To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
PanSamochodzik.net.pl
Forum poświęcone twórczości Zbigniewa Nienackiego

Twórczość dziennikarska - "Tu i Teraz"

Kynokephalos - 2023-02-05, 11:13
Temat postu: "Szanujmy podkasane panienki"
„— (...) Na słynnym Nikiforze to mój znajomy nieźle zarobił, jak jego obrazki wywiózł za granicę. Albo inny mój znajomy obraz Ociepki wywiózł. Sprzedał w Paryżu i mógł tam żyć przez miesiąc. Pod naszą stację niejeden przyjeżdża. Zna się wiele ludzi. Bywa tu taki, co właśnie handluje obrazami i starociami. Dobrze wychodzi na tym interesie, bo jeździ nie takim gratem, jak pański, tylko wspaniałym BMW. Gdybym mu powiedział, że znam adres nieznanego artysty ludowego, toby mnie ozłocił.

(...) Miał oczywiście rację. Nie tylko w Polsce, ale na całym świecie panowała moda na sztukę ludową. Iluż to moich znajomych, wyrafinowanych znawców sztuki, przyozdabiało swoje mieszkania ludowymi świątkami i prymitywnym malarstwem wiejskich artystów? Za rzeźbę Janasa z Dębna płacono ogromne sumy. To samo za obrazy Teofila Ociepki, dawnego górnika, który malował przecudne, barwne, przedziwne zwierzęta, bajeczny świat dziwów. Co pewien czas odkrywano i zaczynano lansować nowych artystów ludowych, podbijając ceny za ich rzeźby i obrazy.”


Opowieść Śliwowskiego i refleksje Tomasza w wydanej o dwa lata wcześniej „Złotej rękawicy” pewnie przypomniały się niejednemu czytelnikowi felietonu Zbigniewa Nienackiego. Niezależnie od tego, czy sprawa z obrazem Ociepki to autentyczna przygoda pisarza czy od kogoś zasłyszana, wymowa jest ta sama: muzealna ochrona dzieł sztuki i troska o ich zachowanie w kraju przysługuje tylko zabytkom; te współczesne, które możemy (w założeniu) „doprodukować” sobie w dowolnej liczbie, są towarem.

Nienacki ma rację w swoich uwagach na temat wpływu poziomu „kultury ogólnej” ludzi na efektywność pracy w dowolnej dziedzinie. Albo gdy neguje rozdział między działalnością wytwórczą stricte materialną a taką, gdzie ostatecznym celem jest komfort, rozrywka lub kultura. I pewnie wtedy, kiedy ogólnie radzi skupić się na jakiejś grupie gałęzi gospodarki, niekoniecznie inwestując równo we wszystkie.

Ale jest zbyt entuzjastyczny fantazjując na temat możliwości podtrzymania gospodarki kraju sprzedażą, na rynku wewnętrznym i w eksporcie, owoców pracy artystów. Przede wszystkim popełnia błąd skali: porównując ceny standardowych produktów przemysłowych z cenami prac najwybitniejszych twórców, przeszacowując popyt na wydawnictwa wysokiej kultury, zakładając, że ceny nie zmienią się po tym jak „zalejemy świat i kraj” kasetami i książkami. Brak wyczucia skali widać, gdy nie dostrzega różnicy między rozmiarem potencjalnego eksportu maszyn produkcyjnych a wielkością popytu na modnego malarza. Wspomniani w felietonie handlowcy od obrabiarek nie tyle może obrazili się na Nienackiego (jeśli historia jest prawdziwa), ile nie znaleźli z nim wspólnego języka.

Chyba też nie zdawał sobie sprawy, że niektóre zjawiska cenowe w Polsce, o których pisał, były wynikiem szczególnej i nietrwałej sytuacji. Gdy na regulowanym, choć niewydolnym rynku pojawiają się pojedyncze towary o komercyjnym charakterze, nie ma równowagi i trudno ekstrapolować w przyszłość ich obecne ceny i popyt. Cóż, jesteśmy bogatsi od Nienackiego znajomością tych czterdziestu lat rozwoju wydarzeń, więc łatwiej nam oceniać.

Zresztą to nie był pierwszy raz, kiedy Nienacki sugerował, że jeśli są gdzieś pieniądze do wydania, to najkorzystniej będzie ufundować stypendia literatom:
https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?t=5894&start=1

Pozdrawiam,
Kynokephalos
P.S.
Według oficjalnych danych ZUS przeciętne wynagrodzenie w Polsce w 1983 roku wynosiło 14.475 złotych miesięcznie; dla orientacji o skali inflacji: w 1982 roku było to 11.631 złotych, w 1984: 16.838. Można więc założyć, że w maju 1983 było to właśnie 14 - 14.5 tysiąca miesięcznie.
(https://www.zus.pl/baza-w...dzenie-w-latach)
Wolno-(czarno-)rynkowa cena dolara wynosiła chyba w granicach 600-700 złotych, ale tutaj nie mam potwierdzenia.

=======================================================================================
Szanujmy podkasane panienki

Zbigniew Nienacki
„Tu i Teraz”, nr 19(50) rok II, 11 maja 1983, str. 3 i 14.

Czy to prawdopodobne, że podkasana panienka, fikająca nóżkami po scenie daje pracę dziesiątkom tysięcy ludzi, zatrudnionych w najróżniejszych gałęziach przemysłu?

Czy to możliwe, że jedna piegowata projektantka mody, może spowodować zamknięcie i zrujnowanie całych gałęzi przemysłu konfekcyjnego, obuwniczego, kaletniczego? Czy to możliwe, że jeden pisarz potrafi przynieść państwu więcej zysków w złotówkach i dewizach niż cztery fermy buraków? I czy możliwe, że złotówka mądrze zainwestowana w kulturę, potrafi się zwrócić już po roku, gdy ta sama złotówka zainwestowana, na przykład, w przemysł motoryzacyjny, zwraca się dopiero po 10 latach?

Artyści w dobie obecnego kryzysu stali się skromnymi petentami, oczekującymi łaskawie na to, co im pozostanie, gdy wielkie gałęzie przemysłu i rolnictwa podzielą między siebie państwowy budżet. O twórcach kultury panuje niestety często gęsto pogląd, że są darmozjadami, których — jako błaznów, gwoli rozrywki i ewentualnie pewnej nobilitacji — utrzymywać musi pracujący naród.

Raz po raz słyszymy zdanie, że „górnictwo jest kołem zamachowym naszej gospodarki”. Być może w rzeczy samej górnictwo wyprowadzi nas z kryzysu przy pomocy zarabianych dewiz.

Ale tak naprawdę kołem zamachowym gospodarki jest kultura. A ściślej i precyzyjniej: cała gospodarka na świecie a także i w naszym kraju, rozwija się i wciąż musi pracować na najwyższych obrotach ponieważ ma za zadanie sprostać coraz bardziej rosnącym i rozbudowanym zapotrzebowaniom kulturowym społeczeństwa. To kultura i potrzeba — napędzają całą gospodarkę. Im jakieś społeczeństwo stara się żyć na wyższym poziomie kulturalnym, tym więcej zaczyna zużywać energii elektrycznej, surowców i paliw — tym więcej trzeba wydobywać węgla, budować coraz nowe elektrownie i otwierać coraz nowe gałęzie przemysłu. Tak więc to kultura — bardzo szeroko rozumiana — jest prapoczątkiem działalności człowieka, zmusza go do nieustannego ruchu, działania, coraz nowych przedsięwzięć.

W każdej tonie węgla jest tyleż trudu górnika, co nauczyciela, który w szkole górniczej przygotował górnika do zawodu. W każdej tonie węgla jest tyleż samo trudu inżynierów tworzących nowe budowy, nowe technologie, inżynierów zasiadających w białych fartuchach przy pulpitach rozdzielczych w wielkich elektrowniach. Jest też trud wylokowanej panienki, która oblicza zarobki górników. Nie ma sprawnie działającej kopalni bez sprawnie działającej administracji tej kopalni.

To samo w hutnictwie, Czy jest pracownikiem produkcyjnym kolejarz dowożący rudę do martenowskiego pieca? Nie dowiezie, hutnik nie będzie miał nic do roboty. Udział tego kolejarza w każdej tonie surówki jest taki sam jak hutnika stojącego bezpośrednio przy piecu. A energetyk, który dostarcza prądu do gruszki bessemera? On się nie liczy? On nie włożył żadnego wysiłku w produkcję stali czy surówki?

Zerwijmy ze schematem, z podziałem na pracowników produkcyjnych i nieprodukcyjnych. Wszyscy jesteśmy sobie w takim samym stopniu potrzebni, a nawet nieodzowni. Nawet fryzjer, golibroda.

A jakie miejsce, jaki udział w każdej tonie węgla, w każdym ziarnie zboża, w każdej tonie surówki — stanowi praca artystów, twórców kultury?

Jestem prywatnie bardzo ciekaw jak to się dzieje na posiedzeniach Rady Ministrów albo Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego. Czy na przykład głos ministra od kultury jest tak samo ważki i znaczący, słuchany z taką samą uwagą jak innych — tych od maszyn i chemii i od przemysłu ciężkiego? Czy z taką samą powagą traktuje się jego rękę wyciągniętą po pieniądze dla ludzi kultury?

Komisja Planowania i ministrowie ustalili, na przykład, dokładnie plan i zakres pracy wszystkich gałęzi przemysłu na trzy lub pięć lat naprzód. Rozdzielili moce i surowce. Wiedzą już, ile w każdym roku „rzuci się” na rynek ubrań, koszul, spodni, metrów rozmaitych tkanin oraz obuwie. Sprowadzili nawet specjalne taśmy produkcyjne. Myślę, że przewidzieli wszystko — i to daleko naprzód. Na trzy lub pięć lat.

Nie wiedzą jednego, że oto gdzieś tam, może w resorcie ministra kultury i sztuki, może w Warszawie albo w Paryżu, czy Brukseli jakaś piegowata, ale utalentowana panienka, lub jakiś szalony artysta kilkoma ruchami ołówka na karcie brystolu rysuje nowe linie obowiązującego odtąd kroju ubrań, krawatów, obuwia. Obwieszcza na przykład, że odtąd już nie teksas, ale drobno-prążkowany welwet obowiązuje ludzi na całym globie, w tym także i w Polsce. Od tej chwili wszystko, co produkuje cały nasz przemysł lekki, co zostało zaplanowane szczegółowo, na co przeznaczono moce i surowce, sprowadzono taśmy produkcyjne, nazywa się „bublami”. Obowiązuje nowy krój płaszczy — trzeba zmienić taśmy, produkcyjne. Obowiązuje inny krój sukienek, spodni, koszul, krawatów. Inne potrzebne są materiały i surowce. Cały plan tak dobrze opracowany wali się w gruzy z powodu jednego zwariowanego artysty lub artystki. Na modę nie ma rady, jeszcze jej nikt nie zwyciężył. Przechodzi jak burza przez wszystkie kontynenty.

Czy to już zapomniano jak to kilku nic nie znaczących chłopaczków — muzyków zwanych Beatlesami — zrujnowało szacowne fabryki pianin, bo podobało im się grać na gitarach, do tego elektrycznych. I potem musiał powstać ogromny przemysł elektrotechniczny produkujący elektryczne gitary, elektryczne organy, wzmacniacze — setki tysięcy ludzi znalazło pracę w zupełnie nowych gałęziach produkcji, również i w Polsce. I, że tych kilku chłopaczków więcej dało dewiz swemu krajowi, niż niejeden koncern samochodowy. Niż wszystkie kopalnie angielskie.

Artyści działają w sposób niezaplanowany, mają szalone pomysły. Mogą równie dobrze doprowadzić przemysł do ruiny, jak uczynić go kopalnią dewiz. Mogą — jeśli ich się potraktuje poważnie i z szacunkiem — ściągnąć z rynku takie ilości pieniędzy, jakich nie dokona żaden najcięższy przemysł.

Czemu więc skąpi się dla nich pieniędzy, czemu tak często traktuje się ich jak darmozjadów?

Wiem, że efektowniej na ekranie telewizora wygląda grupa ubrudzonych na czarno górników, wyjeżdżających z kopalni. Budzi szacunek dla ich trudu. Wiem, że efektownie wygląda oblana żarem twarz hutnika przy piecu martenowskim. Też budzi szacunek i powagę.

A fikająca nóżkami, podkasana panienka z piórami w tyłku? Jest w jej osobie coś żenującego, wstydliwego. To taki kwiatuszek do ubrania, taki miły darmozjad, co to trochę upiększa nasze pracowite życie.

Tymczasem to ta podkasana panienka z piórami w tyłku, jej umiejętność fikania nóżkami, jej zgrabna figurka — daje pracę i możliwość zarobku setkom tysięcy ludzi, całym gałęziom przemysłu lekkiego i ciężkiego. Bo kiedy ta podkasana panienka, a także jeszcze inni artyści-wygłupiacze i artyści z minami tragicznymi pojawią się na ekranie telewizorów — niebezpiecznie rusza naprzód strzałka zużycia energii elektrycznej. Trzeba uruchamiać dodatkowe turbozespoły, górnik musi szybciej machać łopatą, hutnik szybciej wytapiać stal. Albowiem każda rodzina w naszym kraju chce mieć telewizor. Kupuje się radio i telewizor dla programu, który tworzą artyści i ludzie kultury.

Kiedy byłem młodym pisarzem odwiedziłem górnika nazwiskiem Teofil Ociepka. Całą noc przegadaliśmy o krasnoludkach, potem ja mu dałem swoją książkę, a on dał mi obraz z krasnoludkiem. W rok później zabrałem ten obraz ze sobą do Paryża (legalnie, bo obraz był wówczas żyjącego malarza) sprzedałem go w najbliższym antykwariacie i potem przez dwa tygodnie jak bogacz mieszkałem i stołowałem się w najdroższym hotelu. Traf zdarzył, że w tym samym hotelu zamieszkała polska delegacja handlowa, która przyjechała sprzedawać obrabiarki. Wracaliśmy jednym samolotem. „Ile panowie sprzedali i zarobili?” — zapytałem. Okazało się, że nie sprzedali ani jednej obrabiarki. „A ja sprzedałem obraz Teofila Ociepki, pięknie sobie żyłem” — powiedziałem. I dodałem, że ów antykwariusz poinformował mnie, że jeśli przywiozę dwadzieścia obrazów Teofila Ociepki to on mi zapłaci 20 tysięcy dolarów. „Może zamiast obrabiarek zajmiecie się sprzedażą tych obrazów” — powiedziałem tym panom. Ale oni się obrazili.

...Na polach pracują traktory, kwiczą świnie w chlewach. Ktoś kołysze się na leżaku. Znam tego osobnika. W ubiegłym roku, pracując tylko godzinę dziennie przy swej maszynie do pisania, a pozostałą część czasu spędzając na kołyszącym się leżaku — przyniósł swym wydawcom wymierną kwotę zysku — ponad 10 milionów. I to pieniędzy ściągniętych bezpośrednio z rynku, wyjętych z kieszeni ludziom. Wydał także 6 książek za granicą, za co wpłynęły spore ilości dewiz, które pozostały do dyspozycji ministra finansów, ponieważ ów człowiek tych pieniędzy nie ma prawa (poza kwotą 300 rubli na wyjazd zagraniczny) — wziąć do ręki. Ponad 10 milionów zysku — to dużo czy mało?

Ministrowi finansów mogę podać tak od ręki listę stu pisarzy żyjących, którzy — gdy zainwestuje się w ich twórczość niewielką sumę, ot, choćby 20 milionów złotych, to już po roku zmniejszą nawis inflacyjny o 1 miliard.

Pewien ekonomista powiedział mi, że 1 złotówka zainwestowana mądrze w kulturę — zwraca się po roku, potem przynosi same zyski. W przemysł motoryzacyjny — dopiero po 10 latach. W górnictwo — go 15 latach, w hutnictwo — po 20 latach.

Gdybym był ministrem finansów wolałbym inwestować w przemysł płytowy i kasetowy, udzielałbym pożyczek na unowocześnienie poligrafii, dawał na show-byznes. Nie obcinałbym budżetu kinematografii i telewizji. Świat i kraj zalany płytami i kasetami z muzyką Pendereckiego i innych, świat zasypany książkami Lema i innych — przyniesie więcej złotówek dewizowych niż produkcja niejednej gałęzi ciężkiego przemysłu.

Mamy ogromny nawie inflacyjny. Jednocześnie posiadamy naród o wysokiej kulturze, bardzo dużym procencie ludzi wykształconych, o wielkich potrzebach kulturowych. Nie ma w Polsce człowieka kulturalnego, który nie chciałby mieć w swym domu pełnej klasyki polskiej i światowej. I to za każdą cenę. Jeśli na „czarnym rynku” za herbarz polski żąda się sumy 90 tysięcy złotych — to na litość Boską, czemu nie zainwestujemy w produkcję reprintów najciekawszych i najbardziej interesujących dzieł naszej kultury? Czemu inwestujemy w coś, co przyniesie korzyść dopiero po latach? Czy musimy produkować wszystko?

Jest mitem, że ludzie chcą tandety kulturalnej. To kłamstwo. Tak naprawdę zarobić można w Polsce nie na komiksach i pornografii, ale na wielkiej sztuce, wielkiej literaturze, wielkiej kulturze. Jak długo będą w naszych księgarniach leżały dzieła Faulknera, Kafki, Steinbecka, Kochanowskiego, Żeromskiego, Mickiewicza? Nawet przy najwyższej cenie — nie znajdzie się ich na półkach po kilku godzinach, tak wysoka jest kultura naszego narodu i tak wielki głód. Mamy taki naród, który nie kupi sobie spodni, a kupi reprinty wszelkich dzieł, choćby po najwyższej cenie.

Zainwestujmy trochę pieniędzy w różnego rodzaju wygłupiaczy, w panienki z piórami w tyłku, w brzdąkaczy na gitarach, w śpiewaków i muzyków. Z wielkich hal widowiskowych ściągniemy miliony złotych i to prosto z kieszeni ludziom.

Na całym świecie kultura to wielki byznes, u nas mówi się o ciągłym dokładaniu do kultury. Dlaczego? Przecież nawet stare mury zabytkowe potrafią na siebie zarobić, jak to się dzieje z zamkami, skoro nie mamy pieniędzy, aby zainwestować w widowisko „światło i dźwięk”? Żałujemy groszy, a potem musimy dokładać miliony.

Czy Muzeum Narodowe musi być całkowicie na budżecie państwa? Przecież wystarczy, że otworzy się w nim dział wydawniczy reprodukcji malarstwa, które są w zbiorach tego muzeum. Dlaczego na reprintach ma zarabiać ktoś inny, a nie Biblioteka Narodowa, która też przecież może otworzyć własny dział wydawniczy? Za te reprinty dzieł, które posiada, może nie tylko się trzymać, ale bez pomocy państwa stać ją będzie na zakup coraz nowych dzieł.

Kultura nie znosi kłamstwa, Nie pomogą fałszywi cmokierzy. Ludzie bez tych cmokierów potrafią odróżnić, co jest w kulturze dobre a co złe. Jeśli teatr nie ma widowni, to nie pomogą zachwyty cmokierów. Jest to po prostu zły teatr. To samo tyczy pustych sal koncertowych. Bo wystarczy, że w tym samym teatrze zrobi przedstawienie inny reżyser i zagra inny aktor — a widownia jest pełna. Sala koncertowa jest wypełniona po brzegi, jeśli występuje świetny muzyk.

Wysoka kultura narodu może być błogosławieństwem, ogromną szansą.

Czy potrafimy ją wykorzystać? Owszem. Jeśli wyjdziemy poza schematyczne myślenie, że kultura jest jakimś dodatkiem do gospodarki, a nie siłą twórczą, jej sprężyną, siłą sprawczą.

Nie łudźmy się. Nie podniesiemy kultury agrarnej rolnika bez podniesienia jego kultury ogólnej. Nie podniesiemy kultury technicznej robotnika bez podniesienia jego ogólnej kultury. Nie podniesiemy wydajności pracy — jeśli nie pomogą w tym twórcy kultury. I bez zmian w sposobie myślenia ludzi — a to także należy do sfery kultury — nie wyjdziemy z kryzysu.

Ktoś powie: nam nie są potrzebne tylko same zyski, ale określona produkcja, określona ilość różnych towarów na rynku. Banknotem nie napełni się żołądka, banknot to nie samochód. Oto właśnie przykład myślenia schematycznego. Za dobry banknot ma się wszystko. Węgrzy nie produkują samochodów — czy nie jeżdżą samochodami? Są kraje, w których nic się nie rodzi, nawet kaktus. Czy przymierają głodem?

Nasz błąd być może polega na tym, że chcemy produkować wszystko. I samochody, i zboże, i węgiel, i dżinsy, i kulturę. Zdecydujmy się na coś — a może będzie lepiej?

ZBIGNIEW NIENACKI
=======================================================================================



Z24 - 2023-02-05, 16:17

Ciekawe ile jest prawdy w relacji o obrazie Teofila Ociepki? Mi ta opowieść skojarzyła się nie z PSiZR i opowieściami pijaczka Śliwińskiego, tylko ze "Skiroławkami" i opowieściami malarza Porwasza o mitycznym czwórnarodowościowym baronie Abendteuer, który oprócz dzieł sztuki handlował również kabanosami.

PS. Czy w tym cyklu jest gdzieś artykuł z Herodem-83 w tytule?

Kynokephalos - 2023-02-05, 17:36

Z24 napisał/a:
ze "Skiroławkami" i opowieściami malarza Porwasza o mitycznym czwórnarodowościowym baronie Abendteuer, który oprócz dzieł sztuki handlował również kabanosami.

Racja. Istniał czy nie istniał, był marchandem czy handlował tandetą - na pewno miał rodowód wspólny z tym antykwariuszem, który oferował dolary za Ociepkę.

***

Z24 napisał/a:
Czy w tym cyklu jest gdzieś artykuł z Herodem-83 w tytule?



To ostatni publicystyczny tekst Nienackiego w „Tu i Teraz”. Jest częścią prasowej dyskusji, która rozwinęła się wokół jego najbardziej kontrowersyjnego felietonu w tym tygodniku, czyli wokół „Rozprawy o kretynach”.
(https://pansamochodzik.net.pl/viewtopic.php?t=6231)


Pozdrawiam,
Kynokephalos

Kynokephalos - 2023-04-18, 07:19

„Wyznanie Heroda '83” (z października 1983) było ostatnim wkładem Zbigniewa Nienackiego w „Tu i Teraz”. Nie mamy jakiejś deklaracji w tej sprawie ze strony pisarza lub ze strony tygodnika. Po prostu jego teksty przestały się tam ukazywać (zresztą już od lutego 1983 publikował równolegle w „Szpilkach”), a w lutym 1984 roku nazwisko zniknęło ze stopki „TiT”.

Możemy domyślać się przynajmniej części powodów zakończenia współpracy. W późniejszych wypowiedziach nieraz nawiązywał krytycznie do „Tu i Teraz” i wymieniał z nazwiska tych kolegów z zespołu redakcyjnego, z którymi miał rachunki do wyrównania.
Najczęściej dostawało się naczelnemu Kazimierzowi Koźniewskiemu, pewnie za całokształt. Uszczypliwie wyrażał się o Andrzeju Jonasie — który będąc drugim sekretarzem redakcji miał nie dopuszczać na łamy treści nadesłanych przez Nienackiego, za to żądać od niego by podejmował inne tematy, jakie pisarza nie interesowały. Może przez zazdrość żartował z Teresy Krzemień i Zbysława Rykowskiego (ich artykuły na odmianę pismo publikowało bardzo często), że nikt ich nie czyta. Wspomniał Henryka Webera, który odwzajemnił mu się recenzją powieści „Raz w roku w Skiroławkach”, gdzie zarzucił Nienackiemu prostacką, twardą pornografię w ideowym kamuflażu oraz cyniczną akcję reklamową w amerykańskim (czyli estetycznie i moralnie niskim) stylu. Kilkakrotnie — Leszka Żulińskiego, nie dość że regularnie drukowanego, to w dodatku często niezgodnego z Nienackim w poglądach na tematy społeczne. I chyba tylko Aleksandra Minkowskiego — choć nieraz w polemicznym kontekście — oraz Zbigniewa Safjana wymieniał z wyczuwalną sympatią.

Pisarz skarżył się, że jeśli złoży coś w „Tu i Teraz” to wydrukują mu to po miesiącach lub wręcz „za dwa lata”. Mieliśmy o tym pośrednie świadectwo od Aleksandra Minkowskiego, gdy swój głos w sprawie „Rozprawy o kretynach” rozpoczął słowami: „Trzymał redaktor tę bombę zegarową w szufladzie (...)”.
Mało tego — podobno zdarzyło się, że dwie publikacje Nienackiego połączono w jedną, a w treść innej redakcja wtrąciła się do tego stopnia, że czytając rozpoznał w niej tylko własne nazwisko. Tu na pewno przesadził w opisie sytuacji — ale wierzę, że miał jakieś podstawy do utyskiwania i rozumiem jego irytację jako autora.

Być może czarę żalu przepełniła latem 1983 odmowa ze strony „Tu i Teraz” wydrukowania zajawek powieści „Raz w roku w Skiroławkach. Jak ironizował później Nienacki, redaktor Koźniewski „po przeczytaniu pierwszej strony zbladł, zsiniał, spurpurowiał i jako wielkie świństwo wyrzucił za okno.” Śmiał się, że „dostali konwulsji” i pytał „w jaki sposób oni w tej redakcji jednak się żenią, wychodzą za mąż” i mają dzieci.
Natomiast wersja drugiej strony (przedstawił ją we wspomnianej recenzji Henryk Weber) wyglądała tak, że Nienacki — chcąc na skandalu i prowokacji oprzeć kampanię reklamową książki — nadesłał do druku fragment „zawierający wyłącznie treść kopulacyjną”. Redakcja poprosiła go o urywek o innym charakterze, lecz otrzymała drugi „również kopulacyjny”, którego ze względu na niski poziom nie mogła zaakceptować.

W rezultacie z fragmentami „Raz w roku...” Nienacki zwrócił się do swoich dawnych znajomych — do „Odgłosów”, a centrum swojej publicystycznej aktywności definitywnie przeniósł do „Szpilek”, gdzie — zdaje się — nie miał trudności z zamieszczaniem co dwa-trzy tygodnie kilkuszpaltowego felietonu na wybrany przez siebie temat. I na pewno nie musiał obawiać się pruderii.

Pozdrawiam,
Kynokephalos

Seth_22 - 2023-04-18, 08:32

Z24 napisał/a:
Ciekawe ile jest prawdy w relacji o obrazie Teofila Ociepki? Mi ta opowieść skojarzyła się nie z PSiZR i opowieściami pijaczka Śliwińskiego, tylko ze "Skiroławkami" i opowieściami malarza Porwasza o mitycznym czwórnarodowościowym baronie Abendteuer, który oprócz dzieł sztuki handlował również kabanosami.

PS. Czy w tym cyklu jest gdzieś artykuł z Herodem-83 w tytule?


Fakt. I z Fantomasem.

Z24 - 2023-04-18, 13:00

Kynokephalos napisał/a:
Najczęściej dostawało się naczelnemu Kazimierzowi Koźniewskiemu, pewnie za całokształt.


:D Pewnie tak. Taka już dola człowieka, który chce być uprzejmy dla wszystkich.

Kynokephalos napisał/a:
Uszczypliwie wyrażał się o Andrzeju Jonasie — który będąc drugim sekretarzem redakcji miał nie dupuszczać na łamy treści nadesłanych przez Nienackiego, za to żądać od niego by podejmował inne tematy, jakie pisarza nie interesowały.


Miło mi to czytać. Rzeczony dżentelmen to mój wyrzut sumienia. Circa about 20 lat temu dwukrotnie spotkałem go w przelocie na terenie UW i... nic nie zrobiłem :/ :/ :/ ...Nawet nie pozdrowiłem jak prawdziwego Rzymianina...

Kynokephalos napisał/a:
I chyba tylko Aleksandra Minkowskiego — choć nieraz w polemicznym kontekście — oraz Zbigniewa Safjana wymieniał z wyczywalną sympatią.


To byli chyba jedyni czynni pisarze w tym towarzystwie. A my pisarze drapiemy się nawzajem po pleckach... ;-)

Kynokephalos - 2023-04-28, 00:07

Z24 napisał/a:
Kynokephalos napisał/a:
Najczęściej dostawało się naczelnemu Kazimierzowi Koźniewskiemu, pewnie za całokształt.

:D Pewnie tak. Taka już dola człowieka, który chce być uprzejmy dla wszystkich.

Możliwe, że jesteś blisko sedna problemu.
Dobrą ilustracją byłaby wypowiedź Nienackiego z kwietnia 1984:

Andrzej Wasilewski i Zbigniew Safjan chcieli skupić wokół „Tu i Teraz” całą lewicę polską, określić jej miejsce i jej nową rolę w życiu kraju, odrzucić to, co przestarzałe, dogmatyczne, przewartościować minione wartości w sztuce, otworzyć front walki lewica-prawica. Koźniewski zrobił z „Tu i Teraz” coś nieokreślonego, niestrawnego, bez adresata, rozmył całą sprawę.

Pozdrawiam,
Kynokephalos



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group