PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Highsmith, Patricia
Autor Wiadomość
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-07-29, 00:19:07   Highsmith, Patricia

Patricia Highsmith, “Utalentowany pan Ripley” (1955 r.)



Tom Ripley jest młodym nowojorczykiem nader niezadowolony ze swego życia. Miał w nie podły start, nie posiada rodziny lub wykształcenia, pieniędzy oczywiście też nie, swojej pracy nienawidzi. Pewnego dnia jednak los się do niego uśmiecha; niejaki Herbert Greenleaf nawiązuje do niego kontakt pytając go, czy nie zechciałby udać się do Włoch, gdzie jego syn Dickie, przyjaciel Toma, od kilku lat żyje, by namówić go do powrotu do Stanów Zjednoczonych? Koszty podróży poniósłby oczywiście on, bogaty przemysłowiec.

Tom, którego w Stanach i tak nic nie trzyma, jest propozycją zachwycony. Przemilcza fakt, że zna Dickie’go tyle co wcale, tu bowiem zatroskany ojciec popełnił pomyłkę, i suto zaopatrzony w gotówkę wyrusza statkiem do Europy.

Tom Ripley jest być może młodzieńcem niezamożnym i pozbawionym towarzyskiej ogłady, posiada jednak miłą osobowość, którą szybko budził zaufanie innych. Jest człowiekiem z kulturą, zainteresowanym sztuką, muzeami itd. Innymi swoimi talentami - naśladowanie czyjegoś głosu, zachowania, a nawet pisma - błaznował dotychczas tylko na przyjęciach, wnet jednak okażą mu się one bardzo przydatne.

Dickie Greenleaf żyje ze swoją przyjaciółką Marge Sherwood w uroczej nadmorskiej wiosce Mongibello jako początkujący artysta-malarz. O pieniądze nie musi się kłopotać, ma ich pod dostatkiem, do Stanów Zjednoczonych powracać nie zamierza. Tom jest nim zachwycony, Dickie jest dokładnie tym światowym, szarmanckim człowiekiem, którym on zawsze pragnął być. Greenleafowi zaś schlebia admiracja, jaką przybysz najwyraźniej ku niemu żywi. Gdy Tom jeszcze z całą szczerością przyznaje się do prawdziwego charakteru swojej misji, obaj stają się nierozłączni.

Tom jest szczęśliwy, jak jeszcze nigdy w swoim życiu, jednak nie na długo. Pewnego wieczora Dick przyłapuje go przed lustrem przymierzając jego ciuchy. Po tym incydencie ich stosunek oziębia się, a jeszcze bardziej po wizycie w Mongibello Freddie’go Milesa, kumpla Dickie’go ze studiów, nieokrzesanego grubianina, którego natychmiastowa niechęć wobec Toma przenosi się również na Dicka. Tom czuje się nagle odtrącony, jego podziw i sympatia wobec swojego idola przekształca się w nienawiść. W żadnym wypadku nie powróci z niczym do Nowego Jorku i swojej szarej egzystencji raz liznąwszy słodkiego życia ludzi bogatych jak Dickie i Freddie! Postanawia uśmiercić młodego Greenleafa. Uczyniwszy tak, przybiera jego tożsamość, gdyż obaj młodzi panowie są do siebie nieco podobni. Mając do dyspozycji paszport i książeczkę czekową zamordowanego, podejmuje z jego konta poważne sumy pozwalające mu po raz pierwszy w życiu zakosztować prawdziwego luksusu. Wynajmuje w Rzymie mieszkanie, otacza się pięknymi, drogimi przedmiotami, podróżuje. Używając maszyny do pisania Dickie’go prowadzi ożywioną korespondencję z Marge w Mongibello i “swoimi” rodzicami w Nowym Jorku, mydląc im oczy jakimiś kłamstwami.
Wszystko idzie dobrze, aż pewnego dnia przed drzwiami jego mieszkania pojawia się Freddie Miles, który od tygodni już szuka swojego przyjaciela. Od razu czuje, że coś jest nie tak i zaczyna Toma przypierać pytaniami do ściany. Ten nie widzi innego wyjścia: by ratować własną skórę musi popełnić następne morderstwo.


“Utalentowany pan Ripley”, to, jak widzimy, thriller psychologiczny, który należy do moich ulubionych dzieł tego gatunku. Co czyni jego bohatera tak urzekającym? Między innymi to, że jest człowiekiem subtelny, romantycznym, koneserem sztuki itd. i że jego morderstwa wydają nam się konieczne, a przeto wybaczalne. Kim w porównaniu z hojnym, wielkodusznym Tomem jest taki arogancki Freddie Miles przykładowo! Nie można też inaczej jak podziwiać użytek, jaki robi ze swoich tytułowych talentów, ten żonglujący tożsamościami człowiek-kameleon, podszywający się pod jednych, manipulujący innymi. Pragniemy, by mu się powiodło, jego ofiarom zaś za bardzo nie współczujemy; Dickie, który go odtrącił, gdy mu się znudził, zasłużył na swój los, o zgniłym kapitaliście Freddiem nawet już nie wspominając.

Książka oferuje ponadto autentyczny klimat Italii lat pięćdziesiątych, gdy świat był jeszcze w porządku, gdy pocztę odbierało się w biurze American Express, a w hotelu zawsze można było znaleźć pokój. Kto więc znudzony jest kryminałami opierającymi się na schemacie “kto jest mordercą?”, niech sięgnie po tę powieść; niech uda się w lot nurkowy do najciemniejszych zakątków ludzkiej duszy i pokibicuje dla odmiany nie detektywowi, a przestępcy.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 50 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5411
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2019-07-29, 04:20:16   

John Dee napisał/a:
niech uda się w lot nurkowy do najciemniejszych zakątków ludzkiej duszy i pokibicuje dla odmiany nie detektywowi, a przestępcy

W wolnym czasie tak zrobię, żeby siebie sprawdzić. Jak zapewne wiele innych osób znam sprawę tylko ze świetnego filmu z 1999 roku. I mimo mojej dużej sympatii dla Matta Damona grany przez niego bohater nie wzbudził we mnie ani trochę sympatii, był w swoich matactwach wręcz odrażający. Możliwe, że książka kładzie akcenty inaczej i dlatego ciekawe byłoby porównanie tych perspektyw ze sobą.

Teraz dowiedziałem się, że powieść miała także wcześniejszą, współczesną sobie ekranizację: "W pełnym słońcu" z 1960 roku, z Alainem Delonem - tak że do kompletu dochodzi kolejna, być może również nieco odmienna, narracja.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...

 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-07-29, 09:24:14   

Kynokephalos napisał/a:
I mimo mojej dużej sympatii dla Matta Damona grany przez niego bohater nie wzbudził we mnie ani trochę sympatii, był w swoich matactwach wręcz odrażający. Możliwe, że książka kładzie akcenty inaczej

Ja zaś pamiętam, że Matt Damon wydawał mi się błędnie obsadzony, i dopiero z biegiem czasu byłem gotów zaakceptować go jako Toma, jakiego stworzyłem sobie w mojej wyobraźni poprzez książkę Highsmith.
Co do różnic pomiędzy książką a filmem, to Anthony Minghella zhumanizował nieco postać Ripleya. Zabójstwo Dickie’ego w filmie można uznać za czyn popełniony w afekcie, niemal za nieszczęsny wypadek. W książce wygląda to zupełnie inaczej. Freddie również jest o wiele bardziej obrzydliwy - wspaniale, jak nieodżałowany Philip Seymour Hoffman go zagrał -, jeśli więc zabójstwo da się jakoś usprawiedliwić, to w filmie można dopatrzeć się więcej okoliczności łagodzących, niż w książce.
Tam z drugiej strony psychologiczne podwaliny, przez pryzmat których czytelnik postrzega Ripleya, są bardziej kompleksowe, więc naprawdę trudno powiedzieć, w której wersji bohater jest bardziej “sympatyczny”. Chyba nie o to też chodzi.

Film jest jednym z przykładów, jak adaptacje tego rodzaju powinny wyglądać. Minghella dodał przykładowo nowe postacie, w pierwszej linii należy tu wspomnieć Meredith Logue, którą tak wspaniale zagrała Cate Blanchett, poszerzył rolę i zmienił znacznie charakter Marge Sherwood itp. Wykonał doskonały job.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 50 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5411
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2019-08-05, 06:37:54   

Przeczytałem, obejrzałem.

Co do książki nie zgodzę się z tym, co wyżej napisałeś. Co do filmu tak.

Czytając książkę w żadnym momencie nie kibicowałem Tomowi. Od pierwszej strony jest przedstawiony jako okradający ludzi kombinator (w filmie - jako ciężko pracujący utalentowany artysta). Nie jest człowiekiem subtelnym, romantycznym, koneserem sztuki, a jedynie miewa takie kaprysy. Tom nie jest wielkoduszny a o Freddiem Milesie za mało wiemy by mówić o jego charakterze. Morderstwo Dickiego nie było konieczne, nie zostało dokonane w afekcie lecz po starannym przemyśleniu i zaplanowaniu (choć z afektu, czyli uczucia, pośrednio się wzięło). To o czym mówiłeś pasowałoby do scenariusza filmu, ale nie do treści książki.

John Dee napisał/a:
Co do różnic pomiędzy książką a filmem, to Anthony Minghella zhumanizował nieco postać Ripleya. Zabójstwo Dickie’ego w filmie można uznać za czyn popełniony w afekcie, niemal za nieszczęsny wypadek. W książce wygląda to zupełnie inaczej. Freddie również jest o wiele bardziej obrzydliwy - wspaniale, jak nieodżałowany Philip Seymour Hoffman go zagrał -, jeśli więc zabójstwo da się jakoś usprawiedliwić, to w filmie można dopatrzeć się więcej okoliczności łagodzących, niż w książce.

Myślę, że twórca filmu bardzo mocno zhumanizował Toma Ripleya. Już w początkowych napisach, zanim w tytule ustali się słowo "talented", widzowie mają szansę przeczytać mnóstwo innych przymiotników mających go określać; większość pozytywnych lub budzących sympatię. Innocent, mysterious, yearning, secretive, sad, lonely, troubled, confused, loving, mystical, gifted, intelligent, tender, beautiful, sensitive, haunted, passionate... W ostatniej scenie powrócą jak zamykająca klamra, choć w krzywym zwierciadle.

Anthony Minghella zhumanizował Ripleya, a za to mocno odhumanozował i postarał się obrzydzić nam jego ofiary. Nie tylko Freddiego ale przede wszystkim Dickiego, który jest tutaj do szpiku kości zblazowany i zepsuty, a wręcz zasłużył na śmierć, skoro śmierć spowodował. Dodatkowo filmowemu Dickiemu przypisano rozrzutność i chciwość książkowego Ripleya, bo to od niego a nie od Toma wychodzi pomysł naciągania Greenleafa-seniora na wydatki.

Tylko że w tym intensywnym usprawiedliwianiu czynów Ripleya tkwi pułapka - na samego Toma i na sympatyzujących z nim widzów. U Patricii Highsmith Ripley rozpoczyna jako szumowina, która czasem pokazuje ludzkie uczucia, i kończy również jako szumowina z ludzkimi odruchami. U Minghelli natomiast poznajemy go jako przesympatycznego młodego człowieka... zaś w końcowym ujęciu siedzi jak skamieniały, gdy uświadamia sobie kim się stał. A wiadomo, że tak jak bardziej radują się aniołowie z grzesznika który się nawrócił niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych - tak przemiana niewinnego w łotra cieszy i szatana i wymagającego filmowego odbiorcę. W tym podstępie widzę największą inwencję Minghelli. I jeszcze w ciekawej perspektywie, w której ostatnie zabójstwo dokonane przez Toma - niby identyczne jak pierwsze - jest w istocie jego karykaturalnym przeciwieństwem, z odwróconymi rolami.

John Dee napisał/a:
Tam z drugiej strony psychologiczne podwaliny, przez pryzmat których czytelnik postrzega Ripleya, są bardziej kompleksowe, więc naprawdę trudno powiedzieć, w której wersji bohater jest bardziej “sympatyczny”. Chyba nie o to też chodzi.

Masz rację. Początkowo notowałem sobie w pamięci różnice: To Minghella wzbogacił, tamto strywializował, ówdzie zmieniono coś innego. Po pewnym czasie doszedłem do tego samego wniosku co Ty: nie o to chodzi. Każdy z tych dwóch utworów stanowi spójną całość i trudno porównywać ze sobą poszczególne ich składniki.

John Dee napisał/a:
Film jest jednym z przykładów, jak adaptacje tego rodzaju powinny wyglądać. Minghella dodał przykładowo nowe postacie, w pierwszej linii należy tu wspomnieć Meredith Logue, którą tak wspaniale zagrała Cate Blanchett, poszerzył rolę i zmienił znacznie charakter Marge Sherwood itp. Wykonał doskonały job.

Obok Meredith wymieniłbym Petera, któremu oczywiście została przeznaczona określona rola w intrydze, ale na pewien czas ożywa on swoją własną indywidualnością.

Tak jest, tak powinny wyglądać adaptacje. Jeden sposób to wierność pierwowzorowi. Drugi - stworzenie dzieła konkurencyjnego przez inne rozłożenie niuansów. Tę drugą drogę wybrał Minghella. Uważam, że mistrzostwem można nazwać to, że jego film jest z jednej strony tak bliski oryginałowi co do przebiegu akcji, a z drugiej - tak różny z moralnego punktu widzenia.

Patricii Highsmith należy się pierwszeństwo, ale nie wiem, które z gotowych dzieł - czy książkę czy film - poleciłbym bardziej. Najlepiej poznać oba.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...

 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-08-05, 11:15:06   

Możliwe, że wszystkie wcielenia Ripleya, książkowe i filmowe, zlały mi się już w jedną postać, jako że losy jego śledzę odkąd miałem lat …naście, ale upieram się, że posiada duszę artysty, co chyba w “Grze Ripleya” najdobitniej się uwidacznia; szczególnie interesuje go, tak jak i autorkę cyklu, malarstwo. Jeździ po Europie, zwiedza co ciekawsze miasta, uczy się języków, nie mogę po prostu go nie lubić. Dickie Greenleafa przykładowo nie potrafię sobie wyobrazić trwoniącego czas w muzeum, tak samo mało jak powiedzmy Hemingwaya, Tom ale jest dokładnie tego rodzaju człowiekiem. Lubię go również za to, że potrafi być wspaniałomyślny, szczodry, pomocny - patrz dalsze odcinki serii.

Mimo to przyznaję, że wersja filmowa tego antybohatera jest mi bardziej sympatyczna. Zapewne dlatego, bo w filmie utrupia jedną osobę więcej. :p
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 50 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5411
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2019-08-08, 09:05:29   Znajomi z pociągu

Patricia Highsmith - "Znajomi z pociągu"
("Strangers on a Train", 1950)



To pierwsza wydana powieść Patricii Highsmith, od "Utalentowanego pana Ripleya" wcześniejsza o pięć lat. Autorka bardzo dobrze zadebiutowała w świecie psychologicznego thrillera, przede wszystkim kreśląc oryginalną intrygę, ale również dość ciekawe portrety dwóch głównych bohaterów. Powiedziałbym, że z psychologicznego punktu widzenia ta książka jest mocniejsza i bardziej przekonująca od "Ripleya", chociaż dynamika jej akcji nie dorównuje tamtej.

Nie spotkamy tu, niestety, niepowtarzalnej (chciałoby się dodać: beztroskiej, gdybyśmy nie mówili o thrillerach) atmosfery Europy lat pięćdziesiątych, którą słusznie chwalił John Dee pisząc o "Ripleyu". Przeciwnie. Ze względu na stale grożące niedodefiniowane zagrożenie, ze względu na amerykańską do szpiku kości osobowość głównych postaci, wreszcie ze względu na usytuowanie akcji w pociągach, na ulicach i w średniej (co najwyżej) klasy dzielnicach amerykańskich miast - powieści blisko jest do typu noir.

"Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomymi" - gdyby Guy Haines stosował się do tej rady, nigdy by się to wszystko nie wydarzyło. Ale z nudów zgodził się na wspólny obiad w pociągu, a w dodatku przy posiłku za dużo opowiedział o sobie swojemu rozmówcy - a trzeba przyznać, że Charles Bruno to niezwykle inteligentny młody człowiek, z dużą empatią, który wielu rzeczy potrafił się domyślić a jeszcze więcej wyciągnąć. I tak bez swojej winy, do niczego się nie zobowiązując, nie wiedząc kiedy, Guy staje się ni to zleceniodawcą, ni to wspólnikiem, ni to ofiarą, ni to przyjacielem Charlesa. To, w jaki sposób Charles omotuje Guya pajęczyną natręctwa, groźby, moralnego i zwyczajnego szantażu - to chyba najsilniejszy moment książki. Charles zdaje się z genialną intuicją kontrolować wszystkie ruchy. Cokolwiek Guy zrobi, albo nie zrobi - nieodmiennie tylko pogarsza jego sytuację. Niewinny zostaje postawiony w pozycji oskarżonego i właściwie skazańca, a Patricia Highsmith buduje atmosferę w tak mistrzowski sposób. że nawet czytelnik ma poczucie osaczenia i bezradności.

I druga strona medalu - Charles Bruno. Z psychologicznego punktu widzenia przypadek jeszcze ciekawszy. Jako się powiedziało inteligentny i empatyczny, ale jakby pozbawiony moralności. Trochę w tym przypomina Toma Ripleya. I jeszcze w tym, że jego wybitnie egocentryczny charakter mógł zostać wykuty przez brak ciepła i normalnych relacji w rodzinnym domu. I jeszcze w swoim skomplikowanym stosunku do ofiary - z jednej strony dominuje nad nią i wykorzystuje, ale z drugiej czuje się gorszy, ma poczucie odtrącenia i żal z tego powodu, ma uczucia przywodzące na myśl magnetyzm którym Dickie Greenleaf działa na Toma Ripleya.

Trudno nie zauważyć, że feralnie została zestawiona ta nierówna drużyna. Gracz moralnie silniejszy i rozsądniejszy został złamany i z konieczności złożył swój los w rękach drugiego - elokwentnego i mającego analityczny potencjał, ale porywczego, nałogowego, o słabej woli i o autodestrukcyjnych tendencjach. Ten brak symetrii zdaje się nie wróżyć niczego dobrego Charlesowi ani tym bardziej Guyowi, którego większość czytelników szczerze polubi i któremu będzie kibicować.

Druga część powieści jest relatywnie słabsza. Nie jest zła, ale brakuje już w niej świeżości, nowości idei. Koncentruje się na wyrzutach sumienia Guya, jego strachu i rozważaniach o sprawiedliwości. Szarpanina, senne koszmary, nadzieja i beznadzieja - wszystko razem kubek w kubek przypomina "Zbrodnię i karę" Dostojewskiego. Nie jest zła ta część książki, jest nadal sprawnie napisana - lecz jeśli ktoś nie będzie miał ochoty dokończyć czytania to podejdę do tego ze zrozumieniem. Kto napisze do mnie na priv, temu zdradzę zakończenie ;-) . Najważniejsze, żeby przeczytać pierwszą połowę. Warto.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...

Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2019-08-10, 09:35, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-08-08, 17:24:32   

Znajomi/Nieznajomi z pociągu pojawia się zawsze na jednym z pierwszych miejsc każdej best of statystyki autorki, widać wyjątkowo dobrze udał się jej debiut, którego jeszcze nie czytałem. A nie czytałem go ze względu na film Hitchcocka, który oceniam przeciętnie, jak ostatnio w ogóle całą twórczość tego kiedyś bardzo przeze mnie podziwianego reżysera. Tu więc mielibyśmy odwrotną sytuację niż w wypadku “Ripleya”, gdzie film był co najmniej tak samo dobry jak powieść; film tym razem nie dorównuje literackiemu pierwowzorowi. Psychologiczny wymiar powieści, sądząc po Twojej recenzji, wydaje się być inny, ciekawszy, o czym chętnie się przekonam, gdy znajdę na to czas.

Do scenariusza rękę przyłożył nawiasem mówiąc również Raymond Chandler, choć współpraca z Hitchem zdaje się nie układała mu się lepiej niż wcześniej z Billy Wilderem. Ale to już zupełnie inna historia.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 50 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5411
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2019-08-10, 09:34:31   Nieznajomi z pociągu - ekranizacja

"Nieznajomi z pociągu" - ekranizacja powieści
("Strangers on a Train", Alfred Hitchcock, 1951)

John Dee napisał/a:
film Hitchcocka, który oceniam przeciętnie

Film został chyba w miarę starannie przygotowany. Scenariusz i scenografia są przemyślane, można analizować każdą scenę z punktu widzenia symboliki. Powracają jak echo różne elementy, które coś mają znaczyć lub podkreślać. Pojawiają się schody, pociągi, cienie, symetrie. Pojawia się sam Hitchcock. Tak więc dostaliśmy film tego reżysera przyszykowany według jakiejś wypracowanej przez niego receptury. Tylko że finalnej potrawie zabrakło smaku, bo większość z tego co widzimy na ekranie nie porywa, nie przeraża. Do wydarzeń czujemy dystans, mi przynajmniej trudno było wciągnąć się w akcję i współuczestniczyć w niej z bohaterami. Myślę że to dlatego, że Hitchcock mniejszy nacisk położył na to, co jest najsilniejszą stroną powieści Highsmith, natomiast skupił się na wątku kryminalnym, który okazał się zbyt skromny, niewystarczająco nośny. Wyszło więc coś nieprzekonującego, trochę jakby nie do końca serio.

Za symbol możemy kulminacyjną scenę walki dobrego i złego bohatera, która rozgrywa się na rozpędzonej karuzeli. Ja wiem, że świat wokoło wygląda (na filmie) jak z okien gnającego auta, wiatr rozwiewa włosy tak jakby w każdej chwili groził upadek z samolotu, drewniane rumaki mają groźne pyski i ostre kopyta niczym w pościgu na filmie płaszcza i szpady. Ale przecież... to tylko karuzela w lunaparku. Nie wiem, czy Hitchcock szukał oryginalnego pleneru do swojej sceny, czy może raczej chciał sparodiować utarty motyw senscyjnego kina. Ja widziałem raczej śmieszność. Ten film jest dla mnie pełen uproszczeń, przesady i (celowych lub nie) mrugnięć okiem.

John Dee napisał/a:
film tym razem nie dorównuje literackiemu pierwowzorowi. Psychologiczny wymiar powieści, sądząc po Twojej recenzji, wydaje się być inny, ciekawszy

Tak myślę. Zwłaszcza zmarnowano postać pozytywnego bohatera, Guya. Pomijając już to, że Farley Granger zagrał go, moim zdaniem, słabo i bez wyrazu - Guy jest zwyczajnie wrabiany w zabójstwo dokonane przez inną osobę, co w końcu nie jest rzadkim motywem literatury i filmu kryminalnego. W powieści natomiast jest postawiony w moralnej sytuacji bez wyjścia, a to całkiem co innego. W książce mamy do czynienia z oplątywaniem człowieka siecią pokus, gróźb, natręctwa i sabotażu, zaś w film sprowadza się głównie do poszukiwania dowodów jego niewinności.

Nieco lepiej jest w przypadku postaci Charlesa, która u Hitchcocka jest ciekawiej niż Guy zbudowana i lepiej zagrana. Ale też uproszczono tutaj nieco sprawę, czyniąc z niego klinicznego wariata, podczas gdy w powieści rzecz jest głębsza i nie tak oczywista.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...

Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2019-08-10, 10:49, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 50 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5411
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2019-08-10, 12:01:42   

"W pełnym słońcu" - film na podstawie powieści "Utalentowany pan Ripley"
("Plein soleil", René Clément, 1960)

Kynokephalos napisał/a:
Teraz dowiedziałem się, że powieść miała także wcześniejszą, współczesną sobie ekranizację: "W pełnym słońcu" z 1960 roku, z Alainem Delonem - tak że do kompletu dochodzi kolejna, być może również nieco odmienna, narracja.

Obejrzałem ten film i pozostało mi bardzo dobre wrażenie. Przede wszsytkim - nastrój i krajobrazy. Kto w powieści, albo w ekranizacji Anthony’ego Minghelli docenia atmosferę Europy i śródziemnomorskich wybrzeży lat pięćdziesiątych ten na pewno nie pożałuje czasu poświęconego filmowi Clémenta. Zwłaszcza, że jest autentyczny, bo zrobiony w tamtej epoce, a scen plenerowych jest w nim dużo. W tym sporo żeglarskich w dawnym stylu. W przeżywaniu nastroju tamtego czasu i miejsc pomaga widzom świetna, włoska muzyka Nino Roty.

Podobała mi się gra trojga głównych aktorów. Czytam, że dla Alaina Delona była to pierwsza duża rola, że dzięki temu występowi zyskał on status gwiazdy kina. W jego interpretacji, w początku akcji filmu Tom Ripley nie jest ani subtelnym artystą jaku u Minghelli ani ambitnym hochsztaplerem jak w książce. Jest "nikim", po prostu pieczeniarzem czepiającym się kolejnej okazji przebalowania dnia. "Ja też nic nie robię, ale ja mam pieniądze" - mówi do niego Freddy Miles, i te słowa opisują zarówno środowisko Freddy'ego i Philippe'a (jak w filmie przechrzczono Dickiego) jak i postać samego Toma.

Również dla Marie Laforêt był to kinowy debiut. Młodziutka, ale już ze swoim charakterystycznym ułożeniem warg, spięta, trochę wycofana, trochę nieprzenikniona, o czym mówiliśmy w innym wątku. Choć na jej twarzy tylko od czasu do czasu pojawia się ślad uśmiechu, nie można powiedzieć że brakuje w jej grze wyrazu. Gra po swojemu oszczędnie, ale podskórne emocje aż buzują. Wypełnia postać Marge Sherwood życiem i charakterem nie gorzej niż Gwyneth Paltrow w filmnie Minghelli, a bardziej niż Patricia Highsmith w swojej książce.

W dwóch scenach Marge gra na gitarze i śpiewa. Nie jestem pewny czy słyszymy głos Marie Laforêt, zwłaszcza że kamera ani razu nie obejmuje ust aktorki, ale wydaje mi się, że tak.

Z psychologocznego punktu widzenia w układzie między protagonistami zmieniło się sporo. Tak jak w powieści, Tom zostaje przyłapany na przymierzaniu ubrań Greenleafa, i tu również ta scena (ze świetną grą Delona) jest jedną z kluczowych w przebiegu wydarzeń. Ale jej znaczenie, jak i podłoże całego konfliktu, zostało przedstawione w bardziej stereotypowy sposób. Okazało się, że mamy do czynienia z typowym trójkątem, w którym jeden z mężczyzn zazdrości drugiemu posiadania (bo chyba nie uczucia) kobiety, a dodatkowo posiadania pieniędzy.

Przy okazji: być może tę myśl zasugerowała mi po prostu sceneria rejsu, ale w niektórych momentach napięcie między uczestnikami bardzo przypominało mi to, jakie znamy z "Noża w wodzie" - filmu, który powstał niedługo później. I nawet - zbieg okoliczności - w jednej ze scen kamera wyraźnie zwraca uwagę na nóż leżący na pokładzie jachtu.

A wracając do filmu "W pełnym słońcu" - uproszczono w nim także psychologiczną stronę odgrywania roli Greenleafa przez Ripleya. Tom jest na początku przedstawiony jako świetny naśladowca, to prawda, ale kiedy już wciela się w zamordowanego przyjaciela - film koncentruje się raczej na technicznych stronach tej maskarady niż na wysiłku włożonym w zmianę osobowości. Dowiadujemy się na przykład jak podrobić czyjś podpis, jak wkleić do paszportu własne zdjęcie - a nie tego, jak we wszystkim upodobnić się do innej osoby. Tu reżyser wyraźnie poszedł w stronę akcji a nie w stronę psychologii, ale biorąc pod uwagę całość mogę to wybaczyć.

Polecam, warto. Nie jest to film wybitny, ale jest dobrze zrobiony, który wytrzymał upływ półwiecza a nawet dzięki niemu zyskał. Na pewno za jakiś czas powtórzę go sobie, choćby dla samej przyjemności oglądania głównych aktorów, włoskiego morza i słońca, malowniczych wybrzeży Kampanii.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...

 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-08-10, 14:45:32   

Odkąd pojawił się doskonały film Minghelli, przestałem oglądać "W pełnym słońcu”, ale pamiętam, że jest dokładnie taki, jak go opisałeś. Highsmith zdaje się też się podobał, w przeciwieństwie do filmu Wendersa/Hoppera, choć tu racji bym jej nie dał, bo “Amerykański przyjaciel” to oczywiście arcydzieło.
Inne ekranizacje tej autorki - “Krzyk sowy”, “Rozgrywka” są moim zdaniem mniej udane.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 50 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5411
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2019-08-18, 18:31:48   "Carol" ("Cena Soli")

Patricia Highsmith - "Carol" ("The Price of Salt")
(1952)



Zachęcony dwoma dobrymi thrillerami Patricii Highsmith o których już tu rozmawialiśmy, sięgnąłem po jej drugą chronologicznie książkę "Cena Soli". Nie znałem wtedy jej innego tytułu - "Carol". Więc ani tytuł, ani nikt inny nie ostrzegł mnie, że to nie jest psychologiczny thriller lecz dość konwencjonalny romans. Dlatego ja ostrzegam innych.

Główna bohaterka, młodziutka Therese, poznaje w Nowym Jorku nieco starszą od siebie kobietę. Carol imponuje jej swoim szykiem, pociąga, a wreszcie sprawia iż Therese zaczyna rozumieć dlaczego rzadkie zbliżenia z narzeczonym nie przynosiły jej żadnej radości. Dalej wszystko według któregoś ze standardów wypracowaych w literaturze miłosnej: rozwód (już wcześniej zdecydowany), bęcwałowaty mąż, wspólne plany, wspólny wyjazd (więc elementy powieści drogi), nagłe przerwanie idylli wiadomością z "rzeczywistego świata" który nie pozwala o sobie zapomnieć, wreszcie zakończenie którego jednak nie chcę niepotrzebnie wyjawiać.

Zauroczenie, szczęście, zazdrość, duma, odrzucenie, odejścia i powroty - opisane (niekoniecznie w tej kolejności) jak w wielu książkach o miłości. Może głębszych niż harlequiny, nie znam zresztą, ale wydaje mi się że nie bardzo głębszych. Nie mogę powiedzieć, bym spotkał w tej książce jakąś myśl o uczuciach, czy jakieś spojrzenie, którego wcześniej nie znałbym z lektur lub z życia.

Powieść być może była ważna dla samej autorki. Opisała w niej swoją fantazję, którą miała na widok klientki kiedy - tak jak Therese - dorywczo była ekspedientką. Zapewne była też ważna społecznie w okresie, kiedy pierwszy raz pojawiła się w księgarniach. Ale dziś nie widzę już powodu, dla którego warto byłoby ją czytać bardziej niż inne romanse. Nawet nie do końca mogę z niej wyczytać prawdę o sytuacji, tam i wtedy, kobiet jawnie żyjących ze sobą. Oczywiście związek negatywnie wpływa na sytuację prawną podczas rozwodu - ale czy bardziej niż byłoby to w przypadku zdrady z mężczyzną? Reakcje osób postronnych są na tyle niejednoznaczne, że nie mogę wyrobić sobie ogólnego obrazu. Może zresztą nie generalizacja była celem autorki, lecz po prostu opowiedzenie jakiejś ważnej dla niej historii. Jest jeszcze rzut oka na środowisko związane z broadwayowskim i off-broadwayowskim teatrem - i to właściwie wszystko.

Tytuł prawdopodobnie nawiązuje do idiomatycznego wyrażenia "sól życia", które jest użyte w jednym z rozdziałów i które przypomina naszą "sól ziemi". Chodzi o coś, co nadaje życiu barwę i sens. Obu młodym, ale już rozczarowanym i popadającym w mechaniczną rutynę bohaterkom romans dał tę barwę - ale nie za darmo.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...

 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-08-21, 07:56:34   

Wszystkie książki Highsmith, które dotychczas czytałem, były psychothrillerami, jestem więc zaskoczony, że z ”Carol”/"Ceną Soli" ma się to inaczej. Z drugiej strony pojawiających się w nich morderstw i innych przestępstw nigdy tak właściwie nie uważałem za ich najważniejszy motyw, tak jak to przykładowo jest w wypadku kryminałów Agathy Christie; raczej nieuniknioną konieczność, by wprowadzić wydarzenia w ruch. Przypuszczam, że większość z nich działałaby równie dobrze bez tych zbrodni. Idąc dalej tokiem tych rozważań pytam się nawet, czy nie istniała kiedyś jakaś inna wersja tejże powieście, w której Therese i Carol pozbywają się Harge’a lub co najmniej depczącego im po piętach detektywa w inny sposób niż siłą słowa lub drogą sądową? ;-)

Przypuszczam, że powieść ponadto może okazać się bardzo ciekawa dla wszystkich tych czytelników zainteresowanych powojennym Nowym Jorkiem, tak jak go przykładowo opisuje Salinger w “Buszującym w zbożu”. Obie książki ukazały się mniej więcej w tym samym czasie. Choć głównie oczywiście należy patrzeć na “Carol” jako ważne dzieło tworzące przedświt nadciągającej rewolucji seksualnej.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 50 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 5411
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2019-08-23, 11:51:43   

John Dee napisał/a:
pojawiających się w nich morderstw i innych przestępstw nigdy tak właściwie nie uważałem za ich najważniejszy motyw, tak jak to przykładowo jest w wypadku kryminałów Agathy Christie; raczej nieuniknioną konieczność, by wprowadzić wydarzenia w ruch.

Tak, w "Znajomych z pociągu" początkowo wystarczy tylko aluzja do przestępstwa by zaskakująco skutecznie wprawić wydarzenia w ruch. "Utalentowany pan Ripley" też dochodzi do swoich najcięższych zbrodni mniejszymi krokami - tak że nie wszyscy pewnie będą zgodni co do tego, w którym miejscu przekroczył granicę przyzwoitości a jednak akcja od początku jest wciągająca.

John Dee napisał/a:
czy nie istniała kiedyś jakaś inna wersja tejże powieście, w której Therese i Carol pozbywają się Harge'a lub co najmniej depczącego im po piętach detektywa w inny sposób niż siłą słowa lub drogą sądową? ;-)

Chyba niestety nie. Liczyłem, że coś się zacznie dziać kiedy Carol dziwiła się naiwności Therese, która zgadza się na wyjazd w nieznane miejsce z prawie nieznaną osobą. Potem jakąś nadzieję dawała historia z łańcuszkiem tajemniczych depesz kolejno wysyłanych do różnych hoteli. Ale na próżno. Przez większość tekstu Therese smędzi, jak bardzo czeka na kolejne spotkanie i jaka idealna jest Carol - bo najwyraźniej o tym autorka zapragnęła napisać. Jej prawo. To też, oczywiście, powieść o psychologicznym podłożu i nie dyskredytuję (ale i nie przeceniam) jej wartości. Ale nie jest w moim typie i nie na taką miałem nadzieję.

John Dee napisał/a:
Przypuszczam, że powieść ponadto może okazać się bardzo ciekawa dla wszystkich tych czytelników zainteresowanych powojennym Nowym Jorkiem

W tym zakresie niezbyt dużo wyczytałem, poza tym że generalnie życie ekspedientki jest ciężkie, chociaż może inny czytelnik będzie bardziej spostrzegawczy i domyślny. Raczej właśnie czymś nowym był dla mnie punkt widzenia młodego twórcy związanego z teatrem (Therese zajmuje się scenografią), wykorzystującego szanse i pomału zdobywającego swoje miejsce w środowisku.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...

 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-09-08, 12:11:53   

Patricia Highsmith - “Ripley Under Ground” (1970)



Sześć lat minęło od wydarzeń opisanych w pierwszej części cyklu. Tom żyje we Francji, w pięknej willi nieopodal Paryża, jest żonaty. Heloise pochodzi z zamożnej rodziny - willa jest prezentem ślubnym jej ojca -, kocha męża i choć się domyśla, że nie jest aniołem, nie wtyka nosa zbyt głęboko w jego sprawy, za co jest jej wdzięczny. Wskutek testamentu sfałszowanego po zabójstwie Dicka Tom nadal otrzymuje miesięczny czek od Greenleafów pozwalający mu prowadzić życie, o jakim zawsze marzył. Pielęgnuje swój ogród, maluje, jednocześnie ale jest zamieszany w różne nieczyste interesy, które od czasu do czasu dostarczają mu silnych emocji, bez których jak się zdaje żyć nie może.

Jednym z nich jest operacja fałszerska, w ramach której Tom i jego wspólnicy, galerzyści Jeff i Ed, sprzedają obrazy bardzo modnego współczesnego malarza Derwatta, który tak naprawdę już od wielu lat nie żyje. Stworzyli mit, iż Derwatt wyemigrował do Meksyku, skąd regularnie przysyła im swoje najnowsze prace. W rzeczywistości są one dziełem Bernarda Tuftsa, malarza, który kiedyś z Derwattem się przyjaźnił.

Kłopoty zaczynają się w chwili, gdy w Londynie pojawia się amerykański kolekcjoner Thomas Murchison głośno powątpiewając ich autentyczność. Tom dochodzi do wniosku, że jedyną osobą, która potrafiłaby zakończyć tę niezdrową dla interesu dyskusję, byłby sam Derwatt. Wciela się więc w niego i, odpowiednio ucharakteryzowany, udaje się do Londynu, udziela wywiadów, spotyka się z ludźmi jak Murchisonem. Ten aczkolwiek nadal obstaje przy swojej teorii, nawet wtedy, gdy “Derwatt” mu zapewnia, że obrazy znajdujące się w jego posiadaniu z całą pewnością wyszły spod jego pędzla. Uparty gość, ale trzeba przyznać, że ma doskonałe oko.

Jako że nie udało mu się zażegnać grożące niebezpieczeństwo, Tom zmienia taktykę. Jako Tom Ripley teraz, czyli bez przyklejonej bródki i make-upu, zaprasza Amerykanina do siebie, do Francji, rzekomo, by przedstawić mu swoją własną kolekcję Derwattów. Murchison przyjmuje zaproszenie. Tom gości go z wyjątkową kurtuazją, podejmuje drogimi winami itd., jednak wyperswadować mu jego podejrzenia nie potrafi. Czuje, i to z pewnym smutkiem, gdyż polubił Amerykanina, że będzie musiał chyba go zabić. Staje się to nieuniknione, gdy Murchison po jego rękach rozpoznaje, że to on udawał w Londynie Derwatta.

Akcja, która tak właściwie miała rozwiązać problem, pogorszyła go znacznie, gdyż nagle Ripleyowi depcze po piętach policja dwóch krajów, nęka go swoimi pytaniami żona Murchisona, a na domiar złego z Ameryki przybywa w odwiedziny kuzyn Dicka Greenleafa, który w czasie spaceru w pobliski lesie odkrywa grób Murchisona. Tom musi więc niemal pod oczami policji przenieść zwłoki w inne miejsce, w czym pomaga mu Bernard, który również zupełnie nieoczekiwanie pojawia się na progu jego domu. Malarz znajduje się na granicy obłędu, przeżywa poważny kryzys tożsamości, za oszustwa i morderstwo wini siebie, jednak w rosnącej mierze również i Toma. W czasie spaceru w dogodnej chwili ogłusza go nagle silnym ciosem w tył głowy. Tom ostatnią resztką świadomości rejestruje, że Bernard składa jego ciało w grobie, z którego uprzednio wspólnie usunęli zwłoki Murchisona, i że zaczyna sypać na niego ziemię. Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka, chciałoby się powiedzieć.

“Ripley under ground”, choć ma ciekawą fabułę i atmosferę, jaką tylko Highsmith potrafiła stworzyć, nie dorównuje poprzedniej książce z Tomem Ripleyem (“Utalentowany pan Ripley”) pod żadnym względem . Pomysł z fałszerstwem obrazów jest wprawdzie niezły, ale niedopracowany. Odniosłem wrażenie, że autorka nie miała ściśle nakreślonego konceptu, gdy rozpoczęła pracę nad książką, że tworzyła jej fabułę w trakcie pisanie, co w wypadku kryminału uważam za problematyczne. Jeśli była to jej metoda twórcza, to tym razem niestety zawiodła. Tom działa tak bezplanowo i popełnia tyle błędów, że pozostaje zupełnie niezrozumiałe, dlaczego policja go nie aresztuje. Autorka nie będąc w stanie wyjaśnić tej i innych sprzeczności, po prostu zakończyła książkę z Tomem będącym nadal na wolności i śledztwem, które nadal jest w toku. Bardzo wygodne rozwiązanie…
Książka pod jeszcze innym względem mnie zawiodła. Jest napisała językiem już nie prostym, ale wręcz prymitywnym - mam na myśli wersję oryginalną, angielską. Czy to jeszcze jest literatury? Powiedziałbym: nie. Na tym poziomie potrafi pisać dosłownie każdy.

Mimo tej krytyki “Ripley under ground” nadal ma pewien czar i ową atmosferę, którą już chwaliłem. Nie wiem, jak Highsmith to robi, chyba po prostu dając prowadzić się swojemu instynktowi pisarskiemu; fatalne ma skutki dla logiki wydarzeń, wydaje się jednak być bezcenne dla nastroju.
Książka posiada dwie bardzo mocne sceny, które powinny utkwić w pamięci każdego czytelnika.

Przypuszczam, że ocena książki w dużej mierze zależy od stanu ducha, w jakim ją się czyta. Kto oczekuje logiki i ścisłości, będzie raczej zawiedziony, kto jednak sięgnie po nią bez uprzedzeń, z odkrywczą ciekawością że tak powiem, będzie nią zadowolony, być może nawet zachwycony - tak jak ja podczas jej pierwszej lektury wiele, wiele lat temu.
 
 
Kpt Petersen 
Fanatyk Samochodzika
Forumowy Twitterowiec



Pomógł: 10 razy
Dołączył: 22 Sie 2017
Posty: 1396
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2019-09-09, 01:02:06   

John Dee napisał/a:
Patricia Highsmith - “Ripley Under Ground” (1970)


Byłem na tym w teatrze STUDIO w Warszawie ze dwa lata temu. Książki nie czytałem. Spektakl dobry.

Riplay pod ziemią.jpg
Plik ściągnięto 5 raz(y) 317 KB

_________________
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-09-09, 07:47:32   

Kpt Petersen napisał/a:
Byłem na tym w teatrze STUDIO w Warszawie ze dwa lata temu. Książki nie czytałem. Spektakl dobry.
A to ciekawe. Nie wiedziałem, że jej książki przerabiano również dla sceny.

Film też istnieje, ale jeszcze go nie oglądałem.
 
 
John Dee 
Moderator
Per divina gratia huomo libero



Pomógł: 85 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 10877
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2019-09-19, 22:17:17   

"Podstępny Ripley", film Rogera Spottiswoode’a z roku 2005, na podstawie książki “Ripley Under Ground”.



Nie za bardzo udany, ale można obejrzeć. Widzimy doskonałych aktorów jak Willema Dafoe'a i Toma Wilkinsona





obok całkowicie beznadziejnych jak Jacinda Barrett, która gra żonę Ripleya. Akcja filmu dość mocno różni się od książki, i niektóre pomysły są naprawdę ciekawe. Dużo czarnego humoru, ale właśnie dlatego, że film chce być wszystkim na raz, thrillerem, komedią i dramatem jest ni psem, ni wydrą. Wzdrygałem się wprawdzie kilka razy wobec jawnego dyletanctwa, ale przyznaję, że się nie nudziłem, co jest więcej niż mogę powiedzieć o niejednym wysoko wychwalanym filmie.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.

Zapoznaj się również z nasza Polityka Prywatnosci (z dn. 09.08.2019)

  
ROZUMIEM
Strona wygenerowana w 0,33 sekundy. Zapytań do SQL: 12