PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Siostry Brontë
Autor Wiadomość
Kpt Petersen 
Fanatyk Samochodzika
Forumowy Twitterowiec



Pomógł: 16 razy
Dołączył: 22 Sie 2017
Posty: 2314
Skąd: Wyspy Pacyfiku
Wysłany: 2020-12-15, 19:28:00   

Berta von S. napisał/a:
W weekend zaczęłam Wichrowe wzgórza i jeszcze z 1/3 mi została. Jak skończę to więcej napiszę, na razie tylko krótka refleksja - takiego nagromadzenia niewiarygodnych typów ludzkich nie widziałam w żadnej książce Jane Austen. ;-)


A będzie gorzej ;-)
Ale żebyś wytrwała śpieszę z pomocą i możliwymi interpretacjami dzieła (oprócz najbardziej oczywistej autobiograficznej miłości siostrzano-braterskiej :p ), które wyjaśnią Ci dlaczego "Wichrowe wzgórza" zachwycają (chociaż nie zachwycają ;-) )

1. "Wichrowe wzgórza" nowa wersja "Pierścienia Nibelungów"
2. Edgar Linton i Heathcliff jako Apollo i Dionizos
3. Hareton Earnshaw - prawdziwy bohater książki (oczekiwanie na tego, który odziedziczy Ziemię)
4. Heathcliff jako jedna ze "STARYCH ISTOT" (tego dopatrzył się mój ulubiony H.P. Lovecraft)
5. Heathcliff i Vincent van Gogh (takie profetyczne) - dostrzeż podobieństwa :)

dobra to powinno starczyć do 2/3 książki :)
_________________
 
 
Berta von S. 
Administratorka Wspomagająca
nienackofanka



Pomogła: 143 razy
Wiek: 49
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 31923
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-12-15, 23:35:24   

Skończyłam!

Kpt Petersen napisał/a:

A będzie gorzej ;-)
Ale żebyś wytrwała śpieszę z pomocą i możliwymi interpretacjami dzieła
...nowa wersja "Pierścienia Nibelungów"
..

To dopiero może człowieka zniechęcić... :D

Nie było obaw z wytrwaniem, bo z zainteresowaniem i przyjemnością poczytałam.
Protestuję tylko przeciwko doszukiwaniu się w tej literaturze nadmiernej głębi.


John Dee napisał/a:
u Austin za to wszyscy wydają mi się być na jedno kopyto, co jest gorzej.

Mam wręcz przeciwne wrażenie - że u JA jest dużo większa różnorodność typów ludzkich. Ale to później rozwinę bardziej całościowo. :)
_________________
Ostatnio zmieniony przez Berta von S. 2020-12-15, 23:36, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 98 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6413
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2020-12-16, 09:58:19   

Zapowiedź Berty odświeżenia tematu przypomniała mi o własnych wrażeniach z niedawnej lektury "Wichrowych wzgórz".

--
Kompozycja i atmosfera tego utworu bardziej przypomina mi sztukę teatralną niż powieść. A oto argumenty, które mógłbym przytoczyć broniąc takiego skojarzenia:

Mała liczba bohaterów, którzy za to wchodzą w gęste relacje. W teatrze brak jest czasu na stopniowy rozwój charakterów, na subtelniejsze analizy różnic i ich przyczyn. Przeciwnie - sztuka zwykle koncentruje się jakimś jednym problemie, jednym pytaniu czy konflikcie. Sytuacja oczywiście może i powinna ewoluować w jakimś kierunku między pierwszym a ostatnim aktem, niemniej i tak w celu dobrego naświetlenia owego problemu autor potrzebuje wyjściowych okoliczności, które widz przyjmuje do wiadomości bez polemiki. Potrzebuje też wyrazistych, kontrastowych postaci, których odbiorcy również w zasadzie nie kwestionują, bo dla sztuki nie jest istotne dlaczego są takie jakie są. Tak wytłumaczyłbym - jeśli dobrze zrozumiałem tę wzmiankę - obserwację Berty o nagromadzeniu niewuarygodnych typów ludzkich. Są one środkiem raczej niż celem.

• Bohaterów tych poznajemy we wzajemnych kontaktach między sobą, głównie dialogach, i tylko w szczególnych momentach - jakby scenach dramatu - pomiędzy którymi może upłynąć niemało lat. O tym, co się w międzyczasie działo czytelnik dowiaduje się bardzo skrótowo.

Akcja jest kameralna, przenosi się naprzemiennie z jednego wiejskiego domu do drugiego, rzadko tylko goszcząc w przydomowym parku lub na drodze pomiędzy posiadłościami. Do pomieszczenia akcji książki z niewielkimi zmianami wystarczyłyby kuchnie czy pokoje bawialne obu dworów, i na krótko jeden kącik przedstawiający sypialnię Katarzyny. Sytuacja wymarzona z perspektywy teatralnego scenografa.
Początkowo, zanim zorientowałem się w konstrukcji, brakowało mi w powieści dobrych, nastrojowych opisów wrzosowisk i innych na wpół dzikich krajobrazów. Teraz rozumiem, że przeprawa przez wrzosowiska ma być jakimś symbolem, może nawiązującym do wędrówki pomiędzy dobrem i złem (tu pasowałyby niektóre interpretacje z listy podsuniętej przez Kpt Petersena), i dlatego nieodpowiednie byłyby w tym miejscu zwykłe opisy przyrody, których oczekiwałem.

• Nie tylko przyroda znajduje się poza spektrum zainteresowania powieści, brak jest także szerszego obrazu społeczeństwa. Spędziwszy tyle czasu w obecności obu rodzin nie wiemy czym ci ludzie (mówię o właścicielach ziemskich, nie o zatrudnionej służbie która jest tłem) zajmowali się całymi dniami, poza czytaniem i chorowaniem. Raz, zdaje się, dziedzic wyszedł doglądać czegoś na polu, raz czy dwa musiał być obecny w pobliskim miasteczku w jakichś - nie wiemy jakich - sprawach. I chyba nic więcej przez tyle lat. Nie wiemy, w jaki sposób Heathcliff zdobył swój majątek. O tym wszystkim zapewnie nie omieszkaliby poinformować nas Dickens lub Balzac, kreśląc obraz życia swojej epoki, ale w przypadku "Wichrowych wzgórz" mamy właśnie do czynienia z czymś innym niż typowa dziewiętnastowieczna powieść realizmu.

• Osnowa intrygi jest dość sztucznie przez autorkę[sup][*][/sup] zaplanowana, z różnymi chwytami odbiegającymi od realiów a sprzyjającymi podstawowej intrydze. Właśnie tak jak w dramacie. Przede wszystkim chodzi mi o złożone i nie zawsze logiczne prawo spadkowe. Poszukałem w internecie omówienia tego aspektu powieści i jeśli znalezione informacje są prawdziwe (na takie wyglądają) to autorka wykazała się znajomością przepisów, ale też nie zawahała się przed ich zafałszowaniami. Mimo niewątpliwego ukrzywdzenia kobiet w tym prawodawstwie, manipulacje Heathcliffa mogły się powieść jedynie w szczególnych okolicznościach, które Emily Brontë mu zapewniła: kuriozalny zapis testamentu starszego pana Lintona, niefrasobliwość Edgara i korupcja notariusza, właściwa kolejność zgonów. A nawet to nie wystarczyło, bo ani Heathcliff nie mógłby odziedziczyć w ten sposób Drozdowego Gniazda po swoim synu (chyba że siłą), ani na końcu młodsza Cathy i Hareton nie mieliby jak objąć Wichrowych Wzgórz po niespokrewnionym z nimi przecież Heathcliffie.

• Również z żywotami swoich postaci autorka poczyna sobie śmiało, przesuwając je jak figurki po planszy albo raptownie strącając z niej bez głębszego uzasadnienia, innego niż wygoda przeprowadzenia własnego planu. Myślę, że cierpi na tym artystyczna strona narracji i jej wiarygodność. Starszy pan Earnshaw - naszła go ogólna słabość i zmarł. Starsi państwo Linton - zarazili się i zmarli jedno po drugim. Starsza Cathy - zapadła na zdrowiu i umarła tuż po powiciu córki. W samą porę umiera też Frances, żona Hindleya. Edgar Linton i Linton Heathcliff - niedługo po sobie, i we właściwej kolejności. Większość z tych osób na niesprecyzowaną, tajemniczą chorobę. Na koniec sam Heathcliff, po przeprowadzeniu machinacji do końca, przestał być potrzebny więc w sile wieku nie wiedzieć od czego rozchorował się, wyszedł w nocy i umarł. Rozumiem, że autor ma prawo - mówię tylko, że brak uwagi poświęconej drugoplanowym detalom tak przeprowadzonej akcji bardziej przypomina pośpiech scenicznego dramatu, lub nowelki, niż pełną narrację powieści.

--
Jaki jest więc główny temat owej "sztuki" (a jeśli ktoś nie podziela tego punktu widzenia, to zgódźmy się na powieść pełną skrótów i symbolizmu, osadzoną w częściowo wyimaginowanej rzeczywistości), któremu tak starannie przygotowano scenę? Myślę, że jest nim starcie charakterów. Obserwujemy je na kilku poziomach - od poszczególnych dialogów po ten najważniejszy, w głównym wątku całej powieści. Słusznie podkreśla John Dee mistrzowski język dialogów i kontrasty między postaciami. Są tak wyraziste, tak charakterystyczne swoim sposobem zachowania się i wypowiadania, że scenki kolejnych, mniejszych i większych konfliktów mogłyby być wprost wyjęte z dramatów Shawa.

Prawdą jest, że ukazana w tym świetle sytuacja prawna kobiet była zasadniczo inna niż mężczyzn, to znaczy: dużo gorsza. Przede wszystkim przypomina się koszt jaki za swoją nieroztropność zapłaciła Izabela, a jeszcze bardziej - konsekwencje niedobrowolnego ślubu młodszej Cathy. Mimo to wydaje mi się, że główna rozgraniczająca linia biegnie gdzie indziej. Przebiega ona między charakterami silnymi, czyli zaborczymi lub asertywnymi - oraz słabymi, predestynowanymi do roli ofiary. Zauważmy, że starsza Cathy doskonale radzi sobie w tym - z legalnego punktu widzenia: antyfeministycznym - świecie. To ona rządzi. Młodszą Cathy, którą również zaliczyłbym do grupy mocnych osobowości, sam diabeł Heathcliff - trzymając już wtedy właściwie wszystkie atuty - potrafi sobie podporządkować tylko z największym wysiłkiem i też nie do końca. Z drugiej strony stoją, oczywiście, Hindley Earnshaw oraz Edgar i Izabela Lintonowie. Hindley to zły człowiek, Lintonowie są dobrzy, lecz niezależnie od tego wszyscy troje kończą zwyciężeni choć na początku mieli w rękach wszystkie środki potrzebne do osiągnięcia sukcesu. Przegrali gdyż byli słabi i nie umieli sprzeciwić się złu.

Ileż pogardy jest w postawie Heathcliffa, który prosto w oczy mówi swoim ofiarom do czego dąży, w jaki sposób zamierza ich oszukać i ograbić. Do tego stopnia ich lekceważy, z jednej strony przekonany o własnej przewadze i ich niedołęstwie, a z drugiej może pragnąc ich - choćby dla rozrywki - sprowokować do oporu. Przeprowadza swoją zemstę, ale jakby z obrzydzeniem w stosunku do ludzi, z którymi musi się stykać ponieważ musi na nich się mścić. Z rozczarowaniem, że przychodzi to tak łatwo. Dlatego marzy o Katarzynie, która jako jedyna mogłaby być dla niego partnerem - albo wyzwaniem. Równie silna jak Heathcliff, a przy tym obdarzona szlachetnym pochodzeniem, jest w tym otoczeniu jedyną osobą która - w jego oczach - stoi wyżej od niego, czyli przez którą sam mógłby postąpić jeszcze krok w górę.

Co do Haretona Earnshaw - za mało go poznałem, by umieć zaliczyć go do którejś z grup. Możliwe zresztą, że stoi pomiędzy nimi. Tu znowu mogłaby przyjść z pomocą jedna z interpretacji wymienionych przez Kpt Petersena, ta o "dziedzicu Ziemi" - czyli może potomku "jasnych i ciemnych" albo "śmiertelnych i nieśmiertelnych". Niezależnie od tego jak go zaklasyfikujemy, uczyniłbym jeszcze jedną uwagę: po tym jak umarł Heathcliff, silni i słabi znowu znajdują naturalny modus zgodnego współżycia ze sobą. Tak, jak działo się to przynajmniej od trzystu lat, od wzniesienia dworu na Wichrowych Wzgórzach, i jeszcze wcześniej. Oprócz prawa i siły obowiązywał też obyczaj, tradycja, kodeks moralny, pewnych rzeczy się nie robiło. Dzięki temu silni i ulegli mogli, mimo różnic, żyć w tej samej społeczności, bez obdzierania tych drugich z życia i własności. Na pewno zdarzały się wyjątki - ale właśnie najjaskrawszym wyjątkiem jest wprowadzenie do grupy "obcego", "przybłędy" - osoby, która tradycji nie ma w sobie, która umie korzystać z praw nie poczuwając się do obowiązków. To dlatego Heathcliff tak łatwo posługiwał się fałszywym wrażeniem, obłudną obietnicą, szantażem moralnym. Inni nie byli przygotowani na takie zachowanie, nie umieli na nie reagować, więc pojawienie się Heathcliffa zaburzyło ustaloną harmonię. Po jego śmierci równowaga powraca.

Oto, o czym jest ta powieść.

Jeśli zaś chodzi o poboczny wątek miłosny z udziałem Katarzyny i Heathcliffa, to scharakteryzowałbym go tak: on ją kochał, ona widziała w nim urozmaicenie. Zupełnie nie dostrzegam tego, o czym pisze się w recenzjach - że "rodzi się miłość pomiędzy Heathcliffem a Cathy", że po jego powrocie z pieniędzmi "odżywa jej uczucie do niego". Wydawało mi się, że Cathy traktuje Heathcliffa najwyżej jak brata. Wychowali się wspólnie, mieli wiele podobnych cech charakteru, więc prędzej widziała w nim odbicie samej siebie niż obiekt uczuć. "Siebie samego" zaś można czasem lubić, ale (poza skrajnymi przypadkami) nie sposób pokochać. Za dużo wie się o sobie samym. Heathcliff do pewnego stopnia bawił Cathy, ale traktowała go lekko, jak zresztą wszystkich wokoło - nigdy na tyle poważnie na ile on by pragnął, i nigdy z zazdrością.
O jego stosunku do niej już wspomniałem - jako jedyna w okolicy imponowała mu łącząc cechy charakteru i dzedzictwo urodzenia. Na pewno było w jego miłości sporo kompleksów i pragnienia awansu we własnych oczach. Czy oprócz tego coś więcej, jakieś przyciąganie serca które objawiłoby się także w innych okolicznościach - nie wiem. Ale jestem przekonany że jeśli było, to tylko jednostronne.

--
[*] Nie umiem włączyć się w rozważania o domniemanym innym autorstwie książki, więc dla potrzeb tego omówienia niech pod imieniem "Emily Brontë" skrywa się ona sama lub ktokolwiek miałby być rzeczywistym twórcą.


Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

 
 
Berta von S. 
Administratorka Wspomagająca
nienackofanka



Pomogła: 143 razy
Wiek: 49
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 31923
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-12-16, 19:49:29   

Kynokephalos napisał/a:
Zapowiedź Berty odświeżenia tematu przypomniała mi o własnych wrażeniach z niedawnej lektury "Wichrowych wzgórz".

Dzięki! Niektóre obserwacje nam się pokrywają, więc będę miała mniej do omawiania, wystarczy, że się podpiszę pod Twoimi fragmentami. :okulary:

W jednym punkcie mam inne zdanie. I inne mam zdanie co do percepcji książki jako całości. Ale dziś nie będę o tym pisać, bo wykończona jestem pracą. Co nawet dobrze się składa, bo John i Kapitan (+ ewentualni inni zainteresowani tematem) będą się na razie mogli skupić na Twojej analizie.
_________________
 
 
John Dee 
Moderator
Epicuri de grege porcus



Pomógł: 107 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 13525
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-12-16, 21:47:48   

Berta von S. napisał/a:
Co nawet dobrze się składa, bo John i Kapitan (+ ewentualni inni zainteresowani tematem) będą się na razie mogli skupić na Twojej analizie.
Już się skupiam. ;-)

Trudno jest skomentować tak długą i bogatą w różne wątki recenzję, ale spróbuję. Twoja interpretacja, Kyno - ludzie silni/słabi, równowaga zachwiana i odzyskana - to mi się podoba, tak można by to podsumować.
Mniej przekonujące wydaje mi się Twoje porównanie ze sztuką teatralną. Myślę, że bardzo wiele powieści spełnia podobne kryteria, ale o czym to świadczy? Należy to rozumieć jako krytykę? Z tego zdania też nie będę mądry: “Powieść pełną skrótów i symbolizmu, osadzoną w częściowo wyimaginowanej rzeczywistości.” Krytyka czy pochwała? Mam przeczucie że krytyka, a jednak dla moich uszów brzmi to na mega komplement dla autorki. :D

Wyliczasz, czego Ci w tej powieści brakuje - opisów natury i jak ziemianie spędzali swój czas, szerszego obrazu społeczeństwa. Wreszcie “Nie wiemy, w jaki sposób Heathcliff zdobył swój majątek”.
Jakoś nie widzę szczególnego sensu we wskazywaniu tego, czego książka nie zawiera, no chyba że jesteś zdania, że powinna i że Ci tego brakowało.

Najlepszą książką Hemingwaya w moich oczach jest jego debiut literacki “Słońce też wschodzi”. Za jego narratorem kryje się oczywiście sam Hemingway, który pracował wtedy jako paryski korespondent Toronto Star. Jeśli ktoś jednak sięgnie po nią szukając szczegółów dotyczących obowiązków reportera zagranicznego będzie wielce rozczarowany: Hemingwaya niemal nic tam na ten temat nie pisze. Czy książka jest przez to jakoś niedoskonała? Oczywiście nie, jest arcydziełem. Być może przestałaby nim być, gdyby autor poszerzył jej fabułę opisując pracę w redakcji. Mniej jest często więcej.
Brak “szerszego obrazu społeczeństwa” w Wichrowych Wzgórzach jest więc raczej spekulacją - czy naprawdę wzbogaciłby książkę, czy też moż przemieniłby to unikalne dzieło w przeciętne dziewiętnastowieczne run-of-the-mill powieścidło? Nie ukrywam, że brak tego rodzaju opisów w moich oczach to jedno z błogosławieństw tej powieści - autorka nie nudzi nas tymi sprawami, którymi np. Balzac przepełnił swoje œuvre. Powieść “Ojciec Goriot” np. rozpoczął 30-stronowym opisem pensjonatu Vaquer i jego mieszkańców - z tego właśnie powodu brałem tę książkę swego czasu trzy razy do ręki i tyle samo razy zniechęcony znowu ją odkładałem, nim zbawienny pomysł rozpoczęcie lektury tam, gdzie pojawiają się pierwsze dialogi, pomógł mi pokonać tę przeszkodę - i odkryć arcydzieło, którym mimo wszystko jest.
Brak recytatywów w 18-wiecznej operze mógł być swego czasu nie do przyjęcia - dzisiaj zatykam sobie w tych miejscach uszy. Itd., itd.

Powrócę raz jeszcze do stwierdzenia “Powieść pełną skrótów i symbolizmu, osadzoną w częściowo wyimaginowanej rzeczywistości.” Emily Brontë stylem swojej narracji zrewolucjonizowała literaturą swoich czasów. Nie troszcząc się o konwencje kierowała się instynktem i pisała o tym, co jej się wydawało ważne ignorując wszystko inne. Skróty, symbolizm, wyimaginowana rzeczywistości - na myśl przychodzi mi np. Nabokov - autor, który też pisał w podobnym stylu, tyle że 70 lat później.

Kynokephalos napisał/a:
Nie wiemy, w jaki sposób Heathcliff zdobył swój majątek.

Dobry przykład. Łatwo sobie wyobrazić właśnie Balzaca poświęcającego temu tematowi kilkanaście rozdziałów. A Emily Brontë?

“Did he finish his education on the Continent, and come back a gentleman? or did he get a sizar's place at college, or escape to America, and earn honours by drawing blood from his foster-country? or make a fortune more promptly on the English highways?”
“He may have done a little in all these vocations, Mr. Lockwood; but I couldn't give my word for any.”

I tyle na ten temat. Po co więcej?

Kynokephalos napisał/a:
on ją kochał, ona widziała w nim urozmaicenie… Wydawało mi się, że Cathy traktuje Heathcliffa najwyżej jak brata.

Wybacz, ale tu wydajesz mi się bardzo naiwny. Emily Brontë dała nam do zrozumienia, tak dokładnie, jak tylko konwencje jej czasów na to pozwalały, że między Heathcliffem i Catherine zaistniało coś więcej niż tylko jakiś niewinny flircik - osobiście jestem przekonany, że on ją posiadł. Jeśli Edgar poślubił dziewicę, to mógł sobie pogratulować. Moim zdaniem tylko to wyjaśnia nieubłaganą zawziętość Heathcliffa - miał ją, jednak ją stracił, czego nie potrafił zaakceptować.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 98 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6413
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2020-12-17, 09:06:25   

John Dee napisał/a:
Mniej przekonujące wydaje mi się Twoje porównanie ze sztuką teatralną. (...) Należy to rozumieć jako krytykę?
Z tego zdania też nie będę mądry: “Powieść pełną skrótów i symbolizmu, osadzoną w częściowo wyimaginowanej rzeczywistości.” Krytyka czy pochwała? Mam przeczucie że krytyka, a jednak dla moich uszów brzmi to na mega komplement dla autorki. :D

To nie miały być pochwały ani przygany, a jedynie próba opisu.

John Dee napisał/a:
Jakoś nie widzę szczególnego sensu we wskazywaniu tego, czego książka nie zawiera, no chyba że jesteś zdania, że powinna i że Ci tego brakowało.

Spisałem swoje subiektywne refleksje po przeczytaniu książki, i dlatego podzieliłem się w nich wzmianką o tym, czego przystępując do lektury spodziewałem się i co mnie zaskoczyło. Przy czym sformułowań w rodzaju "spodziewałem się", "oczekiwałem" nie użyłem wartościująco, a całkowicie dosłownie: coś sobie wyobrażałem na temat treści książki, a okazało się, że nie miałem racji.

Gdyby (zupełnie hipotetycznie) ktoś brał moją wypowiedź pod uwagę przy wyborze lektury, i ten ktoś miałby ochotę właśnie na opisy przyrody lub opisy życia w dziewiętnastowiecznej Anglii, to wiadomość, że ich tam znajdzie bardzo mało, byłaby dla niego istotna.
I odwrotnie: dla Ciebie informacja o skrótowości zabrzmiała jak mega komplement - czyli czytelników o gustach zbliżonych do Twoich ta recenzja mogłaby z kolei zachęcić.

Więc chyba jest sens. Nie tylko wtedy, kiedy brak jest wadą - także wtedy, gdy nieobecność lub obecność konkretnych aspektów ma znaczenie dla kształtu dzieła o którym piszemy.

John Dee napisał/a:
Po co więcej?

Z punktu widzenia kluczowego konfliktu - po nic. Ale dzieła literackie czytamy nie tylko po to (nie zawsze tylko po to), by zadumać się nad tym jednym dylematem.

Wspomniałeś "Ojca Goriot". Ja nie musiałem walczyć ze sobą by przebrnąć przez opis pensjonatu pani Vaquer, ani o ile pamiętam przez żaden rozdział żadnej z książek Balzaca po które sięgnąłem. To świadczy tylko o odmienności gustów, a nie o Tobie czy mnie jako czytelnikach ani o artystycznej klasie "Ojca Goriot".

Motyw ojcowskiego poświęcenia i córczynej niewdzięczności jest w bardziej wyabstrahowanej formie poruszony także na przykład w "Królu Learze". W żadnym stopniu nie próbuję bagatelizować wielkości tej sztuki. Chodzi mi o to, że wpleciony w treść "Ojca Goriot" znalazłem równie przejmujący przekaz na ten właśnie temat, i równie mocno pozostający w pamięci, a przy tym znalazłem tam jeszcze coś więcej. Zapoznałem się z literackim obrazem świata, który kiedyś realnie istniał. Z pierwszej ręki świadka epoki dowiedziałem się na przykład ile znaczyło tysiąc franków w okresie restauracji; jak mógł przebiegać awans społeczny burżuazji; jak w praktyce funkcjonowały "domy otwarte". I tak dalej. Po co? Trudno mi wyjaśnić. Tak lubię. Rozumiem, że nie wszyscy muszą lubić to co ja.

Uważam, że "Wichrowe wzgórza" bliższe są wzorca "abstrakcyjnego", reprezentowanego przez dramat Szekspira. Było to dla mnie zaskoczeniem ale - powtarzam - nie piszę, że to bezwzględnie źle. Dla niektórych czytelników to podejście jest bardziej pociągające, dla innych mniej. A ja przyjmuję, że istnieją dzieła bardziej skondensowane i są też utwory wielowątkowe. Niektóre budują swoją własną przestrzeń a inne operują w realistycznym świecie swojej epoki. Należą do różnych grup, i porównując te grupy można mówić najwyżej o subiektywnych preferencjach. Raczej nie zgadzam się z tym, jakobyśmy mogli obiektywnie powiedzieć: "gdyby tę a tę powieść rozbudować to z pewnością przestałaby być arcydziełem".

John Dee napisał/a:
Brak “szerszego obrazu społeczeństwa” w Wichrowych Wzgórzach jest więc raczej spekulacją - czy naprawdę wzbogaciłby książkę, czy też może przemieniłby to unikalne dzieło w przeciętne dziewiętnastowieczne run-of-the-mill powieścidło?

To drugie też jest, oczywiście, spekulacją. Nie rozstrzygniemy czy wzbogaciłoby czy przemieniłoby w powieścidło. Potencjalnie mogłoby wzbogacić. Ale jeżeli autorka miałaby to uczynić pod wpływem przymusu, na przykład pragnąc wbrew sobie dostosować się do jakiegoś standardu, to mogłoby też zamienić w powieścidło. Jest dokładnie tak jak napisałeś: tę decyzję powinien podjąć sam pisarz kierując się instynktem, który podpowie mu jaki zakres i rodzaj dzieła jest w stanie stworzyć nie narażając artystycznego poziomu.

John Dee napisał/a:
Wybacz, ale tu wydajesz mi się bardzo naiwny. Emily Brontë dała nam do zrozumienia, tak dokładnie, jak tylko konwencje jej czasów na to pozwalały, że między Heathcliffem i Catherine zaistniało coś więcej niż tylko jakiś niewinny flircik - osobiście jestem przekonany, że on ją posiadł. Jeśli Edgar poślubił dziewicę, to mógł sobie pogratulować. Moim zdaniem tylko to wyjaśnia nieubłaganą zawziętość Heathcliffa - miał ją, jednak ją stracił, czego nie potrafił zaakceptować.

Ano, zgodzę się (o ile sam potrafię to zanalizować), że jestem naiwny, może nawet bardzo naiwny. Nie na tyle jednak, by nie wiedzieć że uczucie i fizyczne spełnienie nie zawsze idą w parze. Istotnie, nie zwróciłem uwagi na akapit czy sformułowanie w treści książki, które sugerowałoby zbliżenie (lub ich serię) pomiędzy Catherine a Heathcliffem, ale załóżmy, że tak było. Jednak jeśli tak, to przypuszczam że jego waga tego aktu była inna dla obu stron.

Catherine była na tyle wyzwoloną i samodzielną kobietą, że wejście w taką relację nie oznaczało "oddania się" w dosłownym, atawistycznym sensie. Biorąc pod uwagę jej charakter i pozycję Heathcliffa w rodzinie, stosunek z nim nie byłby aż tym samym co "szybki kaprys ze stajennym", ale i tak to ona byłaby raczej stroną decydującą, tą która "bierze sobie" drugą. Jak pisałem, jej stosunek do Heathcliffa był lekki, chłopak (a później mężczyzna) był dla niej źródłem urozmaicenia i rozrywki, a więc może również w tym zakresie.

Co myślał o tym Heathcliff - to inna rzecz. Może wierzył, że "posiadając ją" nabywa prawo własności czy kontroli. Może uznał to za symbol swojego triumfu nad rodziną, do której należała, więc "utratę" dziewczyny przyjął jako porażkę. Może kochał ją jakimś dobrym uczuciem i w momencie zbliżenia uwierzył we wzajemność a potem poczuł się zraniony.

Zawziętość Heathcliffa brała się przede wszystkim z jego mściwości i z kompleksów związanych z urodzeniem i wychowaniem. Sprawa zawiedzionej miłości (albo zawiedzionej ambicji "posiadania" Cathy na zawsze) mogła z nich wynikać lub mogła być czynnikiem pobocznym. Napisałem "lub" gdyż, jak wspomniałem w poprzednim poście, nie potrafię udzielić sobie odpowiedzi na pytanie: gdyby zetknęli się w innych, neutralnych okolicznościach to czy jej osoba również obudziłaby w nim podobne pożądanie, czy też było ono skutkiem jego nienawiści i obsesji.

Moją główną myślą na temat tego wątku książki była ta, że rzekoma "miłość Catherine i Heathcliffa" była uczuciem najwyżej jednostronnym. Niezależnie od tego jak to widział on, i czy doszło między nimi do intymnego epizodu, z jej strony nie było dłuższej fascynacji, ani zazdrości, ani oddania, ani marzeń o wspólnym życiu.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

 
 
John Dee 
Moderator
Epicuri de grege porcus



Pomógł: 107 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 13525
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-12-18, 07:26:12   

Skoro pisząc najdłuższą chyba recenzję w tym roku postanowiłeś powstrzymać się od jakiejkolwiek oceny, zacząłem czytać między wierszami, ale jako że moje próby interpretacji Twojego tekstu okazują się błędne (“To nie miały być pochwały ani przygany, a jedynie próba opisu”, “sformułowań w rodzaju "spodziewałem się", "oczekiwałem" nie użyłem wartościująco”, “nie piszę, że to bezwzględnie źle...”), nie będę dalej się w to wdzierał. Niech Twoja opinia o “Wichrowych Wzgórzach” pozostanie Twoją tajemnicą. :)

Dwie rzeczy jeszcze:

Kynokephalos napisał/a:
Również z żywotami swoich postaci autorka poczyna sobie śmiało… Starsi państwo Linton - zarazili się i zmarli jedno po drugim. Starsza Cathy - zapadła na zdrowiu i umarła tuż po powiciu córki… Większość z tych osób na niesprecyzowaną, tajemniczą chorobę.

Zauważ, że opisałeś losy rodziny Brontë i, z tego co czytałem, wielu innych rodzin w Haworth, z tajemniczej przyczyny cechującego się wtedy najwyższą śmiertelnością w całej Anglii.


Wczoraj, po dłuższej przerwie, podjąłem ponownie lekturę “Rozważnej i romantycznej”. Natychmiast zauważyłem różnicę w narracji tej książki (narracja prostolinijna, klasyczna, rozwój wydarzeń w raczej umiarkowanym tempie) a powieści Emily Brontë. Tam dominuje gwałt i przemoc - można by rzec dramat. Twoje porównanie ze sztuką teatralną nie jest więc chybione.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 98 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6413
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2020-12-18, 10:34:26   

John Dee napisał/a:
najdłuższą chyba recenzję w tym roku

Przepraszam, miałem na nią niedużo czasu.

John Dee napisał/a:
Niech Twoja opinia o “Wichrowych Wzgórzach” pozostanie Twoją tajemnicą. :)

Może istotnie tego zabrakło: Bardzo dobra powieść, mogę każdemu polecić. Nie nudzi ani przez moment, a inne główne zalety chyba już wymieniłem: ostro zarysowane i kontrastowe postacie, bardzo dobre dialogi, napięcie, zapadający w pamięć główny konflikt, który może być materiałem wielorakich dywagacji.

John Dee napisał/a:
Zauważ, że opisałeś losy rodziny Brontë i, z tego co czytałem, wielu innych rodzin w Haworth, z tajemniczej przyczyny cechującego się wtedy najwyższą śmiertelnością w całej Anglii.

Zwróciłem na to uwagę, przypominając sobie Wasze rozmowy o rodzeństwie Brontë. Oczywiście autorka nie mieszkała na bezludnej wyspie i orientowała się, jakiego wieku dożywają przeciętnie dorośli ludzie. Ale jeśli w całej okolicy krążył jakiś demon śmierci (o tym nie wiedziałem) to może istotnie stąd w nastrój powieści mógł wkraść się pesymizm, który pozwolił jej tak bezlitośnie przerywać ziemskie szczęście swoich postaci, torując drogę złu.

À propos pesymizmu: nagłe szczęśliwe zakończenie wydało mi się nie tylko zaskakujące, ale wręcz sztuczne. Jasne, że i do tego zwrotu można przykładać różne symboliczne miary: ostateczny triumf dobra, albo traf, który ślepo działa raz na korzyść raz na szkodę, albo rozmaite inne. A jednak co do tego jednego elementu powieści miałem odczucie (subiektywne, oczywiście, i nieweryfikowalne), że znalazł się w niej przeciw woli autorki. Zupełnie nie pasował do reszty. Naturalniejszym zakończeniem byłoby konsekwentne, ostateczne zwycięstwo Heathcliffa. A jeśli jego śmierć - to w wiele lat później, po tym jak przekonał się, że odbierając innym ich arkadię nie zawsze zyskujemy arkadię dla siebie. Taki stoicki morał, podobny do myśli Izabeli, którą kiedyś cytowałeś, byłby odpowiedni jako mały jaśniejszy promyczek na zakończenie ponurej historii.
Ale to, co uczyniła autorka, to było zupełne przekreślenie jej dotychczasowych starań i kierunku. Jednym ruchem odkręciła lata heathcliffowych machinacji, znów złamała prawo spadkowe podarowując młodym Wichrowe Wzgórza, i jak deus ex machina rzuciła zaklęcie odwracające przeszłość. Miałem (jak mówiłem, oparte jedynie na wewnętrznym odczuciu) wrażenie, że ten happy end został jej w jakiś sposób narzucony. Czy to przez wydawcę, czy przez własną litość dla bohaterów, czy przez literacki standard... ale jakoś wbrew sobie.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

 
 
John Dee 
Moderator
Epicuri de grege porcus



Pomógł: 107 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 13525
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-12-19, 09:17:28   

Kynokephalos napisał/a:
Przepraszam, miałem na nią niedużo czasu.
Tak też pomyślałem. :D

Kynokephalos napisał/a:
Bardzo dobra powieść, mogę każdemu polecić. Nie nudzi ani przez moment
Wszyscy słyszeli?!

Kynokephalos napisał/a:
autorka nie mieszkała na bezludnej wyspie i orientowała się, jakiego wieku dożywają przeciętnie dorośli ludzie. Ale jeśli w całej okolicy krążył jakiś demon śmierci
Krążył, a z okna sypialni widziała co? Cmentarz.

https://haworthholidaylets.co.uk/wp-content/uploads/2020/05/IMG_6117-1-1024x768.jpg

Zakończenie jest zaskakujące, ale, zacytuję w tym miejscu tytuł grupy Tears for Fears: Everybody loves a happy ending. Osobiście nie przykładam od zakończeń tyle wagi co inni wiedząc, że, jeśli chodzi konkretnie o film, nawet najwięksi reżyserzy kręcą czasem dwie lub więcej jego wersji. Uważam, że ten ostatni akord, choć niewątpliwie ważniejszy od poprzednich, jest nadal tylko jednym akordem z bardzo wielu i nie powinien przesądzać o losie całej kompozycji.


Pragnę dorzucić jeszcze kilka słów o Balzacu. Nie chcę, by powstało wrażenie, że go nie cenię. Wręcz przeciwnie, lubię go bardzo i czytam jego książki regularnie - w tym roku np. w styczniu “Kuzynkę Bietkę”, a w lutym “Lilię w dolinie”. W ubiegłym roku odwiedziłem w Sèvres jego posiadłość Les Jardies - https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=429137#429137 -, a następnie, po raz drugi już, zamek i muzeum w Saché. Może powinienem napisać jeszcze małą relację na ten temat…




Cenię pisarza, jednak podtrzymuję, że nie wiedział, jak należy rozpocząć książkę. Niekończącym się opisem budynku, ulicy, sąsiedztwa, to metoda tak bardzo przedwczorajsza. Krótszy okres koncentracji przeciętnego czytelnika dzisiaj na to już raczej nie pozwala.
W porównaniu, Wichrowe Wzgórza, ale i Jane Eyre, rozpoczynają się tak, jak tego nawet w XXI w. można oczekiwać: dramatycznie, efektownie, z hukiem. :)
 
 
Berta von S. 
Administratorka Wspomagająca
nienackofanka



Pomogła: 143 razy
Wiek: 49
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 31923
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-12-19, 12:16:15   

John Dee napisał/a:
Kynokephalos napisał/a:
Przepraszam, miałem na nią niedużo czasu.
Tak też pomyślałem. :D

Kynokephalos napisał/a:
Bardzo dobra powieść, mogę każdemu polecić. Nie nudzi ani przez moment
Wszyscy słyszeli?!

Ja słyszałam, jeśli mnie masz na myśli. ;-)

Ale ja przecież również każdemu polecam tę powieść, bo ma fajny klimat i nie nudzi.
Tyle, że moim zdaniem trochę przesadzacie z "wielkością" tej literatury.

P.S. Na zdjęciu z cmentarzem jest dom, w którym mieszkała rodzina Brontë?
_________________
Ostatnio zmieniony przez Berta von S. 2020-12-19, 12:17, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
John Dee 
Moderator
Epicuri de grege porcus



Pomógł: 107 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 13525
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-12-19, 19:01:57   

Trudno przesadzić. Ale oczywiście język ma w tym co najmniej 50% udziału, a co z jego potęgi po przetłumaczeniu zostało nie wiem.

A budynek to rzeczywiście ówczesna plebania, a dzisiejsze muzeum.
 
 
Kpt Petersen 
Fanatyk Samochodzika
Forumowy Twitterowiec



Pomógł: 16 razy
Dołączył: 22 Sie 2017
Posty: 2314
Skąd: Wyspy Pacyfiku
Wysłany: 2020-12-20, 23:30:11   

Berta von S. napisał/a:
John Dee napisał/a:
Kynokephalos napisał/a:
Przepraszam, miałem na nią niedużo czasu.
Tak też pomyślałem. :D

Kynokephalos napisał/a:
Bardzo dobra powieść, mogę każdemu polecić. Nie nudzi ani przez moment
Wszyscy słyszeli?!

Ja słyszałam, jeśli mnie masz na myśli. ;-)

Ale ja przecież również każdemu polecam tę powieść, bo ma fajny klimat i nie nudzi.
Tyle, że moim zdaniem trochę przesadzacie z "wielkością" tej literatury.

P.S. Na zdjęciu z cmentarzem jest dom, w którym mieszkała rodzina Brontë?


A mnie się nie podobało... że tak prowokacyjnie zacznę.
Skończę chyba w Święta jak będę miał więcej czasu i będę się nudził, ale teraz zacznę.

Kynokephalos jesteś bardzo mądrym człowiekiem, chętnie bym Cię poznał w realu, bardzo dobra recenzja, ale... ten wniosek mi nie leży

Johnie Dee jesteś bardzo mądrym człowiekiem, chętnie bym Cię poznał w realu, być może masz rację że to tłumaczenie, ale... wątpię

Berto von S. jesteś bardzo mądrym człowiekiem, chętnie bym Cię poznał w realu... a nie Ciebie znam

Gotycka powieść grozy obiecywali... nie zauważyłem
Miłość aż za grób obiecywali (w przeciwieństwie do miłości aż po grób)... no może trochę, ale spodziewałem się więcej
Są akcenty humorystyczne obiecywali tylko stare tłumaczenie nie oddawało, jak ten Joseph mówi gwarą z Yorkshire to boki zrywać... przeczytałem nowe, nie uśmiałem się

Ze wszystkich postaci rozumiem tylko Heatcliffa, reszta zachowuje się jak bezrozumne barany (nie wiem czy można tak obrażać barany), które idą na rzeź...

Tyle na rozgrzewkę, spodziewajcie się więcej :)
_________________
 
 
Kpt Petersen 
Fanatyk Samochodzika
Forumowy Twitterowiec



Pomógł: 16 razy
Dołączył: 22 Sie 2017
Posty: 2314
Skąd: Wyspy Pacyfiku
Wysłany: 2020-12-20, 23:48:56   

Brakowało mi w tym wątku tej piosenki. Mam wrażenie ze popkultura, którą ta powieść obrosła jest lepsza niż źródło

_________________
 
 
Berta von S. 
Administratorka Wspomagająca
nienackofanka



Pomogła: 143 razy
Wiek: 49
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 31923
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-12-21, 11:17:44   

Myślałam, że jesteś wielbicielem rodziny Brontë. :zdziw:

Kpt Petersen napisał/a:

Skończę chyba w Święta jak będę miał więcej czasu i będę się nudził, ale teraz zacznę.

To ja się postaram napisać przed Świętami. :)

Kpt Petersen napisał/a:
reszta zachowuje się jak bezrozumne barany (nie wiem czy można tak obrażać barany)

Skoro o tym mowa, to irytowała mnie snująca opowieść gospodyni, która ciągle ułatwiała działania Heatcliffowi, a potem załamywała ręce, że nic nie może zrobić.
_________________
Ostatnio zmieniony przez Berta von S. 2020-12-21, 11:18, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
John Dee 
Moderator
Epicuri de grege porcus



Pomógł: 107 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 13525
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-12-21, 13:09:41   

Kpt Petersen napisał/a:
Gotycka powieść grozy obiecywali... Są akcenty humorystyczne obiecywali
Groza, humor, hm… Jesteś pewien, kapitanie, że nadal mówimy o “Wichrowych Wzgórzach”, a nie, powiedzmy, o “Rodzinie Addamsów”? :D

Berta von S. napisał/a:
irytowała mnie snująca opowieść gospodyni, która ciągle ułatwiała działania Heatcliffowi, a potem załamywała ręce, że nic nie może zrobić.
Moja ulubiona postać, bez dwóch zdań. Mądra, wrażliwa, pracowita Nelly Dean, serce ze złota i skała w kipieli emocji i szaleństwa. :579:
 
 
Kpt Petersen 
Fanatyk Samochodzika
Forumowy Twitterowiec



Pomógł: 16 razy
Dołączył: 22 Sie 2017
Posty: 2314
Skąd: Wyspy Pacyfiku
Wysłany: 2020-12-28, 02:57:06   

Berta von S. napisał/a:
Myślałam, że jesteś wielbicielem rodziny Brontë. :zdziw:

Kpt Petersen napisał/a:

Skończę chyba w Święta jak będę miał więcej czasu i będę się nudził, ale teraz zacznę.

To ja się postaram napisać przed Świętami. :)


To nie wiedziałaś że można być wielbicielem nawet kilku sióstr jednocześnie niekoniecznie lubiąc ich twórczość? :p

Napisałem już tutaj że fascynuje mnie historia rodziny Bronte, zagadki wokół autorstwa twórczości a nie sama twórczość https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=346183#346183
i w zasadzie nic się nie zmieniło poza tym, że jadąc do bardzo pięknego i klimatycznego miejsca w którym żyła rodzina Bronte postanowiłem zmusić się do przeczytania najsłynniejszego obecnie ich dzieła, które jest inspirowane tym właśnie miejscem.

I tu powinna być moja recenzja, ale czekam na obiecaną wcześniej recenzję Berty... dobra dziewczyna tylko łapie 1000 srok za ogon naraz i często nie kończy... tych srok. No ale Berta zajęła się jakąś Jane Austen. Kto o niej słyszał oprócz Bridget Jones? ;-)
_________________
 
 
Berta von S. 
Administratorka Wspomagająca
nienackofanka



Pomogła: 143 razy
Wiek: 49
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 31923
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-12-28, 10:59:06   

Kpt Petersen napisał/a:

I tu powinna być moja recenzja, ale czekam na obiecaną wcześniej recenzję Berty... dobra dziewczyna tylko łapie 1000 srok za ogon naraz i często nie kończy... tych srok.

Coś w tym jest. :)
O tylu wątkach już obiecywałam napisać, że wstyd...
Za dużo ciekawych rzeczy na świecie.
Jeszcze dziś się wezmę za Bronte.
_________________
 
 
Berta von S. 
Administratorka Wspomagająca
nienackofanka



Pomogła: 143 razy
Wiek: 49
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 31923
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-12-28, 19:18:49   

Obiecana recenzja! Uff... :D

Jak już pisałam - Wichrowe wzgórza czytało mi się przyjemnie, ale książka ma dwie cechy, które nie pozwalają mi jej uznać za arcydzieło – nienaturalność postaci i niewiarygodność akcji. O jednym i drugim pisał już Kyno, więc tylko dodam kilka swoich refleksji.

Bohaterowie są schematyczni i powtarzalni, podział na postaci złe-silne lub dobre-słabe nawiązuje do wzorców powieści gotyckiej, do tego gatunku upodabnia ją też użycie różnych mrocznych atrybutów (wrzosowiska, ponury budynek, odosobnienie, uwięzienie, obłęd, duchy, cmentarz…), ale brakuje atmosfery grozy (nie wiem czy to celowy efekt, czy się autorom nie udało jej zbudować?).

Postaci nie są tak emocjonalnie płaskie jak np. w „Zamczysku Udolpho”, ale ich emocje wydają mi się często zupełnie niewiarygodne (ten problem częściej dotyczy kobiet niż mężczyzn – co mogłoby potwierdzać hipotezę, że autorem był jednak brat), na przykład:

Młodsza Katarzyna - rzekomo miła osoba, która od samego początku z ogromną agresją i pogardą traktuje Haretona, choć on stara się jej pomagać i przypodobać (np. szydzi z niego, gdy chłopak specjalnie dla niej uczy się czytać). A potem znienacka zaczyna być dla niego serdeczna i się w nim zakochuje. Przeskok jest nagły i nie widać żadnego wiarygodnego procesu zmiany nastawienia. Zresztą podobnie pogardliwie (na granicy chamstwa) traktuje Katarzyna również Bogu ducha winnego narratora powieści.

Izabela – zakochuje się z Heathcliffie i opuszcza dla niego rodzinę, choć on daje jej do zrozumienia, że mu na niej kompletnie nie zależy – np. celowo dusi jej ulubionego pieska (kupuję różne auto-destrukcyjne uczucia, ale nigdy nie uwierzę w taką akceptację okrucieństwa w stosunku do ukochanego zwierzaka). Najzabawniejsze jest to, że już następnego dnia Izabela jednak doszła do wniosku, że nienawidzi H. i tęskni za bratem, przy czym do tego stopnia panuje nad emocjami, że potrafi napisać bardzo dojrzały (miejscami autoironiczny) list, na jaki jest w stanie zdobyć się ktoś, kto nabrał dystansu. Do takiego etapu można dojść po wielu miesiącach, no może tygodniach, ale nie w dwa dni od życiowego dramatu.

Na słabości budowania postaci nakładają się słabości sposobu prowadzenia akcji, w której autor(ka) mocno nagina rzeczywistość, żeby tylko stworzyć lub rozwiązać jakiś problem. Na przykład wspomniane już przez Kyna prawo dziedziczenia albo owe śmierci na zawołanie (przy trzecim zgonie nie mogłam się już powstrzymać od śmiechu).

Składając jedno z drugim otrzymujemy książkę o przerysowanych, sprzecznych psychologicznie postaciach i niewiarygodnych zwrotach akcji. Można oczywiście próbować bronić tej konstrukcji uszlachetniając ją porównaniami do teatru i dramatu albo szukając w niej jakichś symboli czy alegorii, ale trochę mi to przypomina rozmowy z Peterem Sellersem jako Chance. ;-) Dla mnie ta powieść to zajmujące czytadło na długie zimowe wieczory i nic ponadto.

P.S. Co do starszej Katarzyny – w przeciwieństwie do Kyna, uważam, że kochała Heathcliffa, bo jak inaczej wytłumaczyć jej dziwny obłęd.
_________________
Ostatnio zmieniony przez Berta von S. 2020-12-28, 22:25, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 98 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6413
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2020-12-29, 06:36:46   

Berta von S. napisał/a:
Obiecana recenzja

Zgadzam się tam, gdzie piszesz o raptownych i niepopartych akcją przemianach zachowania Izabeli i młodszej Katarzyny, oraz o ślepocie tej pierwszej. Także z wcześniejszym spostrzeżeniem na temat Nelly Dean, która rozszyfrowuje złe zamiary, ale niejednokrotnie w decydującej chwili łatwo daje się popychać i przez bierność nie zapobiega nieszczęściu.

Berta von S. napisał/a:
Zresztą podobnie pogardliwie (na granicy chamstwa) traktuje Katarzyna również Bogu ducha winnego narratora powieści.

To może być celowe i mieć uzasadnienie. Sposób przyjęcia narratora w Wichrowych Wzgórzach, opryskliwość Heathcliffa, złośliwość i kołtuneria Józefa, nieokrzesanie Haretona, bezczelność Katarzyny, brak gościnności i pomocy, nieomal szczucie psami - to wszystko chyba ma składać się na obraz jakiegoś "dworu barbarzyńców". W przeciwieństwie, oczywiście, do Drozdowego Gniazda - domu ludzi grzecznych i cywilizowanych. Do takiego stanu doprowadziły dawną rezydencję szanowanej rodziny rządy Heathcliffa - który Haretonowi odmawiał edukacji, sam nie miał żadnych potrzeb kulturalnych, a Katarzynie odebrał dostęp do literatury i przyborów do pisania. W tej atmosferze nawet ludzie inteligentni chamieją, albo z dużym trudem - jak Katarzyna i Hareton - ratują się z popadaniem w ciemnotę lub z niej dźwigają.

Berta von S. napisał/a:
Co do starszej Katarzyny – (...) uważam, że kochała Heathcliffa, bo jak inaczej wytłumaczyć jej dziwny obłęd.

Wiele osób tak uważa, co oczywiście nie jest dowodem, ale daje mi do myślenia. Cóż jednak poradzę, skoro tej miłości nie widzę. Katarzyna zmusiła męża do przyjmowania Heathcliffa bo ten ją bawił, w przeciwieństwie do nudnego Edgara, a uczucie Heathcliffa do niej dowartościowywało ją. Ze śmiechem raiła mu Izabelę, co prawda nie spodziewając się takiego skutku jaki nastąpił. Jej zachowanie w tym momencie nie pasuje mi do obrazu kobiety zakochanej, a bardziej do wizerunku próżnej, pewnej siebie, łasej na hołdy.

Co do jej obłedu - całkiem normalna nie była chyba już od dawna, a dziwne schorzenie mogło wziąć się z tego samego miejsca, skąd dziwne śmierci. Jeżeli szukać bardziej racjonalnego impulsu wyzwalającego chorobę to widziałbym go w uświadomieniu sobie, że oto Heathcliff zdecydował się realizować swój egoistyczny plan wbrew jej żądaniom. Osoba taka jak Katarzyna mogła ciężko przeżyć myśl o utracie kontroli, o osłabieniu miłości Heathcliffa do niej samej - miłości, którą być może uważała za bezwarunkową i bezgraniczną. To jednak nie świadczy o tym, że tę miłość odwzajemniała. Uczucie zawodu zostało spotęgowane zachowaniem Edgara, unikającego bójki z wyzywającym go od tchórzy Heathcliffem. W ten sposób kobieta, która dopiero co czuła się obiektem rywalizacji dwóch mężczyzn, nagle straciła poczucie dominacji nad jednym i resztki szacunku do drugiego.

Tak interpretuję tę burzliwą scenę w Drozdowym Gnieździe, więc jeśli to ona stała się przyczyną stanu psychicznego Katarzyny, to wiązałbym go istotnie ze zranioną miłością - tylko że własną.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

 
 
Kpt Petersen 
Fanatyk Samochodzika
Forumowy Twitterowiec



Pomógł: 16 razy
Dołączył: 22 Sie 2017
Posty: 2314
Skąd: Wyspy Pacyfiku
Wysłany: 2020-12-29, 11:00:02   

Berta von S. napisał/a:
Obiecana recenzja! Uff... :D


Wiedziałem, że jak Cię zmobilizuję do napisania recenzji to mi 3/4 roboty odejdzie, bo wystarczy, że napiszę zgadzam się i dodam kilka swoich spostrzeżeń :) .

„Wichrowe wzgórza” - Czego się spodziewałem?

Po dwóch książkach Ostrowskiego, który jest wielkim fanem powieści, po Kate Bush, po tym co pisał o tej książce Lovecraft spodziewałem się nieszczęśliwej historii miłosnej oczywiście połączonej z historią zemsty ze skomplikowanym wątkiem kryminalno- prawnym przejmowania majątków i w końcu historią miłości po śmierci czyli sporo duch Kathy i dużo więcej i ciekawszych opisów rozkopywanego wielokrotnie grobu ukochanej :) .

„Wichrowe wzgórza” - Co dostałem?
Najwięcej miejsca w powieści zajmują opisy wzajemnej wredności wszystkich wobec wszystkich (jest jeden wyjątek Hareton, jedyna pozytywna postać), a ja nie lubię takiej atmosfery i dlatego, przede wszystkim, mi się nie podobała.

Pokręcona historia miłosna jest, ale niewiele zajmuje miejsca w powieści. Duch Kathy i rozkopywanie grobów w śladowych ilościach :) . Ciekawie wymyślony sposób zemsty i przejęcie majątków jest, ale niewiele zajmuje miejsca w powieści i końcowy akt tego przejęcia jest denerwująco mało wiarygodny czyli niedopracowany.

Można by pomyśleć, że autorce/autorowi chodziło o pokazanie absurdów prawa, które w czasach pisania powieści chyba się właśnie zmieniało (nie chce mi się sprawdzać dokładnie kiedy, może Kyno poratuje bo to zgłębił) ale wcześniej faktycznie z chwilą małżeństwa cały majątek żony przechodził na własność męża, ale właśnie dlatego że było takie prawo, to przeciętna panna na wydaniu doskonale rozumiała że z chwilą zamążpójścia zostaje właściwie ubezwłasnowolniona przez męża. Czy z taką wiedzą druga Katarzyna mogła wyjść za Lintona nawet nie z miłości tylko z litości? Chyba jako zamożna kuzynka mogła znaleźć jakiś lepszy sposób żeby wyrwać dorosłego już Lintona (z dzieckiem było trudniej, bo faktycznie władza rodzicielska była raczej wtedy nie do podważenia) z łap Heatcliffa zamiast samej oddawać się w niewolę.

Skoro jest tak źle to dlaczego jest tak dobrze?
(czyli dlaczego powieść zrobiła taką karierę?)
Moim zdaniem główna zasługa to biograficzna legenda o autorce Emily napisana przez Charlotte po śmierci rodzeństwa. W momencie wydania trzech powieści, pod trzema męskimi pseudonimami, bestsellerem była „Jane Eyere” a „Wichrowe wzgórza” się nie podobały. Gdyby autorem był mężczyzna np. Branwell Bronte (nie twierdzę że był :) ) racze by takiej pozycji w historii literatury ta książka nie miała. Ale kontrast efemerycznej dziewicy ze wzgórz Yorkshire z brutalnością i gwałtownością powieści dał ostatecznie bardzo dobry efekt marketingowy.
_________________
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 0,41 sekundy. Zapytań do SQL: 11