PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Przesunięty przez: Szara Sowa
2019-07-14, 13:07
Ian Fleming
Autor Wiadomość
PawelK 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 14 razy
Dołączył: 03 Lip 2008
Posty: 7232
Wysłany: 2012-10-27, 14:32:52   

Stefanek napisał/a:
Jeśli tak zmiażdżyłeś Craiga, to co powiesz na głupkowatego Moore'a, albo na hiperserioznego Daltona? Przy nich wcale nie jest taki zły (ale dostanę od wszystkich, dla których Moore to po prostu JEST James Bond :D ). Bond Connery'ego jednak w końcu to też "walimorda" - zdecydowanie częściej używa tego argumentu niż następcy (chociaż faktycznie nie da się o nim powiedzieć "tandetny" :D ).


Wygląda na to, że te wszystkie Bondy to totalna kicha. Najlepszy Bond jeszcze nie został sfilmowany - scenariusz Z. Nienacki - "Przygoda w Polsce".
_________________


to travel hopefully is a better thing than to arrive
Robert Louis Stevenson 'Virginibus Puerisque'
 
 
 
Stefanek 
Fanatyk Samochodzika


Dołączył: 22 Cze 2012
Posty: 1079
Wysłany: 2012-10-27, 14:51:55   

Generalnie nie sposób się PawleK nie zgodzić! :D Bondy to nie jest kino oscarowe. Jak każdy zresztą film sensacyjno - efekciarski. W latach 60-tych odróżniały się od tła ogromniastymi budżetami i niesamowitym jak na tamte czasy rozmachem. Teraz już takiego wrażenia nie robią. Niedawno znacznie lepiej ubawiłem się na "Niezniszczalnych 2". Tyle, że Bondy to legenda - tak jak Godzilla... albo Pan Samochodzik. Nowego widza raczej nie zdobędą, a starzy (tak, jak ja) obejrzą z sentymentu.
Ostatnio zmieniony przez Czesio1 2012-11-02, 19:56, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Stefanmalek 
Fanatyk Samochodzika



Dołączył: 14 Lis 2009
Posty: 1893
Wysłany: 2012-10-27, 15:19:33   

Stefanek napisał/a:
Nowego widza raczej nie zdobędą



Zdecydowanie się nie zgodzę. Nowe otwarcie Bonda napędziło znaczne ilości nowych widzów. CR nie stało się najbardziej dochodowym Bondem (nawet po ujęciu inflacji) od początku sagi. Nie wydaje mi się, żeby było to oparte na "starych widzach" oglądających z sentymentu. Stosując gdybologię domniemaną strzelam, iż znacznie więcej niż miałby kolejny Bond z Brosnanem.
_________________


Medycyna zna różne przypadki...
 
 
Stefanek 
Fanatyk Samochodzika


Dołączył: 22 Cze 2012
Posty: 1079
Wysłany: 2012-10-27, 15:42:21   

"Starzy - nowi" To oczywiście wszystko kwestia pewnej konwencji. Przecież ci, którzy oglądali w kinach premierę "Dr. No" już w większości nie żyją. Mój pierwszy kinowy Bond to "Goldeneye" - wtedy też przecież "nowe otwarcie". To jest immanenta cecha tej serii, że mniej więcej co dekadę dochodzi do "nowego otwarcia", które ma przecież na celu ściągnięcie do kina nowego pokolenia widzów. Mówiąc o "starych", miałem na myśli fanów Bonda, wytrwale śledzących jego przygody od początku, traktujących cały cykl jako jednorodną całość. A ilu wśród "nowych" jest jednorazowych widzów, którzy poszli na ten film skuszeni kampanią promocyjną - a tak naprawdę zjawisko kulturowe zwane "Bond, James Bond" w gruncie rzeczy mało ich interesuje? Poza tym jest to w końcu porządny film sensacyjny - choć bardziej w stylu "Die Hard" niż "Diamonds Are Forever" - dlaczego ma na siebie nie zarobić?
Ostatnio zmieniony przez Czesio1 2012-11-02, 19:19, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Robin 
Fanatyk Samochodzika



Pomógł: 1 raz
Dołączył: 09 Mar 2009
Posty: 2750
Skąd: Mazury
Wysłany: 2012-10-27, 20:08:23   

Stefanek napisał/a:
Jeśli tak zmiażdżyłeś Craiga, to co powiesz na głupkowatego Moore'a, albo na hiperserioznego Daltona?


Hmm, moja przygoda z Bondem zaczęła się właśnie od filmów z Moore`m, więc mam do niego nieco sentymentalny stosunek i jego “głupkowatość” mnie specjalnie nie przerażała. Dla mie kanon to Connery, Moore i Dalton. Reszta to mniej lub więcej udane podróbki. Connery był Bondem a Craig Bonda gra. To jest zasadnicza różnica. Connery owszem walimordą również był, ale robił to z sobie właściwą pasją, miał specyficzny, trudny do podrobienia styl. Craig robi wszystko mechanicznie, jego twarz to maska, na której jedynie od czasu do czasu pojawi sie jakiś ordynarny uśmieszek napuszonego snoba. Poza tym pustka. Craig w przeciwieństwie do Connery`ego nie bije, on się znęca… When worlds collide, and days are dark… Face it all together, at skyfall.
BTW duży plus tego filmu to jego opening song.

PawelK napisał/a:
Wygląda na to, że te wszystkie Bondy to totalna kicha.


Nie przesadzajmy, najlepsze Bondy to era Connery`ego.

Stefanmalek napisał/a:
Lepiej obejrzyj jedynego prawdziwego samochodzika "Praskie Tajemnice". Przynajmniej otrzymasz wartościowy produkt.


Really? I´m shaked! Not stirred... ;-)
_________________
Ostatnio zmieniony przez Robin 2012-10-27, 20:26, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Iwmali
[Usunięty]

Wysłany: 2012-10-27, 20:11:37   

Moim Panowie dzisiaj poszli na Bonda, ciekawa jest ich opinii, wszak dzieli ich jedno pokolenie. :D
 
 
Stefanek 
Fanatyk Samochodzika


Dołączył: 22 Cze 2012
Posty: 1079
Wysłany: 2012-10-27, 20:36:41   

Robin napisał/a:

Connery był Bondem a Craig Bonda gra.


Celna uwaga :564:
Connery i Moore to rzeczywiście klasyka. Oni są Bondami! Niczego nie udają - choć każdy na swój sposób. Ja też zaczynałem od filmów z Moorem, więc przyjmuję to naturalnie, ale wyobrażam sobie, że dla fanów Bonda - Connery'ego pierwszy film z Moorem to musiał być szok :D U mnie w pierwszej trójce łapie się jeszcze Brosnan. Znałem go z podrzędnego serialiku o detektywie Remingtonie Steelu, więc kiedy dowiedziałem się, że ma grać Bonda... OMG, it couldn't be true! Ale według mnie się sprawdził. Był całkiem niezłym Bondem, mimo że nie wszystkie filmy z nim były dobre. Był - przynajmniej dla mnie - bardzo "angolski". Nie tak, jak Moore, ale zdecydowanie bardziej niż cokolwiek amerykański (choć ze szkockim akcentem :D ) Connery.
Filmy z Craigiem to niestety na razie równia pochyła :/
Ostatnio zmieniony przez Czesio1 2012-11-02, 19:12, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Stefanmalek 
Fanatyk Samochodzika



Dołączył: 14 Lis 2009
Posty: 1893
Wysłany: 2012-10-27, 21:44:25   

Cytat:
Connery i Moore to rzeczywiście klasyka.



Moore to klasyka dowcipu. A że z Bondem ma mniej wspólnego niż Lazenby czy Dalton, to inna sprawa. Nie oceniając filmów a postacie Bonda, to najlepsi i zarazem najbliżej oryginału są:
1. Connery - wiadomo
2. Craig - na minus tylko wygląd zewnętrzny, ale i to nie do końca.
3. Dalton - słabe filmy mu się trafiły
4. Lazenby - miał wybitnego pecha, był panem nikt jak zaczynał a wszyscy przyzwyczaili się do poprzednika. Dodatkowo trafił też chyba na najsłabszą powieść Fleminga - ale zagrał jak sklonowany z książki
5. Brosnan - klasyczne filmy lat 90. Niby kontynuacja Bonda lat 70 ale przy podobnym poziome fabuły jest więcej akcji.
6. Moore - trafiły się mu lepsze i słabsze historie, ale jakoś najsłabiej wytrzymują próbę czasu.


Paradoksem jest, że jednocześnie aktorsko przoduje Moore przed Connerym, Brosnanem i Craigiem. Innych niestety widziałem w zbyt małej liczbie filmów.
_________________


Medycyna zna różne przypadki...
 
 
Stefanek 
Fanatyk Samochodzika


Dołączył: 22 Cze 2012
Posty: 1079
Wysłany: 2012-10-27, 22:06:18   

Ciekawe, ciekawe...
Ja powieści czytałem całkiem niedawno. Kilka lat temu - w epoce schyłkowego Brosnana. Być może dlatego nie traktuję książkowego Bonda jako oryginał postaci. Tym bardziej, że (co już zresztą zostało tu powiedziane) powieści i filmy to jednak utwory o odmiennym charakterze. Dla mnie oryginalny Bond to postać stworzona przez Connery'ego i gdybym miał stworzyć podobną listę (Bondów najbardziej podobnych do oryginału)... to faktycznie byłaby podobna :D
1. Connery - wzór, konspekt
2. Craig
3. Lazenby
4. Dalton
5. Brosnan
6. Moore
Z tym, że (jak pomyśleć, to wcale nie jest niekonsekwencja tylko kolejny paradoks) najbardziej podobny do oryginału wcale nie znaczy najlepszy, a najmniej podobny - najgorszy :D
Ostatnio zmieniony przez Czesio1 2012-11-02, 19:09, w całości zmieniany 4 razy  
 
 
Iwmali
[Usunięty]

Wysłany: 2012-10-27, 23:43:32   

No i wrócili, Mateusz stwierdził, że film był bombowy, bardzo mu się podobał, a mój ślubny stwierdził, że Bond jak Bond bajka dla dzieci! I komu tu wierzyć? :/
 
 
Pan Konfiturek 
Stały bywalec forum


Pomógł: 1 raz
Dołączył: 09 Kwi 2010
Posty: 301
Skąd: Gdańsk
Wysłany: 2012-10-28, 14:33:01   

Z książek przeczytałem tylko Goldfingera (nawiasem mówiąc jest to też jeden z moich ulubionych filmów w serii). Było to wiele lat temu i pamiętam tylko jakiś opis ośmiornicy czy ichniego stworzenia, które zepsuło mi fabułę i zniechęciło do czytania kolejnych powieści....

Co do filmów... Dla mnie Bondy były zawsze odrębnym gatunkiem. Tradycyjna akcja - czyli ratowanie świata przed katastrofą z rąk jakiegoś szaleńca (w późniejszych częściach rolę tą przejęli "źli Rosjanie"). Trochę akcji, trochę szowinizmu przemieszanego z płytkim humorem. Zawsze wiedziałem, czego oczekiwać. Sytuacja zmieniła się w końcowych filmach z Moorem (postać "Szczęki" i jego perypetii miłosnych, cała fabuła Moonrakera...). Filmy z Daltonem poszły w kierunku zwykłego kina akcji (np. przeciwnikiem handlarz narkotyków a cała fabuła oparta na motywie zemsty). Potem ffilmowy Bond zwyczajnie się zamerykanizował (filmy z Brosnanem i Craigiem). Obecne bondowskie filmy nie wyróżniają się (jak dla mnie) spośród setek innych sensacyjnych produkcji. Nie czekam już na te nowe wypusty. To już wolę obejrzeć trylogię Bourne'a... Ale czasem z sentymentem zapuszczam Golfingera, Thunderballa, Pozdrowienia z Moskwy czy też nawet Octopussy...

Na koniec przydługiego wywodu, jako ciekawostkę, zapodam informację, że postać Fleminga wplótł w akcję swojej książki James Follett (chodzi o powieść "U700"). Podobało mi się zdanie końcowe w tej książce. Leciało mniej więcej tak: "Ian Fleming zmarł w 1964 roku jako jedyna ofiara Jamesa Bonda" :)
_________________

"Dorośli bardzo rzadko przeżywają takie przygody jak Pan Samochodzik. Nie mają na to czasu."
 
 
Stefanek 
Fanatyk Samochodzika


Dołączył: 22 Cze 2012
Posty: 1079
Wysłany: 2012-10-28, 15:12:38   

Pan Konfiturek napisał/a:

Zawsze wiedziałem, czego oczekiwać.


Otóż to. W latach 60-tych bondy odróżniały sie od przeciętnych filmów akcji budżetem i rozmachem realizacyjnym. Od czasów różnych "Szklanych pułapek", czy innych "Missionów Impossibów" tej różnicy już nie ma. Siłą bondów - według mnie - może być tylko przywiązanie do tradycji. Swoisty fundamentalizm. I tego zdecydowanie zabrakło mi w "Skyfall" (bo nie liczę na siłę upychanych cytatów i innych tzw. "nawiązań"). Powtórzę swoją opinię. Do połowy jeszcze ujdzie, ale od połowy to jakieś "Die Hard 8.5". Bruce Willis byłby idealny. Zastanawiam się tylko, czy ostatnia minuta filmu, kiedy wreszcie poczułem się jak u siebie w domu :) to tylko łabędzi śpiew i jeszcze jedno "nawiązanie", czy może zapowiedź faktycznego powrotu do korzeni?
Ale kolejnego i tak obejrzę. Taki los kolekcjonera :)
Ostatnio zmieniony przez Czesio1 2012-11-02, 19:08, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 96 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12028
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-09-22, 01:39:46   

Recenzja, którą pierwotnie wstawiłem tu:
https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=319882#319882


Ian Fleming - Casino Royale



Książka jest z roku 1953 i występuje w niej po raz pierwszy James Bond. Nigdy jeszcze nie czytałem Fleminga, więc byłem ciekaw, do jakiego stopnia książki przypominają filmy itd. Powiem od razu, że jest świetna! Fleming umie pisać, styl jego przypomina trochę Hemingwaya - krótkie, rytmiczne zdania, skłonność do przytaczania różnego rodzaju faktów, jednak jego paleta słów jest znacznie bogatsza.

James Bond różni się istotnie od swojej filmowej wersji, jest człowiekiem zimnym, niemal cynicznym, bez dostrzegalnego poczucia humoru. Jego doświadczenia wojenne grają w tym chyba zasadniczą rolę, o czym w filmie np. nie ma już mowy. Jest jednak nadal zdolny do uczuć - pod koniec książki traci niemal głową dla swojej partnerki Vespery -, ale ostatnie, genialne zdanie zdradza wymownie jego prawdziwy charakter. ;-)
Notabene: wygląda jak aktor i muzyk Hoagy Carmichael, Fleming podkreśla to kilkakrotnie.



Zaskoczyło mnie, że książka składa się właściwie tylko z 3 wielkich scen, i że wszystkie odgrywają się w Royale-les-Eaux. To z podróżowaniem po całym świecie w służbie kraju i Jej Królewskiej Mości pojawiło się widać dopiero w późniejszych częściach serii.

Zadaniem Jamesa Bonda w Casino Royale jest rozpracowanie faceta zwącego się Le Chiffre i będącego oczywiście agentem ZSRR-u. Le Chiffre jest jednak również szefem związków zawodowych we Francji. Przetrwonił kupę forsy i jego ostatnią szansą na uniknięcie skandalu jest wielka wygrana w kasynie. 007 - z pomocą Francuzów (Mathis), Amerykanów (Felix Leiter) oraz koleżanki z rodzimego wywiadu (Vesper Lynd) ma temu zapobiec - po prostu ma go ograć. Preludium prowadzące do pierwszej wielkiej sceny i malujące ciekawy świat tajnych służb na przełomie lat 40-tych i 50-tych jest już świetne, ale dopiero scena opisująca duel pomiędzy Bondem a Le Chiffre przy stole bakaratowym pokazuje, jak wysokiego kalibru pisarzem Fleming jest. Szczegółowo, a jednocześnie niezwykle ciekawie rozwodzi się o regułach gry, zwiększając następnie stopniowo napięcie opisując równie szczegółowo przebieg właściwego pojedynku równorzędnych graczy. Ta tylko scena ciągnie się przez kilka rozdziałów i jestem pewien, że co się tyczy pasji hazardowych należy do wiekopomnych scen literackich tego rodzaju. Dalsze wydarzenia, choć dramatycznością przewyższają scenę bakaratową, są już mniej oryginalne, szczególnie zakończenie książki… - ale nie zdradzajmy za dużo. ;-)

W pamięci pozostaną rozgrywka w kasynie oraz styl pisarski Fleminga, rzeczowy, chłodny, beznamiętny, a mimo to porywający.

PS. W książce Vesper oznajmia Jamesowie, że wśród członków wywiadu prestiż agentów 00 równa tym supergwiazdorów, na co Bond odpowieada: “It’s not difficult to get a Double O number if you’re prepared to kill people,’ he said. ‘That’s all the meaning it has. It’s nothing to be particularly proud of.” Więc to takie buty... :zdziw:
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 96 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12028
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-09-22, 01:59:18   

Ian Fleming - “Żyj i pozwól umrzeć” (“Live and Let Die”), 1954 r.



— Ta sprawa jeszcze nie dojrzała. Zanim dojrzeje, my trzymamy się wobec Byka zasady: żyj i daj żyć.
Bond spojrzał z ukosa na kapitana Dextera.
— W moim fachu - rzekł - kiedy trafiam na ten rodzaj faceta, mam inną zasadę: żyj i daj umrzeć.



W drugiej części cyklu o Jamesie Bondzie mamy trzy główne miejsca akcji, Nowy Jork, St Petersburg na Florydzie i Jamajkę, cztery, jeśli doliczyć Londyn, gdzie M przydziela 007 nowe zadanie. Tym razem chodzi o szmugiel złota (w filmie: heroiny) wydobytego prawdopodobnie z jakiejś pirackiej kryjówki znajdującej się na południowym wybrzeżu USA. Problem czysto amerykański, mogłoby się wydawać, jednak M podejrzewa, że złoto w rzeczywistość pochodzi z Jamajki, byłej kolonii brytyjskiej. MI5 i CIA pracują więc ramię w ramię, kolegą Bonda jest ponownie Felix Leiter, agent znany nam już z “Casino Royale”.
Podejrzanym o szmugiel jest Murzyn Mister Big (w polskim przekładzie Byk :diabelek: ), “król” Harlemu. Posiada on jacht “Secatur”, który podejrzanie często kursuje pomiędzy Jamajką a Florydą. James i Felix postanawiają udać się do Harlemu i rozejrzeć się w nocnych klubach Byka. Zostają uprowadzeni i poddani przesłuchom; tu do akcji wkracza obdarzona nadprzyrodzonymi zdolnościami piękna Solitaire. Agentom udaje wyrwać się z rąk gangstera, przy czym Bond zabija kilku jego asystentów.
Byk zarządza likwidację Bonda, tym bardziej, że “Limey” (“Angol” po amerykańsku) wziął "pod swoją opiekę” Solitaire. Wiedząc, że parka podąża pociągiem na Florydę, Byk wysyła swoich ludzi, by ich zlikwidować. Dochodzi do zamachu na pociąg, jednak James, jak zawsze o jeden krok do przodu, wychodzi i tym razem obronną ręką z opresji i po dalszych perypetiach dociera na Jamajkę, gdzie szykuje się wielki finał.

Książką jestem zachwycony niemal bez zastrzeżeń. Napisana jest po prostu doskonale. Fleming był nie tylko utalentowanym autorem, ale i niewątpliwie nieprzeciętnie inteligentnym człowiekiem, dowody tego można znaleźć co krok. Wszystko, co pisze, wydaje się być ważne, wspierać akcję, nie dostrzegłem żadnych większych zboczeń z tego kursu. Jednocześnie unika wszelkich generalizacji, akuratność jest mu bardzo ważna. Solitaire nie używa po prostu perfumów lecz “Vent Vert” firmy Balmain, Bond spożywa swój posiłek nie w jakiejś anonimowej jadalni lecz ‘Gloryfried Ham-N-Eggs’ na Lexington Avenue; dowiadujemy się nawet, jakie jest motto tego lokalu: “Jajka Które Podamy Wam Jutro Jeszcze Nie ZOSTAŁY ZNIESIONE”; ekspertyza złotych monet jest dziełem firmy Spinks (bardzo znanej w Anglii), pelikan łowi ryby “lecąc przeważnie pod słońce, aby jego wielki cień ich nie płoszył”. Uwielbiam tego rodzaju szczegóły, wynotowałem ich około pół strony.

Dodatkowo co chwila pojawiają się ciekawie bonmoty typu “Zaczynasz umierać w momencie, kiedy się rodzisz. Odtąd już całe życie to przekładanie talii ze śmiercią”, “try any tricks and we’ll let the fresh air into you” - lub, w polskim, kiepskim przekładzie: "jedna sztuczka z twojej strony i zrobimy ci parę dziurek”. :/

Inna rzecz, którą mi wielce zaimponował, to gwara Murzynów, którą przekazał czytelnikowi w pisowni fonetycznej. Wszystko to niestety w polskim przekładzie, co najmniej tym, który miałem do dyspozycji, zostało zignorowane. “Yassuh, Boss” - “Yes Sir, Boss” (”Tak jest, szefie”), “Giddap” - “Get up” (“Wstawaj”), i wreszcie, wyborne! “Da guy ain’t got no sensayuma” - “The guy ain’t got no sens of humor” (“Ten facio nie zna się na żartach”).

I jeszcze kilka słów krytyki. Mr Big jest niewiarygodny, Murzyn, przestępca, dobrze, ale po licho i sowiecki agent? No i ten polski przekład: Mr Big - pan Byk! Oh come on… Fleming chciał najwyraźniej napisać książkę na miarę dla amerykańskiego rynku, i jak na mój smak, trochę z tym przeholował. Z drugiej strony próbuje jak najczęściej nawiązywać do poprzedniej książki, co prowadzi do takich niedorzeczności jak Byk będący członkiem sowieckiego SMIERSZ-u. I w końcu pomysły jak ośmiornica atakująca Bonda w wodzie - tandetne, zbędne. Kilka marginalnych potknięć jak te nie jest jednak w stanie zburzyć doskonałego obrazu, jaki pozostawia “Żyj i pozwól umrzeć”.

Na koniec cytat z filmu, który w książce się nie pojawia:

James Bond: — You see, sir. By pulling out this button, it turns the watch into a hyper-intensified magnetic field. Powerful enough to even deflect the path of a bullet - at long range, or so Q claims...
M: — I feel very tempted to test that theory right now!
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 96 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 12028
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2020-01-10, 23:40:10   

Ian Fleming - “Moonraker” (1955)



Nie oczekiwałem zbyt wiele po trzeciej powieści o agenci 007. Odniosłem wrażenie, że fani Bonda w internecie mniej o niej piszą niż o innych tytułach, film zbyt pozytywnego wrażenia na mnie też nie zrobił. Tym milej byłem zaskoczony, jak dobra książka ostatecznie się okazała. Po raz ponowny muszę pochwalić, i to z naciskiem, styl Fleminga. Umie facet pisać, nie ma co gadać. Mój podziw wzbudziła szczególnie jego umiejętność wzbogacania tekstu interesującymi faktami, których weryfikacja w erze przed-internetowej dla uważnego czytelnika musiała być niemałym wyzwaniem.

“He recalled a pre-war establishment in Paris where the girls were dressed with the same exciting severity. Until they turned round and showed their backs.
He smiled to himself. The Marthe Richards law had changed all that.”


Czy ktoś słyszał już kiedyś o Marcie Richards? Bardzo ciekawa afera. Albo o profesorze Bhose?

“‘There’s an Indian called Professor Bhose, who’s written a treatise on the nervous system of flowers. He measured their reaction to pain. He even recorded the scream of a rose being picked. It must be one of the most heart-rending sounds in the world.”

Akcja powieści odgrywa się kompletnie na terenie Wielkiej Brytanii, co jest nowum. Są dwa główne miejsca akcji: ekskluzywny klub “Blades”, gdzie gentlemeni o nienagannej reputacji i głębokich kieszeniach grywają w karty o bardzo wysokie stawki, i fabryka, gdzie powstaje “Moonraker”. M jest członkiem "Blades", w przeciwieństwie do Bonda, którego na to po prostu nie stać. Czy wiecie, ile Bond tak właściwie zarabiał? W tej części serii autor postanowił nam to wyjawić:

“He earned £1,500 a year, the salary of a Principal Officer in the Civil Service, and he had a thousand a year free of tax of his own. When he was on a job he could spend as much as he liked, so for the other months of the year he could live very well on his £2,000 a year net.”

Dowiadujemy się również, że Bond jest człowiekiem raczej rozrzutnym - mieszkanie przy King’s Road, gosposia i 4.5 litrowy Bentley coupé rocznik 1930; ani myśli oszczędzać, gdyż

“it was his ambition to have as little as possible in his banking account when he was killed.”

Okazji, by dać się zabić Bond ma i tym razem wiele. Jego oponentem jest Sir Hugo Drax, Anglik, milioner i filantrop, który, zdobywszy sobie swoją szczodrością sympatie całego narodu buduje obecnie na własny koszt rakietę, która ma zapewnić kraju bezpieczeństwo przed agresorami jak Związek Radziecki. M, który regularnie spotyka się z Draxem w “Blades”, zaprasza tam Bonda na partyjkę kart. Potrzebuje drugą opinię, jako że wydaje mu się , iż Drax, multimilioner, dobroczyńca i idol narodu… oszukuje w karty. Jak się można domyślić, dochodzi do dramatycznego pojedynku przy stole karcianym między nim a Bondem. Fleming już raz, w swoim debiucie “Casino Royale”, stworzył podobną scenę, z tą różnicą, że tam grą był bakarat, tym razem zaś brydż. Obie napisane są po mistrzowsku.

Jakikolwiek przebieg wziął ten wieczór - nie chcę za dużo zdradzać -, ani Bond, ani Drax nie mogli oczekiwać, że wnet spotkają się ponownie: Ministerstwo Obrony mianuje Bonda szefem sztabu bezpieczeństwa fabryki budującej “Moonarakera” - fabryki, której właścicielem jest oczywiście Drax.


Doskonała lektura, umiejętnie skonstruowana fabuła. Bzdury typu Bond w kosmosie, które widzieliśmy w filmie, w książce się nie pojawiają, “Moonraker” jest po prostu rakietą, nowoczesną bronią i niczym więcej. W powieści pojawia się również Gala Brand, agentka jak Bond, postać bardzo interesująco nakreślona, idealna towarzyszka w niezwykle dramatycznych sytuacjach - jak np., gdy białe klify Dover walą się na nich leżących na plaży, by wspomnieć tylko jedną.

Ian Fleming udało się więc po raz kolejny stworzyć książkę wielowarstwową, o szybkiej akcji, dobrym timingu, seksapilu i naszpikowaną przeróżnymi ciekawostkami. Zakończenie - ujawnienie prawdziwego złoczyńcy i jego motywów - jest prawdopodobnie nieco naciągane, ale w filmach z Bonden nie takie rzeczy się widywało, więc nazwałbym je okej. Książka, w porównaniu z dwoma poprzednimi, wydaje mi się najlepsza.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 0,67 sekundy. Zapytań do SQL: 16