PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
"Na tropie tajemniczego Ałbazina"
Autor Wiadomość
Bóbr Mniejszy 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 11 razy
Wiek: 41
Dołączył: 26 Maj 2018
Posty: 1875
Skąd: Zduńska Wola/Georgetown
Wysłany: 2020-08-13, 22:33:33   "Na tropie tajemniczego Ałbazina"

"To znowu ja, bo w zeszłym tygodniu nie pisałem, bo byłem chory, mam zwolnienie" ;-)

Dziś głośny cykl reportaży "Na tropie tajemniczego Ałbazina", wielokrotnie wspominany na forum, wraz z linkami do ich treści. Linki zdają się być już wygasłe i najlepiej wrzucić cały tekst.

Zbigniew Nienacki: Cykl reportaży "Na tropie tajemniczego Ałbazina", "Odgłosy", nr 40-44, 1958 r.


Podróż na Daleki Wschód ZSRR (I)



Maszkary straszliwe... (ok. 22 kB)

Przebyłem ponad 20 tysięcy kilometrów. Jechałem pasażerskim samolotem „IŁ”, ogromnym i szybkobieżnym TU-104, luksusowym transsyberyjskim ekspresem, parostatkiem po wzburzonej rzece Kara-Muren, drezyną, wojskowym samochodem, malutkim „kukuruźnikiem”. Współczesne środki lokomocji pozwalały mi przemierzać ogromne przestrzenie, zmieniać czas i kraje prawie tak szybko jak przerzuca się stronice podróżniczej książki. Przeskakiwałem z klimatu w klimat. Ze świtu wchodziłem od razu w wieczór gubiąc długie godziny dnia. Miałem do swej dyspozycji wszystkie wspaniałe środki techniczne, które wymyśliła współczesna ludzkość, a jednak byłem chyba równie zdany na przypadki losu, jak mały pająk szybujący jesienią na siwej nitce.
...Pamiętam październikową słotną pomrokę. Szedłem pustym, zakutym w beton nadbrzeżem Amuru. W gęstej ciemności nie widać było ani rzeki ani świateł miasta, które miałem za chwilę opuścić. Słyszałem tylko własne kroki na betonie i głos syreny parostatku. Dźwięk syreny narastał, wzywał, wołał. Przystanąłem. Zastanowiło mnie pytanie, które do tej pory zadawali mi wszyscy. Nie przyjmowałem go, jakby wypowiadane było w zupełnie mi obcym języku.
Czego tu szukam? Po co znów jadę? Dokąd? Jaka siła gna mnie z jednej w drugą stronę świata? Czy warto?...
Była druga w nocy. Zegary w Polsce, w Łodzi wskazywały jedenastą w południe. Od żony, od syna, do domu i przyjaciół dzieliło mnie nie tylko 10 tys. km ale i 9 godzin różnicy w czasie. W imię czego miałem ciągnąć jeszcze dalej na wschód?...



Nagle zobaczyłem odbitkę pieczęci... (ok. 53 kB)

Wołanie syreny dochodziło do mnie jakby zza grubej ściany. Wtem spostrzegłem w dole czerwone światełko przystani. I ogarnęła mnie tak silna tęsknota za oczekującą mnie dalszą podróżą, że potykając się na śliskich schodach na oślep zbiegłem w dół na most przy przystani. W tym świecie prawie doskonałych maszyn, cichobieżnych pociągów, szybkich jak myśl pocisków, gdzie każde kółko, każdy trybik służyć ma komuś i czemuś, może i warto pokochać czasem coś pozornie bezużytecznego, jakąś własną idee-fixe?

Przeprowadzano gruntowny remont w mym mieszkaniu. Pachniało wapnem, na wycyklinowanej podłodze rozłożono stare papiery. Między dużymi prostokątami płacht gazetowych spostrzegłem malutki skrawek kartki wyrwanej z jakiejś książki. Zmierzając do stołu machinalnie pochyliłem się, próbując przeczytać choć kilka zdań.
Stroniczka pochodziła z jakiejś starej rosyjskiej książki. Do dziś nie znam jej tytułu, roku wydania i nazwiska autora. Ale jedno jej zdanie na zawsze utkwiło mi w pamięci.
„24 marca 1684 roku Ałbazincy otrzymali list od Chińczyków, napisany w języku mandżurskim, mongolskim i p o l s k i m”.
Kim byli tajemniczy ałbazincy? Dlaczego Chińczycy pisali do nich w języku polskim? Druga połowa XVII wieku. Ałbazin? Dziwaczna to nazwa...

Urwałem w połowie rozpoczętą pracę nad zamówioną książką. Zawarłem nowy kontrakt z Wydawnictwem. I kiedy z lotniska na Okęciu radziecki samolot „IŁ” poniósł mnie w stronę Moskwy i upragnionych książek w bibliotekach - wówczas już na pewno nie było lekarstwa zdolnego uleczyć mnie z owej „ałbazińskiej choroby”.

Archeologia i historia - te dwie gałęzie nauki na zawsze chyba będą dla mnie miały nieprzeparty urok. Praca archeologa lub historyka przypomina mi działalność detektywa, tropiciela śladów. Ileż w niej niekłamanego romantyzmu, ileż przygód, zachwycających choć niekiedy przeżywa się je w ścianach jednego pokoju, wśród półek z książkami!
Dotąd wypadło mi tylko pisać o tych „tropicielach śladów”. Teraz i ja znalazłem swój trop - jedno niewielkie zdanie z książki. Z treści odnalezionej kartki można było wywnioskować, że list pisany po polsku był dla owych ałbazińców czymś w rodzaju wojennego ultimatum. Otrzymawszy go zaczęli się gotować do obrony, gromadzili proch i kule, naprawiali umocnienia. Lecz jaki był wynik boju? I gdzie się odbywał?
Po czterech tygodniach żmudnych poszukiwań, pewnego wieczoru wybrałem w katalogu numer książki, która - jak wydawało mi się - nie będzie miała nic wspólnego z ałbazińską sprawą. Otrzymaną książkę obojętnie rozłożyłem na pulpicie stołu, zapaliłem zielonkawą lampę. Przerzuciłem kilkanaście kartek i nagle... Nagle zobaczyłem odbitkę pieczęci, pod którą widniał napis:

„PIECZĘĆ GRÓDKA AŁBAZIN”


Malutka, okrągła pieczęć z drobniutkim uszkiem, przez które prawdopodobnie przeciągano sznurek, aby można ją było nosić na piersi. Podpis pod odbitką brzmiał: „Pieczęć grodu Ałbazin, interesująca heraldyczna pamiątka z Syberii z XVII wieku. Muzeum Ermitaż w Leningradzie”.
Syberia... Tak, to był już nowy trop.
Tylko że Syberia posiada obszary, na których zmieścić się może cała Europa.
I niestety, odbitka starej pieczęci nie potrafiła mi również powiedzieć dlaczego do ałbazinców Chińczycy pisali po polsku.

Z Warszawy wylecieliśmy w południe. A po dwóch godzinach lotu spostrzegłem na skrzydłach samolotu czerwony blask zachodzącego słońca. Tak w powietrznej podróży gubi się czas, godziny. Samolot leciał nad chmurami, przypominał się widziany na zdjęciach surowy biały pejzaż z Arktyki.
Leciałem na spotkanie przygody. Samolot wolno opadał na nierówną poszarpaną płaszczyznę chmur. Wydawało mi się, że po tej bieli puszystej potoczy się lekko jak po śnieżnej pościeli. A on zapadł w nią, krajał ją skrzydłami i kadłubem. I było to pierwsze moje rozczarowanie.


Hotel 'Ukraina' w Moskwie (ok. 72 kB)

Trzydziestopiętrowy wieżowiec hotelu „Ukraina” jest sam w sobie jakby jednym dużym miastem. Wielkie jak kościoły westibule, halle, restauracje, szybkobieżne windy, labirynty korytarzy i 1026 jednoosobowych pokoi z łazienkami, z telefonem, wyposażonych luksusowo, wygodnie. Hotel zbudowano na brzegu rzeki Moskwy, na ulicy, która zwie się Dorogomiłowskaja Nabiereżna.

Hotel „Ukraina” jest jak miasto może niezbyt wielkie, ale jakże egzotyczne! W westibulu widzę kobiety w strojach Afganistanu, Indii, Sudanu, Egiptu, o twarzach czarnych, żółtych, czerwonawych, czasem jakby sinych. Niektóre są tak piękne, że już sam ich widok sprawia ogromną radość; ich powolny, łagodny, kołyszący się chód - zachwyca, a spojrzenie podłużnych wielkich oczu wydaje się przenikliwe choć nieme, jak spojrzenie oczu egzotycznych ryb w oświetlonym akwarium. Idą mężczyźni - Hindusi w białych spodniach, w białych zawojach na głowie. Miesza się z sobą zapach egzotycznych perfum i zapach papierosów z najróżniejszych stron świata. To skrzyżowanie przedziwnych zapachów, strojów - czyni widok westibulu czymś zadziwiającym i niepowtarzalnym. Jak urzeczony obserwuję dwóch eleganckich Chińczyków wymieniających między sobą bilety wizytowe i składających sobie niskie aż do ziemi ukłony; pośpiesznym i nieco nonszalanckim krokiem idą do windy dwaj młodzi Anglicy; rude Szwedki szczerzą swe wielkie końskie zęby; w głębokim fotelu wypoczywa malutki, drobny Japończyk; rozrzewnia widok dwóch czarnolicych mieszkańców Kambodży, drżących z chłodu, z głowami śmiesznie owiniętymi szalikiem, który od zimna ma uchronić ich przyzwyczajone do ciepła uszy.

Ktoś dotknął mego ramienia. Znajomy. Młody rosyjski krytyk literacki, którego przed dwoma laty przypadkiem poznałem w Polsce.
Uśmiecham się. Opowiadam zawile i zapewne niezrozumiale o celu swej podróży.
- Ałbazin? Ałbazin? - pyta dwukrotnie, ze zdziwieniem trzęsąc głową.
Potem przeprasza mnie, obiecuje złożyć wizytę i biegnie dokądś, załatwiać jakieś formalności - umieszcza w hotelu gości, pisarzy zagranicznych przybyłych na konferencje w Taszkiencie.
W hotelowych kioskach sprzedają książki, albumy artystyczne, przewodniki po Moskwie w języku angielskim, zegarki, kryształy, kawior, pończochy, pocztówki, ananasy, banany i winogrona.


Pokój w hotelu (ok. 86 kB)

Mój rosyjski przyjaciel jeszcze tego samego dnia zapukał do mego hotelowego pokoju. Zjawił się u mnie o 11 w nocy, dźwigając pierwszy tom "Sibirskiej Sowieckiej Encyklopedii".
- Czy zdajesz sobie sprawę dokąd chcesz pojechać? Twój Ałbazin jest gdzieś na Dalekim Wschodzie, nad Amurem. Masz, czytaj...
„Ałbazin - rosyjski gródek XVII wieku, zbudowany na lewym brzegi rzeki Amur, na miejscu gródka daurskiego księcia Ałbazy, zniszczonego w 1650 roku, w czasie pierwszej ekspedycji Jerofieja Chabarowa. W 1665 r. na gruzach ałbazińskiego gródka zbudowano nowe umocnienia. Okolice nowopowstałego grodu posiadające doskonałe warunki dla dalszego rozwoju rolnictwa zostały w szybkim tempie osiedlone przez rolników. Zbójeckie najścia Kozaków z Ałbazina na tubylców zamieszkujących brzegi Amuru i będących wasalami Chin, spowodowały ze strony Chin wojenne ekspedycje na Ałbazin. W czerwcu 1685 r. po wytrwałym i długotrwałym oblężeniu przez 10-tysięczną armię chińską, garnizon broniący grodu zmuszony był poddać swą twierdzę”...

Notatka przywieziona przeze mnie z Polski mówiła: 24 marca 1684 roku Chińczycy pisali po polsku do mieszkańców Ałbazina.
Był to zapewne list z ostrzeżeniem, które nie poskutkowało. W rok później, w czerwcu Ałbazin oblężony został przez 10-tysięczną armię i poddał się Chińczykom.
Amur - pogranicze Rosji i Chin. Nie było chyba nic nadzwyczajnego w tym raczej drobnym epizodzie z dziejów Dalekiego Wschodu. Dziwne było tylko jedno: dlaczego Chińczycy pisali po polsku?
Mój przyjaciel rosyjski podsunął mi niewielką książeczkę.
- Przyniosłem ci poezje Piotra Komarowa, niedawno zmarłego najzdolniejszego poety Dalekiego Wschodu. Jest tu poemat pt. "Ałbazińska legenda".
Łapczywie rzuciłem się na dźwięczne, soczyste strofy poematu. Może tu, u poety, znajdę rozwiązanie trapiącej mnie zagadki?

...Poemat opowiadał o historii srebrnego kubka, którym Kozak Pojarkow, pierwszy przybysz nad amurskie brzegi, pił wodę z Amuru. I kubek ten przez długie pokolenia przechodził z rąk do rąk, z ojca na syna, jak symbol władania Rosji nad Amurem. Było w tym poemacie coś dla mnie bardzo bliskiego. Opowiadał poeta jak huczy i jęczy Amur ściśnięty w wąwozie gór Chinganu, opiewał brzegi rzeki usiane pagórkami zapomnianych mogił.
Czy wśród tych zapomnianych grobów nadamurskich nie ma i mogił moich przodków? Tych, do których Chińczycy pisali po polsku?
„Grochoczet i stoniet, w tiesninach zażat,
Amur mieżdu biwniej Chingana.
Dawno naszi priedki w mogiłach leżat.
Ich sława wstajet iz tumana”...

nr 40, str. 1, 8

Z podróży na Daleki Wschód ZSRR (II)


Moskwę można zwiedzać bardzo różnie. Można zawieźć tam nylonowe majtki i potem pisać reportaże o moskiewskich magazynach, cenach, telewizorach. Znam takich, którym za przewodnika służą książki starego Lwa Tołstoja. Ci ostatni - najczęściej pisarze - idą na ul. Worowskiego 52, gdzie oddalony nieco od ulicy żółty pałacyk był pono domem Rostowych. Jedni łudzą się może, że na asfaltowej dróżce wokół kwiecistego klombu zobaczą zgrabną sylwetkę Nataszy Rostowej lub pośród przechodzących tędy ludzi dojrzą elegancką postać księcia Wołkońskiego; innych - prowadzą w te strony rozliczne sprawy, tutaj bowiem mieści się zarząd Zw. Pisarzy ZSRR i jego zagraniczna komisja.


Moskwa. Dom ks. Zenaidy Wołkońskiej. Ilustr. z książki Fiszmana 'Mickiewicz w Rosji' (ok. 58 kB)

Propagatorzy i zarazem szmuglerzy naszej damskiej bielizny, ci emisariusze „europeizacji” gorączkowo zwiedzający moskiewskie sklepy i gastronomy, - przeżywają prawdziwe rozterki: zabrać z sobą do kraju kawior czy „kaprony” czy nie zabrać. - Zapewne nawet nie przypuszczają, że na piętrze domu, gdzie dziś mieści się Gastronom nr 1 - znajdowały się salony Zenaidy Wołkońskiej. Jakże nazwać dziwne wrażenie, które ogarnia, gdy widzi się jak młody poeta, z garstką rubli w dłoni zaaferowany biega w tłoku od stoiska do stoiska w tym samym miejscu, gdzie ongiś jego starszy brat, Adam Mickiewicz, zachwycał swymi improwizacjami? Salony Wołkońskiej przebudowano i jeszcze przed rewolucją mieścił się tu słynny magazyn Jelisiejewa, zdobny jak rezydencja baszy i niesmaczny w swym przepychu. Na parterze domu, w którym był słynny „grecki pokój” współczesny poeta szuka już tylko greckiej chałwy.


Improwizacja Mickiewicza w salonie ks. Zenaidy Wołkońskiej. Obraz olejny Miasojedewa (Muzeum im. Puszkina), Moskwa (ok. 30 kB)

Kiedy pada nazwisko „Wołkońscy” przychodzi na pamięć nie tylko Mickiewicz.
Księżna Maria Wołkońska z domu Rajewska, córka słynnego bohatera 1812 roku, Katarzyna Trubecka z domu hr. Laval - gdy mężów ich, „dekabrystów”, skazano na ciężkie roboty na Syberii, bez wahania zdecydowały się dzielić ich los w dziczy, wśród katorżników, w najprymitywniejszych warunkach. Zrozumieć ich ciche bohaterstwo może tylko ten, kto czytał o straszliwych warunkach pracy w kopalniach nerczyńskich, kto przeglądał akta urzędowe, które musiały podpisać zanim zezwolono im przybyć na Syberię.
Miłość Romea i Julii znalazła swego Szekspira a poprzez niego nie przestaje nas wciąż wzruszać. Dlaczego swego Szekspira nie znalazła miłość żony Nikity Murawiewa, Aleksandry z domu hrabianki Czernyszowej? W Rosji zostawiła syna i dwie córki i pojechała za mężem skazańcem aż do surowej, zimnej Czyty. Co dzień z okna domu patrzyła jak prowadzono na ciężkie roboty jej męża i brata: z mężem mogła się widzieć tylko najwyżej pół godziny dwa razy na tydzień i to w obecności oficera dyżurnego. A miała wówczas 24 lata i zwracała powszechną uwagę niezwykłą urodą.
„Po roku rozłąki - pisze rosyjski historyk - sprawdziły się jej smutne przeczucia. Umarł syn jej jedyny, a córki usychając z tęsknoty za matką i ojcem*) straciły zdrowie. A jednak Aleksandra nie zrezygnowała ze swego dobrowolnego zesłania. I tu - w cztery lata później zmarła z przeziębienia...

Sybir, ciężkie roboty, katorga, knut, kajdany... powtarza się nieustannie w naszych wcześniejszych pieśniach i wspominkach. Dla każdego Polaka pojęcie „Sybir” kojarzy się z klęskami narodowymi, powstaniami, zesłańcami, ciężką katorgą. Ale w gruncie rzeczy jakże mało wiemy o syberyjskich sprawach naszych rodaków, o ich życiu i działalności na zesłaniu.
Dzięki Słowackiemu wiemy cośkolwiek o syberyjskich przygodach Beniowskiego, jego słynnej ucieczce z Kamczatki. Nikt jednak nie spróbował skonfrontować pamiętników Beniowskiego**) z faktami, z istniejącymi w archiwach rosyjskich dokumentami. Może okazałoby się wówczas, że ów srogi gubernator, którego zabójstwem chlubi się Beniowski - był w rzeczywistości tylko zwykłym kapitanem, pijaczyną i serdecznym druhem Beniowskiego, hetman - zwykłym oficerem kozackim, wspaniała forteca - zgniłym parkanem, głęboka fosa - rowem, silny oddział w „twierdzy” - nieliczną grupką starych, zaprzyjaźnionych z więźniami Kozaków.

O wiele ciekawsza niż przygoda Beniowskiego jest, moim zdaniem, historia Polaka Piotrowskiego, który zbiegł z gorzelni Ekaterynenskiej. W peruce, w stroju miejscowym, pieszo po lodzie Irtyszu doszedł do Tary, a stąd w przedziwny i arcyciekawy sposób dostał się do Petersburga i jak gdyby nigdy nic spacerował po Newskim Prospekcie. Potem nastąpił nowy rozdział przygód i wreszcie zakończenie ich w Paryżu, z którego przed czterema laty wyjeżdżał jako emisariusz.

Jakże romantyczna była przygoda Albiny Migurskiej! Pojechała z Polski aż do Uralska za swym narzeczonym wygnańcem. W Uralsku wyszła za niego za mąż i miała dwoje dzieci, które zmarły. Ogarnięta straszliwą nostalgią za ojczyzną zorganizowała fikcyjną śmierć swego męża i uzyskawszy pozwolenie na powrót do kraju i wywóz kości zmarłych na obczyźnie dzieci, w trumnie z prochami dzieci umieściła żywego męża i wraz z tym makabrycznym ładunkiem pomknęła saniami ku granicom Polski...

Nasza pamięć zawodzi nawet i w stosunku do polskich bohaterów narodowych. W historii błyszczą oni na krótko jak meteory. Co my wiemy o późniejszych losach na przykład Piotra Wysockiego? A przecież jego dalsze dzieje są chyba niemniej ciekawe niż te z okresu Warszawy: ucieczka łódką po rzece Angara i postrzał w rękę, kazamaty i przygotowana przez Chłopickiego ucieczka przy pomocy fałszywych pieniędzy - jakiż to wspaniały fantastyczny materiał literacki.

Bywa i tak, że popularny bohater narodowy jest znany tylko ze swego okresu „krajowego”, potem - gdy zesłany, już w niewoli, dokonał czynów i rzeczy naprawdę poważnych, wartych uwagi i pożytecznych - nikt o tym nie wie, nikogo to nie interesuje.
Przez blisko dwieście lat niewoli Polska miała podcięte swe serdeczne żyły i w jakiejś przymusowej transfuzji oddawała Syberii wszystko, co miała najlepszego - kwiat swej inteligencji, co mądrzejszych, mężniejszych, najbardziej postępowych ludzi. Przekazali oni syberyjskim krainom najpiękniejsze lata swego życia - niektórzy z nich dokonali tam sławnych odkryć geograficznych, byli nauczycielami dzikich plemion, nieśli kulturę i cywilizację, dali pierwsze naukowe opisy ziem dotąd nieznanych, nie przebrniętych, dokonali rzeczy niezwykłych.

Ale czy nasza młodzież wie na przykład, dlaczego ogromny łańcuch gór na północy nosi nazwę „Gór Czerskiego”? Kto dał pierwszy fachowy opis Ziemi Jakutów? Czyja książka przyniosła pierwsze pełne wiadomości o Korei?
Pytania można by mnożyć i mnożyć. Jedynym naszym pisarzem, który naprawdę poważnie traktował problemy Syberii i Dalekiego Wschodu był Wacław Sieroszewski. Ale i z jego bogatej twórczości dajemy poznać tylko ułamek, zapominając, że był on również wysłannikiem, zdaje się Petersburskiej Akademii Nauk i napisał wiele ciekawych fachowych książek z dziedziny geografii i krajoznawstwa.

...Wkład Polaków w odkrycie i zagospodarowanie Syberii jest bezsporny i ogromny. To oni pierwsi zaczęli tu wyrabiać olej cedrowy, nauczyli sybiraków pszczelarstwa i jak pisze Maksimow - „ogrodnictwo syberyjskie, pozostające w ogóle w stanie pierwotnym, Polacy podnieśli głównie w ten sposób, że sprowadzali z Polski nasiona i zaklimatyzowali niektóre lepsze, nie znane na Syberii gatunki owoców i warzyw”. Najlepszą za Bajkałem pszenicę nazywano „polką” i dotychczas tam pamiętają, że jeden z Polaków, niejaki Wałecki, za pomocą sztucznego krzyżowania uszlachetniał miejscowe rasy koni.

Na Syberii Polacy wznieśli sobie trwały i ogromny pomnik wdzięczności. Syberia była dla nich „domem niewoli”, lecz jej piękno urzekało ich i niekiedy zatrzymywało już na zawsze. Była dla nich Syberia „domem niewoli”, ale niektórzy z nich potrafili żyć w tym domu po gospodarsku. Nie ma powodów, aby o tym zapominać...
...Coraz nowe książki wyjmowano dla mnie z przepastnych zasobów Biblioteki im. Lenina. Na ulicę Kalinina, gdzie mieści się ogromny gmach biblioteki, jeździłem już od wczesnych godzin porannych i siedziałem niekiedy aż do zmroku. Cisza, zielonkawa lampa płonąca na stoliczku, szelest odwracanych kart i skrzyp stalówki w piórze - to wszystko wszędzie jest do siebie podobne. Tutaj przez długie godziny zapominałem, że przecież przebywam w innym kraju, w innym mieście! Śledziłem utrwalane w opowieściach historie dawno już zmarłych rodaków, ścieżki i zawiłe dróżki ich życia, w którym co krok czyhało na nich niebezpieczeństwo.

Na 40. stronicy książki W. K. Andriewicza pt. "Kratkij oczerk Historii Zabajkalia", wydanej w Petersburgu w 1887 roku, odnalazłem wreszcie poszukiwane słowo „Ałbazin”:
„W 1665 roku odbudowano gródek Ałbazin. Dokonali tego przestępcy - uciekinierzy z Ilimska pod dowództwem Nicefora Czernihowskiego”. Obok była gwiazdka i odnośnik: „Patrz przypis”.

Zajrzałem do "Przypisów":
„...Nicefor Czernihowski był Polakiem. Trudno powiedzieć za co został on zesłany. Żył w Ust-Kutskim gródku i był nadzorcą w kopalniach soli. W 1665 roku do Ust-Kutska przybył wojewoda ilimski, Wawrzyniec Obuchow, któremu bardzo spodobała się żona Czernihowskiego. Obuchow porwał ją z sobą do Ilimska. Czernihowski zaprzysiągł zemstę. Zebrawszy towarzyszy napadł na wojewodę, zabił go oraz jego służbę, zagrabił rzeczy wojewody i państwowe, a potem wraz z towarzyszami wyruszył nad Amur. Doszedł do miejsca, gdzie ongiś stał Ałbazin, obecnie zrujnowany przez Chińczyków. Czernihowski zbudował drewnianą twierdzę i zaczął zbierać daninę od Tunguzów...”

Oto zdjęta została jedna z owych siedmiu pieczęci, które - jak mówią baśnie - chronią zawsze dostęp do tajemnicy. Odbudował Ałbazin Polak, Nicefor Czernihowski, do niego to zapewne pisali po polsku przedstawiciele wielkich Chin.


Tajemniczy, śpiący w tajdze wielki kamienny żółw (ok. 51 kB)

Wystarcza kilka zdań i dostrzeżony w oczach błysk chciwości na słowo o jakichś starych książkach czy przedmiotach - a już się wie, że to „swój”. Mimo kusego paletka, „idenki” i wąskich spodenek „stilagi” już po trzech dniach wieczory spędzałem w jakichś brudnych bramach na Kuźnieckim Moście, w zaułkach koło Arbatu, gdzie przy pomocy wymyślnych tajnych haseł wprowadzano mnie do mieszkań dziwnych ludzi. Oglądałem rzeczy niezwykle rzadkie i piękne, znalazłem się w ukochanym świecie zbieraczy, kolekcjonerów, szarlatanów, dziwaków i uczonych.

Mówiłem, że szukam głowy „Czornogo Drakona”, którą na początku tego stulecia odnaleziono w „Szamańskim kurhanie” nad Amurem. Był to bezczelnie wymyślony pretekst - ale wśród tych ludzi nic nie wywołuje zdziwienia, wszystko jest możliwe, wszystko gdzieś kiedyś istniało. Zamiast głowy „Czornogo Drakona” proponowano mi dziwaczną broszkę z tysiącletniego kurhanu na Ałtaju, sarmacki przęślik, wątpliwej autentyczności miecz Tamerlana, złotą bransoletę scytyjską, figurę cesarza sogdyjskiego znalezioną w górach Tian-szanu, autentyczna wazę z epoki Minh. Pewien myśliwy chciał mi za 500 rubli sprzedać „Korzeń Życia” i przysięgał, że za piętnaści rubli wprowadzi mnie we wszystkie tajniki zbierania Mandragory oraz nauczy robić wywar. Jego „Żen-szen” był prawdziwy, miałem go w ręku - ale właściciel wydał mi się zbyt pijany, a ja byłem zbyt trzeźwy, i transakcja nie doszła do skutku. Tu w ciasnych klitkach ludzi ubranych nędznie, ale posiadających bogactwo milionerów - po raz pierwszy dowiedziałem się o kulturze bachajskiej, o ogromnych kamiennych żółwiach śpiących w tajdze Ussuryjskiego Kraju, o dotąd nie odczytanych tajemniczych napisach na skałach, o jeszcze nie zbadanych „złotych” kurhanach. Tu po raz pierwszy zetknąłem się z legendą (potem znalazłem ją w poważnych naukowych książkach) - o ogromnych głazach wychylających się z Amuru przy niskim poziomie wody, głazach, na których w czasach gdy ziemia kipiała i świeciły „trzy słońca”, a od żaru topiła się ziemia, wyrysowano w kamieniu, jak w plastelinie przedziwne stwory, maszkary straszliwe...

Dnie były chłodne, choć słoneczne. Wczesnym wieczorem wąski, ruchliwy Arbat wydawał mi się brązowy, delikatny jakby wykonany w starej terrakocie. Nocami ślęczałem nad mapą i przejęty ogromem przestrzeni, którą wypadnie mi przebyć, jak skąpiec wydzielałem sobie każdą kopiejkę, żeby tylko na pewno móc zobaczyć na własne oczy owe śpiące w tajdze kamienne „czerepachy”, spojrzeć w oczy okropnym maszkarom skalnym. Głowa moja była jak marynarski kufer, gdzie lekkomyślnie rzucałem zbierane z książek wątki romantycznej historii Czernihowskiego i jego pięknej, porwanej żony, dzieje ucieczki nad Czarną Rzekę, fotografie kamiennych żółwi, plany ałbazińskiej twierdzy, tragiczne życiorysy zesłańców, szamańskie legendy o „trzech słońcach”. Mieszały się stulecia, epoki, kultury, a jeszcze wabiła Moskwa „sorok soroków” cerkwi, monastyrów i soborów. Każdy następny dzień zapowiadał nową przygodę.
*) Dzieciom szlachty nie było wolno udawać się za rodzicami na zesłanie.
**) Mam na myśli wydane w Paryżu w 1791 r. "Voyages et memoires de Maurice August Comte de Beniowsky".
nr 41, str. 3


Cz. III


W Moskwie otrzymałem z Polski przesyłkę: Mariana Dubieckiego szkic historyczny "Osadczy ziemi Mandżu" o Niceforze Jaxie-Czernihowskim i jego dziwnym państewku zbudowanym na gruzach Ałbazina. Marian Dubiecki polski historyk drugiej połowy ubiegłego stulecia, zesłany na Syberię za udział w Powstaniu Styczniowym (był sekretarzem Romualda Traugutta) - na zsyłce zetknął się z sensacyjną historią Czernihowskiego i Ałbazina. Tutaj w Dauryi Nerczyńskiej, nad strumieniem Darasuń i w Irkucku w latach 1868-1874 napisał swój szkic. Wydawało mi się, że otrzymawszy go „Pana Boga złapałem za nogi” i teraz będę mógł już jechać prosto na Daleki Wschód, odwiedzić tajemniczy Ałbazin. Dubiecki tropił przecież ślady Czernihowskiego prawie przed stu laty, wówczas, gdy były one świeższe niż dzisiaj; pewne fakty może nawet słyszał bezpośrednio od potomków Czernihowskiego, bo jak sam pisze w swym szkicu:
„Potomkowie Czernihowskiego Nicefora przetrwali w Dauryi Nerczyńskiej dwa stulecia. Ostatnia latorośl Czernihowskiego po kądzieli żyła jeszcze około 1872 roku w okolicach Nerczyńska”. A przecież Dubiecki właśnie w tym czasie przebywał także w Dauryi Nerczyńskiej.

Szybko jednak przeminął mój entuzjazm. Zaczęło się od drobnych wykrytych u Dubieckiego nieścisłości. Dwukrotnie powołuje się on na materiały zebrane w dziele Szczukina pt. "Podróż na Bajkał", wydanym w 1844 roku. Tymczasem "Podróż na Bajkał" napisał nie Szczukin, ale Parszin.
Według zebranych przeze mnie materiałów Nicefor Czernihowski zabił wojewodę Obuchowa w 1665 roku. Zabił dlatego, że Obuchow zgwałcił i porwał mu żonę. Tymczasem Dubiecki pisze, że stało się to w 1660 roku, a ofiarą gwałtu i porwania była siostra Czernihowskiego.
Rok 1660 czy 1665? Siostra czy żona?...

Mijały dnie. Przestały mi wystarczać spotkania ze starymi książkami, kolekcjonerami, zbieraczami starożytności. Nastąpiły spotkania z pisarzami i rozmowy o literaturze. Ze wzruszeniem wspominam szczupłą twarz Michaiła Swietłowa. Ileż to razy, jeszcze w szkole, recytowałem jego przepiękną, melodyjną "Grenadę". Kiedy zwierzyłem mu się ze swej wariackiej bezużytecznej pasji poszukiwania śladów Czernihowskiego, mówiłem o gonitwie za jakimś urojonym, tajemniczym Ałbazinem - na jego twarzy spotkałem przyjazny uśmiech zrozumienia, a nawet jakby czułości starszego, mądrzejszego kolegi. Powiedział mi, że jeśli chcę pisać lepiej i piękniej, powinienem chronić w sobie te wszystkie drobne, kruche pasje urojenia, które może będą się wydawały śmieszne, niepoważne - lecz przecież właśnie one, ich świeżość i młodzieńczość, a przede wszystkim ich bezinteresowność, tworzą pisarza. I potem dodał z żalem - że jak mu się wydaje - w nim wypaliło się już wiele z tych pasji. A kiedy ich nie staje, zastępuje je - niestety - rutyna.
Pomyślałem o jego "Grenadzie" - step, jadący w bój żołnierze, z których jeden śpiewa piosenkę o jakiejś wymarzonej, słonecznej Hiszpanii. Czy piękno tego wiersza nie zawiera się i w tym, że jego bohater śpiewa nie o wolnej Ukrainie, za którą idzie w bój, ale o dalekiej, nigdy mu nie znanej Grenadzie? Czy przez tę piosenkę nie wyraża się tęsknota człowieka za czymś dalekim, nieosiągalnym, nieznanym? Bezinteresowna miłość do jakiegoś nieokreślonego piękna, do czegoś, czego się nie zna, a co istnieje w marzeniu, w tęsknocie, w piosence?
A przecież nie każdy poeta zdaje się rozumieć podobne uczucie. Poeta Kulemin z "Komsomolskiej Prawdy" powiedział mi: „Jesteście taki młody człowiek, a interesuje was świat stary, zmurszały. Ałbazin? Nielepiej jechać wam na ugory, tam, gdzie rodzi się nowy człowiek, gdzie w trudzie hartują się nowe charaktery? Spójrzcie na Swietłowa. Jest chyba dwa razy starszy od was, a jednak odwiedził ugory i napisze teraz sztukę teatralną”.
Nie pojechałem „na ugory”, ale do Ałbazina na Daleki Wschód. To była właśnie „Grenada maja” i może dlatego Swietłow pojął mnie lepiej i głębiej.

Historia Nicefora Czernihowskiego znana nam z dokumentów historycznych - zaczęła się dopiero na Syberii. Co działo się wcześniej? Jakie były wcześniejsze losy budowniczego twierdzy nad Amurem? W tej sprawie pozostają tylko domysły i mała wzmianka, że „w roku 1632 z miasta Moskwy przybył do Jenisejska na Syberii, Polak, Roman Czernihowski, wraz z rodziną”. Synem owego Romana był Nicefor, rosyjskie źródła wspominają go jako Nicefora Romanowicza.
Z początku nasunęło mi się wiele wątpliwości. Czyżby w XVII wieku zsyłano Polaków na Sybir? Okazało się jednak, że jeszcze w czasach Iwana Groźnego, gdzieś około 1580 roku wziętych do niewoli Polaków, Litwinów, Inflantczyków i Szwedów przekazywano na Syberię i wcielano do pułków kozackich, które miały za zadanie kolonizować tamtejsze dzikie ziemie. Niektórzy Polacy doszli nawet do godności pułkowników kozackich. Wiadomo mi także o dwóch traktatach cara Aleksandra Michajłowicza z Polską, czytałem carską „gramotę” z roku 1667 zwróconą do władz jenisejskich, aby zwróciły Polsce przekazane im przez cara jakieś zrabowane w czasie wojny w Polsce i Litwie - polskie dzwony kościelne, narzędzia liturgiczne i „bumagi”, być może książki lub dokumenty. Czy dokonano tego - nie wiem. Jestem przekonany, że gdyby cierpliwie pogrzebać w starych archiwach Jenisejska i innych miejscowości na Syberii - odnalazłaby się niejedna interesująca „bumaga” polska z pierwszej połowy XVII wieku.

Czy ów Roman Czernihowski, ojciec Nicefora przybył do Moskwy na początku XVII wieku w orszaku pierwszego Dymitra Samozwańca i jego żony, polskiej carowej, Maryny Mniszchówny? A może był w obozie Dymitra II Samozwańca i wraz z Sapiehą i Lisowskim oblegał Troice-Siergiejewską Ławrę położoną 70 km od Moskwy, potem zaś z oddziałami Żółkiewskiego wkroczył w mury Moskwy? Jedno jest pewne - stało się to w owych burzliwych i barwnych czasach Samozwańców i ich żony, Maryny Mniszchówny.
Powiedziano mi że w muzeum Troice-Siergiejewskiej Ławry zobaczyć można portret Maryny Mniszchówny. Łódzki pisarz Władysław Rymkiewicz tworzy o niej powieść historyczną i twierdzi - Maryna była tak piękna, że z pewnością zostałaby w naszych czasach Miss Polonią.


Pięć kopuł Uspieńskiego Soboru wyglądało jak grupa muchomorów (ok. 45 kB)

Troice-Siergiejewska Ławra - to taka „rosyjska Częstochowa” wraz z jej rozreklamowaną obroną, z tym oczywiście, że Częstochowę oblegali Szwedzi, a Troice-Siergiejewską Ławrę - Polacy. Zresztą, wszystko inne było do tego stopnia podobne, że z powodzeniem można by wydać Sienkiewicza "Potop" zmieniając Szwedów na Polaków, klasztor Jasnogórski na Troicki Monastyr - a książka nic by na tym nie straciła.

Obległy więc Troicki Monastyr wojska polskie w przeważającej liczbie 15-20 tysięcy doskonale uzbrojonych żołnierzy, posiadających setki dział. W Monastyrze zaś broniła się znikoma garstka mnichów, którzy potrafili jednak zakasać swe habity i bronić się na murach. Ukryło się w klasztorze trochę rosyjskiego rycerstwa i wielu chłopów, którzy okazali niezwykłą odwagę w walce z Polakami. Dzień i noc polskie armaty pluły ogniem na Troicki Klasztor, dzień i noc obrońcy klasztoru odpierali szturmy Polaków. Wreszcie Polacy zaczęli robić podkop i zakładać miny pod Piatnicką Basztą. Co zrobili mnisi? Oczywiście zrobili „wycieczkę”. Ich Kmicic albo Babinicz nazywający się po rosyjsku Nikon Szyło własną ręką wysadził... i tak, i tak dalej. Wreszcie Polacy jak niepyszni odstąpili od oblężenia Monastyru. Obrona Troickiego Monastyru obfitowała w sceny „toczka w toczkę” identyczne ze scenami obrony Jasnej Góry, tak że w zależności od nastroju radzę czytać opisy obrony jednego lub drugiego klasztoru. Oczywiście po takiej lekturze ma się na dłuższy czas dosyć wszelkich powieści historycznych - czego każdemu życzę.


Piękno uderzało tu z każdego zakątka... (ok. 70 kB)

Oczywiście, pojechałam odwiedzić Troicko-Siergiejwską Ławrę. I doznałem wrażenia jakbym znalazł się w bajkowej krainie malutkich domków, domeczków, przecudnie malowanych cerkwi, cerkiewek, kapliczek, dzwonnic, zdobnych w misterne wzory. Pięć kopuł Uspieńskiego Soboru wyglądało jak grupa muchomorów. Zapewne te właśnie barwne i rzucające się w oczy muchomory nadawały widokowi Troicko-Siergiejewskiej Ławry ów bajkowy charakter. U podnóża muchomorów chciało się widzieć brodatych krasnali - napotkałem tylko brodatych i bardzo przystojnych mnichów w czarnych szatach i czarnych welonach.

W dwóch dużych cerkwiach odbywały się nabożeństwa, po złoceniach ścian i „Ikonostasów” skapywało światło świec, drżących od smutnego żałosnego śpiewu. Między cerkwiami cierpliwie dreptała długa kolejka do jakiegoś cudownego źródła. Piękno uderzało tu z każdego zakątka, z każdej ściany. W nagromadzeniu tego przepychu kształtów, barw było jakby jakieś okrucieństwo - dlatego może natychmiast przypomniały mi się te wszystkie tragiczne historie związane z sędziwymi murami klasztoru. Patrzyłem na umieszczoną w „Ikonostasie” Troickiego Soboru doskonałą kopię "Troicy" Andreja Rubliowa, stałem przed dziełem, które bogactwem kolorów przewyższa obrazy wspaniałych mistrzów włoskiego Odrodzenia - i pomyślałem, że tuż obok u grobu założyciela klasztoru, Siergieja Radoneżskiego, pocałunkiem krzyża zawierali przymierze wielki książę Wasili i Dymitr Szemiakoj. A po niespełna czterech latach Dymitr schwytawszy Wasila kazał mu wyłupić oczy. Cóż znaczą przyrzeczenia i przysięgi?...

Trzech aniołów w obrazie Rubliowa spogląda słodko, łagodnie, miłosiernie. W piwnicach Monastyru młody Piotr I torturował i badał stronników swej siostry Zofii, żeby ich potem na placu przed cerkwią powiesić wymyślnie, do góry nogami. Piękno starych murów, piękno złoconych ikon nie czyniło nikogo lepszym i szlachetniejszym.
Troicki Sobór, Cerkiew Duchowska zbudowana rękami pskowskich mistrzów, pięciokopułowy Uspieński Sobór postawiony tu za czasów Iwana Groźnego - wszystko to wraz z wyróżniającą się doskonałością proporcji cerkwią Zosimy tworzy jedyny w swoim rodzaju przepiękny zespół architektoniczny. Dopełnia widoku wspaniała jadalnia, na zewnątrz zdobna kolumnami i wieloma kutymi w kamieniu ornamentami; nad klasztorem góruje wysoka jakby złożona z pięciu pięter - dzwonnica. Jej zwężający się ku górze kształt, liczne ozdóbki w kształcie waz kojarzą widok jej z wymyślnym tortem czekoladowym lub z wieżą Pałacu Kultury i Nauki. Może właśnie tutaj, w takich strzelistych dzwonnicach współcześni architekci szukali dla siebie natchnienia, gubiąc poczucie czasu i rzeczywistości, okazując lekceważenie dla nowych potrzeb i nowych gustów, które przyniosły z sobą następne epoki?...

Dookoła Ławry grube mury i potężne baszty. Tak kościół prawosławny chronił swe bogactwo, murami i armatami umacniał swą potęgę. Lecz silniejsze od żelaza i kamienia były zawsze: intryga, sztylet, trucizna. Nie łudźmy się - te przepiękne i wspaniałe dzieła sztuki architektonicznej powstawały z rozkazu tyranów i najczęściej dla upamiętnienia ich udanych, krwawych rzezi. Artysta co najwyżej przemycał w dziele swą prostą, ludzką treść, a niekiedy własną tragedię. Lecz choć dzieła ich były niekiedy robione na rozkaz, na zamówienie - czy są przez to mniej piękne?
...A Maryna Mniszchówna wydała mi się brzydka.
nr 42, str. 8

Cz. IV


Czarne, niespokojne wody, bliżej ujścia rzeki rozlewające się na wiele kilometrów, budziły grozę w wyobraźni ludzkiej. Wydawała się wielkim czarnym smokiem rozścielającym się na ziemi wężowymi splotami. Gdy w górach topniały śniegi - smok pochłaniał ogromne połacie kraju jak drobny kęs. Chińczycy nazywali ją „Chej-lun-cjan”, co znaczy „Rzeka Czarnego Smoka”; po mandżursku wołają nań „Sachalian-uła” - „Czarna Rzeka”; po mongolsku - „Kara Muren” - „Czarna Niezbrodzona Woda”. Rosjanie mówią o niej „Amur”. Nazwa ta pochodzi najprawdopodobniej od skażonego imienia „Amar”, którym Gilacy ochrzcili ujście rzeki.


Czarne, niespokojne wody Amuru. Fot. Andriej Priszwin (ok. 90 kB)

W pierwszej połowie XVII wieku, gdy nad mętne wody Jeniseju przybyła rodzina polskiego zesłańca - Roman oraz syn jego, Nicefor - do dalekich wód „Czarnej Rzeki” docierali zaledwie pojedynczy śmiałkowie. Przedzierali się przez ogromne puszcze, ginęli od strzał dzikich tubylców. Porażała ich ogromna przestrzeń - tysiące kilometrów łańcuchów górskich. Ci, którzy wracali z wieloletnich wypraw, przynosili jednak opowieść o bogactwach, które widzieli nad „niezbrodzoną wodą”, o grodach pełnych srebra i skór sobolich, o ziemiach żyznych, rodzących owoce i zboża, o kraju Daurów, gdzie władzę sprawuje książę Laukaj, a wody strumieni wymywają mu ze skał srebro i złoto. Żądza bogactw, chciwość silniejsze potem okazywały się niż strach i świadomość trudów, które czekają na drodze do amurskiego „Eldorado”. Coraz nowe tratwy zbijano nad rzekami, aby spłynąć nimi ku legendarnym krainom. W syberyjskich kronikach zapisywano nazwiska śmiałków. I pozostawała po nich tylko ta drobna notatka - ciała obskubywał sęp na przełęczach gór.

Dziś z Moskwy do Chabarowska nad brzegi Amuru jedzie się pośpiesznym pociągiem 7 dni i 7 nocy. Samolot motorowy odbywa tę trasę w 36 godzin, a odrzutowy TU-104 w 12 godzin, choć leci na wysokości 9-12 tysięcy metrów z szybkością 800 km na godzinę. Między Moskwą i Chabarowskiem jest 7 godzin różnicy w czasie - po podróży długo jeszcze trudno ci się przyzwyczaić do nowych pór wschodu i zachodu słońca.
TU-104 - to „siedmiomilowe buty” Związku Radzieckiego. Po trzech godzinach lotu od Moskwy - samolot schodził do lądowania w Omsku. Po dalszych trzech godzinach zobaczyłem rozlewiska rzeki Angary.

W latach Nicefora Czernihowskiego - stąd właśnie, z grodów na Jeniseju i Lenie rozpoczynała się rosyjska inwazja na wschód. W pierwszej połowie XVII wieku - jak ładnie napisał to Dubiecki*) - „trwał tam bój wielki, przeoczony przez dziejopisów świata; zdobywano przestworza, wobec ogromu których znikają przestrzenie Europy”.
Warunki, w jakich odbywała się ta kolonizacja i w jakich toczyło się życie na tych ziemiach - były chyba identyczne z warunkami kolonizacji Ameryki, Indii czy Afryki. „Smażyłem i pytałem” - odpowiadał odkrywca Amuru, Chabarow**).

Historia nie lubi wdawać się w szczegóły; nie ma w niej miejsca na czułostkowość. Zwycięzcy nie zagląda się - niestety - w rejestr popełnionych przez niego zabójstw i okrucieństw. Na krwawym przecież szlaku Jerofieja Pawłowicza Chabarowa stoją dziś miasteczka nazwane jego imieniem: „Jerofiej Pawłowicz”, największe miasto na Dalekim Wschodzie nazywa się „Chabarowsk”.

Stąd było naprawdę „daleko od Moskwy”. Tu okazywał się silny i mógł dochodzić swoich praw tylko ten, kto krzepko trzymał w ręku broń i miał uzbrojonych przyjaciół. W archiwach rosyjskich pozostały całe tomy akt, które są jedną wielką skargą na okrucieństwo, bezprawie i zdzierstwo dokonywane przez wysłanych tu urzędników carskich. Na sam dźwięk nazwisk takich jak Treskin, Łoskutow - drżała cała Syberia. Działy się tam rzeczy tak straszne, że caryca Katarzyna nałożyła pokutę (epitemie) na sybiraków, uznając ich za „bandę mataczów, potwarców i pieniaczy”. „Lud jęczał pod uciskiem niesprawiedliwości, ale owe jęki tłumiła ta sama przemoc, która je wywołała” - pisali rosyjscy historycy.

Objazdy komendanta Ochockiego Kozłowa - Ugreina na długo pozostawały u ludzi w pamięci pod nazwą... psiej ospy. Niejaki Naryszkin, chrzestny syn Katarzyny II - rządził Syberią, choć był zupełnym obłąkańcem. Na Wielkanoc zamiast jutrzni musiano w cerkwiach odprawiać zwykłe nabożeństwa, stworzył jakieś swoje własne nowe święto, kazał ludziom żałować za grzechy i sam udzielał lub nie udzielał „rozgrzeszenia”. Bez końca można by wyliczać wybryki carskich urzędników. Zabójstwo wojewody Wawrzyńca Obuchowa dokonane przez Polaka Nicefora Czernihowskiego, stanowi naprawdę niewielki epizod w tym okrutnym, krwawym życiu.

Opowiada S. Maksimow w książce "Sybir i katorga":
„W r. 1665 do warowni w Ust-Kutsku zdołał pomyślnie dotrzeć wojewoda ilimski, Obuchow. Odpoczął, rozejrzał się i spostrzegł ładną żonę dozorcy Czernihowskiego. Była tak ponętna, że długo się nie namyślał. Równać swoje prawa z prawami wygnańca uważał za grzech i wielkie wykroczenie. Zabrał tedy żonę Czernihowskiego i skończywszy sprawy nad Leną popłynął z piękną Polką***) w górę Kuty do Ilimska”.

Trochę inaczej twierdzi znawca historii okolic amurskich, Nowikow-Daurski:
„W 1665 roku w górze rzeki Leny zimował ilimski wojewoda Obuchow, przygotowujący dla Jakucka karawanę barek z państwowymi i własnymi towarami. W Ust-Kutsku spodobała mu się żona nadzorcy warzelni soli, Nicefora Czernihowskiego. »Odbił« mu ją, za co Czernihowski zorganizował grupę kozaków i ludzi wolnych” itd itd.

Oczywiście, najlepiej zajrzeć do najstarszych źródeł. Niestety, stara „hramota” z 1680 roku opowiada o Czernihowskim:
„...Pochodzi on z Ust-Kireńskiej okolicy, wojewodę Ławrentija Obuchowa zabił za okropne swoje cierpienie, bo on, Ławrentiej przyjechawszy do nich w Ust-Kireńską okolicę, żony ich gwałcił i życia ich pozbawiał...”
Kireńsk czy Ust-Kutsk? A tu jeszcze Ust-Kireńsk, którego zresztą nie ma na mapie, czyli, że może to dotyczyć i Ust-Kutska i Kireńska.
Najbardziej interesująca jest jednak inna kwestia.
Gwałt, porwanie kobiety - były to dla tamtejszych ludzi sprawy zwykłe, nieodłączne od ich surowego, awanturniczego życia. Maksimow pisze, że „Chabarow, osławiony w tym względzie, nie robił żadnych ceremonii, zabierał cudze żony, nikogo o to nie pytając”. A jednak w tym akurat przypadku 84 ludzi, obieżyświatów różnego autoramentu - z których zapewne niejeden miał gwałt na swym sumieniu - nagle poczuło się obrońcami czci niewieściej i zdecydowało się zabić wojewodę, co pachniało torturami i śmiercią...

Nawet Dubieckiemu coś w tym względzie wydaje się podejrzane. Utrata czci niewieściej, porwanie siostry czy żony - pisze Dubiecki - „co ówczesny świat ku zachodowi leżący mienił sromotą, co go oburzało i przejmowało zgrozą, stawało się niezrozumiałą zagadką dla tamtoczesnych gromad osadniczych”, „kędy przodujące nawet warstwy społeczne prowadziły targ niewiastami”. I „wyjaśnia” Dubiecki: Czernihowski był Polakiem, więc inaczej mógł postąpić, stał na straży czci niewieściej, bo „u kolebki Nicefora Czernihowskiego stała znać matka rodu obcego północnym obszarom Azji”...
Nie jest to wyjaśnienie godne szacownego historyka. Dubiecki zbyt ochoczo godzi się idealizować postać Nicefora.

Tymczasem jest sprawą raczej oczywistą, że porwanie żony Czernihowskiego było tylko pretekstem, kroplą oliwy do ognia nienawiści, jaką darzono Obuchowa. A poza tym - Obuchow miał dużo przeróżnych towarów. Jak delikatnie nadmieniają rosyjscy historycy - „Czernihowski i jego ludzie zrabowali majątek Obuchowa nie zdając sobie sprawy, co było państwową, a co własnością Obuchowa”.
Zabójstwo dokonane przez Czernihowskiego na Obuchowie miało charakter społeczny, polityczny, było uwolnieniem kraju od miejscowego „tyrana”. Czyż inaczej można rozumieć fakt, że mnich Hermogenes, przełożony kireńskiego klasztoru Zbawiciela przyłączył się potem do grupy Czernihowskiego i wraz z nią wyruszył nad „Czarną Rzekę”? Że odjeżdżających nad Amur mnisi kireńscy odprawili ze swym błogosławieństwem, wręczając im na drogę pamiątkowy obraz Chrystusa?
Był to bowiem exodus ludzi, którzy dość mieli tyranii miejscowych kacyków i zapragnęli podążyć w ziemie wolne, ziemie niczyje, ziemie, na których nie musieli nikomu podlegać.

Na dworcu lotniczym w Chabarowsku czekał już na mnie pisarz Andriej Priszwin, znany polskiemu czytelnikowi z książki "Na brzegach Zei". Wiózł mnie swym prywatnym samochodem do hotelu i na chwilę przystanął na dużym placu, gdzie stał ogromny posąg Chabarowa. Jerofiej Pawłowicz, ubrany w swą kozacką czapę i burkę, patrzył na mnie zimno i niechętnie z wysokości swego postumentu.
- Och, gdybyż on wiedział, że chcecie mu odebrać któryś z jego wawrzynowych listków sławy i oddać Czernihowskiemu - zaśmiał się Priszwin.
Pojechaliśmy autem przez piękne nowoczesne miasto (rozciąga się nad brzegiem rzeki na przestrzeni około 30 km) aż do brzegu Amuru. Tego dnia Amur był gniewny - wielkie jak na morzu bałwany biły o wysoki brzeg; jego czarne wody pokrywały się białymi płatami piany.

Czy rzeczywiście chciałem odebrać Chabarowowi listek z jego wawrzynowego wieńca sławy? Jerofiej Chabarow był podróżnikiem, był wielkim odkrywcą i zdobywcą tych ziem. Nicefor Czernihowski w prawie dziesięć lat po Chabarowie poszedł jego szlakiem. Wraz z grupą zbiegów popłynął na łodziach w dół Leny, potem skręcił w Olekme i popłynął w górę tej burzliwej, gwałtownej rzeki. Dalsza droga prowadziła rzeką Tungir, prawym dopływem Olekmy. Zimą przeszedł Góry Stanowe i zszedł z nich wzdłuż doliny rzeczki Ur aż do Amuru. Stąd po wodach Amuru było już niedaleko do Ałbazina.
Są to miejsca dobrze już znane z odkrywczych podróży Pojarkowa i Chabarowa. To w Ałbazinie Pojarkow pił wodę amurską ze srebrnego kozackiego kubka; Chabarow zbudował w Ałbazinie drewnianą twierdzę. Lecz potem nadeszły tu pułki Mandżurów, starły wszelki ślad po Rosjanach, spaliły Ałbazin. Zdawało się, że nigdy już noga rosyjska nie stąpnie na tej spustoszonej ziemi. I nagle, ni stąd ni zowąd, na gruzach Ałbazina zjawiła się nowa grupa przybyłych z Syberii. Tym razem prowadził ją Polak Czernihowski. Zbudowali nową twierdzę, zaczęli orać pola.

Chabarow odkrył i opisał te ziemie, ale Czernihowski zapuścił w niej korzenie. Nie tylko miecz Chabarowa, ale i pług Czernihowskiego zdobył dla Rosji okolice Amuru.
Tak zresztą oceniają te sprawy współcześni historycy rosyjscy. W ciekawej pracy Akademii Nauk ZSRR, "Narody Syberii" (1956 r.) przeczytać można na stronie 123:
„... W rezultacie wypraw Jerofieja Chabarowa i Nicefora Czernihowskiego we władanie Rosyjskiego Państwa weszło Przyamurze i zbudowano dwudziesty sybirski gród - Ałbazin”. Teraz więc czekał mnie ostatni etap podróży. Do Ałbazina.
*) Dubiecki "Obrazy i studia historyczne"
**) "Uzupełnienie do aktów historycznych"
***) Skąd Maksimow wiedział, że żona Czernihowskiego była Polką pozostaje jego prywatną tajemnicą. W dokumentach nic o tym nie ma.
nr 43, str. 8-9

Cz. V


Polscy „znawcy” Dalekiego Wschodu ostrzegali mnie, że w Chabarowsku napotkam okropną surową zimę. Tymczasem były tam śliczne, słoneczne pogody, na drzewach wisiały więdnące liście i trwała złota chabarowska jesień podobna do polskiej. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy o „krok” dalej, w Skoworodinie termometr wskazywał... 31 stopni mrozu.

W redakcji literackiego miesięcznika "Daleki Wschód" w Chabarowsku przyjęto mnie bardzo gościnnie. Poznałem tu ludzi, do których zawsze mam słabość - ludzi zakochanych w swych stronach, skrzętnie zbierających o nich każdą wiadomość. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę się mógł odwdzięczyć redaktorowi N. Rogalowi za jego pomoc w poznaniu tego przepięknego i egzotycznego kraju. Następnego dnia po przyjeździe wysłał mnie, ot, tak, bez żadnego określonego celu, w podróż statkiem po Amurze. „Chciałbym, żebyście pokochali naszego »batiuszkę-Amur« tak, jak my go kochamy” - powiedział do mnie. Potem wynająłem samolocik i pośpiesznie zjeździłem ziemie położone w trójkącie między rzekami Ussuri i Amurem.

A jest tam co do oglądania dla człowieka lubującego się w starożytnościach, jak np. tak zwany „Dzwon Aleksandra Macedońskiego” wznoszący się na skale na urwisku tyrskim Amuru, tuż naprzeciw ujścia rzeki Amguń (XV w. n. e.) Ludzie zamieszkiwali Daleki Wschód na kilka tysięcy lat przed naszą erą; w VIII wieku zorganizowało się tu cesarstwo bochajskie, potem państwo Lao i Czżurczżańskie o bardzo pięknych kulturach. Wszystkie zmiótł z ziemi w XIII wieku Dżengis-chan na czele swych mongolskich wojowników. W sześć lat później Mongołowie zaatakowali Kijów i zagrozili Europie.

Po dawnych właścicielach tej ziemi pozostali w Kraju Nadmorskim i nad dolnym Amurem - dalecy potomkowie: Nanajcy, Ulczowie i Niwchowie-Gilacy. A po Daurach, z którymi wojował Chabarow i z którymi zetknął się Czernihowski - zachowały się do naszych czasów jedynie stare umocnienia „Daurskiego typu”. O Daurach tworzących ciekawe państwo nad górnym Amurem wiemy już tylko ze starych siedemnastowiecznych map - choćby z księgi wielkiego uczonego proboszcza infułata łaskiego, księdza Władysława Łubieńskiego. Jego "Świat we wszystkich częściach mniejszych i większych" (1740 rok) dokładnie wskazuje mój tajemniczy Ałbazin. Łubieński pisał o Azji:
„Azya - ta część Świata naywiększym się zaszczyca Awanteżem nad inne, bo Pierwszego Człowieka y Patryarchę Adama wydała z siebie, y inne Części Świata osadziła ludźmi...”
„Azya naypierwsza iest Nauczycielką Praw, Nauk, y Rzemiosł rozmaitych, jako i rozmnożycielką Religii różnych po Świecie błąkających się”.


Z Chabarowska do Skoworodina jechałem półtorej doby pociągiem, w towarzystwie jakiejś starszej kobiety i jej męża, podróżujących aż gdzieś z Sachalina do krewnych na Ukrainie.
Trzecim towarzyszem podróży była gruba baba z kołchozu koło Swierdłowska. Wiozła z sobą w słoiku przerażającego grzyba, którego trzeba było żywić przestudzoną herbatą. Grzyb pił herbatę w potwornych ilościach i produkował kwaśną ciesz, którą piła owa gruba kobieta. Wszyscy pięcioro (liczę także i owego grzyba) podróżowaliśmy w wielkiej zgodzie i w pełnym zrozumieniu dla własnych dziwactw.

Skoworodino powitało mnie prześlicznym widokiem otaczających miasteczko wzgórz - „sopek”. Są tu parterowe domki z okrąglaków modrzewiowych, ciepłe i przytulne, ludzie okazali się niezwykle życzliwi. W latach gdy budowano Amurską Drogę Żelazną tj. na początku XX stulecia, przeciągnięto najpierw tor kolejowy od odległego o 70 km Amuru do Skoworodina i tamtędy dostawiano materiał budowlany. Teraz po tej drodze jeździ trzy razy w tygodniu malutki pociąg z wagonem-sklepem, który zatrzymuje się na każde żądanie i sprzedaje wszystko - od papierosów do mebli. W niektóre dni w pociągu tym pracuje lekarz i dentysta, rwą po drodze zęby i leczą. Oczywiście, pociąg taki jedzie bardzo długo, choć to tylko 70 kilometrów...

Uprzejmi gospodarze Skoworodina wypożyczyli mi więc motorową drezynę, żebym mógł się dostać do wsi Dzalinda nad Amurem, a stamtąd już terenowym autem wzdłuż Amuru do Ałbazina.
Wyjechałem o trzeciej nad ranem. Świecił jasny, ogromny księżyc, motor drezyny parskał iskrami. Drogą, którą teraz jechałem, ongiś, siedemdziesiąt lat temu ciągnęły karawany wielbłądów objuczonych towarami należącymi do poszukiwaczy złota. Istniała tu bowiem jedyna w swoim rodzaju wolna republika poszukiwaczy złota, tzw. „Żełtugińska Republika”, albo jak mówili niektórzy „Ignaszyńska Kalifornia”.

...Wiosną 1883 roku pewien wieśniak kopiąc nad rzeczką Żełtugą mogiłę dla swej zmarłej matki znalazł kilka dużych samorodków złota. Nie było tu wówczas telefonów, ale wieść o tym rozbiegła się po Rosji z szybkością „sputnika”. W Zabajkaliu, w Syberii, nawet na Sachalinie ludzie poczęli ulegać owe sławnej „gorączce złota”, którą tu nazywano „żełtugomanią”. Rzucano pracę, rodziny, obowiązki. 10 tysięcy ludzi zbiegło się nad Żełtugę - awanturników, robotników, chłopów, byłych katorżników. Całe rejony takie jak Błagowieszczensk, Nerczynsk, Czyta, przeżyły ogromny upadek ekonomiczny. Kto tylko był zdolny do pracy uciekał nad Żełtugę, gdzie ceny na żywność doszły do fantastycznych rozmiarów, w naprędce założonych knajpach i domach rozpusty tracono ogromne fortuny, wymyte w malutkiej rzeczce.

Poszukiwacze złota zorganizowali się we własną wolną „republikę”, wybrali prezydenta, sędziów, władzę. Pierwszym prezydentem tego dziwacznego państewka był poszukiwacz złota Niemiec czy też Włoch, Karol Fasse, po nim przez dłuższy czas funkcję prezydenta pełnił adwokat błagowieszczeński, Prokunin. Władza w „Żełtugińskiej Republice” miała ciężką rękę, a sędziowie byli surowi, bo też i surowe i niebezpieczne było tu życie.

Trzy lata trwała „Żełtugińska Republika”. W tym czasie wymyto z rzeczki Żełtugi około 500 pudów czystego złota. Ale teren Żełtugi należał do Chin i pewnego pięknego dnia zjawiły się tu chińskie wojska, Rosjan i cudzoziemców wygnano, Chińczykom zaś ucięto głowy i wbiwszy je na pale rozstawiono wzdłuż Amuru. „Sic transit gloria mundi”.


Twierdza miała trzy baszty - dwie od rzeki i jedną od strony lasu (ok. 76 kB)

Na drodze do Ałbazina czekało mnie jeszcze wiele przygód. Wreszcie dotarłem tam - do małej wioski nad Amurem. Na wysokim, urwistym brzegu stała tu ongiś twierdza Czernihowskiego.
Był piękny słoneczny dzień. Z wysokiego brzegu widziałem u mych stóp Amur, szumiący ocierającymi się o siebie krami lodu, a dalej niski, chiński brzeg z malutką sadybą i niebieskawymi dymkami wznoszącymi się z kominów.

Gromadka ałbazińców oprowadziła mnie po swojej wiosce wskazując: „tu była stara twierdza”. A tutaj... „Tutaj Mandżurowie zbudowali wał dla oblężenia twierdzy...”
Na moich oczach ze starego trzystuletniego okopu wyjęto żelazną okrągłą kulę, dużą jak pięść, pochodzącą ze starej siedemnastowiecznej armaty. Pokazano mi dawny mogilnik - może to na nim spoczywały kości Nicefora Czernihowskiego, pierwszego Polaka na tych ziemiach? Polaka, który zdobył Amur dla Rosji.
Wzruszająco piękna okolica - tajga podchodząca prawie aż do wioski i daleko na horyzoncie odnogi gór Wielkiego Chinganu. Gdy spoza tych gór wychodzi słońce - na kremlowskiej baszcie bije dwunasta w nocy, w Polsce zegary wskazują drugą w nocy. Przed trzystu laty w Ałbazinie pod tym jasnym błękitnym niebem rozbrzmiewała polska mowa, do mieszkańców ałbazińskiej twierdzy władze chińskie pisały po polsku.
...Przybył tu Czernihowski w 1665 roku, zimą, trochę później niż teraz ja przywędrowałem po jego śladach. Wraz z nim 85 ludzi. Syberyjskim zwyczajem wznieśli drewnianą twierdzę nad urwistym brzegiem Amuru. Twierdza była kwadratowa, 126 stóp długości liczył każdy jej bok; miała trzy baszty - dwie od rzeki i jedną od strony lasu. W starych dokumentach zachował się dokładny opis twierdzy i jej plan szczegółowy.

14 lat rządzi Czernihowski swą twierdzą nad Amurem. Jak pisze historyk tych ziem Nowikow-Daurski: „Kozacy Czernihowskiego nie chcieli żyć grabieżą, zaczęli zajmować się rolnictwem. Do Ałbazina poczęli ściągać zbiegli chłopi, ludzie z rozbitych i rozproszonych rosyjskich ekspedycji i różne obieżyświaty... Czernihowski zrobił wszystko, żeby zachować dobre stosunki z miejscową daurską ludnością”. W ciągu czternastu lat jego działalności drewniane ściany twierdzy ani razu nie widzą uzbrojonych wojsk chińskich - co już jest sprawą interesującą, gdy weźmie się pod uwagę, w jak szybkim tempie Chińczycy niszczyli wszelkie ślady po Pojarkowie i Chabarowie. Nie ulega bowiem wątpliwości, że dla Chińczyków Czernihowski był uciekinierem spod władzy carskiej, kimś zagrożonym od strony Rosji, a więc jakby sojusznikiem Chin. Ani Czernihowskiego, ani też jego pobytu nad Amurem władze chińskie nie traktowały jako ekspansji kolonizacyjnej - stąd i bezpieczeństwo Ałbazina. W tym jednym zgodzić się trzeba z Dubieckim: że „w Czernihowskim widziały Chiny człowieka niesyberyjskiej narodowości, nie wcielały jego imienia do tłumu kolonizatorów wałęsających się po falach Amuru, że snać go szanowały, skoro już po złożeniu przez niego władzy, pisały do załogi Ałbazina po polsku...”

Lecz z chwilą, gdy w Ałbazinie osiadł wojewoda carski, 12 lutego 1674 roku - natychmiast, bo 24 marca władze chińskie piszą po polsku list-ultimatum, a zaraz potem podpływają mandżurskie oddziały. W kilka lat później Ałbazin jest znowu zrównany z ziemią, a cały lewy brzeg Amuru przechodzi w ręce Chin.
W dziejach Czernihowskiego i jego Ałbazina wiele spraw pozostaje jednak jeszcze wciąż niejasnych i wątpliwych. Czy należy tak, jak Dubiecki, widzieć w jego osobie świadomego działacza? Jakże pogodzić to z faktem, że już w 1672 roku, przy najbliższej sposobności Czernihowski prosił cara o ułaskawienie za zabójstwo Obuchowa i to ułaskawienie uzyskał?

Dla Dubieckiego historia Czernihowskiego kończy się w 1674 roku, podczas gdy źródła rosyjskie mówią, że jeszcze w 1675 roku na czele trzech sotni kozaków Czernihowski urządził wypad w Mandżurię nad rzekę Chan i przesiedlił na rosyjską stronę kniazia Chantimura-Ułana.

Zanim o Czernihowskim zacznę pisać książkę, z bibliotek ZSRR mają do mnie nadejść nowe ciekawe prace i odpisy dokumentów. A może do historii Czernihowskiego jakąś nową wieść dorzucą czytelnicy tych reportaży?...

...Umarłe, żółte pergaminy dokumentów są jak stare pomarszczone i wyblakłe twarze. Nie wszystko można z nich wyczytać. Na ałbazińskiej ziemi dawny trop Czernihowskiego zadeptały kroki nowych ludzi, którzy po nim przyszli i wznieśli tu sioło liczące 300 domów, pocztę, szkołę. Gdy szedłem po krawędzi stromej skały wznoszącej się nad Amurem, spod nóg urywały się kamyki i spadały gdzieś w dół, w otchłań wody. Tak w niepamięć spadają przepiękne historie minionych wieków. Przebyłem ogromny obszar ziemi, aby u brzegu Amuru pochylić się i podnieść taki drobny kamyk. „Dla ciekawego, a nie próżnującego oka polskiego” - jak pisał Łubieński.
nr 44, str. 11
_________________


"Szanowny Panie! Zawierając znajomość z Panem, nie przypuszczałem, iż jest Pan alkoholikiem i nudystą."
E. Niziurski, "Klub włóczykijów"
Ostatnio zmieniony przez Bóbr Mniejszy 2020-08-13, 22:36, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Berta von S. 
Administratorka Wspomagająca
nienackofanka



Pomogła: 136 razy
Wiek: 49
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 30131
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-08-14, 22:57:32   Re: "Na tropie tajemniczego Ałbazina"

Bóbr Mniejszy napisał/a:
"To znowu ja, bo w zeszłym tygodniu nie pisałem, bo byłem chory, mam zwolnienie" ;-)

Dziś głośny cykl reportaży "Na tropie tajemniczego Ałbazina", wielokrotnie wspominany na forum, wraz z linkami do ich treści. Linki zdają się być już wygasłe i najlepiej wrzucić cały tekst.

Na razie przeszłam przez początek. Całkiem nieźle się czyta opis hotelu "Ukraina" i dywagacje na temat Gastronoma1 w dawnych apartamentach księżnej. Może nie taki zły ten Lew, jak zapamiętałam. ;-)

Tak czy tak - pomogła Ci daję, Bobrze, za wygrzebanie i złożenie tego wszystkiego. :)
(Tylko poszukam jakiegoś krótszego posta, żeby ten powyżej się nie zafarbował na szaro).
_________________
Ostatnio zmieniony przez Berta von S. 2020-08-14, 22:59, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Bóbr Mniejszy 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 11 razy
Wiek: 41
Dołączył: 26 Maj 2018
Posty: 1875
Skąd: Zduńska Wola/Georgetown
Wysłany: 2020-08-15, 02:03:24   Re: "Na tropie tajemniczego Ałbazina"

A jaki reprezentacyjny wygląd ma ten hotel :diabelek:
Dziękuję pięknie :564: Nie taka zła panna von Strachwitz jak ją Nienacki przedstawiał :D ;-)
_________________


"Szanowny Panie! Zawierając znajomość z Panem, nie przypuszczałem, iż jest Pan alkoholikiem i nudystą."
E. Niziurski, "Klub włóczykijów"
Ostatnio zmieniony przez Bóbr Mniejszy 2020-08-15, 02:04, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 47 razy
Wiek: 57
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 9606
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-08-15, 13:42:08   

Berta von S. napisał/a:
Może nie taki zły ten Lew, jak zapamiętałam


:027: Na pewno lepszy od kilku pozycji kanonu. Nie będę pastwił się nad ZN-im wypominając mu jego słabszą formę pisarską , a w pewnych przypadkach zwyczajne lenistwo, ale takie dzieła jak NPPS, PSiZF, PSiW, czy wreszcie nieszczęsna PSiZR nie dorastają Lwu do pięt, to jest do pazurów.

Bobrze Mniejszy "pomogła" już otrzymałeś, to ja mam coś -mam nadzieję ;-) - miłego dla Twego patriotyzmu lokalnego, w związku z Lwem jak najbardziej. Nie wiem czy dokopałeś się do tego:

https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=170575#170575

i zaraz potem:

https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=220159#220159
_________________
Z 24
 
 
Bóbr Mniejszy 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 11 razy
Wiek: 41
Dołączył: 26 Maj 2018
Posty: 1875
Skąd: Zduńska Wola/Georgetown
Wysłany: 2020-08-16, 19:40:19   

Z24 napisał/a:

Bobrze Mniejszy "pomogła" już otrzymałeś, to ja mam coś -mam nadzieję ;-) - miłego dla Twego patriotyzmu lokalnego, w związku z Lwem jak najbardziej. Nie wiem czy dokopałeś się do tego:

https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=170575#170575

i zaraz potem:

https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=220159#220159


Nie widziałem tego, ale jest to fascynujące, gdy w powieściach ulubionego pisarza można znaleźć miejscowości, które znało się z codziennego życia. Burzenin, Złoczew, Wieluń to część mojego dzieciństwa 😊 Albo Sieradz z "Sumienia". Ciekawe, że mistrz nie wspominał nic (albo ja nie widziałem) o Zduńskiej Woli. Czyżby nie kręciła go branża tkacka, która nie mogła zaoferować wystarczająco ciekawych skarbów? :D
_________________


"Szanowny Panie! Zawierając znajomość z Panem, nie przypuszczałem, iż jest Pan alkoholikiem i nudystą."
E. Niziurski, "Klub włóczykijów"
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 47 razy
Wiek: 57
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 9606
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-08-16, 20:23:10   

Bóbr Mniejszy napisał/a:
Albo Sieradz z "Sumienia"


W "Sumieniu" jest coś o Sieradzu? Pamiętam tylko o legendarnej w tamtych stronach karczmie w Tumidaju. Zaś w "Zabójstwie Herakliusza Pronobisa" pojawia się karczma w Winodaju :)

Bóbr Mniejszy napisał/a:
Ciekawe, że mistrz nie wspominał nic (albo ja nie widziałem) o Zduńskiej Woli. Czyżby nie kręciła go branża tkacka, która nie mogła zaoferować wystarczająco ciekawych skarbów?


:564:

:D Branży tkackiej miał chyba dosyć w mieście Łodzi.
_________________
Z 24
 
 
Bóbr Mniejszy 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 11 razy
Wiek: 41
Dołączył: 26 Maj 2018
Posty: 1875
Skąd: Zduńska Wola/Georgetown
Wysłany: 2020-08-17, 00:02:33   

Z24 napisał/a:
[
W "Sumieniu" jest coś o Sieradzu?

Tak z pamięci to chyba od razu na pierwszej stronie ;-)
_________________


"Szanowny Panie! Zawierając znajomość z Panem, nie przypuszczałem, iż jest Pan alkoholikiem i nudystą."
E. Niziurski, "Klub włóczykijów"
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 47 razy
Wiek: 57
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 9606
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-08-17, 00:17:32   

Bóbr Mniejszy napisał/a:
Z24 napisał/a:
[
W "Sumieniu" jest coś o Sieradzu?

Tak z pamięci to chyba od razu na pierwszej stronie ;-)


:oops: Rzeczywiście, acja powieści zaczyna się w Sieradzu. Zupełnie tego nie pamiętałem :oops: . Ale nie ma tego tam wiele... :/
_________________
Z 24
 
 
Berta von S. 
Administratorka Wspomagająca
nienackofanka



Pomogła: 136 razy
Wiek: 49
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 30131
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-08-17, 23:08:03   

Bóbr Mniejszy napisał/a:
Burzenin, Złoczew, Wieluń to część mojego dzieciństwa 😊

Okolice Burzenina (Witów) masz jeszcze w Związku Poszukiwaczy Skarbów. :)
_________________
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 47 razy
Wiek: 57
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 9606
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-08-18, 20:22:46   

No to masz tu jeszcze o Złoczewie :) :

https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=159685#159685
_________________
Z 24
 
 
Bóbr Mniejszy 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 11 razy
Wiek: 41
Dołączył: 26 Maj 2018
Posty: 1875
Skąd: Zduńska Wola/Georgetown
Wysłany: 2020-08-19, 04:51:49   

Berta von S. napisał/a:
Bóbr Mniejszy napisał/a:
Burzenin, Złoczew, Wieluń to część mojego dzieciństwa 😊

Okolice Burzenina (Witów) masz jeszcze w Związku Poszukiwaczy Skarbów. :)

Czytałem to parę miesięcy temu i już nie pamiętam ;-)

Z24 napisał/a:
No to masz tu jeszcze o Złoczewie :) :
https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=159685#159685

Wszystkie te miejscowości odwiedzałem jako dziecko (dorośli mieli tam sprawy), natomiast Złoczew wrócił po latach. Gdy mieszkałem we Wrocku i jechałem samochodem do mojego rodzinnego miasta, to w Złoczewie kończyła się wtedy trasa S8 :D Dopiero pod koniec 2014 roku połączyli oba końce.
_________________


"Szanowny Panie! Zawierając znajomość z Panem, nie przypuszczałem, iż jest Pan alkoholikiem i nudystą."
E. Niziurski, "Klub włóczykijów"
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 0,36 sekundy. Zapytań do SQL: 13