PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Przesunięty przez: Szara Sowa
2019-07-14, 13:10
Juliusz Verne
Autor Wiadomość
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 100 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12545
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-07-05, 09:11:13   

Juliusz Verne - Szkoła Robinsonów (1882)



22-letni Godfrey, Amerykanin, żyjący u swojego bogatego wujka Williama Kolderupa, nim poślubi piękną Phinę pragnie poznać trochę świata, popodróżować. Wujek nie ma sprzeciwów i oddaje mu do dyspozycji jeden ze swoich licznych statków pod dowództwem kapitana Turcotte’a. Pewnej nocy statek tonie, a Godfrey ratuje się na bezludną wyspę. Jedynym innym rozbitkiem, który uchodzi z życiem, jest pan Artelett, profesor “postawy i tańca”. Godfrey, którego już zawsze fascynował los Robinsona Crusoe’a, ma więc jednorazową okazję, by się sprawdzić w tych samych warunkach, co swój idol.

Nie oczekiwałem wiele po tej pozycji “Niezwykłych podróż”, ale zostałem mile zaskoczone. Książka jest stosunkowo dobra bo bardzo zabawna, akcja wartka. Robinsonada jest powracającym tematem u Verne’a, w tymże dziele została dla odmiany przedstawiona na wesoło. Początek, którego chcąc uniknąć spoilerów nie zdradzę, pozwala czytelnikowi wcześnie się domyślić pewnych spraw związanych z wyspą zmieniając jego oczekiwania co do dalszej treści książki. Głównym źródłem humoru jest profesor Artelett, który w dzikim otoczeniu jest zupełnie bezradny, a w swojej rozpaczy właśnie bardzo zabawny. Co się tyczy technik przetrwania to należy stwierdzić, że pomysły autora są raczej stereotypowe i oparte głównie o słynną książkę Defoe’a (rozpalenie ognia, znalezienie odpowiedniego schronienia). Ale to też nie było chyba główną intencją autora, który raczej chciał napisać książkę wesołą i stosunkowo krótką, co mu się dość dobrze udało.
Ostatnio zmieniony przez John Dee 2020-07-05, 10:40, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Pan Tragacik 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 11 razy
Wiek: 36
Dołączył: 16 Kwi 2009
Posty: 4455
Skąd: Bielsko-Biała
Wysłany: 2020-07-06, 11:21:42   

Już dość dawno temu zarejestrowałem na Lubimy Czytać książkę o Vernie: ./redir/lubimyczytac.pl/ksiazka/4818433/jules-verne-the-man-who-invented-the-future
Wg mnie dość słaba pozycja, bo bardzo powierzchowna (można się domyślić po liczbie stron) natomiast mimo wszystko przekazuje kilka ciekawych faktów z życia pisarza, jak np. jego zaangażowanie w projekt wysłania balonu w kosmos. Na półce w kolejce mam jeszcze: ./redir/lubimyczytac.pl/ksiazka/112983/potrojne-zycie-juliusza-verne-a
Może ktoś czytał i podzieli się opinią?
W każdym razie, jestem na pewno wielkim fanem wyobraźni Verne'a, a także szaty graficznej wielu z jego książek - do tego stopnia, że sceny z 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi, Tajemniczej Wyspy i Podróży do wnętrza ziemi zajmują powierzchnię mojej ręki od nadgarstka po ramię ;)
_________________
Ostatnio zmieniony przez Pan Tragacik 2020-07-06, 11:26, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 100 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12545
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-07-06, 20:50:28   

Pan Tragacik napisał/a:
Może ktoś czytał i podzieli się opinią?
Nie czytałem dotychczas żadnej biografii Verne’a, nie mam też rozeznania, czy istnieje już jakaś definitywna. Biorąc pod uwagę, jak popularnym był pisarzem jestem tego jednak niemal pewny. Co nie znaczy, że nie można zacząć od tych, na które Ty się natknąłeś, choć osobiście zawsze szukam tej jednej, która zaćmiewa wszystkie inne.

Pan Tragacik napisał/a:
zajmują powierzchnię mojej ręki od nadgarstka po ramię ;)
Szacun, ale uwierzę dopiero, gdy zobaczę. Pamiętaj: jedno zdjęcie mówi czasem więcej niż tysiąc słów. ;-)
 
 
Pan Tragacik 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 11 razy
Wiek: 36
Dołączył: 16 Kwi 2009
Posty: 4455
Skąd: Bielsko-Biała
Wysłany: 2020-07-07, 15:29:50   

Łapa nieogolona, wybacz :D
./redir/photos.app.goo.gl/E3H938EZGEw6u7vp9
_________________
Ostatnio zmieniony przez Pan Tragacik 2020-07-07, 15:34, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 100 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12545
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-07-07, 17:57:48   

Coś takiego. :zdziw:

Doskonale to wygląda, a pomysł mega oryginalny. :564:
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 100 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12545
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-07-20, 18:23:53   

Jules Verne - Un hivernage dans les glaces (Zima w Krainie Lodu?), 1855 r.



Bryg “La Jeune-Hardie” powraca ze Skandynawii do rodzimego portu Dunkierki. Właściciel statku emerytowany kapitan Jean Cornbutte oczekuje go już w porcie; u jego boku Marie, narzeczona jego syna Louisa, który obecnie dowodzi statkiem. Jeszcze tego samego dnia ma się odbyć jej i Louisa ślub, tak to zostało ustalone. Można więc sobie wyobrazić, jak olbrzymie jest ich przerażenie, jak głęboka rozpacz, gdy sternik brygu oznajmia im, że Louis wraz z dwoma dalszymi członkami załogi zginął w trakcie rejsu. Zdarzyło się to u wybrzeża Norwegii, gdy mimo sztormu szalupą wyruszyli na ratunek statkowi, który z uszkodzonym sterem dryfował na skraju jednego z owych potężnych wirów, które czasami w tamtych właśnie wodach się tworzą. Nadciągnęła mgła, a gdy po kilku godzinach sztorm ucichł, a widoczność się poprawiła, po obu jednostkach pływających nie pozostało już ani śladu.

Stary Cornbutte wysłuchawszy wszystkich sprawozdań dochodzi do wniosku, że Jean jednak mógł ocaleć, jeśli udało mu się osiągnąć pokład uszkodzonego statku, który w ciemnościach, pędzony prądem i wiatrem, mógł zostać zniesiony tak daleko, że z powrotem dnia mógł już znajdować się poza zasięgiem wzroku załogi brygu.

I tak rozpoczyna się akcja ratunkowa, która obejmować będzie Lofoty, fiordy Norwegii oraz wschodnie wybrzeże Grenlandii. Tam wreszczcie natrafią na ślad poszukiwanego okrętu, którego Inuici obserwowali dryfującego w północnym kierunku. Niestety, pora roku jest już późna, tworząca się kra lodowa zmusza Francuzów do opuszczenia brygu i kontynuacji poszukiwań przy pomocy psiego zaprzęgu.



Jules Verne miał 25 lat, gdy napisał to opowiadanie, powstało więc 10 lat wcześniej niż pierwszy tom jego słynnego cyklu Niezwykłe podróże. Niektóre jego elementy jak malstrom użył w swoich późniejszych dziełach.
Opowiadanie, już niemal mała powieść, jest świetnie zbudowane i trzyma w napięciu od początku do końca. Verne zawsze kładł dużą wagę na to, by nie nudzić, więc dobry rozwój akcji zawsze był jednym z jego głównych priorytetów. Weźmy n.p. początek opowiadania - zamiast ojca i narzeczonej oczekujących w porcie powrotu statku Verne wybrał scenę w zakrystii kościoła, gdzie podniecony stary Cornbutte nakazuje proboszczowi, by przygotował wszystko do ślubu, gdyż otrzymał nowinę, iż “La Jeune-Hardie” zbliża się ku portowi. Albo akcja ratunkowa: sama w sobie ciekawa i dramatyczna, autor podkręca śrubę na maxa dodając wątek pięknej Marie i zakochanego w niej sternika, który pragnąc zyskać dziewczynę dla siebie zaczyna sabotować całe przedsięwzięcie.



“Un hivernage dans les glaces“ nie jest jednak dziełem doskonałym, zawiera kilka pomysłów, które wydają się być niedopracowane, a nawet naciągane. Gdy załoga, odcięta lodem od świata, zaczyna dusić się dymem z piecyka, ten problem znika nagle w niewytłumaczalny sposób, na długo, nim udało im się przebić na zewnątrz…
W sumie jednak bardzo solidne wczesne opowiadanie Julka. Nie jestem pewien, czy ukazało się kiedykolwiek w polskim przekładzie i jak jego tytuł został przetłumaczony.
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 100 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12545
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-09-03, 19:10:45   

Jules Verne - W osiemdziesiąt dni dookoła świata.



Na razie tylko o tym, jak należy rozpocząć książkę. Jestem bowiem dopiero przy rozdziale jedenastym, bo czytam po francusku, więc nieco wolniej niż zwykle. Mimo to zdążyłem zauważyć, że początek jest po prostu genialny. Omawiając inne dzieła Verne’a kilkakrotnie chwaliłem go już za tę jego niezwykłą umiejętność wtargnięcia czytelnika w tok swojego dzieła już na pierwszych jego stronach - w tym wypadku udało mu się to szczególnie dobrze. Najpierw przedstawia nam główną postać czyli Fileasa Fogga, gościa tak niezwykłego i tajemniczego, że choć początkowo nic szczególnego nie robi sam opis jego codziennej rutyny musi wydać się czytelnikowi fascynujący.
Następnie pojawia się Passepartout - kochający spokój Francuz, który od pięciu lat szuka odpowiedniej posady jako służący. Nigdzie na zagrzał dłużej miejsca, jako że wszyscy jago dotychczasowi pracodawcy byli na swój sposób hałaśliwymi i niespokojnymi duchami; w domu Fogga ma więc nadzieję znaleźć w końcu ów porządek i spokój, który tak sobie ceni - czytelnik wiedząc oczywiście, choćby już po tytule książki, co się szykuje i przewidując rozczarowanie biednego Francuza nie może inaczej jak z góry delektować się komizmem tej sytuacji.

Gdy Fileas Fogg zakłada się z członkami swojego klubu, że okrąży kulę ziemską w nie więcej niż 80 dni, najważniejsza oczywiście sprężyna napędzająca mechanizm powieści zostaje wyzwolona.

Ale to jeszcze nie wszystko. Członkowie klubu - bankierzy, przemysłowcy itd. - rozmawiają o kradzieży 55 tysięcy funtów sterlingów z Banku Angielskiego popełnionej w biały dzień; później - jednak nadal jeszcze w początkowej części książki - dociera do nich wiadomość, że Fogg, który wraz z Passepartout dotarł w międzyczasie do Suezu, jest szczególnie podejrzany o popełnienie tego właśnie przestępstwa. Jak powiedziałem, Verne piętrząc wszystkie te motywy stworzył napięcie, które czyni człowiekowi niemożliwym oderwania się od książki. :D

Doskonałym pomysłem było również i to, że autor nie uczynił nas świadkiem pierwszego etapu podróży, opisując zamiast tego reakcje, jakie wieść o wyprawie ekstrawaganckiego Anglika wywołała w klubie jak i w prasie. Tymczasowym punktem kulminacyjnym tegoż fragmentu jest właśnie telegram rzucający szokujące podejrzenie na cieszącego się dotychczas nienaganną reputacją podróżnika. Dopiero teraz autor przerzuca akcję do Suezu, wprowadza do akcji agent Fixa, itd. itd.

Ciąg dalszy nastąpi. :)
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 76 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5997
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2020-09-05, 12:46:48   

John Dee napisał/a:
sam opis jego codziennej rutyny musi wydać się czytelnikowi fascynujący

To prawda. W innej sytuacji użylibyśmy może niepochlebnych określeń wobec człowieka, który zwalnia pracownika tylko dlatego, że raz podano mu wodę do golenia chłodniejszą o dwa stopnie Fahrenheita (czyli niewiele ponad jeden stopień Celsiusza) niż zwykle. Żal było mi Jakuba Forstera pozbawionego tak nagle zarobków i mieszkania, ale cóż... w literaturze ekscentrycy cieszą się większą sympatią i swobodą niż w rzeczywistości.

Swoją drogą, można spekulować pewne związki charakteru pomiędzy Foggiem i jego nowym służącym - mimo na pierwszy rzut oka przeciwnego trybu życia - owocujące ich dobrym wzajemnym zrozumieniem i współpracą. Człowiek, o którym nie wiadomo, jak doszedł do majątku, który zdaje się doskonale znać realia najdalszych zakątków globu, a i później od czasu do czasu zaskakuje jakąś umiejętnością czy wiedzą - może był kiedyś obieżyświatem podobnym do Passepartout, a dopiero z wiekiem - właśnie tak samo jak Francuz - zatęsknił za stabilizacją, i stąd wzięło się jego ekstremalne upodobanie do regularności?

Ale pewnie pisząc to upodabniam się do tych ciekawskich, których imaginacja, według Verne'a - ponieważ Fogg co dzień z matematyczną dokładnością czynił to samo - nie znajdowała zaspokojenia i skłonna była doszukiwać się rzeczy, które nie istniały.

John Dee napisał/a:
Członkowie klubu - bankierzy, przemysłowcy itd.

Pamiętam, że to również działało mi na wyobraźnię, kiedy czytałem jako dziecko. Verne nie poświęcił czasu na opisy, zapewne zakładając, że dla współczesnych mu czytelników są to sprawy znane. Więc mętnie rozumiałem sposób działania takich klubów, ich cel i charakter spędzanego w nich czasu, ale przynajmniej był to dla mnie pierwszy rzut oka na ten świat.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2020-09-05, 13:05, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 44 razy
Wiek: 57
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 9390
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-09-05, 13:04:27   

Podobno Juliusz napisał tę powieść wyłącznie dla rozrywki, to jest dla zarobku. Kiedy była drukowana w odcinkach stała się błyskawicznie takim przebojem, że ponoć już jak pan Fogg & Co podążali przez amerykańskie prerie, agenci reklamowi różnych linii okrętowych nagabywali autora, oferując korzyści materialne, żeby jego bohaterowie pokonali Atlantyk parostatkiem właśnie tych, których interesy reprezentowali...
Spośród wielu innych uwielbiam scenę w palarni opium w "wolnym" Hongkongu. Przy okazji Juliusz zdradza kto był dostawcą towaru.... ;-)
_________________
Z 24
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 100 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12545
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-09-09, 07:34:14   

Odpowiadam z pewnym opóźnieniem, tak bardzo byłem pochłonięty lekturą. :)

Kynokephalos napisał/a:
Człowiek, o którym nie wiadomo, jak doszedł do majątku, który zdaje się doskonale znać realia najdalszych zakątków globu, a i później od czasu do czasu zaskakuje jakąś umiejętnością czy wiedzą - może był kiedyś obieżyświatem podobnym do Passepartout, a dopiero z wiekiem - właśnie tak samo jak Francuz - zatęsknił za stabilizacją, i stąd wzięło się jego ekstremalne upodobanie do regularności?
Ja zaś się domyśliłem, że swoją fortunę odziedziczył. Co się zaś tyczy jego przeszłości i jak mogła ona wywrzeć się na jego charakter, to oczywiście Verne nie podając żadnych szczegółów stworzył szerokie pole do spekulacji.
Nie pamiętam, czy Reform-Club, do którego uczęszcza bohater, pierwszym był przykładem tego rodzaju stowarzyszenia, na jaki się natknąłem? Wydaje mi się jednak, że był nim klub, którego członkiem był brat Sherlocka Holmesa Mycroft. Mnie zawsze najbardziej dziwiło i dziwi do dzisiaj, że członkowie wielu tych klubów brali tam do siebie swoje codzienne posiłki. Należało chyba naprawdę być milionerem, by pozwolić sobie na składki członkowskie - nie wspominając już o tym, że niełatwo było zostać zaakceptowany.
Pisząc to zauważyłem właśnie, jak bardzo ciekawy i godny zgłębienia temat to jest. Ciekawe czy istnieją jakieś dobre książki opisujące historię i statuty tychże instytucji?

Z24 napisał/a:
Podobno Juliusz napisał tę powieść wyłącznie dla rozrywki, to jest dla zarobku.
Brzmi trochę jak dowcip braci Marx: “Pobraliśmy się z miłości - z miłości dla pieniędzy”. :D

Z24 napisał/a:
uwielbiam scenę w palarni opium w "wolnym" Hongkongu
Tak, to dobra scena, która dodatkowo pociąga za sobą wydarzenia, które przyjemnie urozmaicają strukturę książki: drogi Passepartout i Phileasa Fogga rozchodzą się na jakiś czas. Ich nieoczekiwane spotkanie jest przez to oczywiście tym bardziej radosne (czego w wypadku zachowującego nawet i wtedy nieprzeniknioną pozę Anglika można oczywiście tylko się domyślić ;-) ).
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 100 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12545
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-09-12, 22:38:48   

Kynokephalos napisał/a:
Więc mętnie rozumiałem sposób działania takich klubów, ich cel i charakter spędzanego w nich czasu, ale przynajmniej był to dla mnie pierwszy rzut oka na ten świat.
Wspomniany powyżej Klub, którego członkiem jest Mycroft Holmes, to Klub Diogenesa, który słynie z tego, że jego członkami są najbardziej nietowarzyscy londyńczycy. Doktor Watson nigdy uprzednio o tym klubie nic nie słyszał i wkracza w jego progi po raz pierwszy w opowiadaniu “Grecki tłumacz”. Przy tej również okazji zostaje przedstawiony starszemu bratu Sherlocka.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 76 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5997
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2020-09-13, 18:20:24   

(Zagadnienie klubów towarzyskich zasługuje na oddzielny temat, przeniosłem więc ten wątek do Hyde Parku:
https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?t=5585)
.
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 100 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12545
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-09-14, 08:22:14   

Le Tour du monde en quatre-vingts jours - ciąg dalszy.

Najbardziej obawiałem się stereotypów i taniej folklorystki - nie pamiętałem już, jak to tam w książce jest ze słoniami w Indiach czy Indianami w Ameryce Północnej. Na szczęście Verne to nie Szklarski - bardzo krytycznie dokonywał wyboru, jakie elementy w jakim kontekście pojawią się w jego dziele, czego zaś należy unikać. Napad Siuksów na pociąg to rzeczywiście największe potknięcie pod tym względem, zaczerpniętych żywcem z najtańszej literatury trywialnej. Ale i on pociąga za sobą ciekawy pomysł: gdy Phileas Fogg wyrusza w pogoni za Indianami by odbić uprowadzonego Passepartout, autor zaoszczędza nam szczegółów tej wyprawy i opisuje zamiast tego starania detektywa Fixa i pani Aoudy o jakiś zastępczy środek transportacji, którym ostatecznie okazują się owe ożaglowane sanie, (le traîneau à voiles). Oczywiście ten osobliwy pojazd również można by zaliczyć do elementów trudnostrawnych tej powieści, ale postanowiłem w tym wypadku potraktować to pobłażliwie, jako dozwolone odchylenie w kierunku science fiction.

Reszta jest bez zarzutu - szczególnie przeprawa przez Atlantyk, podczas której Fogg szastając pieniędzmi podburza załogę statku do buntu, więzi kapitana, by następnie i jego skorumpować swoimi pieniędzmi - Verne doskonale wszystko to wykombinował. O spektakularnym finale nie muszę chyba tracić słów - ach, żeby wszystkie książki tak efektownie się kończyły!

Dopiero pod koniec powieści pojąłem, że Phileas Fogg nie był owym bogaczem, za którego go miałem - i jego środki finansowe były ograniczone, on sam zaś był po prostu niebywałym ekscentrykiem. Gdyby przegrał zakład straciłby dosłownie wszystko do ostatniej koszuli; wygrywając zwróciła mu się zaledwie jego stawka. Zaiste niepojęty człowiek - gracz, idealista, szaleniec.
Oczywiście Verne formułując ostatnie zdania “Qu’avait-il rapporté de ce voyage ? Rien, dira-t-on ? Rien, soit, si ce n’est une charmante femme, qui – quelque invraisemblable que cela puisse paraître – le rendit le plus heureux des hommes ! En vérité, ne ferait-on pas, pour moins que cela, le Tour du monde ?” poucza czytelnika, że zyskując serce pięknej kobiety podróż dookoła świata okazała się dla Anglika mimo wszystko nader lukratywna.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 76 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5997
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2020-09-17, 07:41:14   

John Dee napisał/a:
Phileas Fogg nie był owym bogaczem, za którego go miałem - i jego środki finansowe były ograniczone, on sam zaś był po prostu niebywałym ekscentrykiem. Gdyby przegrał zakład straciłby dosłownie wszystko do ostatniej koszuli; wygrywając zwróciła mu się zaledwie jego stawka.

Tak było. Przyjął zakład pod wpływem impulsu, jako swego rodzaju adwokat diabła, można by powiedzieć - dla podtrzymania dyskusji.
Zysk nie był jego głównym celem, ale gdyby wszystko poszło zgodnie z planem - to znaczy zgodnie z rozkładem wydrukowanym w "Morning Chronicle" - Phileas Fogg nienajgorzej by się wzbogacił. Koszty biletów stanowiły ułamek wydatków, a większość z jego dwudziestu tysięcy funtów pochłonęły nadprogramowe, ogromne wydatki w rodzaju kupowania słoni i statków.

Z drugiej strony - według Verne'a jego bohater zdawał sobie sprawę z realiów. Dlatego postawił na szalę połowę swojego majątku, wiedząc - jak pisze autor - że druga będzie mu potrzebna do zrealizowania podróży.
Nota bene z tą sprawą miałem przy czytaniu, wiele lat temu, pewnien kłopot. W polskim tłumaczeniu Zbigniewa Florczaka znajduje się werset, w którym Fogg mówi do jednego z oponentów: "[wyruszę] Natychmiast. Ale uprzedzam: na pana koszt.". Nie wiem skąd się tam wziął, bo zaglądając teraz do wersji oryginalnej nic takiego w niej nie widzę. Fogg mówi tylko: "Natychmiast." Wygląda na to, że istotnie wszystkie wydatki (i wielkie ryzyko) wziął na siebie.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 100 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12545
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-09-17, 21:02:56   

Kynokephalos napisał/a:
gdyby wszystko poszło zgodnie z planem - to znaczy zgodnie z rozkładem wydrukowanym w "Morning Chronicle" - Phileas Fogg nienajgorzej by się wzbogacił. Koszty biletów stanowiły ułamek wydatków, a większość z jego dwudziestu tysięcy funtów pochłonęły nadprogramowe, ogromne wydatki w rodzaju kupowania słoni i statków.

Racja. 20.000 ówczesnych funtów, jeśli wierzyć Wikipedii, odpowiada dzisiaj 2.2 milionom £. Wygrywając zakład powiększyłby więc znacznie swój kapitał.
Nawiasem mówiąc - nie wiem, jak to wygląda w przekładzie -, Verne za każdym razem, gdy wymienia kwoty w funtach szterlingach (livre), w nawiasie podaje ich równowartość we frankach, np.: “J’ai vingt mille livres (500 000 F) déposées chez Baring frères.” Nie jest to wprawdzie bardzo literacko, ale w ten sposób czytelnik poznaje kurs obydwu walut z roku ukazania się książki, czyli 1872.


Kynokephalos napisał/a:
kłopot. W polskim tłumaczeniu Zbigniewa Florczaka znajduje się werset, w którym Fogg mówi do jednego z oponentów: "[wyruszę] Natychmiast. Ale uprzedzam: na pana koszt."

Bardzo dziwne. W oryginale Andrew Stuart pyta Phileasa: “Kiedy?” “Natychmiast.” Na co Stuart: “Ależ to szaleństwo!” Dlaczego tłumacz dopuścił się tak daleko idącej interpretacji tego fragmentu można tylko zgadywać. Może myślał, że autor popełnił błąd nie wyjaśniając tej kwestii i chciał go naprawić? Tu nasuwa mi się cytat z mojego ulubionego thrillera “Spartan”: “I fucked up. I tried to help.” “Well, that's usually when people fuck up.”
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 76 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5997
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2020-09-18, 07:39:52   

John Dee napisał/a:
“I fucked up. I tried to help.” “Well, that's usually when people fuck up.”




***

Miałem wrażenie, że opis pedantycznego i jakże prozaicznego rozkładu dnia Phileasa Fogga coś mi przypomina. Teraz wiem - to opowieść jednego z głównych narratorów "Pamiętnika znalezionego w Saragossie", który tak wspomina swojego ojca:

"Nazywał się don Felipe de Avadoro i uchodził za człowieka najpoważniejszego i najbardziej systematycznego ze współczesnych.

Z rana najpierwszym zatrudnieniem mego ojca było otwarcie balkonu wychodzącego na ulicę Toledo. Tu przez kwadrans oddychał świeżym powietrzem, następnie szedł otwierać drugie okno, które wychodziło na małą uliczkę. Jeśli spostrzegł kogo w oknie naprzeciwko, pozdrawiał go grzecznie, mówiąc “a g u r”, po czym zamykał okno. Wyraz “a g u r” był często jedynym, jaki przez cały dzień wymówił, chociaż bowiem gorliwie zajmował się powodzeniem wszystkich komedii odgrywanych w teatrze de la Cruz, całe jednak zajęcie wyrażał zawsze klaskaniem w dłonie, nigdy zaś słowami. W razie gdy nikt nie ukazywał się w oknie naprzeciwko, z cierpliwością oczekiwał chwili, w której będzie mógł kogo pozdrowić. Następnie ojciec udawał się na mszę do teatynów. Za powrotem znajdował pokój uporządkowany przez służącą i z niewypowiedzianą starannością ustawiał sprzęty na miejscach, na których zwykle stały. Czynił to zawsze z nader pilną uwagą i jednym rzutem oka odkrywał najmniejsze źdźbło słomy lub ziarenko kurzu, którego nie zgarnęła miotła służącej.

Skoro był już zadowolony z porządku panującego w pokoju, brał cyrkiel i nożyczki i krajał dwadzieścia cztery kawałki papieru równej wielkości, napełniał je tytoniem brazylijskim i zwijał dwadzieścia cztery cygara, które były tak gładko i doskonale uformowane, że można było śmiało uważać je za najdoskonalsze cygara w całej Hiszpanii. Następnie wypalał sześć tych arcydzieł, licząc dachówki pałacu księcia Alby, sześć zaś – rachując ludzi przechodzących przez bramę Toledo. To uczyniwszy, spoglądał na drzwi swego pokoju, dopóki mu nie przyniesiono obiadu.

Po obiedzie wypalał dwanaście pozostałych cygar, a potem wpatrywał się w zegar, dopóki mu ten nie oznajmił godziny udania się do teatru. Jeżeli zaś przypadkiem tego dnia nie było przedstawienia w żadnym teatrze, szedł do księgarza Moreno, gdzie przysłuchiwał się sporom kilku literatów, którzy mieli zwyczaj zbierania się tam w pewnych dniach, nie mieszając się jednak nigdy do ich rozmowy. Jeżeli zasłabł i nie wychodził z domu, posyłał do księgarza Moreno po sztukę, którą tego dnia grano w teatrze de la Cruz, i gdy nadeszła godzina przedstawienia, zabierał się do czytania, nie omieszkując szczerze poklaskiwać scenom ulubionym przez stronnictwo Pollacos.
(...)
Po skończonym przedstawieniu stawał zwykle na końcu podwójnego szpaleru, który mężczyźni tworzą, aby zmusić kobiety do przechodzenia jedna za drugą. Nie czynił tego jednak, jak inni, aby im się przypatrywać bliżej; przeciwnie, wszystkie mało go obchodziły i skoro ostatnia przeszła, śpieszył Pod Krzyż Maltański, gdzie przed udaniem się na spoczynek spożywał lekką wieczerzę.
"

Sądzę, że don Felipe zyskałby sympatię Phileasa Fogga. Myślę tak dlatego, że w tej wyprawie w osiemdziesiąt dni dookoła świata, w jej pomyśle i w zakładzie tkwi typowy dla epoki technokratyczny optymizm. Wiara nie tylko w to, że progres nauki i wynalazczości przyniesie powszechne zadowolenie. Także wiara w to, że ludzie będą rozwijać się i dostosowywać w podobny sposób. Każdy będzie świadomie, chętnie i sumiennie pełnił rolę trybika, a całe społeczeństwo stanie się sprawnym mechanizmem pracującym na rzecz wspólnego dobra. Foggowi, który mówi: "Rzeczy nieprzewidzianych nie ma", "Dobrze wyzyskane minimum w zupełności wystarcza", "Będę skakał z matematyczną dokładnością" - Avadoro pewnie jawiłby się człowiekiem godnym zaufania, przewidywalnym, czyli zasługującym na szacunek.

***

John Dee napisał/a:
zyskując serce pięknej kobiety podróż dookoła świata okazała się dla Anglika mimo wszystko nader lukratywna

Mam nadzieję, mam nadzieję. Nie zawsze kończy się tak dobrze. W przypadku pana de Avadoro, na przykład, małżeństwo w które dał się wplątać spowodowało jego śmierć, gdyż zakłóciło zwykły tryb, według jakiego przepędzał żywot. Nie wspominając już o tym, że wkrótce po ślubie na próżno szukał w swojej małżonce tej cichej i potulnej dziewczyny, która całowała go w rękę z uczuciem tak głębokiej pokory. Zamiast tego z nieopisanym zdziwieniem spostrzegał kobietę żywą, hałaśliwą i płochą. I tak bywa.
Ale państwu Fogg życzę wszelkiego szczęścia, chociaż z góry wiadomo, że życia rodzinnego nie da się pogodzić z tak intensywnym życiem klubowym, do jakiego dżentelmen był przyzwyczajony.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...
Zwycięzca rywalizacji rowerowej w 2019 r.

 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 44 razy
Wiek: 57
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 9390
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2020-09-18, 19:02:55   

:D Patrz, nie pamiętałem tego o panu Avadoro, rzeczywiście podobieństwo do pana Fogga jest uderzające. Jakie fantastyczne pokłady kryją się w tej najniezwyklejszej oświeceniowej powieści polskiego autora!
Aha, dokopałem się w sieci, że "agur" to podobno po baskijsku "do widzenia" :D Nie zdziwiło mnie to wcale, gdyż wiedziałem, że Jan Potocki pracował również na niwie językoznawstwa.
_________________
Z 24
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 100 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12545
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-09-18, 20:57:10   


O, na przykład. :D


Kynokephalos napisał/a:
coś mi przypomina. Teraz wiem - to opowieść jednego z głównych narratorów "Pamiętnika znalezionego w Saragossie", który tak wspomina swojego ojca
Nie ma wątpliwości, Felipe ulepiony jest z tej samej - no, powiedzmy bardzo podobnej gliny z Phileas. Rozbawił mnie opis, jak entuzjasta teatru radził sobie w dni, gdy nie był zdolny tam pójść, tak samo jak jego niewerbalna metoda wyrażania swojej aprobacji jako zadowolony widz. Sądzę, że obaj panowie szybko znaleźliby wspólny język - a może należałoby rzec: potrafiliby ze swobodą dzielić milczenie?

Co do powieści Potockiego to przyznam, że nie miałem pojęcia, iż jest napisana tak przystępną prozą. Jestem wręcz oczarowany przytoczonym przez Ciebie tekstem! Szczególnie formą, bo co się tyczy treści to, znając i ceniąc film Hasa, właśnie czegoś takiego oczekiwałem.
W tym miejscu wspomnę również, że Louis Bunuel, ogólnie uważany za jednego z najważniejszych reżyserów wszech czasów, ten właśnie film oglądał częściej niż jakikolwiek inny, z czego polski reżyser mógł naprawdę być dumny.


Kynokephalos napisał/a:
Mam nadzieję, mam nadzieję. Nie zawsze kończy się tak dobrze. W przypadku pana de Avadoro, na przykład, małżeństwo w które dał się wplątać spowodowało jego śmierć, gdyż zakłóciło zwykły tryb, według jakiego przepędzał żywot. Nie wspominając już o tym, że wkrótce po ślubie na próżno szukał w swojej małżonce tej cichej i potulnej dziewczyny, która całowała go w rękę z uczuciem tak głębokiej pokory. Zamiast tego z nieopisanym zdziwieniem spostrzegał kobietę żywą, hałaśliwą i płochą.
Znam te bóle - nie, nie z własnego doświadczenia, chwała Bogu, ale z literatury, na przykład z powieści Kornela Makuszyńskiego “Perły i Wieprze” - https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=409689&highlight=kornel+makuszy%F1ski#409689
Wszystkim zainteresowanym tematem - a szczególnie tym noszącym się z zamiarem poślubienia podobnego anioła, wcielenia dobra i niewinności, polecam ją z naciskiem. Pozwolę sobie zacytować z mojej własnej recenzji: “W trzeciej i ostatniej części książki wreszcie widzimy Chrząszcza, jak się żeni i jesteśmy świadkami fatalnych tego kroku następstw.” Biedny Chrząszcz, nie mógł przewidzieć, co go oczekuje. Widać nigdy nie czytał “Pamiętnika znalezionego w Saragossie”. Chwileczkę - ja także nie! Trzeba będzie temu jak najszybciej zaradzić. ;-)

Co się zaś tyczy pani Audy - tu musimy zaufać autorowi, który dał nam do zrozumienia, że wszystko dobrze się ułożyło. Bo choć córka bogatego kupca z Bombaju i żona maharadży z Bundelkundu na pewno była do pewnego stopnia rozpieszczona i być może przyzwyczajona do znacznie większego luksusu, niż mógł go jej zaoferować Phileas, to jednak jej zachowanie w pełnej trudu i dyskomfortu drodze z Indii do Londynu świadczy o jej nieskazitelnym i szlachetnym charakterze.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 0,29 sekundy. Zapytań do SQL: 13