PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
"Czarownice z Doruchowa"
Autor Wiadomość
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 92 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6315
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: Dzisiaj 12:36:26   "Czarownice z Doruchowa"

CZAROWNICE Z DORUCHOWA
„Odgłosy”, nr 25/1958, 17 VIII 1958, str. 1

. . . ...Jeszcze tylko stary Ludwik Godek, który ma siedemdziesiąt lat, odrobinę pamiętał z tego, co opowiadała mu babka. Jeszcze tylko on jeden w całym Doruchowie mógł mnie zaprowadzić na kopiec graniczny między Piłą i Doruchowem, gdzie przed niespełna dwustu laty wydarzyła się ta straszna historia. W podworskim parku staliśmy nad stawem na drewnianym wiekowym moście, z którego jedynie żebra zostały. Patrzyliśmy w mętną, zielonkawą toń, padł na nas strach, jakbyśmy spoglądali w spuchniętą siną twarz topielca.



. . . ...W wydrukowanej sto lat temu książce pozostała wierna relacja człowieka, który był tego zdarzenia naocznym świadkiem. Ale, o ironio, ten który zdarzenie to na zawsze utrwalił w naszej pamięci, sam nie ocalił dla nas swego imienia i nazwiska. Jako anonimowy świadek figuruje w książce L. T. Tripplina „Tajemnice społeczeństwa wykryte w sprawach kryminalnych krajowych”, wydanej we Wrocławiu w 1852 roku.

. . . Doruchów — nieduża wioska z piękną murowaną szkołą i ładnymi zagrodami — leży niedaleko granicy województwa łódzkiego, w dawnej Ziemi Wieluńskiej.

. . . Sierpień był — jak teraz. Tylko że rok inny — 1775. Opowiada naoczny świadek:

. . . „...Pewnego wieczoru mając się już udać na spoczynek, usłyszeliśmy krzyk blisko probostwa. Nie widząc ognia, a słysząc jęki, płacz i narzekania, wychodzimy na dwór, pytając co to znaczy.
. . . Odezwał się Podstarości (tak wtedy ekonomów nazywano):
. . . — Z rozkazu pana pojmujemy czarownice...
. . . Pojmano ich siedem tej nocy; pięć żon gospodarskich, jedną wdowę i jedną służącą dziewczynę.
. . . ...Tego samego dnia pławiono je w wodzie. Był tam staw obszerny, który do dziś egzystuje. Ponieważ w całej wsi i w sąsiedztwie powstał wielki rozruch, przeto zgromadziło się niezliczone mnóstwo ludzi na to rzadkie widowisko. Dopłynęliśmy łódką naprzeciwko mostu, z którego czarownice pławić miano; widzieliśmy dokładnie całą ceremonię. Wprowadzono je na most, miały ręce powiązane, brano jedną kobietę po drugiej, założono pod pachy powróz; czterech ludzi na tym powrozie spuszczało ją powoli z mostu do wody. Żadna z nich nie utonęła, albowiem suknie, a zwłaszcza obszerne spódnice nim namokły, unosiły każdą na powierzchni wody.
. . . Dziedzic był przytomny na koniu, a widząc pływające, wołał:
. . . — Nie tonie. Czarownica!
. . . Ludzie natychmiast wyciągali kobiety i tym sposobem wszystkie siedem zostały czarownicami”.



* * *

. . . „...Żona dziedzica zachorowała. Dostała wielkiego bólu w palcu, włosy na głowie zaczęły jej się zwijać. Był wtedy brak doktorów. W pobliżu mieszkała kobieta trudniąca się leczeniem chorych, a którą miano za opętaną przez diabła. Zgadywał on przez nią wszystkie choroby i zwykle przypisywał winę „ciotom” — tak lud nazywał czarownice.
. . . Do tej kobiety zewsząd się zbiegano, po nią posłał także dziedzic z Doruchowa. A trzeba wiedzieć, że Doruchów miano wtedy za główne siedlisko czarownic — gdzieś na granicy między tą wsią, a Przetocznicą leżał wielki kamień zwany Łysą Górą; tam to czarownice co czwartek i wtorek miały swe nocne schadzki odbywać.
. . . Kobieta wezwana do leczenia pani, znająca dokładnie wieś całą i wszystkie domowe stosunki, wszedłszy do pokoju zaczęła zaraz zżymać się okropnie, wymawiając przerywanym głosem:
. . . — Cioty... cioty... zadały kołtuna. Dobra najpierwsza.
. . . I wymieniła jeszcze kilka innych kobiet we wsi.
. . . Blisko probostwa mieszkał gospodarz Kazimierz, człowiek pracowity, trzeźwy; żona jego gospodyni oszczędna — dlatego i mieli się dobrze. Za ich domem był sad niewielki, a w nim gruszka rodząca owoce wyborne, po które także dziedziczka nieraz posyłała, nie mając we własnym sadzie tak smacznych gruszek. Ponieważ tej gospodyni na niczym nie zbywało — nazywano ją Dobrą. Inne zaś kobiety, zazdrosne, wygadywały na nią, że dlatego ma się dobrze, ponieważ oblubieniec jej — diabeł wszystkiego jej dostarcza.
. . . Tak uchodząc we wsi za najgłówniejszą czarownicę — pierwsza została pojmaną.
. . . Druga była wdową, żyjącą z wyrobku, mającą córkę lat 12; córce zrobił się wrzód w uchu, a ponieważ go zaniedbano — dostała fluksu i na to umierać musiała; lud zabobonny posądził matkę o czarostwo, że nie mogąc kogo innego oczarować, własnej córce „zadała”...
. . . Trzecia, młoda dziewka, nie wiedzieć z jakiego powodu udawała czarownicę. Rwała ona liście dębowe, suszyła na słońcu. Pasając w lecie bydło nosiła takowe liście przy sobie, a gdy wiatr powstał, aby pokazać wiejskim dzieciom, że umie myszy robić — dobywszy z kieszeni listek i chuchnąwszy w dłoń — puszczała go z wiatrem. Takim sposobem oszukiwała łatwowiernych.
. . . Tak więc i ta dziewczyna dla tak niewinnej igraszki za czarownicę posądzona została i sama stała się przyczyną swej śmierci.
. . . Wszystkim im zarzucono, że panią „postrzeliły”, a mianowicie: Dobrą posądzano, jakoby ona zamiast gruszek myszy pani sprzedawała i tak zadała jej kołtuna. Zarzucano im ponadto, że schadzki z diabłami odprawują, wylatując na miotłach kominami na Łysą Górę, posmarowawszy się maścią umyślnie na to trzymaną w słoikach, iż zatrzymywały w powietrzu deszcze, gdy ich było potrzeba, a w czasie słoty coraz większe ściągały ulewy, iż raziły ludzi postrzałami do czego osobliwej używały strzelby, to jest rękojeści od stłuczonych tygli...”.

* * *

. . . Jest i staw, gdzie je pławiono, jest również i wysepka „dookoła oblana wodą”, gdzie stał ongiś dom „kopcem zwany”. Przesłuchiwano tam czarownice.
. . . Przechodzi się tam po chwiejnej kładce, w krzakach na wysepce walają się cegły po stojącym tu ongiś domu. W krzewach widać wejście do piwnicy.



. . . — To tu... tu je trzymali — powiedziała mi jakaś mała dziewczynka, która o tej historii słyszała w szkole.
. . . Trzymano czarownice w beczkach, wyrżnąwszy otwory na nogi. Kobieta wsadzona do beczki miała ręce nogi związane z tyłu tak, że ani stać, ani siedzieć nie mogła, ale przez cały czas do egzekucji klęczeć musiała. Każda beczka przykryta była płótnem grubym, a na boku przylepiono karteczkę z napisem: „Jezus, Maria, Józef”, żeby diabli nie mieli do nich dostępu i nie uwolnili swych oblubienic.
. . . „Później z pobliskich wsi przywieziono, ale zawsze w nocy, już w takich beczkach uwięzionych, jeszcze siedem czarownic” — opisuje naoczny świadek. I dodaje:
. . . „Zaczął dziedzic robić przygotowania do egzekucji. Kazał w boru kopać pnie sosnowe, takie, z których już biel w ziemi opróchniał, a tylko sam smól pozostał. Kazał ścinać sosny najsmolniejsze i sążnie z nich bić... Sprowadził dziedzic dwóch katów i trzech sędziów z Grabowa, gdyż wonczas każde niemal miasteczko miało prawo miecza. Sprowadzono też trzech zakonników dla dysponowania skazanych na śmierć czarownic”.

. . . Tymczasem w domu na wysepce odbywały się przesłuchania czarownic: „Zabito tarcicami okna, świece na stole zapalono, weszli sędziowie; usiedli na stołkach, a posiliwszy się gorzałką, kazali przywieść czarownice. Wyszedł kat i niedługo czterej jego pomocnicy przynieśli na noszach kobietę. Z rozkazu sędziego obnażyli ją zupełnie, postawili na pniu; trzymali ją oprawcy, gdyż dla słabości sama stać nie mogła. Nogi jej pod żelazny pałąk przymocowali, do rąk z tyłu skrępowanych przywiązano powróz od koła, na plecy włożono szpągę, podobną do grabi z żelaznymi zębami, które w ciało wchodziły... Wtem sędzia kazał koło obrócić, powrozy obwijały się dookoła walca, ręce w tył unoszone pociągały za sobą postronki od żelaznych grabi, których zęby wchodziły w plecy... Nazajutrz po tych mękach trzy kobiety umarły, żywych zostało jedenaście.

. . . „Dziedzic pełniący funkcje inkwizytora, przysposobił cztery fury w drabinach. Na te wozy wpakowano kobiety w beczkach, na trzy wozy kobiety żywe, na czwarty — martwe. Na każdym wozie przy żywych siedział ksiądz kanonik, odprowadzający je aż na plac egzekucyjny”.

* * *

. . . Malutki wzgórek wśród pól.
. . . — Tak, panie. To tu... — mówi stary Godek.
. . . Niektórzy pamiętają, że jeszcze przed laty stał tu krzyż postawiony „dla pamięci i przestrogi”, ziemia w tym miejscu nosiła ślady żaru i popiołu.

. . . To tu, na granicy między Doruchowem i folwarkiem Piłą zbudowano stos ogromny. Oprawcy wydobywszy kobiety z beczek i uchwyciwszy pod pachy wciągali je po drabinach na stos, na którym stał już kat z czterema pomocnikami. Kładli kobiety twarzą ku ziemi i klockami przyciskali kark i nogi. Potem owymi beczkami stos obstawili. Trzem martwym kobietom głowy poucinano.
. . . I pisze ów naoczny świadek:
. . . „Stało wielu ludzi z pochodniami, przeznaczonymi do zapalenia stosu. Jeden z sędziów zawołał:
. . . — Zapalaj stos!
. . . Wkrótce zapłonął. Gdy dym zaczął dusić, słychać było jęki niewinnych ofiar. Zgromadzany lud, którego było tu kilkanaście tysięcy, wtenczas dopiero doprowadzony do litości zaczął się oburzać na dziedzica, przytomnego na koniu. Ten widząc zżymanie się tłumu, śpiesznie się oddalił. Po czym dopiero zmarłe i spalone kobiety zasypano ziemią...”

* * *

. . . Egzekucje czternastu niewinnych kobiet w Doruchowie, nazywa się w literaturze fachowej — ostatnim procesem czarownic w Polsce. Wstrząśnięty straszliwym wypadkiem sejm za czasów króla Stanisława Augusta uchwalił ustawę zabraniającą odbywania podobnych ekscesów.
. . . „...Lecz cóż się stało z dziedzicem, który tak okrutnego i okropnego okrucieństwa był sprawcą? Zasłonięty nierozsądnym prawem i przywilejem stanu swego — został wprawdzie od kary bezpieczny na tym tu świecie, ale ją zapewne uczuł w głębi serca swego dręczony wyrzutami sumienia i ciągłym smutkiem. Żona jego dostała pomieszania zmysłów i wkrótce umarła, a córka, która poszła za generała St. umarła na takąż chorobę”.
. . . I pociesza się jeszcze ów anonimowy świadek doruchowskiej egzekucji, pisząc w kilkanaście lat po oglądanej tragedii:
. . . „...W naszych czasach nie słychać wcale o podobnych historiach... Wszystkie te czarne i posępne widma, okropne skutki zabobonu, zniknęły jak nocne cienie przed dobroczynnymi promieniami oświaty”.

. . . Czyżby? Oto co donosi prasa A. D. 1958.

ROZFANATYZOWANY TŁUM NA CMENTARZU W ŻUROMINIE

. . . „O godz. 15.30 na cmentarz wkroczył kondukt żałobny z trumną Stanisława Nikla. Kondukt otwierały sztandary, wieńce, orkiestra. Za trumną postępowało ok. 1500 osób. W chwili gdy kondukt znalazł się na cmentarzu awanturnicy zaczęli wznosić ubliżające okrzyki. Trumna, którą trzeba było przeciskać przez tłum spoczęła na zasypanej mogile. Otoczyła ją rodzina zmarłego i przyjaciele. Chuligańskie wybryki na cmentarzu, w czasie których pobito jednego z funkcjonariuszy MO, nie ustawały. Trumna ze zwłokami Nikla stała na cmentarzu około 3 godzin. Przyjaciele zmarłego utworzyli kordon przy ochronie którego wykopali nową mogiłę. Trumnę złożono do grobu”.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . („Express Wieczorny”)

Tekst: ZBIGNIEW NOWICKI
Zdjęcia: SZYMON LECH


=======================================================================================

Kilka słów komentarza:

• Relacja w książce Tripplina, z której korzystał Nienacki, była przedrukiem. Historia ta po raz pierwszy została opublikowana w 1835 roku w leszczyńskim tygodniku "Przyjaciel Ludu" (numery 16-18, 17-31 X 1835).
https://www.wbc.poznan.pl...9/edition/22156
https://www.wbc.poznan.pl...0/edition/22158
https://www.wbc.poznan.pl...8/edition/22172
Autorem jest ów naoczny świadek, podpisany tylko inicjałami X.A.R., a Nienacki dość wiernie przepisał najważniejsze momenty jego opowieści. Ominął co prawda informację, że świadek w czasie zajść był ośmioletnim dzieckiem, a spisywał wspomnienia po upływie sześćdziesięciu lat.

• Między innymi wątpliwa wiarygodność pamięci wszystkich szczegółów - obserwowanych w bardzo młodym wieku o sześć dekad wcześniej - spowodowała, że relacja jest kwestionowana. Zajął się nią Janusz Tazbir w zbiorze "Opowieści prawdziwe i zmyślone" (1994), w eseju "Spalenie czarownic w Doruchowie". Pisze tam, że poza relacją w "Przyjacielu Ludu" nie znamy żadnego źródła ani wzmianki potwierdzającej zajście tych wydarzeń - co byłoby nieprawdopodobne biorąc pod uwagę liczbę ofiar. W 1776 roku, czyli w rok po domniemanych procesach, sejm wydał ustawę zakazującą oskarżeń o czary. Jednak i przy tej okazji nigdzie nie powołano się na przykład Doruchowa, więc przypuszczenie Nienackiego, że sejm podjął taką decyzję wstrząśnięty straszliwym wypadkiem w Doruchowie nie ma poparcia w dokumentach.
Jedyny podobny trop to zapis w aktach grodzkich Ostrzeszowa z 1783 roku, według którego przed laty wójt i ławnicy z Grabowa nad Prosną utracili urzędy w ramach kary za skazanie w Doruchowie na stos sześciu kobiet uznanych za czarownice. Nie wiadomo jednak, kiedy ci urzędnicy zostali zdymisjonowani ani kiedy miał miejsce proces czarownic.

Podsumowując, Tazbir nie wyklucza by w Doruchowie miała miejsce sądowa rozprawa o czary, ale nie w okresie podanym w relacji i nie z tak liczną ławą oskarżonych. Tekst w "Przyjacielu Ludu" nazywa fikcją literacką, zbudowaną być może na autentycznych motywach, a o jej autorstwo podejrzewa Konstantego Majeranowskiego (chyba tylko na tej podstawie, że tenże okazał się autorem innych fałszywek ukazujących się w tym samym czasie).

• Odbiegając jednak od konkretnej sytuacji, miejsc, liczb i dat - "prawda czasu" jest oczywiście taka, że tak obrazowo opisane sposoby postępowania w przypadku oskarżeń o czarostwo odpowiadają znanym historycznym realiom, być może nieco wcześniejszym.

• Zajścia w Żurominie, o których Nienacki pisze na końcu, uzyskały w 1958 roku pewien rozgłos. Były wspominane w ogólnopolskiej prasie a tematem zajmowała się krajowa prokuratura i Rada Państwa. Razem z jakimiś wydarzeniami w Rzeszowie, o których nie udało mi się niczego dowiedzieć, były wykorzystywane jako argument przeciwko prymitywnej religijności. Czy rzeczywiście w tym czasie nastąpiło nasilenie podobnych zachowań, czy może władza celowo wyolbrzymiała i nagłaśniała jakieś zjawiska w doraźnych celach politycznych - tego nie wiem.

Jeśli chodzi o fakty: w lutym 1958 r. zmarł w Żurominie przewodniczący tamtejszego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, Stanisław Nikiel. Nikiel był członkiem PZPR i nie taił swoich ateistycznych poglądów. Ponieważ w Żurominie nie było (poza zniszczonym przez Niemców, nieczynnym kirkutem) innego cmentarza oprócz rzymskokatolickiego, na nim to rodzina postanowiła pogrzebać zmarłego. Obowiązywały, jak chyba i dziś, przepisy mówiące o tym że zarządca cmentarza w takiej sytuacji jest zobowiązany udstępnić miejsce pochówku. Proboszcz nie sprzeciwił się, ale pewna liczba mieszkańców oburzona tym, że Nikiel - będący chyba w otwartym konflikcie ideologicznym z miejscowymi księżmi - ma zostać pochowany wśród katolików, postanowiła siłą temu przeszkodzić, w wyniku czego doszło do rękoczynów opisanych w "Expressie".

Były więc te dwudziestowieczne ekscesy przejawem agresji, nietolerancji, być może ksenofobii, ale jednak nie wiary w gusła.


Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 0,14 sekundy. Zapytań do SQL: 12