PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
"Człowiek o 20 twarzach" - reportaż Z. Nowickiego
Autor Wiadomość
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 102 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 6300
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2021-05-09, 07:51:48   "Człowiek o 20 twarzach" - reportaż Z. Nowickiego

Pierwszy numer "Odgłosów", z drugiego marca 1958 roku, obok debiutu powieści "Zabójstwo Herakliusza Pronobis", przyniósł też inny tekst Zbigniewa Nienackiego: pierwszą część reportażu o notorycznym oszuście pracującym metodą - moglibyśmy dziś powiedzieć - "na dziadka".
Powieść była podpisana pseudonimem - Nienacki, zaś materiał dziennikarski - rodowym nazwiskiem Nowicki.

Poniżej - zajawka artykułu na pierwszej stronie tygodnika oraz kolejno trzy jego części.

Pozdrawiam,
Kynokephalos


=======================================================================================
„Odgłosy”, nr 1/1958, 2.III.1958



=======================================================================================
ZBIGNIEW NOWICKI

CZŁOWIEK O 20 TWARZACH




W dniu 5 stycznia 1956 roku szosą zwaną „rudzką” zbliżał się do Wielunia staruszek kaleka. Po drodze wstąpił do mieszkania obywatelki Marii Mory” — tak rozpoczyna się prokuratorski akt oskarżenia w sprawie, którą można by nazwać: historia nowego wcielenia kapitana z Köpenick 1) i Cyniana Wielkiego 2).

. . . — Strudzony jestem podróżą. Czy mógłbym u pani chwilę odsapnąć? — zapytał grzecznie staruszek kaleka.

. . . Maria Mora, kobieta około lat pięćdziesięciu, miła i gościnna, ze współczuciem spojrzała na wymęczoną twarz starca.

. . . — Z daleka to, dziadku? — wyciągnęła z kąta drewniany stołek i podsunęła go bliżej pieca.

. . . Staruszek wyjął z kieszonki papierosa, zapalał go wolno, z namaszczeniem.

. . . — Z daleka idę. Z bardzo daleka — powiedział z wielką powagą — ale cel mej drogi już bliski.

. . . Było południe. Na rozgrzanej kuchni bulgotała zupa, parowały ugotowane ziemniaki.
. . . — Może obiad zjecie, dziadku? Smaczny, gorący — rzekła gościnnie, zauważywszy, że starzec nie włada jedną ręką.
. . . — Oficerskie słowo honoru daję, że nie będę jadł. Dziękuję za grzeczność.

. . . Zaczęła prosić, nalegać. Z daleka idzie, jest zmęczony, nie posili się, to z sił opadnie. Oficer? Miał na sobie wyszarzały mundur kolejarski, ale iluż to ludzi los okrutnie prześladuje? Pewnie nawet na kolej nie ma, biedaczek, skoro pieszo wędruje. Nie wygląda na żebraka, bije od niego jakaś godność, nie przyjął obiadu, choć widać, że głodny. Chciała go poczęstować papierosami męża, lecz również odmówił.
. . . — Dokąd, panie, idziecie? — zapytała powtórnie.

. . . Uśmiechnął się tajemniczo.
. . . — W rodzinne strony wracam.
. . . — Z daleka, panie?
. . . — Z niewoli. Z Rosji. Z Kamczatki.
. . . — Boże! — aż w dłonie klasnęła. — Z tylego świata? Z niewoli? I dużo was wypuścili?
. . . — Czterdziestu — mruknął niechętnie.

. . . Teraz już wszystko rozumiała. I ten wyszarzały mundur, pieszą wędrówkę. Polski oficer, mój Boże! Jakaż to radość będzie w jego domu, gdy powróci. Może ma żonę, dzieci, braci? Przypomniały jej się opowiadania Marii Idaczyk, z którą w lecie pracowały na polu. Jej mąż, Ignacy Idaczyk poszedł na wojnę w 1914 roku i ślad po nim przepadł. A przecież chyba żyje, bo w 1945 roku Idaczykowa dostała jakąś kartkę w obcym języku.

. . . — A Idaczyka? Ignacego Idaczyka z Wielunia nie spotkaliście tam w Rosji? Czterdzieści dwa lata minęły jak go wzięli do carskiego wojska. Nie wrócił do tej pory. A żona czekała. Do dziś czeka...

. . . Staruszek zakrył rękami twarz. Załkał. Potem rozpłakał się głośno, żałośnie. Złapał ręce Marii Mory i począł je całować, ze wzruszenia słowa nie mógł przemówić.

. . . Marię Morę ułapiło coś za gardło. Wykrztusiła:
. . . — To pan? Pan... jest Idaczyk? Ignac?
. . . — Tak... — wyszeptał. Płakał.



* * *

. . . Po drodze do mieszkania żony swej Marii Idaczyk staruszek zdołał opanować wzruszenie. Maria Mora ani na krok od niego nie odstępowała, dumna, że to ona pierwsza może mu powiedzieć o żonie. Pytał ją pilnie, po gospodarsku, rzeczowo. Jak się wiedzie Idaczykowej, ile ma ziemi, z czego żyje. Maria Mora opowiadała o jego braciach i siostrach. Wypytywał dokładnie. Maria pobiegła przodem, aby zawiadomić Idaczykową o cudownym zmartwychwstaniu jej męża.

. . . — Mario! Twój mąż wrócił z niewoli. Wrócił żywy! Wrócił! — wołała do Idaczykowej.

. . . A staruszek najpierw pochylił się do progu domu, ucałował ziemię rodzinną. Później rzucił się żonie na szyję.
. . . — To ja! Ja... Ignac!
. . . Odpychała go od siebie. Odszedł przecież taki młody, piękny. Wrócił stary, zgrzybiały, z bezwładną ręką, kulawy. Czy możliwe, że to ten sam Ignac, którego żegnała przed czterdziestu laty?

. . . Na starej pomarszczonej twarzy nie znać było żadnego rysu z tamtych lat, nie poznawała ukochanego męża. Ale czy i ona sama, Idaczykowa, nie zmieniła się? Przecież jest teraz starą, zgrzybiałą kobietą.

. . . W oczach staruszka zjawiły się łzy, rozpacz.
. . . — Odpychasz mnie? Odpychasz, bo wróciłem stary, kaleka? To ja, Ignac. Czterdzieści lat poniewierki tak mnie zmieniło... Brzydzisz się mną? Gardzisz? Dobrze. Pójdę, zdechnę gdzieś na polu, ale tobie nigdy Bóg i ludzie nie wybaczą, żeś nie przyjęła męża kaleki... Czy wiesz co ja wycierpiałem? Gdzie byłem, jakie męki mi zadawano? Wróciłem, aby umrzeć na rodzinnej ziemi. Wróciłem, a ty mnie wypędzasz?
. . . — Ignac. Ignac... Mój Boże, ileś ty wycierpiał — kiwała głową Idaczykowa. I wydawało jej się, że wie już, dlaczego w tym starym człowieku nie ma nic z jej dawnego, młodego męża.

* * *

. . . Z Komendy Powiatowej MO w Sieradzu rozsyłano po kraju wypisane na bibułce zawiadomienia:

. . . „W dniu 4. I. 1956 r. o godzinie 18 z Domu dla Dorosłych w Witowie, w pow. sieradzkim — zbiegł w nieznanym kierunku włóczęga, który uprawiał żebraninę i postanowieniem Prokuratora Powiatowego w Sieradzu z dn. 31. 12. 55 r. był tam osadzony.
. . . Rysopis: wzrost 1.75, lat około 50, ubrany w płaszcz kolejowy, czapka cyklistówka, prawa ręka bezwładna, jedna noga na biodrze uwypuklona do tyłu...”

* * *

. . . Po uliczkach powiatowego miasta Wielunia szybciej od Marii Mory dreptała wieść o cudownym powrocie Ignacego Idaczyka. Do mieszkania Idaczykowej peregrynowała najbliższa rodzina, sąsiedzi, znajomi. Pierwszego jednak wieczoru „zmartwychwstały” Idaczyk nie chciał z nikim rozmawiać. Był zmęczony drogą i prawie zaraz położył się do łóżka. Długo gadał tylko z żoną, przypominając sobie chwile ich rozłąki — rozłąki czterdziestoletniej.

. . . W następne dni największą łaskę znalazł u Idaczyka reporter ze „Słowa Powszechnego”, gazety posiadającej w Wieluniu swoją redakcję.

. . . Nie trudno sobie wyobrazić rozmowę dziennikarza z cudownie przywróconym Wieluniowi człowiekiem. Dowiedział się reporter od Idaczyka o jego podróżach po egzotycznych wyspach, o wędrówce przez Turkiestan, Chiny, Jamajkę, Japonię. Z zapartym tchem czytał potem cały powiat wieluński tę nieco pompatycznym stylem zredagowaną informację:
. . . Przez Chiny, Japonię i Jamajkę prowadziła droga do Wielunia”.

. . . Oczekiwano przyjazdu ekipy Kroniki Filmowej, która w całej Polsce na białych ekranach powinna pokazać twarz Ignacego Idaczyka. Lecz Kronika nie przyjechała. Wieluńskie drogi zawalił śnieg.



--------
. . . 1) Afera szewca z Köpenick, który przywdziawszy mundur kapitan armii pruskiej, dokonywał bezkarnie najdziwaczniejszych czynów, kompromitując przywileje kasty oficerskiej.
. . . 2) Cynian Wielki, sławny w dwudziestoleciu międzywojennym oszust warszawski, który naiwnemu chłopu sprzedał Kolumnę Zygmunta, a także rozebrał tor kolejki.



=======================================================================================
„Odgłosy”, nr 2/1958, 9.III.1958

W poprzednim numerze zamieściliśmy pierwszą część reportażu o „zmartwychwstańcu” w Wieluniu.



. . . Wieluń przeżywał „wielkie dni”. Zaginiony przed 42 laty i uznany za zmarłego, Ignacy Idaczyk, nagle „zmartwychwstał” i niespodziewanie zjawił się na ulicach rodzinnego miasteczka. Przyjęto go tu radośnie, z zachwytem, jak przystało na gród w którym jest kilka uliczek i aż 5 kościołów i gdzie od setek lat wpaja się ludziom przekonanie że Opatrzność ingeruje w każdy postępek człowieka i nic się nie dzieje bez „woli Bożej“, W niespodziewanym powrocie Idaczyka był więc posmak niecodzienności i ingerencji sił nadprzyrodzonych. Jego „zmartwychwstanie” podziałało na wyobraźnię ludzką przyoblekając go w barwy romantycznej legendy.

. . . Uznała przybysza za swego męża — Maria Idaczyk, siedemdziesięcioletnia staruszka. Uznała go, choć nieufność nigdy w niej zupełnie nie zgasła. Jak opowiada dziś — „uznałam go, bo i bracia go rozpoznali, siostra, bo wszyscy mówili, że to mój mąż”. Na rozprawie sądowej oświadczyła:
. . . „... Żadne wewnętrzne przekonanie nie wskazywało mi na to, że on jest moim mężem. Nie widziałam w nim męża i czułam do niego wstręt. Nie chciałam jednak, aby ludzie myśleli, że nie przyjęłam go dlatego, że wrócił stary, chory, kaleka”.

. . . W tych słowach kryje się cały sens postępowania Marii Idaczyk, żony „zmartwychwstańca”. Wystarczy taj rżeć do 1e) izdebki pełnej ikon, krzyży, schludnej czystości i pobożności — aby zrozumieć, że ta stojąca już nad grobem kobieta przenigdy nie wzięłaby na siebie ciężaru nieprzychylnej opinii miasteczka. Odepchnąć przybyłego, wypędzić go — i żyć potem nawet z cieniem wątpliwości, że może jednak to był on, jej mąż? To byłoby ponad jej siły.

* * *

. . . Miał twarz wytrawnego spryciarza, lisi uśmiech i jakąś ordynarność w zachowaniu się. Nieustannie żądał wódki, a okazji do picia nie brakowało. Czy bez kieliszka może się u nas obyć tak szczęśliwy powrót? Z otwartymi ramionami przyjmowali „zmartwychwstańca” jego sąsiedzi, bracia, krewni i nierzadko na ulicach Wielunia widziano kuśtykającego staruszka otoczonego gromadką innych staruszków, jak wędrował z jednego krańca miasteczka na drugi, od jednej knajpy do drugiej.

. . . Słuchano go z uszanowaniem, ba, z zachwytem. Był przecież człowiekiem, który nie tylko wyjrzał za rogatki Wielunia, ale przewędrował „tyli świat” — Chiny, Rosję, Jamajkę. W opowiadaniach jego niekiedy to i owo jakoś nie pasowało — ale jakże zawodna jest pamięć ludzka? Niekiedy było w tych opowiadaniach coś „niepolitycznego”, ale w owej dobie jednemu na rękę były podobne wypowiedzi, inny zaś wierzył z wrodzonej naiwności lub głupoty. Tylko w notatnikach funkcjonariuszy MO pozostały z tych dni króciutkie relacje: „Ob Ignacy Idaczyk, który powrócił do Wielunia, wyraża się wrogo o naszym ustroju i o ZSRR...”.

. . . „Ob. Ignacy Idaczyk prowadzi rozrzutny tryb życia, pije wódkę i wypowiada się, że za czas 42 lat niewoli w Rosji musi sobie popić, gdyż dużo na życiu mu nie zależy”.

. . . Był bez żadnych dokumentów. Z ulgą, pospiesznie, w niespełna pół godziny wydano mu dowód osobisty. Kiedy do wypełnionego interesantami Urzędu Stanu Cywilnego wszedł, aby otrzymać metrykę, a towarzyszyła mu przy tym żona, brat i siostra zawołał:
. . . — Przepuśćcie inwalidę wojennego, 42 lata wojowałem...

. . . Rozstąpili się ludzie, szmer szacunku i uszanowania towarzyszył każdemu jego krokowi. To przecież on — jak opowiadał — był siedem razy ranny podczas zdobywania Berlina, to on w sztolniach kopalni żył z wyrobu figurek z chleba. W Prezydium MRN wydano mu 150 złotych zapomogi repatriacyjnej, choć nie mógł się okazać nawet najdrobniejszym świstkiem papieru.
. . . — Jak ptaka mnie stamtąd wypuścili — opowiadał.

. . . Iluż ludziom było na rękę wierzyć podobnym słowom?

* * *

. . . To wcale nie takie trudne stać się człowiekiem, którego nie widziano od przeszło czterdziestu lat. Młodsi nie mają prawa pamiętać, w pamięci starszych, obraz z tamtych lat pozostaje zamglony; w gruncie rzeczy nikt nie pamięta i jednocześnie nikt nie chce się do tego przyznać, nawet przed samym sobą.

. . . Porównajmy zeznania rodziny Idaczyków. Oto co zeznał brat zaginionego, Maciej Idaczyk:
. . . ... gdy wszedłem do mieszkania, zobaczyłem obcego człowieka. Ponieważ już uprzedzono mnie, że mój brat powrócił z niewoli, domyśliłem się, że to właśnie mój brat. Zapytałem: „To ty, Ignac?...” „To ja” — odpowiedział.
. . . I w tym dniu nie rozmawiałem z nim więcej, bo był zmęczony drogą. Rysów twarzy nie rozpoznałem, nie był jednak podobny do mojego brata, ale przecież od tamtych dni minęło czterdzieści lat, ja mogłem zapomnieć, a on mógł się zmienić, miał przecież podobno ciężkie życie...
. . . Następnego dnia znowu poszedłem do swej szwagierki Idaczykowej. Ale Ignac powiedział, żeby go o nic nie pytać, że w niewoli osłabła mu pamięć, bo przeżył straszne rzeczy, był kilkakrotnie kontuzjowany, że nic od nas nie chce, tylko żeby mu dać spokojnie umrzeć w rodzinnej ziemi. Więc go o nic nie pytałem.
. . . Za trzecim razem, a było to już po kilku dniach, przeprowadziłem próbę, aby się upewnić, czy to na pewno Ignac. Poszliśmy na spacer po Wieluniu. Wskazał mi miejsce, gdzie w dzieciństwie graliśmy w piłkę, pokazał dom, w którym żegnał się z nami, gdy odchodził do wojska. Następnie zaprowadził nas — a szliśmy za nim o kilka kroków — do domu, w którym mieszkał nasz ojciec. Aż dziw mnie brał. że prowadzi nas tak pewnie, jakby to było wczoraj... Ale wówczas ostatecznie uwierzyłem, że jest moim bratem”

. . . Zeznanie siostry I. Idaczyka, Janiny Stępińskiej:
. . . „...Kiedy brata mego, Ignacego zabrano do wojska, byłam bardzo maleńka i nie pamiętam go dokładnie. Tego, który się zjawił zapytałam: gdzie się ze mną pożegnał odchodząc na wojnę? Pokazał dom, miejsce. Wtedy uwierzyłam”.

. . . Uwierzyli najbliżsi, o powrocie Idaczyka napisała gazeta. Uwierzyło więc i całe miasteczko.

* * *

. . . Niektórzy powiadają, że gdyby Idaczyk nie zjawił się sam, to by go do Wielunia sprowadzono, to by go wymyślono.

. . . Czy nie na rękę był pewnym ludziom człowiek, ba, naoczny „świadek” działalności „bezbożników” i „Antychrysta”? Człowiek, który z powodu podeszłego wieku mógł „prawdy” swoje głosić zupełnie bezkarnie?

. . . Jest przecież coś bardzo zastanawiającego w fakcie, że ten „zmartwychwstaniec” tak szybko „przypomniał” sobie wszystkie szczegóły ze swej młodości? Jakże pewnie, bez cienia wątpliwości i najmniejszej omyłki zaprowadził krewnych za miasto i wskazał, gdzie jest jego pole... A przecież jest więcej niż pewne, że prawdziwy Idaczyk popełniłby w tym względzie niejedną omyłkę, zmienił się bowiem krajobraz, zbudowano szosę, gdzie indziej rosną drzewa, Inaczej biegną miedze...

. . . Trzeba było naprawdę dużo złej woli, aby uwierzyć w to „zmartwychwstanie”. Ignacy Idaczyk był szewcem. Ten, który powrócił, me miał o szewstwie najmniejszego pojęcia. Ignacy Idaczyk poszedł do carskiego wojska. Ten, który powrócił i opowiadał o swym 40-letnim pobycie w Rosji, nie umiał ani słowa... po rosyjsku.

. . . A jednak uwierzono. Bo na rękę było wierzyć opowiadaniu „zmartwychwstańca”, że tam, gdzie przebywał, na Kamczatce... są sami Polacy. Więc jakże się mógł nauczyć po rosyjsku?

. . . Nie zrodziła się wątpliwość, gdy u rejenta sprzedał ziemię swej żony. Sprzedał ją Antoniemu Modrzejewskiemu za sumę 12 tys. złotych (6 tys. gotówką, 6 tys. w ratach), a ziemia ta warta była 30—40 tysięcy. W zeznaniach Modrzejewskiego wyczytać można, że ziemią Idaczykowej opiekował się od dawna, traktował tę ziemię jak swoją własność do tego stopnia, że obsadził ją drzewkami owocowymi. Dzięki powrotowi Ignacego Idaczyka stał się prawnym posiadaczem tej ziemi, i drzewek, które zasadził.

. . . Idaczyk odszedł. Zeszedł z areny miasteczka, a były to znowu chwile „wielkich dni“ Wielunia. Odszedł, gdy jeszcze raz uważnie i do końca przeczytano zawiadomienie wysłane przez Komendę MO w Sieradzu:
. . . „W dniu 4. I. 56 roku z Domu dla Dorosłych w Witowie zbiegł w nieznanym kierunku włóczęga... Podejrzany jest o oszustwa polegające na tym, że chodzi po wioskach t miasteczkach, ustala nazwiska osób zaginionych w czasie działań wojennych i pod nazwiskiem zaginionego podaje się za członka rodziny...”.

. . . Powędrował do więzienia. Lecz, o dziwo, aktów prawnych, których nieprawnie dokonał — nie unieważniono, pozostają one wciąż w mocy. I to jest główny przyczynek do wieluńskiej maskarady Ignacego Idaczyka.

. . . Idaczyka? To była tylko jedna z jego twarzy. Miał ich dwadzieścia i czternaście nazwisk. O tym jednak w następnym i już ostatnim reportażu.

ZBIGNIEW NOWICKI

=======================================================================================
„Odgłosy”, nr 3/1958, 16.III.1958



. . . W dniu, w którym niespodziewanie aresztowany został staruszek podający się za powróconego z niewoli męża Marii Idaczyk — Wieluń, powiatowe miasteczko na krańcu naszego województwa, podzieliło się na dwa obozy.

. . . Jedni skłonni byli widzieć w fakcie aresztowania starego złośliwe intrygi rodziny Idaczyków. Mówili: „Kazali go aresztować, powiedzieli, że to nieprawdziwy Ignac, bo ziemię żony sprzedał”... Drugim — nagle „otworzyły” się oczy. Każde zdarzenie, które dawniej upewniało ich w przekonaniu, że mają do czynienia z prawdziwym Ignacym Idaczykiem, teraz stawało się oskarżeniem, demaskowało go.

. . . Tymczasem podczas dochodzenia prokuratorskiego ten tak niewinnie wyglądający staruszek wyrastał na jakiegoś koszmarnego oszusta. Z całej Polski zjeżdżały do Wielunia oszukane przez niego kobiety, nadsyłano akty licznych spraw sądowych, o zawsze ten sam rodzaj oszustwa — wchodzenie w prawa rodzin w celu osiągnięcia materialnych korzyści.

. . . Idaczyk?... Mimo drobiazgowych i długich dochodzeń, nie ustalono jego prawdziwego nazwiska. Oskarżony stwierdził, że sam już nie pamięta, jak się nazywał, pod wieloma bowiem nazwiskami wypadło mu występować. Wieluński akt oskarżenia zaczyna się od słów:
. . . „...Oskarżam Antoniego Witkowskiego, vel Jana Kasiniskiego, vel Olaska, vel Antoniego Kalembę, vel Józefa Adamskiego, vel... Ignacego Idaczyka.
. . . podobno urodzonego w Łodzi, karanego przez:
. . . Sąd Okręgowy w Łodzi w 1925 r., Sąd Okręgowy w Warszawie w 1936 r., Sąd Grodzki w Ostrowie Mazowieckim w 1937 r., Sąd Grodzki w Łomży w 1937 r., Sąd Grodzki w Łomży w 1938 r., Sąd Okręgowy w Piotrkowie w 1946 r., Sąd Okręgowy w Łodzi w 1949 r., Sąd Powiatowy w Łasku w 1953 roku. Oto jest z grubsza „żywot” sędziwego staruszka i szlak jego oszustw. Warto wiedzieć, że podczas każdej z wymienionych wyżej rozpraw sądowych, odpowiadał on za co najmniej dziesięć oszustw.

. . . Również i podczas wieluńskiej rozprawy wypadło „dziwnemu” staruszkowi odpowiadać na raz za kilka przestępstw. Opuściwszy więzienie, gdzie odsiadywał karę za próbę wejścia w prawa rodziny Adamskich z Chechła koło Pabianic — „w drugiej połowie lipca 1955 r. w Janowcu, pow. Piotrków, w zamiarze wejścia w prawa rodziny Watałów, kłamliwie zapewniał Bolesława Watałę, że jest jego bratem Kazimierzem, zaginionym w czasie działań wojennych w 1920 r.

. . . ...W dn. 29 lipca 1955 r. w Zelencinie, pow. Pajęczno [zapewne: w Zielęcinie - K.], kłamliwie zapewniał ob. Kostrzewę i Stanisławę Dragon, że jest ich ojcem Kazimierzem, zaginionym podczas działań wojennych...

. . . Niedaleko jest z Sieradza do Wielunia. Osadzony w Domu Starców w Witowie, po trzech dniach czmychnął i w styczniu zjawił się w Wieluniu jako Ignacy Idaczyk, otrzymał dowód osobisty, sprzedał ziemię swej żony...

* * *

. . . Przykład wieluński ukazuje mechanizm dokonywania tego typu oszustwa. Naiwność ludzka nie zna, niestety, granic. Z akt sprawy przytoczę inny fakt, historię próby oszukania rodziny Adamskich z Chechła:

. . . „...W dniu 4 lipca 53 roku rolnik Leon Zuwald powracał furmanką z targu w Pabianicach i na drodze napotkał staruszka-kalekę. Ten spojrzał najpierw na tabliczkę u wozu i zawołał: „Jak się masz Zuwald. Czy podwieziesz mnie do Chechła?”
. . . Zuwald zdziwił się, że staruszek zna jego nazwisko.
. . . „Nie poznajesz mnie?” — oburzył się staruszek. — „To smutne, że mnie nie pamiętasz. A powiedz mi, kto z twej wsi w 1920 roku poszedł na wojnę i nie wrócił?”
. . . Zuwald począł wyliczać:
. . . „Nie wrócił Władek Gajzler, Marian Berner, Józef Adamski...”
. . . „Adamskiego pamiętasz?” — przerwał mu staruszek.
. . . „Jakżeby nie. Do szkoły z nim chodziłem”.
. . . „No, a ile on miałby dziś lat?” — zapytał staruszek.
. . . „Ze sześćdziesiąt”...
. . . „A ile miał braci, sióstr, ile ziemi?”

. . . Zuwald odpowiada na stawiane mu pytania. Mówi o koligacjach rodzinnych zaginionego, podaje różne szczegóły, Wreszcie staruszek oświadcza Zuwaldowi:
. . . „No tak, rzeczywiście, zgadza się, pamiętasz dobrze Adamskiego. Ja też ciebie pamiętam, Zuwald, od razu cię rozpoznałem. Bo widzisz, ja jestem właśnie Adamski. Zaprowadź mnie do mojej siostry”...

. . . Zuwald nie chce wierzyć. Zadaje staruszkowi „chytre” pytania: ilu Adamski miał braci, sióstr, ile ziemi itp. Oczywiście staruszek odpowiada wyczerpująco, dokładnie. Zuwald zaczyna wierzyć, potem prowadzi „zmartwychwstańca” do jego rodziny. Prowadzi jako... Adamskiego, którego rozpoznał...

* * *



. . . W Sądzie Najwyższym w Warszawie przeglądałem akta sprawy rzekomego Ignacego Idaczyka. Widziałem powiększone zdjęcia rzeczywistego Ignacego Idaczyka zrobione przed 42 laty i zdjęcia staruszka-kaleki. Dokładnie wyrysowano na fotografiach wszystkie linie twarzy, ust, nosa, czaszki. I nic, nic się nie zgadza. Zakład Kryminalistyczny KGMO stwierdza kategorycznie: Ignacy Idaczyk i staruszek-kaleka, to dwie zupełnie różne osoby.

. . . Zanim zapadł wyrok na staruszka, długo i skrupulatnie badali go psychiatrzy w Warcie. Opis ich badań zawiera kilkadziesiąt stron maszynopisu, a kończy go wniosek:
. . . „Osobnik ten jest zwykłym oszustem. Wykazuje dużo spostrzegawczości, jest spokojny, opanowany, podporządkowany, interesuje się prasą, zachowuje się czasem w sposób teatralny. Jak wynika z badań oskarżony nie wykazuje objawów choroby psychicznej. Jest psychopatą ze skłonnościami do czynów aspołecznych”.

. . . „Człowiek o 20 twarzach” otrzymał surowy wyrok — 5 lat więzienia, jako recydywista, nie wykazujący zupełnie skłonności do poprawy. Wyrok surowy, bo w wieku oskarżonego równający się dożywociu.

. . . Nie jest to jednak zbyt wysoka kara, jeśli pomyśli się o staruszce Marii Idaczyk z Wielunia, której ten oszust złamał życie, wniósł w jej starość ogromną tragedię. Jeśli się pomyśli o dziesiątkach oszukanych kobiet, które wykorzystywał tak bezwzględnie, żerując na najsubtelniejszych ludzkich uczuciach.

ZBIGNIEW NOWICKI
=======================================================================================
Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2021-05-09, 09:41, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 49 razy
Wiek: 58
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 9800
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2021-05-09, 15:46:21   

O tym samym oszuście pisał wspominany przez mnie w innych miejscach Krzysztof Kąkolewski w reportażu pt. bodajże "Odys z zawodu". Proszę zwrócić uwagę, że ów osobnik przebywał w domu opieki w Witowie, którą to miejscowość ZN musiał dobrze znać, skoro umieścił tam akcję swojego młodzieńczego opowiadania, Związek Poszukiwaczy Skarbów".
Już gdzieś wspominałem, że w mojej gminie zaraz po II Wojnie wrócił jeden weteran wojny japońskiej :) .
_________________
Z 24
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający



Pomógł: 114 razy
Wiek: 54
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 42278
Skąd: Poznań

Wysłany: 2021-05-09, 18:00:45   

Ciekawa i w sumie pouczająca historia!
_________________
Nasze forum na facebooku: ./redir/facebook.com/pansamochodzikforum
Nasza forumowa geościeżka keszerska: ./redir/pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=240911#240911

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 0,19 sekundy. Zapytań do SQL: 10