PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Biografie, autobiografie
Autor Wiadomość
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-07-26, 09:53:42   Biografie, autobiografie

Neil Young - Waging Heavy Peace (2012)



Everybody has an expectation of what I should do. There comes a time when these things start to get in one’s way. Expectations can block the light. They can shadow the future, making it more difficult to be free-flowing and creative.

Autobiografia Neila Younga “Waging Heavy Peace” - polski tytuł “Marzenie Hippisa” - ukazała się w 2012 roku. Muzyk miał wtedy 67 lat, więc można śmiało rzec większość swego życia za sobą. Szkoda, że nie napisał jej wcześniej, bo były czasy, gdy zaliczałem się do jego wiernych fanów, ćwicząc na gitarze utwory jak “Old Man” lub “Tell Me Why” i chodząc na jego koncerty. Potem jednak straciłem go trochę z oczu, a o jego autobiografii dowiedziałem się jak widać też ze znacznym opóźnieniem. Niemniej, przeczytałem ją i to z nie małą przyjemność. Rzetelna i uczciwa autobiografia człowieka inteligentnego i dojrzałego, przy czym wyczuwalne jest od razu, że potrafi doskonale formułować swoje myśli, jak przystało na syna znanego kanadyjskiego pisarza i autora niezliczonych tekstów muzycznych.

Wiedziałem już co nieco o jego ścieżce życiowej: grywał w różnych zespołach w Kanadzie, gdzie spotkał i zaprzyjaźnił się ze Stephenem Stillsem. Gdy kolejny jego zespół, The Squires, mu się rozpadł, ruszył swoim Buickem Roadmasterem “hearsem” do Los Angeles, gdzie Stills w tym czasie przebywał. Nie miał jednak jego adresu i po kilkudniowych bezowocnych poszukiwaniach postanowił opuścić miasto i jechał już nawet w kierunku autostrady, gdy nagle Stills jadąc w przeciwnym kierunku rozpoznał go, a raczej jego samochód pogrzebowy (dlatego “hearse”), zatrzymał się i młodzieńcy powitali się serdecznie blokując swoimi samochodami całą jezdnię. Co było dalej każdy fan wie: Buffalo Springfield



Crosby, Stills, Nash & Young, Woodstock, Crazy Horse.

Książka potwierdza tę piękną legendę, autor wspomina jednak także o czymś, o czym nie miałem pojęcia: jeszcze zanim osiągnął L.A, w Albuquerque, doznał napadu padaczkowego, pierwszego z wielu. O jego kłopotach zdrowotnych dowiedziałem się już bardzo wcześnie, o tym, że nazywano go “primadonną rocka” itp., ale dopiero teraz poznałem szczegóły. Obok epilepsii muzyk przeszedł w młodym wieku chorobę Heinego-Mediny, później operację kręgosłupa i mózgu. Wszystkie jego dzieci cierpią na jakieś upośledzenie.

https://img.huffingtonpost.com/asset/5cd648302500003300a54a97.jpeg?ops=scalefit_630_noupscale

Neil pisze o nich bez przerwy, z taką miłością i ojcowską dumą, że naprawdę chwyta to człowieka za serce. Z podobną czułością wyraża się zresztą o większości ludzi, z którymi zawodowo jak prywatnie miał w życiu do czynienia, nie wstydząc się określeń jak “he was my best friend”, “he is my brother”, “she was my guardian angel”. Ogólnie można rzec, że o swoich bliźnich pisze znacznie więcej niż o sobie i że czyni to prawie zawsze z największym wyobrażalnym szacunkiem.

Książka zawiera oczywiście również wszystkie te informacje, których prawdziwy fan po niej oczekuje, czyli jak doszło do rozpadu Buffalo Springfield, dlaczego jego pierwsza solowa płyta wyszła mu tak słabo, kim była Cinnamon Girl itd. By się jednak wszystkiego tego dowiedzieć należy przeczytać autobiografię od początku do końca, gdyż Neil nie opowiada chronologicznie, skacze w czasie wprzód i wstecz, teraźniejszości poświęcając tyle samo miejsca, jeśli nie więcej, co swojej chwalebnej przeszłości. Filozofuje dużo o życiu, przyznaje się do błędów, które popełnił, a z wdzięczność wspomina wszystko to, co mu los podarował.

Pisze o ludziach, którzy żyli ja hippisi, mimo że byli nadziani, o swoim spotkaniu z Charlesem Mansonem, który na jego gitarze zagrał mu kilka własnych utworów, i o samochodach, bardzo, bardzo dużo miejsca poświęca oldtimerom, które są jego wielką pasją.

Przytoczę kilka cytatów, w większości po angielsku, bo nie chce mi się tego tłumaczyć. Książkę mogę gorąco polecić, wszystkim fanom Neila oczywiście, ale i tym, którzy interesują się dziećmi-kwiatami, ich muzyką i epoką.

Songs are like rabbits and they like to come out of their holes when you’re not looking.
(Utwory są jak króliki, wychodzą ze swoich norek tylko wtedy, gdy się nie patrzy.)

I never had to try to write. I learned to be ready to write when an idea came into my head, whether it was in school or wherever. I learned to drop everything else and pay attention to the song I was hearing. The more I did that, the more songs I heard.

There is no such thing as spell-check for life, though.

I am so grateful that I still have Crazy Horse, knock on wood. You see, they are my window to the cosmic world where the muse lives and breathes. I can find myself there and go to the special area of my soul where those songs graze like buffalo. The herd is still there, and the plains are endless.


O technice nagrywania w tamtych czasach, szybko, tanio, spontanicznie, pisze - i tego NA PEWNO nie przetłumaczę, bo Szara Sowa by chyba oszalał:
In those days everybody knew they had to go in, get their dick hard at the same time and deliver. And three hours later they walked out the fuckin’ door with a record in their pocket, man.

The more you think, the more you stink.

Be great or be gone.
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-10-06, 10:49:30   

Mark Owen - “Niełatwy dzień” (“No Easy Day”, 2013 r.)



Książka jest częściową autobiografią członka służb specjalnych United States Navy SEALs. Autor opisuje w niej swoją karierę wojskową, której uwieńczeniem była operacja Trójząb Neptun prowadząca do śmierci Osamy bin Ladena.

Choć ten rodzaj literatury to zupełnie nie moja bajka tę książkę naprawdę cenię i to do tego stopnia, że właśnie przeczytałem ją po raz drugi. Mark Owen i jego współautor stworzyli bardzo mądre, analityczne dzieło o działalności tej elitarnej jednostki specjalnej, od egzaminów wstępnych poprzez trening aż do pojedynczych misji. Owen brał np. również udział w operacji uwolnienia z rąk somalijskich piratów kapitana Phillipsa.

O tych dwóch operacjach pisały oczywiście gazety, ale o setkach innych nikt nigdy nic nie słyszał, bo też i dowództwo stara się oczywiście unikać wszelkiego rozgłosu. Dobrze jest jednak wiedzieć, uważam, co się dzieje za kulisami światowej polityki i jak to narzędzie, ów środek egzekucyjny o charakterze ultima ratio przy pomocy którego Stany Zjednoczone wymierzają “sprawiedliwość” działa. I właśnie te szczegóły tak mnie fascynują. Nie przypuszczałem, że DEVGRU - tak się ta jednostka nazywa - prawie zawsze operuje nocą, dysponuje swoją własną flotą helikopterów i samolotów transportowych. Jak efektywny jest nowoczesny tłumik (bardzo efektywny!) albo noktowizory, dlaczego w filmach komandosi noszą często brody i długie włosy, na wszystkie te pytania zainteresowany czytelnik otrzymuje obszerne i nierzadko bardzo zaskakujące odpowiedzi.

https://static.businessinsider.com/image/555c88236bb3f7c27d798017/image.jpg

W przeciwieństwie do innych książek tego typu Mark Owen powraca również bardzo często do kwestii moralnej tych misji, w których oczywiście prawie zawsze giną ludzie. Jego rozważania przy tym nie wydają się być jedynie czymś w rodzaju listka figowego z cynicznej kalkulacji dorzuconego do tekstu książki; odniosłem wrażenie że autor zagadnieniom winy i obowiązku naprawdę poświęcił dużo myśli. Odpowiednio książka bardzo była chwalona również przez poważne gazety jak "Los Angeles Times" lub "New York Times”. Gorąco polecam.
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-10-25, 23:31:54   

James D. Watson - “Podwójna helisa” 1968 r.



15 kwietnia 1953 roku w czasopiśmie naukowym “Nature” ukazał się artykuł Jamesa D. Watsona i Francisa Cricka pod tytułem “Molecular Structure of Nucleic Acids: A Structure for Deoxyribose Nucleic Acid” w którym ogłosili, że rozwiązali zagadkę replikacji genów.



Za swoje osiągnięcie otrzymali w 1962 Nagrodę Nobla. W 1968 roku Jim Watson w książce “The Double Helix” opisał, jak dokładnie doszło do epokowego odkrycia. Okazało się, że Watson nie tylko jest genialnym biochemikiem, ale i niezwykle zdolnym pisarzem. Książka stała się bestsellerem i pojawia się na wszystkich top 10 listach literatury non fiction. Nie dziwię się, najlepsza książka popularnonaukowa, jaką czytałem od lat. Jest jak kryminał, komedia i powieść historyczna w jednym. Spróbuję to uzasadnić ale nie będzie to łatwe, gdyż naszpikowana jest oczywiście fachowymi terminami, bez których nie robi sensu. Mimo to, spróbuję.

Watson był skromnym obserwatorem ptaków ze Środkowego Zachodu, który robiąc swój PhD pod wpływem swojego promotora naukowego przerzucił się na biochemię. Mając lat 22 świeżo upieczony doktor z dwuletnim stypendium badawczym w kabzi wyrusza do Europy, gdzie w Cavendish Laboratory w Cambridge trafia na Francisa Cricka, angielskiego naukowca, który podobnie jak on marzy o tym, by rozgryźć zagadkę genów.

W 1950 roku w świecie naukowym panuje spór, czy “siedzibą” genów są proteiny czy też kwas deoksyrybonukleinowy - deoxyribonucleic acid -, krótko DNA. Watson i Crick faworyzują DNA, podobnie jak dwaj naukowcy z londyńskiego King’s College Maurice Wilkins i Rosalind Franklin. Podczas gdy ci starają się rozpracować molekularną strukturę DNA za pomocą badań rentgenograficznych, Watson i Crick postanawiają zastosować inną metodę: modele. Obie metody mają swoje pro’s i con's. Jako że zdjęcie rentgenowskie z natury jest dwuwymiarowe ustalenie prawdziwej trójwymiarowej struktury DNA na jego podstawie jest w dużym stopniu zgadywanką. Watson i Crick są przekonani iż wzory na zdjęciu wskazują na helisę, Franklin jest zupełnie innego zdania, Wilkins jest niezdecydowany.

Chłopcy z Cambridge konstruują swój pierwszy model przedstawiający jednołańcuchową helisę, którą dumnie prezentują zaproszonym gościom. Ci jednak jednogłośnie orzekają, że model nie może być prawidłowy, Rosalind Franklin, najbardziej zagorzała przeciwniczka teorii helisowej, nie oszczędza im szyderczych uwag. Kompromitacja jest całkowita i Jim i Francis wskutek niej zawieszają pracę nad strukturą DNA na prawie rok.
Dlaczego ten pierwszy model im nie wyszedł tego wyjaśniać tu nie będę, ale zapewniam, że jest to prawdziwy kryminał.

Gdy najsłynniejszy ówczesny biochemik i dwukrotny laureat Nagrody Nobla Linus Pauling ogłasza, że postanowił rozwiązać zagadkę genów, Watson i Crick dochodzą do wniosku, że czas powrócić do ringu. Przełomowym wydarzeniem jest spotkanie między Watsonem a Wilkinsem w Londynie, w trakcie którego Wilkins prezentuje mu najnowszego i jak na razie najlepszego rentgena DNA. Watson natychmiast dostrzega na nim charakterystyczne wzory wskazujące w kierunku helisy i to nie tylko jednej.


Maurice Wilkins, Rosalind Franklin i słynne “zdjęcie numer 51”

Podczas gdy warsztaty Cavendish robią nadgodziny sporządzając metalowe płytki reprezentujące poszczególne elementy DNA (głównie puryny adeninę i guaninę oraz pirymidyny cytozynę i tyminę), które potrzebna są do budowy modelu, Watson dokonuje kolejnego ważnego odkrycia. Czekając na “towar” z warsztatów (the Cavendish machine shop) bawi się na stole wyciętymi z bibułki zastępczymi szablonami. Nie chcą mu się ułożyć tak, jakby tego pragnął. Jeden z chemików z Cavendish, Jerry Donohue, dostrzega to, podchodzi i po chwili orzeka że jest przekonany, iż guanina i tymina nie powinna być w formie “enol”, tylko “keto”. Watson jest osłupiały. We wszystkich podręcznikach, do których zajrzał mowa zawsze jest o enolu. “Tak, wiem”, odpowiada Jerry, “to jakiś błąd który ktoś kiedyś popełnił, a wszyscy inni go przejęli”.
Watson zmienia więc szablony - i nagle wszystko układa się niczym puzzle w jedną piękną, harmoniczną całość.
Kilka dni później ze wszystkich instytutów Anglii zaczynają przybywać do Cavendish pielgrzymki, by podziwiać piękno podwójnej helisy. Każdy instynktownie czuje, że to w rzeczy samej musi być prawdziwy obraz kodu życia, gdyż, jak wyraził się John Keats? “Beauty is truth and truth beauty”. ;-)



Książka jeszcze pod innym względem jest niezwykle ciekawa. Opisuje mianowicie bardzo ujmująco środowisko naukowe krótko po II WŚ. Anglia utraciwszy swoje kolonie i zrujnowana poprzez wojnę jest krajem sparaliżowanym finansowo. Naukowcy mieszkają w mikroskopicznych klitkach bez ogrzewania, posiłki w stołówkach uniwersyteckich są nawet według angielskich standardów niestrawne (Amerykanin Watson cierpi cały czas na bóle żołądka). A jednak wszędzie panuje optymizm i dobry nastrój, naukowcy nie podróżują własnymi samochodami lub taksówkami lecz rowerem i pociągiem, ale podróżują, kontakt między King’s College a Cavendish jest bardzo żywy - Maurice Wilkins również otrzymał Nobla wraz z Watsonem i Crickiem. Rosalind Franklin wtedy już nie żyła.
Ale gdy organizowane są międzynarodowe sympozja, pieniądze jakoś zawsze się znajdują, i tak Watson, choć przecież jeszcze taki żółtodziób, co chwila podróżuje to do Paryża, to do Włoch, gdzie w luksusowym ambiente ma okazję poznać i porozmawiać z najwybitniejszymi naukowcami swoich czasów. I nikt tam nie spogląda z góry na mniej doświadczonych kolegów wiedząc, że jutro on może okazać się czarnym koniem który otrzyma bilet do Sztokholmu.
Czarujący, inspirujący świat nauki, w którym pomysłowość i duch pionierski mają się w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do wysokości funduszów badawczych.

Jak więc widzimy “Podwójna helisa” jest jakby trzema książkami w jednej: kryminałem (bo tak czyta się kronikę wydarzeń prowadzących do okrycia struktury DNA), historycznym portretem akademickiego świata wczesnych lat pięćdziesiątych oraz częściową autobiografią Jamesa Watsona, która jest przezabawna. Przytoczę tylko jeden przykład. Żona wspomnianego już Linusa Paulina Ava na przyjęciu informuje Jima, że jej syn Peter niebawem wzmocni ich team w Cavendish. Na co Jim, czy zamiast Petera nie mogłaby przysłać im Lindę, swoją słynną zarówno z urody jak inteligencji córkę? “Ależ wszyscy kochają Petera, na pewno się polubicie!” “All the same, I remained silently unconvinced that Peter would add as much to our lab as Linda.” :D

Linus Pauling z rodziną. 2 z lewej Peter, 4 Linda.

Wspaniała książka pod każdym względem!
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-10-27, 21:06:35   

Czytając dzisiaj o śmierci al-Baghdadi, który zginął w wyniku operacji amerykańskich sił specjalnych - https://www.tvp.info/4503...zginal-jak-pies - i przeczytawszy niedawno książkę “Niełatwy dzień”, którą omówiłem powyżej - https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?p=414600#414600



miałem dość dobre wyobrażenie, co dokładnie się tam w Syrii wydarzyło. :D
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-11-23, 09:46:02   

Elton John - "Me" (2019 r.)



Niedawno dopiero była okazja, by obejrzeć w kinie historię życia Eltona Johna (“Rocketman”); teraz pojawiła się jego autobiografia zatytułowana po prostu “Me”. Książka jest gruba, doskonale napisana i o ile potrafię to ocenić bardzo szczera. Nigdy jeszcze na przykład nie słyszałem o tym, że próbował kilkakrotnie popełnić samobójstwo… O narkotykach, owszem, czytałem coś, ale że był aż tak strasznym ćpunem, tego też nie wiedziałem. Snortował praktycznie od rana do nocy, dzień w dzień przez wiele, wiele lat.

W początkowych rozdziałach opowiada dużo o swoich rodzicach, którzy się nienawidzili i których ciągłe kłótnie odbiły swe piętno na nim czyniąc go nieśmiałym i niezdolnym do uporania się z konfliktami inaczej niż uciekając przed nimi - na przykład odurzając się kokainą. Że to przeżył jest takim samym cudem jak to, że będąc gejem w drugiej połowie lat siedemdziesiątych nie złapał HIV.

Wspaniałe są szczególnie te rozdziały, w których opisuje, jak poznał Berniego Taupina; chwila, w której producent Ray Williams wręczył mu kopertę z tekstami, które nieznany mu siedemnastolatek przysłał mu pocztą zadecydowała o całym dalszym życiu Eltona. Innym tego rodzaju magicznym momentem był legendarny koncert w klubie “Troubadour” w LA 25 sierpnia 1970 r. Elton za żadne skarby świata nie chciał wtedy udać się do Stanów twierdząc, że jest na to jeszcze za wcześnie. Nie miał racji, timing był perfekcyjny. Czasami artysta musi słuchać tego, co mu radzą menedżerzy.

Chłopak mieszkający u swoich rodziców w mieszkaniu komunalnym, do tego dziewica, nagle mający hit po hicie w listach przebojów, które przynoszą mu miliony i miliony, tego rodzaju sukces chyba każdemu przewróciłby w głowie. Kupuje sobie cztery domy, w tym jeden w Windsorze, gdzie wnet zaczynają go odwiedzać członkowie Royal Family jak princess Diana. Bardzo zabawna jest historia, gdy jego babcia krzątająca się w ogrodzie w gumowcach i rękawiczkach ogrodowych nagle stoi twarz w twarz z Queen Mum. Ale mu się oberwało za to, że jej nie ostrzegł!

Elton pisze ze smutkiem o swoim stosunku do rodziców, z dumą o początkach swojej kariery, z przekorą o swojej manii kolekcjonerskiej, by nie rzec nałogu kupowania, jednak na swój inny nałóg, mianowicie uzależnienie od kokainy, które na szczęście udało mu się pokonać, patrzy z wściekłością i sardonicznym samopotępieniem. Czyni to bardzo wiarygodnie udzielając czytelnikowi cennej lekcji. Ciągle powraca do tego tematu nie szczędząc sobie samokrytyki i nie usprawiedliwiając nałogu w żaden sposób.

To jednak również szybko może stać się nudne, taki duchowy ekshibicjonizm, jednak jak wspomniałem Elton okazał się zaskakująco dobrym autorem, robiącym częsty użytek z różnych trików pisarskich jak np. cliffhangerów.

“I was living in a city that had declared it was Elton John Week, I was about to play in front of 110,000 people, and there was an ITV camera crew in the process of making a documentary about me. I was twenty-eight years old and I was, for the moment, the biggest pop star in the world. I was about to play the most prestigious gigs of my career. My family and friends were there, happily sharing in my success.
And that was when I decided to try and commit suicide again.

“I was in a fantastic mood. I was cancer-free, and pain-free. The operation had been a success. The complications had been fixed. I was about to go back on tour, down to South America to play some shows with James Taylor. Everything was back to normal.
Until I nearly died.

Najbardziej jednak zaimponował mi swoim ironicznym poczuciem humoru.

“But Dick James had picked out ‘I’ve Been Loving You’ as my debut single, apparently after a long but ultimately fruitful search to find the most boring song in my catalogue.”

“I wasn’t afraid about people seeing the monstrous, unreasonable side of me. I’m perfectly aware how ridiculous my life is, and perfectly aware of what an arsehole I look like when I lose my temper over nothing – I go from nought to nuclear in seconds and then calm down just as quickly.”

“there are Benedictine monks wilder than I was as a teenager…”

“I had my appendix out, spent a couple of days in hospital on morphine, hallucinating – I’m not going to lie, I quite enjoyed that part – and…”

“I decided to move to London while the house was being emptied. At first I stayed in a hotel – the Inn On The Park, the location for the famous story about me ringing the Rocket office and demanding they do something about the wind outside that was keeping me awake. This is obviously the ideal moment to state once and for all that this story is a complete urban myth, that I was never crazy enough to ask my record company to do something about the weather; that I was simply disturbed by the wind and wanted to change rooms to somewhere quieter. Unfortunately, I can’t tell you that, because the story is completely true. :D I absolutely was crazy and deluded enough to ring the international manager of Rocket, Robert Key, and ask him to do something about the wind outside my hotel room.”

Najbardziej uśmiałem się z tego tu. Elton, który po raz pierwszy pił cały wieczór vodka martinis odkrywa rankiem, że w alkoholowym zamroczeniu zdemolował całe mieszkanie. “It was a day that should have made me think long and hard about how I was behaving. But, and you might be ahead of me here, it didn’t work out that way at all. The main impact the events in Nice had on my life was that – wait for it – I decided to drink more vodka martinis.” "Wait for it." :D

Doskonała, pasjonująca lektura nawet dla kogoś, kto jak ja nie jest aż tak wielkim fanem tego piosenkarza. Nie wiem, czy książka jest już dostępna w Polsce, ale gdy tylko się ukaże, radzę przyczytać.
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-11-24, 19:05:49   

Elton i Bernie u progu sławy.

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 0,19 sekundy. Zapytań do SQL: 10