisko bez pomocy zapałek, (nie było na tej wyspie budki „Ruchu”, żeby się po zapałki ustawić w kolejce), zbudowano cegielnię, piec garncarski, wykonano naczynia kuchenne (także nie było sklepu, żeby się po te naczynia w kolejce ustawić), rozwinięto hutnictwo żelaza i stali (książka zawiera dokładny opis jak się to czyni), zrobiono kwas azotowy, ba, nawet nitroglicerynę, dokonano krystalizacji cukru, nie mówiąc oczywiście, że produkcja mydła była dla nich po prostu fraszką — igraszką.

Zabrakło szkła okiennego i wyrobów szklanych? Nie poszli do GS-u, nie biadolili, ale natychmiast zrobili dostateczną ilość szkła okiennego oraz naczyń szklanych. Nawet zbudowali fabrykę piroksyliny bez żadnej licencji, ale tak po prostu z inżynierskiej głowy oraz zrobili pewną ilość potrzebnych im lekarstw. A jakie mieli plony z hektara, jaką hodowlę? Ech, nie tylko dla siebie, ale nawet na eksport mogliby dostarczać, gdyby się głodny ktoś w pobliżu pojawił. I to wszystko tak po prostu, Panie Redaktorze, bez komponentów, z głowy, ze zwykłej inżynierskiej głowy. Fantazja literacka? Nie, autor przytacza dokładny opis jak się owe rzeczy robi, jakie surowce są potrzebne, ile czasu potrzeba, aby daną rzecz wyprodukować. Nic, tylko zakasać rękawy i wzorem Cyrusa Smitha zrobić sobie mydełko albo piękne buty.

Po przeczytaniu „Tajemniczej wyspy” każdemu zdrowo myślącemu człowiekowi od razu nasuwa się wniosek: jeden inżynier potrafił aż tyle dokonać, a my mamy tysiące, ba, setki tysięcy inżynierów i mydła nam brakuje. Takoż szkła okiennego i garnków glinianych. Dlaczego naszym inżynierom potrzebne są rozmaite komponenty za dewizy, a Cyrus Smith ich nie potrzebował? Czy nasi inżynierowie na politechnikach nie są kształceni, a po prostu zdobywają tytuły? Co tak naprawdę potrafią nasi dzisiejsi inżynierowie — skoro w trudnej sytuacji naród na nich liczyć nie może. A może oni po prostu niczego nie umieją, niczego nie potrafią, niczego ich nie nauczono? Podpisywać umowy z kontrahentami i producentami zagranicznymi to każdy potrafi, nawet bez tytułu profesorskiego, czy „mgr inż.”. Sztuka coś zrobić samemu i innym sprzedać.

Trapią więc u nas ludzi podobne pytania i wątpliwości, w antyinżynierski kompleks popadamy. Proboszcz z naszej parafii twierdzi, że tajemnica owej „Tajemniczej wyspy” kryje się w fakcie, że oni nie czytali dodatku ekonomicznego do „Polityki”, „Życia Gospodarczego” itd., ale jedyną lekturą była Biblia i jak się im coś udało wynaleźć i wyprodukować, to zaraz Bogu dziękowali. Inna rzecz, że ani pomników ani kościołów nie wznosili, bo mieszkania wydawały się im ważniejsze, a ograniczali się jedynie do tego, że to i owo miejsce nazywali nabożnie, na przykład Zatoka Dziękczynienia itp. Bo to ich nic nie kosztowało.

Ech, gdy tak raz na dwa miesiące wykupuję na kartki w sklepie mydełka, łza mi się w oku kręci na myśl o Cyrusie. Gdzie jesteś dobry człowieku? Może zaradził byś coś na to, że dwa razy na dzień światło elektryczne w naszej wiosce wyłączają i to w porze Dziennika Telewizyjnego, jakiś wiatrak, czy turbinę wodną dla mnie wioskowego pisarza, może byś wymyślił, bom humanista i nie posiadam tytułu inżyniera. Niech nasza rodzima wynalazczość wypędzi z mego serca wątpliwość, że w naszych przebogatych i przeróżnych instytucjach PAN tylko czarną i białą magią się zajmują, zamiast wymyślaniem produkcji szkła okiennego, czy też garnków glinianych lub porcelanowych, jako że nawet zwykłego czajniczka do zaparzania herbaty u nas nie uświadczysz.

A propos czarnej i białej magii. Nie należy od razu odrzucać tę szacowną i starodawną gałąź wiedzy ludzkiej. Kupiłem sobie ostatnio wydaną nakładem „Wiedzy Powszechnej” książkę L.E. Stefańskiego i M. Komara „Od magii do psychotroniki”. I znalazłem tam cenną wskazówkę jak przez całe życie można posługiwać się tylko jedną żyletką. Pomyślcie, jaka to ulga dla naszego przemysłu. Każdy dorosły i zarośnięty obywatel otrzymuje tylko po jednej żyletce, potem się nią już goli bez przerwy, co w sposób ostateczny zlikwiduje ów żałosny i wstydliwy problem, gdzie kupić paczkę żyletek. Rozwiązanie tej sprawy kryje się w tak zwanej „piramidce Drbala", dokładny opis jak się to robi zawiera właśnie owa książka. Po zbudowaniu z tektury takiej piramidki kładzie się w niej żyletkę dokładnie [na] osi północ-południe i żyletka ostrzy się sama, wciąż jest jak nowa.

To ostrzeżenie podaję za książką Stefańskiego i Komara i nie [sic] na ich odpowiedzialność, sam bowiem jeszcze takiej piramidki nie wyprodukowałem dla siebie. Myślę jednak, że skoro książka ukazała się w nakładzie 30 tysięcy egzemplarzy, w cenie 200 złotych i rozeszła się błyskawicznie, nie tylko ja znalazłem w niej pożyteczną dla głowy wskazówkę.

ZBIGNIEW NIENACKI
=======================================================================================
 
 
mirekpiano 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 12 razy
Wiek: 59
Dołączył: 05 Lip 2008
Posty: 336
Skąd: Jerzwałd
Wysłany: 2023-01-21, 15:12:21   

Zastanawiam się o czym teraz pisałby Zbigniew Nienacki, gdyby żył?
_________________
Wszystkich odwiedzających Jerzwałd zapraszam do mnie na pogawędkę oraz poczęstunek tego i owego. Rybka też się zawsze znajdzie. Furtkę otwiera się do siebie.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Członek Kapituły Samochodzikowej Książki Roku



Pomógł: 118 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6468
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2023-01-22, 07:59:59   

mirekpiano napisał/a:
Zastanawiam się o czym teraz pisałby Zbigniew Nienacki, gdyby żył?

Jeżeli nic nie zmieniłoby się w charakterze i zainteresowaniach (a wszak mogłoby się zmienić) - mógłby nadal pisać o kondycji twórców kultury w społeczeństwie i w systemie ekonomicznym. To jest chyba temat ponadczasowy i sporo ma aspektów, podobnie zresztą jak psychoanaliza.
Możliwe też, że - jak w wielu swoich felietonach innego typu - przytaczałby wypowiedzi osób, które jakoś nadepnęły mu były na odcisk, i komentował je uszczypliwie. Na takie utarczki też zawsze znajdzie się miejsce w prasie.

A może z biegiem lat częściej ciągnęłoby go do rozgryzania sensu życia i pisałby - i to szczerze - o urokach spokojnego bytowania w oddaleniu od zgiełku?

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 1,07 sekundy. Zapytań do SQL: 13