PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
"W cieniu zakwitających dziewcząt i chłopców"
Autor Wiadomość
Bóbr Mniejszy 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 12 razy
Wiek: 42
Dołączył: 26 Maj 2018
Posty: 2998
Skąd: Zduńska Wola/Georgetown
Wysłany: 2021-06-02, 01:01:03   "W cieniu zakwitających dziewcząt i chłopców"

Ruszyło się nieco w tym dziale, więc i ja dorzucę coś z ZNHP. Tym bardziej, że parę miesięcy minęło :zdziw:

Zbigniew Nienacki: Artykuł "W cieniu zakwitających dziewcząt i chłopców, cz. 1"

"Warmia i Mazury", nr 7, 1973 r. (?), Zbigniew Nienacki.


I

Zatytułowałem swój artykuł, parafrazując tytuł słynnej książki Marcela Prousta - "W cieniu zakwitających dziewcząt i chłopców", gdyż, jak mi się wydaje, najlepiej ujmuje to problematykę, którą chciałbym omówić. Interesuje mnie - jako pisarza - jeden z najważniejszych etapów w rozwoju osobniczym człowieka - okres jego pokwitania - który pozostawia niezatarte piętno na całym późniejszym życiu, jest jak gdyby wielką matrycą, kształtującą już niekiedy na zawsze najistotniejsze cechy jednostki, decydujące o jego przyszłych gustach i upodobaniach, o stosunku do świata, do innych ludzi, do społeczeństwa. Interesują mnie pokarmy duchowe, jakie potrzebne są człowiekowi w okresie dojrzewania, a wśród nich, jeden z najistotniejszych chyba - literatura przeznaczona dla dzieci w wieku 10-14 lat.

W publicystyce spotykam się często z poglądem, że na skutek rozwoju cywilizacji i ogólnego dobrobytu współczesne młode pokolenia dojrzewają wcześniej pod względem fizycznym niż pokolenia minione. A na skutek wczesnego zetknięcia się ze środkami masowego przekazu i nawałem ich informacji, dojrzewają także wcześniej i pod względem duchowym. Także w niektórych publikacjach naukowych spotkać można pogląd, że na przykład okres pierwszej menstruacji u dziewcząt przesunął się przeciętnie o dwa lata w dół, co świadczy o wcześniejszym dochodzeniu do dorosłości. Niektórym krytykom nasuwa to sugestie, że być może należałoby w związku z tym obniżyć także granice wieku, dla którego tworzy się tak zwaną „literaturę dla młodzieży”. Zamiast literatury dla 10-14-latków powinna być ich zdaniem - tylko literatura dla 10-12-latków, a może 9-12-latków, bo 14-latek rzekomo nie czytuje już dzisiaj książek Niziurskiego, Ożogowskiej, ale raczej sięga właśnie po Marcela Prousta, czyta może nawet "Wstęp do psychoanalizy" Freuda czy "Sztukę miłości" Fromma.

I życie pozornie potwierdza takie uogólnienia. Ja sam zresztą, mając 13 lat, czytałem jednocześnie właśnie "Wstęp do psychoanalizy" Freuda i "Winnetou" Karola Maya. Obydwie zresztą z takim samym ogromnym zainteresowaniem. Być może człowiekowi w okresie jego dojrzewania potrzebne są bardzo różne pokarmy duchowe.

Poważny badacz przedmiotu, Benhold Thomson, stwierdza autorytatywnie, że w społeczeństwach rozwiniętych okres pierwszego miesiączkowania u dziewcząt przesunął się o 2 lata w dół, ale jednocześnie w tej samej "Seksuologii" Giesego, inny badacz - Scholz, przytacza dane, z których wynika, że współcześni chłopcy dojrzewają przeciętnie w 13,7 roku życia, a dziewczęta w 13,76 roku życia, czym zresztą obala ogólnie przyjęty mit, jakoby dziewczęta dojrzewały wcześniej niż chłopcy.

Czy przeciętna 13,76 u dziewcząt, to wcześniej niż kiedyś, później, czy tak samo? Przekazy historyków rzymskich mówią, że przed niespełna dwoma tysiącami lat pokwitanie dziewcząt odbywało się w 13 roku życia, a według francuskiego historyka Abbe Brentome'a z XVI wieku - między 12-13 rokiem życia, a według Szekspira w 14 roku życia. Czyli innymi słowy młodzież nasza dojrzewa w tym samym czasie co ongiś. Prawdopodobnie na początku XIX wieku nastąpiło jakieś zahamowanie i opóźnienie w rozwoju człowieka, które jest obecnie nadrabiane. Obecny stan byłby więc po prostu przywróceniem naturalnego tempa rozwoju istoty ludzkiej.

Wcześniejsze dojrzewanie seksualne, a więc i wcześniejsza świadomość i wcześniejsze doświadczenia seksualne, wcześniejsza dorosłość - tak brzmi teza niektórych publicystów. A tymczasem - jak się okazuje - doświadczenia życiowe, tych rzekomo wcześniej dojrzałych populacji są znacznie mniejsze niż populacji, które ponoć dojrzewały później, że wymienię badania takich autorów jak Kurpis, Malewską, Bogdanowicza, Półtoraka, Imielińskiego, Jaczewskiego.

Ba, dla wielu znawców przedmiotu coraz bardziej widoczna staje się dyferencja (różnica) między dojrzałością płciową, a dojrzałością psychiczną młodych populacji. Znany współczesny seksuolog Niedermayer stwierdza wręcz, że obecnie główny problem życia płciowego człowieka (wyraźnie widać, to właśnie u młodych pokoleń) polega na tym, że dojrzałość biologiczna istoty ludzkiej znacznie wyprzedza dojrzałość psychiczną. Po prostu młode pokolenia dojrzewają psychicznie znacznie później niż poprzednie, dłużej też chcą obcować z literaturą młodzieżową. Dla pisarza i wydawcy, a myślę, że także dla pedagoga - stwierdzenie takie musi dać wiele materiału do refleksji. Okazuje się, że można mieć do czynienia z dojrzałą biologicznie dziewczyną i młodym mężczyzną, którzy zachowują wciąż dusze dziecka i potrzebują pokarmów duchowych właściwych niekiedy dzieciom.

Być może w związku z tym faktem należy zastanowić się, czy owej poprzeczki, tworzącej granicę między literaturą dla młodzieży i literaturą dorosłą - nie tylko nie obniżyć o 2 lata, jak chcieliby niektórzy, ale być może trzeba właśnie podnieść o 2 lata? Jest to oczywiście temat do dyskusji.

Bo cały ten problem jest zjawiskiem nowym, jak nowmy zjawiskiem zdaje się być owa dyferencja między dojrzałością biologiczną i dojrzałością psychiczną. W gruncie rzeczy nie znamy nawet przyczyn tego zjawiska. Być może ma to związek ze wzrostem stopy życiowej, późniejszym niż kiedyś angażowaniem młodzieży do pracy zawodowej itd., a przede wszystkim chyba z przedłużeniem się przeciętnej długości ludzkiego życia. Jak stwierdza jeden z badaczy, jeszcze przed 100 laty, 25-letni mężczyzna i kobieta bywali świadkami śmierci dziadków, swoich rodziców i sądząc z przeciętnej umieralności - byli świadkami śmierci co najmniej dwojga własnych dzieci. Dzisiaj młody człowiek w tym samym wieku jakże często żyje w otoczeniu dziadków i rodziców, sam jeszcze nie założył rodziny, nie ma własnych dzieci. Zasięg jego wielkich doświadczeń życiowych jest mały i naskórkowy...


II

Wielu poważnych krytyków jest przekonanych, że literatura dla dzieci i młodzieży nie powinna być niczym innym jak przygotowaniem przyszłego odbiorcy utworów Joyce'a lub Szulca, innymi słowy - jest to coś w rodzaju przedszkola czy pierwszych klas literackiej edukacji człowieka. Tego rodzaju pogląd wydaje się dziś anachroniczny. Literatura dla dzieci i młodzieży jest pełnoprawną, samodzielną dziedziną literatury, posiada własne cele i spełnia własne funkcje. A posiada je dlatego, że oddziałuje na człowieka w tym okresie, gdy w sposób niezwykle silny kształtuje się przyszła osobowość, rodzi się typ podstawowych reakcji i postaw, które niekiedy nie jest w stanie zmienić przyszłość. Dzieciństwo i okres dojrzewania seksualnego - powtarzam - to dwie matryce nadające kształt osobowości ludzkiej. Ani przyszłe doświadczenia, ani dalsze wychowanie, ani dorosła literatura nie potrafią niekiedy zmienić lub zweryfikować modelu osobowości ludzkiej, który powstał w tych okresach. Zwolennicy poglądu, że literatura dla dzieci i młodzieży ma jedynie przygotowywać przyszłych odbiorców sztuki dorosłej, zdają się także nie brać pod uwagę faktu, że jakże często - niestety - spotkanie z literaturą dziecięcą i młodzieżową jest dla wielu ludzi w ogóle jedynym zetknięciem z literaturą. Bywa, że wyniesione z tej literatury wzorce postaw czy poglądy nigdy już nie są weryfikowane. Można założyć, że literatura dziecięca i młodzieżowa, pośrednio oczywiście, przygotowuje przyszłego czytelnika utworów Joyce'a lub Prousta, bezpośrednio jednak ma ona inne cele i zadania. Nie jest więc ani przedszkolem literackim, ani pierwszą klasą literatury, ale samodzielną uczelnią, która powinna nie tylko rozbudzać wyobraźnię - jak sądzą niektórzy, ale tak przygotowywać do życia w społeczeństwie, jakby jej „absolwent” nie miał nigdy przekroczyć progów innych trudniejszych uczelni. Znam dziesiątki ludzi, u których jedyne zetknięcie z poezją to zapamiętany w dzieciństwie wiersz Marii Konopnickiej, a z prozą - "Winnetou" i "Szatan z siódmej klasy".

Oczywiście, można postawić zarzut: kiepska to literatura dla młodzieży, która u młodego człowieka nie tworzy nawyku obcowania z książką i trwałego nawyku czerpania przyjemności z lektury. Ale zarzut ten jakże często bywa odwracany. Zdarza się bowiem, że pierwsze zetknięcie z literatura dorosłą działa traumatyzująco na czytelnika. Znam wiele faktów, gdy wyrośnięty bywalec biblioteki dla dzieci i młodzieży, zdecydował się wreszcie pójść do biblioteki dla dorosłych i po otrzymaniu "Muru" Sartre'a lub "Maliny" Bachman na zawsze zrażał się do wszelkiej literatury. Nawykły do jasnych spraw i sytuacji dorastający czytelnik nagle zostaje porażony patologią postaw i reakcji ludzkich, i już na zawsze odchodzi od drzwi biblioteki.

Można więc, jak bumerang, odrzucać zarzuty pod adresem literatury dla młodzieży i literatury dorosłej, można także kierować je w stronę szkoły, która winna uczyć rozumienia literatury i tworzyć nawyk obcowania z książką, ale w niczym nie zmieni to wielu bolesnych sytuacji i faktów. Ostatnio miałem możność zetknięcia się z młodzieżą OHP, przekonałem się, iż jeszcze i dzisiaj, nawet w warunkach socjalistycznego społeczeństwa, w klimacie rozbudzania ambicji i nieustannego kształcenia się, literatura dla młodzieży pozostaje dla niejednego człowieka jedynym kontaktem z literaturą w ogóle. Nikt bowiem nie jest w stanie zmusić nikogo, aby sięgnął po utwory Camusa lub Kafki, jeśli sam - po pierwszym niefortunnym spotkaniu z wielką literaturą - dochodzi do wniosku, że przerasta ona pułap jego zainteresowań i możliwości intelektualnych. Niekiedy zresztą twierdzi, że musi zacząć zarabiać i nie ma czasu na czytanie; praca, koledzy, nowo założona rodzina pochłaniają go całkowicie. W tym kontekście rośnie odpowiedzialność nie tylko poszczególnych autorów literatury młodzieżowej, ale i całej tego rodzaju dziedziny twórczości.


III

Gdy po dwudziestu latach twórczości dla młodzieży zastanawiam się, jakie zadanie dla tej literatury uważam za najważniejsze, odpowiedź znajduję tylko jedną: literatura dla młodzieży powinna odegrać poważniejszą rolę w procesie identyfikacji seksualnej. Cóż to jest ta „identyfikacja seksualna” i na czym ona polega? Otóż wbrew temu, co sądzi się powszechnie o tym, czy człowiek jest mężczyzną czy też kobietą, a raczej czy jest zdolny pełnić w życiu rolę, wynikającą ze swej płci - wcale nie decyduje wygląd jego narządów płciowych, ale psychiczne poczucie własnej płci, własna tożsamość płciowa. Istnieją osobnicy, którzy mają męskie narządy płciowe, a mimo to czują się kobietami, zachowują się jak kobiety, chcą by uważano ich za kobiety. Istnieją też osobnicy z żeńskimi narządami, którzy czują się mężczyznami, zachowują się jak mężczyźni i pragną w życiu partnerskim odgrywać rolę mężczyzny. A więc nie jest tak, że z dziewczynki automatycznie wyrasta kobieta, a z chłopca mężczyzna. O tych sprawach decyduje powolne, psychiczne uświadamianie sobie własnej płci i swej przyszłej roli płciowej. W tym procesie poważną rolę odgrywa wychowanie, a więc także literatura. Ów proces zaczyna się bardzo wcześnie - zdaniem niektórych endokrynologów, nawet przed 3 rokiem życia, a kończy się w okresie pokwitania.

Psychika odgrywa w nim kapitalną rolę. A psychika ludzka jest niezwykle wrażliwa i delikatna, podatna na świadome i nawet na nieuświadomione działanie. Znam wiele przypadków, gdy chłopiec nie uzyskał właściwej identyfikacji seksualnej tylko dlatego, że miał poczucie, iż rodzice woleliby mieć nie chłopca, tylko dziewczynkę, choć ani słowem ani gestem nigdy mu tego nie dali do zrozumienia. Na jego psychikę oddziałała sama aura panująca w domu rodzinnym, czyli coś nieuchwytnego, niewymiernego, niemal irracjonalnego.

Wspominam o tym przypadku dlatego, że i w życiu społecznym poprzez środki masowego przekazu i literaturę tworzy się niekiedy niewłaściwą aurę wokół płci. - raz wyróżnia się nadmiernie kobietę, to znów mężczyznę - a psychika dzieci jest, jak już wspomniałem, niezwykle wrażliwa i podatna na klimat i atmosferę otaczającą te sprawy.

Wystarczy, że przez dłuższy czas telewizja będzie lansować wyłącznie kobietę - co też zresztą niekiedy robi - zacznie nadmiernie podkreślać jej rolę w życiu społecznym kosztem mężczyzny, a w setkach tysięcy chłopców oglądających te programy może wykiełkować poczucie, że być kobietą jest czymś lepszym, szlachetniejszym, wznioślejszym. Nie pomoże to oczywiście w uzyskaniu przez tych chłopców własnej tożsamości płciowej.

Jest także reguła, że chłopiec zawsze utożsamia się z istota silniejszą i władczą, a dziewczynka - istotą uległą i słabszą. Można to nazwać swoistym prawem, którego nie potrafi zmienić nawet Dziennik Ustaw PRL.

Wszystko pozostaje w najlepszym porządku, jeśli w rodzinie jest władczy i silny ojciec, oraz uległa matka. Wówczas chłopiec utożsamia się z mężczyzną - ojcem, a dziewczynka z kobietą - matką, proces identyfikacji seksualnej przebiega prawidłowo. Ale czy tak jest wszędzie? W wielu rodzinach w ogóle nie ma ojca, a matka jest tą istota silną i władczą. W nowym modelu rodziny jakże często kobieta przejmuje rolę wiodącą, a mężczyzna miękki i uległy - ogranicza się jedynie do przynoszenia zarobków. Chłopiec wówczas utożsamia się z istotą silną i władczą jaką jest matka - kobieta, a dziewczynka - z istotą słabszą, jaką jest ojciec - mężczyzna. Proces identyfikacji seksualnej odbywa się wśród szalonych zakłóceń i oporów, niekiedy następuje mylna tożsamość. Tak wychowany chłopiec, już jako osobnik dorosły, podświadomie zawsze będzie się bał roli mężczyzny i ojca, a dziewczynka - przyszłej roli kobiety i matki. Błędnie uświadomiwszy sobie swoją rolę płciową zaczną popadać w konflikty z partnerkami i partnerami, nie stworzą harmonijnej rodziny, czekają ich awantury i rozwody, wreszcie poczucie frustracji, alienacji, samotności, niezrozumienia. Staną się wspaniałym modelem na bohaterów współczesnej dorosłej powieści, która właśnie takich to osobników nieustannie nam prezentuje.

Nie są to sprawy bagatelne. Gdybyż tylko cała sprawa ograniczała się do tego, że taki czy inny chłopiec, czy taka lub inna dziewczyna narazi się w życiu społecznym czy partnerskim na jakieś konflikty, będzie oblegać - jak się to zresztą już dzisiaj dzieje - poradnie seksuologiczne na skutek „rzekomej impotencji” lub anorgazmii, o której lekarze mówią, że stała się u nas „chorobą społeczną”. Nerwice seksualne, których jakże często przyczyną jest błędna identyfikacja płciowa, prowadzą do przyjmowania postaw patologicznych, do gwałtów indywidualnych i zbiorowych, owej plagi naszego czasu, zwiększają liczbę ludzi zboczonych - homoseksualistów, transwestytów itd. Nie operuję danymi z Polski, ale np. w Wielkiej Brytanii ilość gwałtów wzrosła dwukrotnie na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, a w USA przybrała rozmiary epidemii. Nie wnikając jednak głębiej w te sprawy, narzuca się pytanie: Skoro proces uzyskiwania właściwej tożsamości płciowej przez młodzież jest tak istotny, czy literatura i sztuka, środki masowego przekazu nie powinny uczestniczyć w tym procesie?

W przeszłości literatura nie potrzebowała bezpośrednio angażować się w tego rodzaju zadania. W społeczeństwie szlacheckim czy mieszczańskim istniał model rodziny patriarchalnej, w której rolę „pana i władcy” grał mężczyzna. Literatura z tego czasu także preferuje mężczyznę jako istotę władczą i rządzącą, a kobietę jako istotę słabą i uległą. W takich warunkach proces uzyskiwania tożsamości płciowej u młodych pokoleń przebiegał prawdopodobnie bez specjalnych zakłóceń.

W nowoczesnych społeczeństwach ideał rodziny patriarchalnej został - i słusznie - skompromitowany. Kobiecie przywrócono należne jej prawa. Coraz bardziej dominująca staje się jej rola w życiu społecznym. Wyzwalając kobietę z wielowiekowego ucisku, odrzucając stare wzorce i modele zbyt jednak mało uwagi poświęciliśmy wypracowaniu modeli nowych i nowych wzorców tak potrzebnych dojrzewającej młodzieży. Ani dom, ani szkoła, ani literatura w gruncie rzeczy nie mówi dziś, co to znaczy we współczesnym świecie, w nowoczesnym społeczeństwie, być mężczyzną albo być kobietą. Odwrotnie, zarówno w stroju jak i w sposobie wychowania zaciera się różnice płciowe. Jest to swojego rodzaju „transwestytyzm wychowawczy”. Chłopcy i dziewczęta nie tylko zamieniają się strojami, noszą te same sweterki, spodnie, kurtki, ale i zamieniają się rolami, a raczej w ogóle nie mają we współczesnym systemie wychowawczym do odegrania żadnych ról życiowych, wynikających z ich różnic płciowych. Mówi się im, że wszystko jedno, czy jesteś chłopcem czy dziewczyną, te same stawiamy wam wymagania, te same czekają was obowiązki w życiu rodzinnym i społecznym - a to jest przecież nieprawdą. Nikt i nic bowiem nie zdejmie z tych dzieci obowiązku odegrania w przyszłości roli mężczyzny i roli kobiety, roli ojca i roli matki.

Podobnie dzieje się w literaturze dla młodzieży i w programach telewizyjnych dla młodych widzów. Zaciera się różnice płciowe, bohaterowie i bohaterki literackie tak samo reagują na określone zjawiska, tak samo się zachowują, tak samo mówią, tak samo są ubrani. W gruncie rzeczy można dowolnie zmieniać imiona bohaterek i bohaterów, z Mariol robić Józków, z Franków robić Zosie, itp.

Gdy przyjrzeć się uważnie naszej literaturze dla młodzieży i programom telewizyjnym, odnosi się nieodparte wrażenie, że ich twórcy niekiedy pomylili sprawę „dzielenia się obowiązkami” z „zamianą ról”. Tymczasem socjalistyczny system wychowawczy - właśnie z uwagi na zdrowie psychiczne dzieci - wcale nie zakłada, że mężczyźni mają odegrać role kobiet, kobiety mężczyzn, ale - że mają dzielić się obowiązkami, a to wcale przecież nie to samo. Ba, to znaczy coś zupełnie innego.

Prof. Antoni Kępiński widział to ogromne niebezpieczeństwo i tak sformułował swoje obawy:
„Coraz bardziej popularny staje się typ »kobiecego« mężczyzny, co zaznacza się między innymi w stroju młodzieżowym (żabociki, długie włosy itp). Zjawisko to wiąże się prawdopodobnie z zachwianiem wzorców kulturowych dla roli płciowej: mężczyźni spełniają często funkcje kobiece, a kobiety - męskie. Poza tym w wielu przypadkach struktura rodziny uległa rozbiciu, toteż matka niejednokrotnie spełniała rolę zarówno matki, jak i ojca, co odbija się ujemnie na procesie identyfikacji seksualnej u dzieci. Ponadto dawno ideały męskości, takie jak rycerskość, odwaga, odpowiedzialność, uległy w naszych warunkach cywilizacyjnych pewnej dewaluacji, a nie wytworzył się jeszcze nowy »ideał« mężczyzny. Prawdopodobnie w związku z zaburzeniami procesu identyfikacyjnego w ostatnich latach częstsze stały się zaburzenia i zboczenia seksualne (impotencja, anorgazmia, rozpusta, homoseksualizm). Niedostateczna identyfikacja seksualna sprzyja powstaniu postaw lękowych w stosunku do życia seksualnego. Kobiety niejednokrotnie boją się roli matki, a mężczyźni roli mężczyzny. Skrajnym przypadkiem postawy lękowej u mężczyzn są coraz częstsze w ostatnich latach zbiorowe gwałty. Mężczyzna taki tylko jako przedstawiciel grupy (»my« silniejsze niż »ja«) może wystąpić w roli męskiej. Również często notowana agresja w zachowaniu się seksualnym świadczy o podłoży lękowym. Jest to lęk przed płcią przeciwną i niepewność własnej roli seksualnej.” ("Z psychopatologii życia seksualnego")

Nic do tych słów dodać i nic ująć. Pora tylko zastanowić się, w jaki sposób zaradzić złemu.
Wydaje się, że już samo uświadomienie sobie problemu konieczności wypracowania nowego „ideału” mężczyzny i kobiety - o czym wspomniał prof. Kępiński - może na te sprawy bardziej uczulić wydawców i pisarzy, autorów programów radiowych i telewizyjnych, a także pedagogów. Nowy model nie zrodzi się sam. Trzeba stworzyć szeroką płaszczyznę współdziałania w tej sprawie, otworzyć łamy czasopism literackich dla wymiany myśli i doświadczeń.

Być może w większym niż dotąd stopniu powinno się w literaturze dla młodzieży i programach telewizyjnych uwzględnić dorosłych bohaterów i bohaterki, z którymi młodzież mogłaby się identyfikować. Bo raczej nie sprawdziło się przekonanie, że młodzież utożsamia się z bohaterami-rówieśnikami. Owszem, czyta chętnie książki i chętnie ogląda programy o perypetiach i problemach moralnych swoich rówieśników. Ale nigdy w większej skali rówieśnik nie stał się prawdziwym ideałem, takim jakim byli Zorro, Buffalo Bill, kapitan Nemo, Kloss, Tarzan, Wilhelm Tell, "Czterej Pancerni", Winnetou itd. Być może trzeba nam w dalszym ciągu owych wspomnianych wyżej „supermenów” - oczywiście odpowiednio „spreparowanych” i przystosowanych do naszych czasów i naszych warunków społecznych. Ich obecność w literaturze i na małym ekranie - silnych, władczych, zdobywczych - pozwoli niejednemu chłopcu ustalić swoją tożsamość obudzić poczucie dumy, że będzie mężczyzną.

Czy zastanowimy się bowiem, w jakim klimacie dorasta chłopiec w rodzinie, w której, na przykład, ojciec odszedł z domu, chłopiec bez przerwy słyszy od matki utyskiwanie na mężczyzn, że są pijakami, łobuzami itd.? Niekiedy przez całe lata nie styka się w ogóle z mężczyzną (przedszkolanka jest kobieta, lekarką kobieta, ekspedientką - kobieta, bibliotekarką - kobieta, nauczycielką - kobieta). Niemal do pełnoletności chłopiec taki posiada bardzo mgliste wyobrażenie o mężczyźnie, najczęściej sądzi, że jest to osobnik godny pogardy. Nic dziwnego, że potem młody człowiek w liście do pisarza stwierdza „Bardzo żałuję, że nie urodziłem się dziewczynką”. Bo dziewczynki mają swoje święta "Dzień Kobiet", "Dzień Matki" kwiatek dla Ewy, a mężczyźni, to pijaki i nieroby”.

Co wyrośnie z takiego chłopca? Być może przyszły uczestnik zbiorowych gwałtów, człowiek który będzie miał postawę lękową wobec przeciwnej płci i zrekompensuje ją sobie kiedyś niespodziewanym wybuchem agresji.

(dokończenie w następnym numerze)
str. 9-11
źródło: nienacki.art.pl
_________________


"Szanowny Panie! Zawierając znajomość z Panem, nie przypuszczałem, iż jest Pan alkoholikiem i nudystą."
E. Niziurski, "Klub włóczykijów"
Ostatnio zmieniony przez Bóbr Mniejszy 2021-06-02, 03:09, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Bóbr Mniejszy 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 12 razy
Wiek: 42
Dołączył: 26 Maj 2018
Posty: 2998
Skąd: Zduńska Wola/Georgetown
Wysłany: 2021-06-02, 01:09:12   

Dokończenie
"Warmia i Mazury", nr 8, 1973 r. (?), Zbigniew Nienacki.


Literatura dla dzieci i młodzieży niesie z sobą wiele problemów. Mam tu na myśli książki, w których dziecięcy bohaterowie zastępują organa ścigania i sprawiedliwości, instytucje charytatywne i powołane do opieki społecznej, jednym słowem dzieci czynią w książkach to, co w życiu prawdziwym powinni robić ludzie dorośli, a czego jak wynika z tych książek - dorośli nie robią. Mam tu na myśli powielany od lat mit przygody anachronicznej, fałszywej, nieaktualnej. Niektórym autorom wydaje się, że worek z przygodami pozostaje ciągle taki sam, bo nic na świecie się nie zmieniło. Dla przykładu, mit robinsonady, tak popularny w literaturze przygodowej. Przed dwudziestu laty można było młodym czytelnikom zaproponować na przygodę wakacyjną, niczym nieskrępowany „wyraj”, budowę szałasu nad jeziorem, łowienie ryb, pieczenie ich na ognisku, wyprawę na jezioro w balii czy na tratwie. Niestety, świat uległ zmianie. To co było kiedyś beztroską zabawą, jest dziś wykroczeniem, że nie powiem przestępstwem.

Nie wolno robić szałasów w lesie, nie wolno palić ognisk w lesie, nawet nad jeziorem. Nie wolno łowić ryb bez karty wędkarskiej. Nie wolno wypływać na jezioro w balii. Nie wolno w ogóle wypływać na jezioro bez karty pływackiej i odpowiedniego sprzętu. Skąd wziąć drzewo na tratwę? A czy na tratwie jest dostateczna ilość kapoków i sprzętu ratunkowego? A w ogóle gdzie są opiekunowie tych młodych „robinsonów”, wypływających na bezludną wyspę?

Co roku nad jeziorem, gdzie mieszkam, milicja „zabiera” z brzegów gromadki młodych ludzi, których tu zwabił propagowany przez literaturę mit „robinsonady”. Młodzi ludzie są zdziwieni, że rzeczywistość okazała się inna niż rzeczywistość literacka. Gorzej, „romantyczna przygoda” kończy się niekiedy gwałtem, ciążą, syfilisem, a nawet śmiercią. We mnie, który co roku jest świadkiem dziewczęcych i chłopięcych dramatów, odbywających się w sielankowej i przepięknej oprawie mazurskiego krajobrazu, budzi się potępienie dla literatury przygodowej pozbawionej znajomości realiów współczesnego świata, sugerującej, że można przeżyć przygodę a nie dramat, bez kontroli ze strony ludzi dorosłych. Przygoda we współczesnym świecie ulega pewnemu zinstytucjonalizowaniu, trzeba jej szukać tylko w pewnych ramach - jakiejś organizacji, kontrolowanej grupy czy zespołu, klubu itp. I do tego zinstytucjonalizowania przygody powinni przyzwyczaić młodzież autorzy książek. Mit „przygody Tomka Sawyera” należy - wydaje mi się - odłożyć do lamusa.

Odrębnym też zagadnieniem jest sprawa literatury o dzieciach i młodzieży, która wywiera w świecie ludzi dorosłych poważny i często niekorzystny wpływ na zrozumienie wielu spraw w życiu dzieci. Mam tu na myśli zjawisko, które na własny użytek, z braku lepszego określenia, nazwałem „seniculizmem” (od słowa „seniculus” - staruszek).

Tak, jak istnieje antropomorfizm, to jest przypisywanie zwierzęciu psychiki ludzkiej, tak - moim zdaniem - istnieje „seniculizm”, to jest przypisywanie dziecku sposobu myślenia człowieka dorosłego.

Spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie; czy dziecko odczuwa i widzi świat tak jak człowiek dorosły, dojrzały? Oczywiście, nie. Ma sposób myślenia i widzenia świata dziecięcy. Dopiero w miarę dorastania i zdobywania doświadczenia, a także w wyniku rozwoju fizycznego - osiąga „dorosłość” odczuwania i myślenia.

Czy istnieją dzieci, które zachowują się, myślą i odczuwają jak człowiek dojrzały? Tak. Ale zazwyczaj są to zjawiska, które powstały na gruncie psychopatologii lub patologii społecznej. Dziecko może przedwcześnie dojrzeć na skutek rozwijającej się w nim choroby lub na skutek nienormalnych warunków życiowych, jakim jest np. osierocenie, konieczność podjęcia dorosłych obowiązków, zarobkowania itp. Dziecko nie powinno przedwcześnie dorastać, gdyż to jest dla niego szkodliwe, stąd też nasze ustawodawstwo, na przykład, bardzo surowo karze zatrudnianie dzieci. Podobnie surowo traktujemy wprowadzenie dziecka w intymny świat przeżyć dorosłych, na przykład, w ich życie seksualne itd. Również niezdrowe jest wprowadzanie dziecka w dorosłe sprawy, rozmowy, konflikty, których dziecko nie jest w stanie pojąć albo zgoła pojmuje opacznie.

Dam przykład. Gdyby dziesięcioletnia córka mojego przyjaciela założyła lisi potrzask na kochanka jego żony, to przede wszystkim zaprowadziłbym dziecko do lekarza, a nie zachwycałbym się wrażliwością i subtelnością psychiki dziecięcej.

A tymczasem u nas zrobiono o tym film na podstawie noweli bardzo znanego pisarza. Co ciekawe, krytyka pisała o tym z największym zachwytem, jakby nie zdając sobie sprawy z patologii kreowanej postaci. Ów utwór jest klasycznym przykładem owego wspomnianego przez mnie „seniculizmu”, to jest przypisywania dziecku psychiki człowieka dorosłego. Dziesięcioletnia bohaterka postąpiła tak jak człowiek dorosły i to, że się wyrażę ostrożnie - o sadystycznych skłonnościach.

„Seniculizm” daje wspaniałe możliwości przede wszystkim dla różnego rodzaju producentów „wyciskaczy łez” literackich i filmowych. To nie literatura przygodowa z jej klasycznym „zabili go i uciekli” [jak w oryginale - przyp. PS] jest dzisiaj samograjem, bo wbrew pozorom wymaga ona dużego rzemiosła i wielkiej znajomości nowych realiów współczesnej przygody, ale stał się nim tak zwany „konflikt wewnętrzny dziecka na tle rozpadu rodziny”. Każdy taki utwór może liczyć na natychmiastowy sukces. Czy jest bowiem coś bardziej wzruszającego i chwytającego za serce niż małe dziecko postawione wobec ogromnych spraw i konfliktów ludzi dorosłych? Tym bardziej że rzeczywiście tysiące małżeństw, niestety, rozpada się, a ofiarą tego rozpadu są dzieci. Rzecz w tym, że wielu autorów nie zadaje sobie trudu, aby pokazać rzeczywistą psychikę dziecka i właściwy mu różnorodny sposób reagowania na konflikty dorosłych, ale panuje wszechobecny schematyzm i co najgorsze, robi się z dzieci osobników, którzy widzą świat i odczuwają jak ludzie dojrzali.

Czy każde dziecko rozpacza, gdy rodzice biorą rozwód? Czy rozejście się rodziców jest zawsze najgorszym złem dla dzieci? Nieprawda. Gdyby tak było, nie udzielalibyśmy rozwodów. Dla setek tysięcy dzieci jest to niekiedy jedyny gwarant ich szczęścia, poczucia stabilizacji, możliwości spokojnej nauki, radości, przerwaniem łańcucha piekielnych awantur, których były świadkami i które je dręczyły. Mógłbym przedstawić setki listów, w których dzieci dzielą się ze mną swoją radością z powodu rozejścia się rodziców, z entuzjazmem i miłością witają „nowych ojców” i „nowe matki”. Nie ma bowiem abstrakcyjnych tatusiów i abstrakcyjnych mamuś, nie ma abstrakcyjnych rodzin. Ale w literaturze o dzieciach rozpowszechnił się tylko jeden model. Będzie w nim prezentowane dziecko, które jak wytrawny Machiawelli próbuje scalić rozpadające się małżeństwo swoich rodziców albo jak stary Priam biada i rozpacza na gruzach upadłej rodziny. Kończy się zazwyczaj taki utwór finałową sceną, w której opuszczone i zaniedbane przez zajętych własnymi kłopotami rodziców albo wpada pod tramwaj, albo pod samochód, albo skacze do rzeki, albo ucieka z domu. I dopiero widmo tragedii dziecka znowu godzi zwaśnionych małżonków. Jakże niewiele jest utworów, w których autor pokazał wieloaspektowość tego rodzaju zjawisk, ich złożoność i społeczną prawdę, że niekiedy, w nowych układach rodzinnych, dziecko uzyskuje spokój i równowagę psychiczną.

Nasuwa się pytanie: czy „seniculizm” jest szkodliwy? A może właśnie jest pożyteczny, skoro wzruszają nas historie o dzieciach, które widzą i odczuwają świat tak jak my, dorośli? Największym „seniculistą” był przecież Szekspir, który kazał dwunastoletniej dziewczynce na 2 lata przed pierwszą menstruacją, to jest Julii, kochać tak jak kocha kobieta dojrzała, i ta historia zapewne będzie wzruszać i następne pokolenia. A jednak „seniculizm” bywa szkodliwy. Uczy bowiem niektórych rodziców, że dziecko odczuwa świat na sposób człowiek dorosłego, a więc ma taki sam system wartościowania, jest „mądre” i „sprawiedliwe” na sposób dorosły.

Oto list ojca, który jest przejęty podobnymi poglądami:
„Moje córki, dziewięcioletnia i jedenastoletnia, okazały mi całkowitą niesprawiedliwość. Aby miały ładne mieszkanie, wiele prezentów, były dobrze ubrane, pracowałem od świtu do nocy, nigdy ich nie uderzyłem, nie okazałem gniewu czy niezadowolenia. A jednak gdy moja żona ode mnie odeszła i związała się z innym mężczyzną - czują się w tej nowej rodzinie zupełnie szczęśliwe i wcale za mną nie tęsknią. Bo ten „nowy tatuś” jeździ z nimi na rowerze, chodzi z nimi na pływalnie, nie zapracowuje się dla nich tak jak ja. Oświadczam panu, że dzieci są niewdzięczne i niech to pan napisze w swojej książce dla młodzieży.”

Nieszczęsny seniculista! Jemu się wydawało, że dzieci odczuwają świat jak dorośli, są w stanie ocenić ogromne poświęcenie ich ojca, który wprawdzie nie miał dla nich nigdy czasu, ale to dlatego, że zapracowywał się dla nich od rana do wieczora. Dzieci bez przerwy naśladują dorosłych, uczą się od nich postaw i reakcji - i to jest proces oczywisty. Rola ludzi dorosłych może polegać co najwyżej na tym, że podsuwają im dobre przykłady do naśladowania. Ale nie możemy wtłaczać w ich psychiki wrażliwości i mentalności ludzi dorosłych, odbierać im dzieciństwo, gdyż ma to fatalne skutki, powoduje luki zabawowe - okres autoerotyzmu przedłuża się.

Jest poważnym błędem mniemać, że dziecko widzi świat piękniej, lepiej, doskonalej niż człowiek dorosły. Jest też błędem sądzić, że dzieciństwo to kraina szczęśliwości. Mit ten stworzyli artyści, którzy po latach sięgnęli pamięcią wstecz i raptem ta przeszłość, zgodnie z optymistyczną tendencją pamięci, pojawiła się jako sielanka. Biologiczny rozwój dziecka przebiega tak burzliwie, tak gwałtownymi skokami, że dzieciństwo to okres niepokojów, lęków, nieuświadomionych tęsknot i pragnień. Dla wielu dzieci okres przed dojrzewaniem seksualnym i w czasie tego dojrzewania - jest piekłem zwątpień, lęków, tajemnych rozkoszy i strachów, szalonych i dramatycznych konfliktów. Przekonanie, że dzieciństwo jest sielanką, bywa takim samym głupstwem, jak przekonanie, że szczęście gości w ubogiej chatce drwala. Do przeżycia uczucia szczęścia potrzebna jest samoświadomość. Człowiek prymitywny nigdy nie bywa szczęśliwy, człowiek o rozbudzonej wyobraźni bywa nim czasem. Dziecko nie posiada samoświadomości w takim stopniu jak człowiek dorosły, dojrzały, wykształcony. Po latach człowiek uświadamia sobie, że był w dzieciństwie szczęśliwy. Ale czy był nim w istocie? Czy miał świadomość szczęścia? Tymczasem bez przerwy czytam o „powrotach do szczęśliwych lat dzieciństwa”.

Człowiek, który w świecie ludzi dorosłych nie może poradzić sobie z jego sprawami i konfliktami, lubi wracać pamięcią do czasów dzieciństwa, gdy tych spraw i konfliktów oczywiście nie było. Zapomina, że miał wtedy inne konflikty i sprawy na swoją małą miarę. Co ciekawe - ludzie, którzy umieją sprostać dorosłemu życiu, czują się dobrze jako ludzie dorośli, o swym dzieciństwie wyrażają się krytycznie lub z ironią. Tyczy to także wielu pisarzy i ich wspomnień. Mamy więc z jednej strony nadmierną idealizację dzieciństwa w literaturze, jak i jej demonizację, zawsze prawie jednak przesublimowaną przez odczucia i wiedzę człowieka dojrzałego. Rzadko trafia się utwór, w którym autor stara się powrócić do dzieciństwa wraz z całą jego złożonością, powraca nie tylko do spraw dzieciństwa, ale i do siebie samego z tamtych dni.

To co nazwałem seniculizmem jest szkodliwe. Wypacza obraz dzieci, krzywdzi je podobnie jak krzywdzi je przedwczesne wprowadzenie w złożoność świata dorosłych. Przyjrzyjmy się obrazkom dzieci, ale z większą uwagą. Jak one dobierają kolory, jak mało są pod tym względem subtelne. Dziecko nie jest w stanie pojąć wieloaspektowości zjawisk, jest krańcowe; ludzie dorośli wiedzą, że człowiek może być i dobry, i zły, słaby, i silny. Dziecko uznaje tylko kryteria jednoznaczne; dobry albo zły, słaby albo silny.

Jeżeli poprzez seniculizm przekonamy rodziców, że dziecko widzi świat wieloaspektowo, że rozumie i przeżywa świat na podobieństwo ludzi dorosłych skrzywdzimy nie tylko dziecko, ale i siebie. Nagle odkryjemy, że dziecko bywa „okrutne”, „niesprawiedliwe”, nie docenia naszej dobroci i naszej miłości, naszego oddania się i poświęcenia.

Niestety, prawdziwe dramaty dzieci, ich niepokoje, troski i lęki - mało interesują dorosłych. Gdyby ktoś napisał taka książkę - dorosłego czytelnika raziłby prymitywizm, okrucieństwo, niesprawiedliwość i brak logiki bohatera albo zgoła jego nadwrażliwość, niezrównoważenie, zmienność w osądach spraw i ludzi. Wolimy więc wtłaczać w dzieci psychiki dorosłe lub stare, ronimy wtedy łzy, wzruszamy się podobnie jak antropomorfizując zwierzęta. Każemy dziecku być „medium” naszych własnych dorosłych spraw, osądzać nas według rzekomo dziecięcej „wyższej sprawiedliwości”, która w istocie rzeczy żadną sprawiedliwością nie jest. Ale czy ciągle musimy żyć w świecie fałszywej mitologii literackiej, w świecie złudzeń i wyobraźni, które się nie potwierdzają?

Na zakończenie jeszcze kilka liczb.
Oto wydana w nakładzie 980 egzemplarzy broszurka Głównego Urzędu Statystycznego, zatytułowana "Wybrane zagadnienia patologii społecznej". Jak z niej wynika, wbrew powszechnie panującej opinii społecznej, najczęstszą przyczyną zgonu w Polsce nie są wcale choroby układu krążenia, ale... samobójstwa. Jeżeli rok 1953 przyjmiemy za 100, to w 1973 roku mamy liczbę: choroby nowotworowe 241, układu krążenia 200, a samobójstwa - 240. O ile przy chorobach nowotworowych i układu krążenia ten wzrost łączy się z większą wykrywalnością choroby, to w przypadku samobójstw nie może być o tym mowy, zawsze to było ewidentne.

Dlaczego wspominam o tym w tym artykule?
Otóż, o ile ogólny wzrost liczby samobójstw w Polsce w porównaniu do 1953 roku wzrósł dwa i pół raza, to samobójstwa dzieci wzrosły ponad... czterokrotnie, i ilość ta w dalszym ciągu narasta. Jak stwierdza sucho Główny Urząd Statystyczny - „przy utrzymaniu się nasilenia samobójstw w starszych rocznikach, obserwujemy wyraźny wzrost udziału roczników najmłodszych, szczególnie dzieci w wieku 10-14 lat”. W cyfrach bezwzględnych na sto tysięcy mieszkańców - 425 dzieci w wieku 10-14 lat popełnia samobójstwa i ilość ta z roku na rok narasta. Mamy więc do czynienia ze zjawiskiem nowym i niepokojącym.

Istotna sprawą jest także i to, że o ile w przypadku samobójstw ludzi starszych mamy do czynienia z tzw. samobójstwem dokonanym, zazwyczaj powieszeniem, to w przypadku dzieci odnotowuje się zjawisko tzw. „samobójstwa instrumentalnego”, to znaczy najczęściej jest to zażycie dużej ilości środków farmakologicznych, gdy ewentualnie istnieje możliwość odratowania. Nazywa się je „samobójstwami instrumentalnymi”, ponieważ uznaje się je za instrument nawiązywania kontaktów z otoczeniem, wołanie do rodziców, do społeczeństwa o pomoc psychiczną, o radę, o zainteresowanie. Myślę, że to jest także wołanie do pisarzy.

Ja w każdym razie tak to odczuwam i gdy przyglądam się temu, co napisałem, trapią mnie wyrzuty sumienia, odczuwam niedosyt, niedoskonałość własnej pracy. Wiem, że literatura nie może być remedium na wszystkie bolączki młodzieży, ale gdybym z kolei był przekonany, że nikomu ona pomóc nie potrafi, nikomu nie jest potrzebna i nie odgrywa żadnej roli w życiu człowieka - nie uprawiałbym tego rodzaju pracy.

Jako najczęstszą przyczynę samobójstw wśród dzieci, publikacja GUS-u - podaje „konflikty z rodzicami”.
Wynika z tego niezbicie, że istnieje ogromna potrzeba literatury, która dotyczyłaby właśnie owych konfliktów z rodzicami, uczyła młodzież jak zachować się w podobnych sytuacjach, jak znajdować z nich wyjście.

W wielkim skrócie zasygnalizowałem, jak mi się wydaje, kilka dość ważkich problemów. Zapewne dla jednych są one dobrze znane, przemyślane, dla innych będą może nowe i bardzo dyskusyjne.

Wypowiedziałem się na ich temat dlatego, „żem sam grzeszny i pełen winy”.
_________________


"Szanowny Panie! Zawierając znajomość z Panem, nie przypuszczałem, iż jest Pan alkoholikiem i nudystą."
E. Niziurski, "Klub włóczykijów"
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 49 razy
Wiek: 58
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 9805
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2021-06-02, 23:32:11   

Zwłaszcza druga część jest bardzo interesująca.
_________________
Z 24
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 49 razy
Wiek: 58
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 9805
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2021-06-05, 17:47:09   

Naprawdę fajne, będę miał trochę paliwa, żeby pogrillować jeszcze niejaką panią Stusińską, co wisi mi już prawie trzy lata... ;-)
_________________
Z 24
Ostatnio zmieniony przez Z24 2021-06-05, 17:47, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Bóbr Mniejszy 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 12 razy
Wiek: 42
Dołączył: 26 Maj 2018
Posty: 2998
Skąd: Zduńska Wola/Georgetown
Wysłany: 2021-06-06, 01:41:41   

Spokojnie, niedługo wrzucę coś nowego, to zapomnisz o tym ;-)
_________________


"Szanowny Panie! Zawierając znajomość z Panem, nie przypuszczałem, iż jest Pan alkoholikiem i nudystą."
E. Niziurski, "Klub włóczykijów"
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 102 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6300
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2021-06-06, 10:06:16   

Można zauważyć kilka motywów, które zajmowały uwagę Nienackiego przez wiele lat, także we wcześniejszej i późniejszej twórczości samochodzikowej. Jak sprawa oczekiwań wobec letniej przygody, wiążąca się ze zmianami zaszłymi w realnym świecie w ostatnich pokoleniach, albo sprawa społecznej roli kobiet i mężczyzn oraz wzorców dla obu płci - chyba nierozstrzygnięta do końca przez pisarza, bo waha się on i czasem wpada w niekonsekwencje zarówno w tym artykule jak w późniejszych powieściach.

Także, oczywiście, wyłożenie opinii Nienackiego o "seniculizmie" (lepiej byłoby posłużyć się słowem: "adultomorfizm", które chyba było już wtedy w użyciu) rzuca światło na kwestię kontaktów Pana Samochodzika z młodzieżą, a nawet może pomóc w próbach zbliżenia się do wzorca "książki samochodzikowej". Chociaż artykuł jest zbyt krótki by autor miał miejsce na coś więcej niż tylko zasygnalizowanie bardzo trudnego dla pisarzy zagadnienia, jakim jest tworzenie wiarygodnych bohaterów dziecięcych.

***

Ale tu przede wszystkim chciałem zwrócić uwagę na rozważania o dobrej i złej drodze do poznania literatury, w części tekstu oznaczonej rzymską dwójką. Autor, generalnie, nie zgadza się z przekonaniem, że należy zaczynać od utworów prostych w odbiorze i dopiero stopniowo i powoli przechodzić do dzieł bardziej angażujących umysł.

Bardzo podobne stanowisko zajął w niedawno przytoczonym u nas wywiadzie "Pisarstwo a działalność społeczna" (https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?t=5812) z 1967 roku, z tym że tam chodziło głównie o kształtowanie gustu odbiorców dorosłych ale mniej wykształconych i mających do tej pory małą styczność z wysoką kulturą. Nienacki w tym wywiadzie również twierdzi, że rozpoczynanie edukacji od rzeczy łatwych, dosłownych, niewymagających wyobraźni ani myślenia - raczej usypia i zamyka umysł odbiorcy niż tworzy podstawę dla dalszego rozwoju.

I podobne w jeszcze wcześniejszym tekście - "Rozważania o upiorze" z 1963 roku, który też może będzie warto przypomnieć na forum - na temat kultury masowej, według niego mylonej często, ze szkodą dla adresatów, z kulturą niską i lekkostrawną.

Ta potrzeba wystawiania odbiorcy od początku na kulturę ambitną, wymagającą, to także jedna z idei Nienackiego do której kilkakrotnie powracał w okresie łódzkim a teraz widać, że także później. Chętnie dodawał, że jest ona owocem jego własnych obserwacji i wniosków, że głosi ją w opozycji do obowiązującego, lub przynajmniej powszechnego podejścia.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 0,26 sekundy. Zapytań do SQL: 12