PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
"ZWM" - Zbigniew Nienacki
Autor Wiadomość
Bóbr Mniejszy 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 12 razy
Wiek: 42
Dołączył: 26 Maj 2018
Posty: 2998
Skąd: Zduńska Wola/Georgetown
Wysłany: 2020-10-09, 22:01:21   "ZWM" - Zbigniew Nienacki

Okazuje się, że jest więcej tekstów, zanim dojdziemy do "samochodzików", z czego ten wydaje się być naprawdę ostatni :D

Zbigniew Nienacki - "ZWM"

"Odgłosy", nr 6, 1963 r.


Pamiętam dobrze ów styczniowy dzień 1945 roku, gdy po pięciu latach tułania się, w podwarszawskich miejscowościach wróciłem do Łodzi, do swego rodzinnego miasta i znalazłem się na jego zaśnieżonych ulicach. Pamiętam chwile powrotu do naszego przedwojennego mieszkania pamiętam swoje własne myśli z tego okresu, człowieka rozpoczynającego szesnasty rok życia, kroczącego do tego domu po ulicach obwieszonych czerwonymi i biało-czerwonymi flagami. Pamiętam chłopca z czerwoną opaską na ramieniu i z karabinem przewieszonym przez ramię; ten chłopiec - już nazajutrz po mym powrocie do Łodzi - wskazał mi pałacyk przy Napiórkowskiego 10 (dziś ul. Przybyszewskiego), mówiąc: „Tam się możecie zapisać, kolego”. W tym pofabrykanckim pałacyku mieścił się Zarząd Dzielnicowy Związku Walki Młodych Łódź-Górna.

Dlaczego właśnie wybrałem ZWM? Dlaczego ZWM, a nie na przykład OM TUR, Wici, czy - podobnie jak wielu mych rówieśników z inteligenckich domów - harcerstwo?

Myślę, że pociągnęło mnie do ZWM właśnie to, co innych - być może odstraszało: fakt, że była zupełnie nową młodzieżową organizacją zrodzoną w latach okupacji, a wszystko co zrodziła walka z okupantem, wydawało mi się szlachetne i godne zaufania. Miałem szesnasty rok życia i cechowała mnie bezkompromisowość tak właściwa temu wiekowi. Mówiłem sobie skoro tamta Polska okazała się tak słaba, i skoro mogło dojść do tego wszystkiego, do czego doszło - to znaczy, że wszystko co działo się kiedyś, było złe, trzeba wszystko zaczynać od nowa, inaczej, lepiej i mądrzej. Dziś wiem, że nie okazałem się wówczas całkiem sprawiedliwy, ale jak powiadam i jak pamiętam, właśnie młodość tej organizacji przyciągnęła mnie w pierwszej chwili. Gotów bytem negować wszelką przeszłość i akceptować każdą przyszłość, byle tylko niepodobną do tamtej.

Pałacyk ZWM przy Napiórkowskiego 10 zapełniała młodzież, przeważnie robotnicza. W owych dniach prawie wszystko sprawiało nam największą radość, wydawało się jedyne, wspaniałe i niepowtarzalne. Choćby sam fakt, że tak swobodnie możemy się schodzić, zbierać, rozmawiać. Nie, nie były to jeszcze dyskusje o politycznym zabarwieniu - w tych dniach, powiadam, tacy jak ja chłopcy gotowi byli negować przeszłość, a akceptować każdą przyszłość. Pamiętam, że samorzutnie formowaliśmy się w całe kompanie, musztrowaliśmy się na zaśnieżonym placyku przed Zarządem Dzielnicowym i całymi godzinami - nie wiadomo po co i dlaczego - maszerowaliśmy ze śpiewem, kolumnami, po ulicach Łodzi. W tym właśnie maszerowaniu kolumnami wyrażała się cała nasza okupacyjna tęsknota za prawem do zorganizowanego życia, za prawem do skupiania się, właśnie do otwartego manifestowania. To maszerowanie zwartymi kolumnami - to była jakby rekompensata za okupacyjny terror, to było sycenie się wolnością.

Pewnego wieczoru, gdy wracałem do domu jak zwykle w czerwonej opasce na ramieniu - zaczepiło mnie dwóch mężczyzn. „Zdejm tę czerwoną szmatę, szczeniaku” - zażądali ode mnie. Wyszarpnąłem się im i uciekłem. Ale to był pierwszy fakt, który zmącił te dni pełne radości. Uciekłem - ale pozostało we mnie poczucie krzywdy, poczucie, że choć przecież postępuję tak jak trzeba, jak się powinno postępować - inni mego postępowania nie akceptują, są wobec mnie wrodzy. Tak wyglądało moje pierwsze zetknięcie z polityką. Zrozumiałem, że moje racje, moja negacja przeszłości i akceptowanie przyszłości, wielu się nie podoba i że będę musiał racji swoich bronić. W tym wypadku nie uda się już tak umknąć jak w historii z czerwoną opaską. Od tamtego dnia - pamiętam - zacząłem czytać gazety nie tylko na stronach przynoszących informacje o wydarzeniach na froncie, ale i artykuły o nowej Polsce.

...Pamiętam dzień, w którym przyszedł do Zarządu Dzielnicowego ZWM, przedstawiciel Komitetu Wojewódzkiego PPR, zorganizował zebranie i począł tłumaczyć nam, że to mało akceptować przyszłość, tę przyszłość trzeba tworzyć. A po zebraniu towarzysz ów położył na stole dużą kartę papieru, na której zapisywano ochotników do pomocy w rozdziale ziemi między chłopów. Czmychnąłem wtedy z domu, aby wziąć udział w reformie rolnej i w Skierniewickiem przystałem do ekipy rozdzielającej ziemię dworską. Wydawało mi się wprost oczywiste, że ziemia ta musi przejść w ręce tych, którzy zawsze na niej pracowali. Wydawało mi się, że pomagam w dziele niezwykle sprawiedliwym i godnym największego szacunku. Czyż można wyobrazić sobie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, jakie wypadło mi przeżyć, gdy po moim powrocie do Łodzi, do gimnazjum, które otworzyło dla nas swe podwoje - kilku kolegów w klasie zaczęło wymyślać mi od „zdrajców” i „sprzedawczyków”.
Tego dnia zrozumiałem, że to mało jest mieć racje. Tych racji trzeba bronić i tymi racjami trzeba przekonywać.

1 maja jeden z kolegów przyszedł do klasy w czerwonym krawacie. Na korytarzu spróbowano mu go zerwać - i nagle kilku nas rzuciło się, aby go bronić. Tak się poznaliśmy - Feliks Tych, Włodzimierz Harszewski, i kilku innych z różnych klas. Od tamtej chwili jasnym się dla nas stało, że w pojedynkę niczego w szkole nie osiągniemy musimy zacząć współdziałać. Ale to, co dziś wydaje się tak wielką oczywistością - założenie koła szkolnego ZWM - w nas samych napotykało wielkie opory. Pamiętam długie i zacięte dyskusje w Zarządzie Łódzkim ZWM, pamiętam niektórych dyskutantów, młodzież szkolną - ZWMowców: Zofię Dudzińską, Hankę Pawłowską, Olgę Koszutska, „Czy mamy prawo, przez założenie koła szkolnego separować się od młodzieży robotniczej?” - oto kwestia która nas najbardziej trapiła.
Daliśmy się przekonać, albowiem jak nam tłumaczono - dla organizacji ważnym czynnikiem jest pozyskanie młodzieży gimnazjalnej. Pozostawiliśmy jednak sobie pewną furtkę, podjęliśmy się współpracy z fabrycznym kołem ZWM przy zakładach "Allarta i Roussou", (dziś ZPW im. Gwardii Ludowej). Nasze dwa koła szkolne - przy Miejskim Gimnazjum I Liceum (dziś III TPD) i Żeńskim Gimnazjum i Liceum im. Konopnickiej - zbierały się wspólnie z kołem ZWM przy Zakładach "Alarta i Rosoła", jak żartobliwie nazywaliśmy tę fabrykę.

Współpraca ta zresztą nie trwała długo. Okazało się w praktyce, że każde z tych środowisk miało bardzo różne zainteresowania. Młodzież robotnicza musiała rozstrzygać całą skomplikowaną i specyficzną problematykę produkcji w swej fabryce, a my, szkolniacy - ani nie rozumieliśmy tych zagadnień, ani rozumienie ich nie wydawało się nam potrzebne. Zabawialiśmy się „teoretyzowaniem” i „rozszczepianiem włosa na części” - jak skrytykowano nas kiedyś na Plenum ZŁ ZWM. Ale właśnie to „teoretyzowanie”: było nam potrzebne w pracy z młodzieżą szkolną. Pamiętam, że u Koszutskich w starej komunistycznej rodzinie, schodziliśmy się, aby w kółku samokształceniowym studiować marksizm. To może dziwne - a dziwne wyda się współczesnemu młodemu czytelnikowi - że marksizmu w Polsce Ludowej, w pierwszych jej latach - trzeba się było uczyć w prywatnych kółkach samokształceniowych. I że robiliśmy to - choć nikt nas do tego nie zmuszał, nikt nam tego nie kazał robić, nikt nam za to stopni nie stawiał. Zmuszała nas do tego jednak obrona naszych racji. Jeśli w szkole chcieliśmy bronić naszego stanowiska w każdej konkretnej sprawie - musieliśmy wiedzieć, dlaczego takie są nasze racje i dlaczego uważamy je za słuszne. Każda lekcja polskiego, historii, biologii - stawała się w szkole areną zaciętych dyskusji i bojów politycznych. Pamiętam swój referat "Dlaczego Słowackiego uważam za pisarza burżuazyjnego" - ileż w tym było wulgarnego i prymitywnego, dopiero co liźniętego marksizmu, i ile oczywistego niesprawiedliwego osądu. A jednak przy całej śmieszności tego rodzaju „elaboratów” - cenne było samo dopracowywanie się swoich sądów, i swoich błędów, aby potem od tych błędów odstąpić. Cechowała nas głęboka wiara w to, że postępujemy słusznie i najwłaściwiej.

Ze wzruszeniem myślę o ZWM. Myślę, że była to dobra szkoła dla młodych komunistów. Była dobra dlatego, że każdy z jej członków musiał sam dopracowywać się swego poglądu na świat, pozostawała w niej atmosfera dyskusji i zaciętych ideologicznych sporów. Nie było w niej tak charakterystycznego później dla ZMP - rutyniarstwa organizacyjnego, gotowego wzorca życia i działania, który próbowano narzucić młodzieży. W ZWM tolerowano indywidualne cechy każdego młodego człowieka, nie narzucano mu ani ideału życia ani ideału działania. Ważny był tylko cel: Polska Ludowa. Ale był to czas, gdy tej Polski gotowej nikt nikomu nie dawał, trzeba ją było dopiero tworzyć. I w tym dziele tworzenia młodzież miała prawie tyleż praw, co starsi.

Pamiętam zebranie kola ZWM, na którym biadoliliśmy, że ZWMowcy mają złe stopnie, ponieważ ciągle są zajęci pracą społeczną. Pamiętam, jak ostro atakowaliśmy tych wszystkich, którzy złapali dwóje na okres. Chodziło nam o prostą sprawę: źli uczniowie nie będą mieli autorytetu i nie wejdą w wyborach do Samorządu Szkolnego, a tym samym zmniejszy się nasz wpływ w szkole. Sprawa więc dobrych stopni, była dla naszego koła zagadnieniem - być albo nie być.

I pamiętam takie same zebranie w kole ZMP: sprawa stopni. Nuda, brak zainteresowania, szablonowa dyskusja. Ale dla tych młodych ludzi nie była to sprawa - być albo nie być. Ich znaczenia w szkole nikt nie kwestionował, ci młodzi ludzie nie musieli bić się o swoje racje...

Pamiętam referendum i samochód, na którym jechali agitatorzy ZWMowcy ze szkół łódzkich. Samochód pod Radomskiem został ostrzelany przez bandę "Warszyca".

,,,Pamiętam zbliżającą się maturę i okres wytężonych do niej przygotowań. To wówczas przecież narodził się projekt, aby ZWMowska młodzież szkolna stworzyła brygadę traktorową, która pracą w okresie wakacyjnym - zasłuży sobie na prawo wstąpienia na uniwersytet. Tak, zasłuży sobie na prawo. Wydawało się nam bowiem czymś trochę żenującym i wstydliwym, że w tym trudnym dla kraju czasie, gdy młodzież robotnicza pracuje z taką ofiarnością w fabrykach - my będziemy siedzieć nad książkami. „Panowie ZWMowcy” - nazywaliśmy siebie wzgardliwie. Wiem, oczywiście wiem, że dziś każdy z nas określi to jako „lewactwo” i zapewne wyśmieje naszą wstydliwość, nasze zażenowanie i ową brygadę traktorową. Ale dziś jesteśmy przyzwyczajeni ciągłe tylko żądać i żądać, uważamy, że mamy do wszystkiego prawo, a prawie żadnych obowiązków. Byliśmy może śmieszni i naiwni - ale byliśmy szczerzy i wrażliwi w kwestii naszych obowiązków wobec Polski.

I dlatego przygotowując się do matury, ZWMowcy ze szkół łódzkich chodzili jednocześnie na kurs na traktorzystów.
I pracowali na traktorach. W szczecińskich PGR. A dopiero potem poszli na uniwersytety.

źródło: nienacki.art.pl
_________________


"Szanowny Panie! Zawierając znajomość z Panem, nie przypuszczałem, iż jest Pan alkoholikiem i nudystą."
E. Niziurski, "Klub włóczykijów"
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 0,1 sekundy. Zapytań do SQL: 11