To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
PanSamochodzik.net.pl
Forum poświęcone twórczości Zbigniewa Nienackiego

Wyspa Złoczyńców - Stanisław Jędryka - reżyser Wyspy Złoczyńców - wywiad

John Dee - 2015-01-22, 21:33

Z24 napisał/a:
Nie wierzę, Johnie Dee, że ściągałeś chociażby dlatego, że…

Dziękuję za zaufanie, Zecie - ściągania oczywiście nie było. :D



Szara Sowa napisał/a:
Począwszy od mojego filmu dyplomowego, który sobie bardzo cenię, pt.: „Zbieg”, według noweli Marka Hłaski


Co za lawina ciekawych informacji! No i tyle nieznanych filmów - wszystkie chciało by się obejrzeć.
Marek Hłasko, jak niedawno czytałem, przyczynił się niejako do śmierci Krzysztofa Komedy… :/

Szara Sowa - 2015-01-22, 21:58

John Dee napisał/a:
Marek Hłasko, jak niedawno czytałem, przyczynił się niejako do śmierci Krzysztofa Komedy… :/


Niestety to prawda...

John Dee napisał/a:
No i tyle nieznanych filmów - wszystkie chciało by się obejrzeć.


Ja już od dobrego miesiąca nadrabiam zaległości. Polecam też wspomniany film ze St. Mikulskim i E. Krzyżewską „Powrót na Ziemię”. Jest taki dość specyficzny, ale dla sympatyków tych aktorów na pewno ciekawy.

John Dee - 2015-01-25, 09:15

Obaj panowie, ZN oraz Stanisław Jędryka, zawdzięczają więc sobie wzajemnie bardzo dużo. Dla Nienackiego błyskawiczna i aprobatywnie przyjęta ekranizacja nowej książki utwierdziła go w jego postanowieniu kontynuowania opowiadań z jego alter ego Tomaszem, co w końcu doprowadziło do powstania serii.
Stanisław Jędryka zaś, w chwili gdy za pośrednictwem pani Heleny przeczytał Wyspę Złoczyńców, odnalazł swoje prawdziwe powołanie w postaci filmów i seriali dla młodzieży.

Tak więc dług wdzięczności nas nienackofanów wobec Pana Jędryki jest większy, niż nam się wydaje. Poszedłbym nawet dalej: gdyby Mistrz w późniejszym okresie tworzenia serii znalazł kogoś jak Pan Jędryka lub Hubert Drapella adaptujących inne jej części do filmu, myślę że to ponownie zdopingowało by jego wysiłki i być może moglibyśmy się dzisiaj delektować więcej niż 12 częściami Pana Samochodzika.

Szkoda też, że współprace reżysera i autora nie doprowadziła do powstania jakiegoś bliższego stosunku osobistego między nimi - pomógł by on zapewne również w ewentualnym dalszym zawodowym współdziałaniu obu artystów. No cóż, widocznie nie było tak zapisane w gwiazdach… :/

Ciekawe, co następna część tego świetnego wywiadu przyniesie. ;-)

Szara Sowa - 2015-01-25, 12:54

Ciekawe i chyba bardzo trafne spostrzeżenia!

John Dee napisał/a:
Ciekawe, co następna część tego świetnego wywiadu przyniesie.


Mam nadzieję że się nie zawiedziesz! ;-)

Protoavis - 2015-01-27, 12:36

Cz. 5

Dalsza części odpowiedzi na pyt. 12. Jak układała się Panu współpraca z autorami scenariuszy ekranizowanych powieści? Czy byli zadowoleni z efektów końcowych?

Potem miałem skierowany do produkcji scenariusz Stanisława Dygata „Kopiec Kościuszki”, według jego książki „Disneyland”. Jednak z różnych powodów w ostatniej chwili się z tego wycofałem. Parę lat później nakręcił ten film Kuba Morgenstern pod tytułem „Jowita”. Żałuję bardzo, że jednak wtedy nie doszło do realizacji tego filmu. Chociaż z drugiej strony myślę sobie, że może wtedy inaczej potoczyłyby się moje filmowe losy. A uważam, że mimo wszystko tak jak one się potoczyły, z serialami młodzieżowymi, czterema filmami, które się dla mnie liczą, że potoczyły się dobrze. I nie żałuję, że się tak potoczyły. W przypadku „Disneylandu” na pewno byłby to wielki atut w osobie Stanisława Dygata, który zresztą napisał, za zgodą Nienackiego, bardzo dialogi do „Wyspy Złoczyńców”. A Nienacki się nie obraził za to, że ja szukam jeszcze jakiegoś wsparcia w wybitnej osobowości, jaką był Stanisław Dygat.

A trzecim scenarzystą był Krzysztof Gruszczyński, wybitny dramaturg i wspaniały człowiek. Przy czym rzecz polegała jeszcze na tym, że on napisał scenariusz „Powrotu na ziemię”, którego bohaterami było małżeństwo żydowskie w czasie wojny doprowadzone do krańcowej sytuacji psychicznej, z miłości postanawia popełnić wspólnie samobójstwo. Ona skacze do rzeki, jemu zabrakło odwagi. O dziwo, po wojnie się nagle odnajdują i próbują odnowić dawną miłość, ale nic z tego nie wychodzi. Tutaj był problem małżeństwa żydowskiego. Skierowano ten film do produkcji z zastrzeżeniem, że nie będę akcentował, że to jest małżeństwo żydowskie. Musiałem więc znaleźć i znalazłem jakąś inną sytuację, zresztą za zgodą Gruszczyńskiego. Uważam, że film ten został niedoceniony. Teraz z okazji mojego 80-lecia w Iluzjonie w Warszawie był przegląd filmów i na seansie „Powrotu na ziemię” było grono 20-latków, którzy o dziwo, prawie że się zachwycili tym filmem. Tak to jakoś jest, że wszystkie te filmy, które zrobiłem kiedyś dawno, wtedy nie były zauważone, a teraz, jak od 20 lat nie robię filmów, to więcej się o tych filmach mówi niż wtedy, kiedy je rok po roku robiłem, albo serial albo film fabularny (śmiech). Tak że Krzysztof Gruszczyński był kolejnym scenarzystą, któremu wiele zawdzięczam. On napisał zresztą jeszcze drugi scenariusz dla mnie.

13. Czy pamięta Pan początki przygody z filmem?


Zdecydowałem się na film, a brało się to z mojego zakochania w filmach, kibicowania filmom, bo oglądałem nie tylko wszystkie filmy które były grane w Sosnowcu w dwóch kinach, oczywiście te dozwolone, bo wtedy na filmy od 18 lat nie mogłem chodzić. Chociaż raz mój starszy, przyrodni brat zabrał mnie na „Gildę”, która była od 18 lat, mimo że miałem wtedy chyba lat 16. Byłem więc zapalonym kinomanem, ale jak się później okazało, pojęcia o filmie za dużego nie miałem. Za pierwszym razem, szczęśliwie zdałem egzamin wstępny, a nie było to takie łatwe, bo na jedno miejsce na wydziale reżyserskim było 600 kandydatów! (śmiech). Kiedy mi się więc to udało, wtedy już film zawładnął mną absolutnie. Próbowałem jeszcze włączyć się w sport, trafić do Łódzkiego Klubu Sportowego, ale było to niemożliwe, ponieważ zajęcia na uczelni były od 8 rano do 10 wieczorem. Poza tym w szkole filmowej nie było klimatu życzliwego dla sportu. Był na przykład taki wykładowca – operator Jakowlew, który mówił, że „sztuka nie idzie w parze ze sportem”. Tym niemniej, na trzecim roku skrzyknęliśmy się (byłem kapitanem drużyny) i wystąpiliśmy w Akademickich Mistrzostwach w Łodzi i zdobyliśmy mistrzostwo. Na wyższym szczeblu wyeliminowali nas dopiero studenci z AWF Wrocław (śmiech). Do przerwy było 0:0, ale skończyło się 5:0 dla nich, bo moi koledzy po raz pierwszy grający w butach piłkarskich z korkami, tak spuchli, że już nie istnieli.

14. Jakie były okoliczności nakręcenia Pana filmu „Powrót na ziemię”?


Była to taka sytuacja, że w pewnym momencie komisja scenariuszowa zatwierdziła mi dwa scenariusze, ale ekonomiczny szef zespołu „Rytm” pan Zygmunt Szyndler, przedwojenny filmowiec, powiedział, że „Tak nie może być, żeby ten drugi scenariusz czekał na Jędrykę – mamy 2 zatwierdzone scenariusze, musimy to teraz zrobić, więc niech Jędryka jeden z nich wybierze i go zrobi”. Ten drugi scenariusz to była komedia obyczajowa „Małżeństwo z rozsądku”. Ja oczywiście wybrałem ten dramat psychologiczny, czyli „Powrót na ziemię”. Wobec tego ten drugi wziął Bareja i zrobił z tego film w swoim stylu. Co prawda wtedy jeszcze Bareja był niedoceniony. Nie był wtedy jeszcze malarzem rzeczywistości PRL-u, ale reżyserem od „najgorszej szmiry”, bo tak na początku go nazywano. Tak sobie więc myślę, że jestem w lepszej sytuacji, bo Bareja umarł zanim doceniono jego wszystkie walory i nie był świadkiem swojej rehabilitacji. Podobno mają nawet nazywać w Warszawie jego imieniem ulicę. Mnie jednak gdzieś tam cząstkę tych moich zasług się dziś oddaje.

Dodam, że muzykę do „Powrotu na ziemię” stworzył Wojciech Kilar, a był to mój drugi film do którego napisał muzykę, bo pierwszym była właśnie „Wyspa Złoczyńców”, gdzie skomponował także piosenkę czołową. Oczywiście to wtedy nie był jeszcze ten wielki Kilar, ale jestem dumny, że taka osobowość pisała muzykę do moich filmów. Z innych kompozytorów, to muzykę do „Stadionu”, mojego pierwszego, dwudziestominutowego, takiego eksperymentalnego filmu stworzył Lucjan Kaszycki. Był on wtedy po sukcesie piosenki do filmu Hassa „Pożegnania”. Film „Stadion” dostał wyróżnienie na festiwalu w Wenecji w 1959 roku. Lucjan Kaszycki napisał muzykę także do mojego debiutu „Dom bez okien”. Muszę tu powiedzieć że na Festiwalu w Cannes, wychodząc z publicznością z kina festiwalowego, nagle usłyszałem, że ktoś nucił motyw muzyczny z tego filmu, tak że ta muzyka gdzieś tam zapadła w pamięć.

Potem przyszła era filmów wg Bahdaja, począwszy od „Do przerwy 0:1”. Bahdaj to jest osobny rozdział. Jest to bardzo znacząca dla mnie postać i nie tylko jako wybitny pisarz, wspaniały scenarzysta, ale przede wszystkim jako wspaniały, lojalny człowiek, który darzył mnie pełnym zaufaniem. Nie doglądał, nie wypytywał, nie przychodził na plan. Po raz pierwszy zobaczył już zmontowany film, w którym było sporo moich drobnych zmian w stosunku do scenariusza, w scenach czy dialogach, a on to wszystko akceptował z pełnym zaufaniem. I wydaje mi się, że był zadowolony z tych rezultatów.

Co do kompozytorów, to do serialu „Do przerwy 0:1” muzykę skomponował Waldemar Kazanecki, przy czym muszę powiedzieć, że jest to niedoceniony kompozytor. W tamtych czasach, jeszcze przed filmem „Noce i dnie”, w środowisku krążyła opinia, że jest to kompozytor dwóch akordów. Dla mnie jednak napisał wspaniała muzykę. Potem nawiązałem współpracę z Andrzejem Korzyńskim.

Szara Sowa - 2015-01-27, 12:51

Wyobrażacie sobie? 600 kandydatów na 1 miejsce?! :okulary2:

Jako uzupełnienie dodam, że Waldemar Kazanecki jest chyba najbardziej znany z muzyki do "Bolka i Lolka" oraz do "Czarnych chmur".

Protoavis - 2015-01-27, 12:54

Szara Sowa napisał/a:
Wyobrażacie sobie? 600 kandydatów na 1 miejsce?! :okulary2:

Jako uzupełnienie dodam, że Waldemar Kazanecki jest chyba najbardziej znany z muzyki do "Bolka i Lolka" oraz do "Czarnych chmur".


A kobiety najbardziej znają go zapewne z pięknego walca:

https://www.youtube.com/watch?v=RgPn_ZbuhkM

:)

Szara Sowa - 2015-01-27, 12:57

Ten walc jest wspomniany w wywiadzie, a ja dopowiedziałem to o czym tam nie było. :D
She - 2015-01-27, 13:17

Szara Sowa napisał/a:
Jako uzupełnienie dodam, że Waldemar Kazanecki jest chyba najbardziej znany z muzyki do "Bolka i Lolka" oraz do "Czarnych chmur".


Zapomniałeś o serialu "Dom". też piękna muzyka.

Z24 - 2015-01-29, 15:52

Protoavis napisał/a:
en drugi scenariusz to była komedia obyczajowa „Małżeństwo z rozsądku”. Ja oczywiście wybrałem ten dramat psychologiczny, czyli „Powrót na ziemię”. Wobec tego ten drugi wziął Bareja i zrobił z tego film w swoim stylu. Co prawda wtedy jeszcze Bareja był niedoceniony. Nie był wtedy jeszcze malarzem rzeczywistości PRL-u, ale reżyserem od „najgorszej szmiry”, bo tak na początku go nazywano. Tak sobie więc myślę, że jestem w lepszej sytuacji, bo Bareja umarł zanim doceniono jego wszystkie walory i nie był świadkiem swojej rehabilitacji.


Wiem, że mnie tu ukrzyżują, ale wcale mnie nie dziwi ta opinia jaka funkcjonowała o Barei. Zawsze miał problemy z konstruowaniem akcji i popadał w dygresje i wątki, bez których film mógłby się doskonale obyć i wcale przez to nie byłby mniej śmieszny. Nie mówiąc już o sytuacjach, gdzie dowcip jest wysilony...

Protoavis - 2015-01-30, 11:00

Cz. 6

15. To może uporządkujmy temat kompozytorów. Kto jeszcze pisał, niejednokrotnie bardzo chwytliwą muzykę do pana filmów?

Do „Wakacji z duchami” muzykę skomponował Piotr Marczewski, kompozytor z Łodzi. Napisał on bardzo dobrą muzykę. Chciałem kontynuować z nim współpracę i jak zrealizowałem następny film „Podróż za jeden uśmiech”, to sobie o nim pomyślałem, ale okazało się że on już umówił się z Drapellą na muzykę do serialu o Templariuszach. Ponieważ był już zajęty, to musiałem go skreślić. Pomyślałem wtedy o Dudusiu Matuszkiewiczu. I on napisał mi muzykę do serialu „Podróż za jeden uśmiech”, a potem także dla serialu „Stawiam na Tolka Banana”, z tą także do dzisiaj popularną balladą. Bardzo dobra to była muzyka, wyróżniała się. Potem jednak rozstałem się z Dudusiem i do następnego filmu „Koniec wakacji” poprosiłem do współpracy Macieja Małeckiego, który też napisał bardzo piękną muzykę. W związku z tym, jak potem robiłem serial „Szaleństwo Majki Skowron” to on też tam muzykę napisał. Dobrze nam się pracowało, ale przyszedł moment nie konfliktu, ale gorszych relacji i do następnego filmu „Najlepsze w świecie” z 1976 r. wybrałem kogoś innego. Była to zabawna sytuacja, bo zaproponowałem autora popularnych piosenek, m.in. „Kwiat paproci” Juliusza Loranca, lecz kiedy przyszło do nagrania muzyki to on, mimo obietnic nie był gotowy. Wtedy zaproponowałem współpracę kompozytorowi, który napisał muzykę do „Chłopów”, Adamowi Sławińskiemu. Potem zaczęła się współpraca z Andrzejem Korzyńskim, który najpierw skomponował muzykę do tryptyku fabularnego „Zielona miłość”, a potem do innych filmów: „Zielone lata” i „Amnestia”. Przy jednym filmie („Przypadki Piotra S.”), muzykę napisał Seweryn Krajewski, przy czym nasza współpraca skończyła się na jednym filmie, bo trochę jego metody pracy nie bardzo mi odpowiadały, bo on pisał muzykę u siebie w studiu, taką elektroniczną, a mnie brakło prawdziwego kontaktu z orkiestrą, z muzykami. Nie bardzo mi te brzmienia odpowiadały. Do jednego filmu „Sami dla siebie” muzykę skomponował mało wówczas znany Zbigniew Preisner.

16. Czy podczas realizacji „Wyspy Złoczyńców” dochodziło do jakichś zabawnych, dramatycznych lub niespodziewanych wydarzeń związanym np. z udziałem w zdjęciach młodych aktorów?

Przypominam sobie taki moment, a ja zawsze utrzymuję, że takie sytuacje coś znaczą. Kręciliśmy zdjęcia w Kazimierzu, ale bunkry zbudowaliśmy w atelier w Łodzi. W Łodzi kręciliśmy też ostatnie sceny na szosie pod Strykowem. To wyglądało w ten sposób, że Pan Samochodzik z Zaliczką podjeżdżają pod drogowskaz, zatrzymują się i zastanawiają się, gdzie jechać, prosto, czy skręcić do miejscowości, o której napisano w gazecie, że coś się tam niezwykłego zdarzyło. Potem wybierają tę miejscowość i skręcają. Mamy bliskie ujęcie, samochód podjeżdża i zatrzymuje się. Do tego ujęcia kamera jechała razem z samochodem, żeby ich sfilmować od przodu. Było to tak, że do progu samochodu i do karoserii przy przednich drzwiach, była zamontowana platforma, na której stawał operator z kamerą i robił zdjęcia z bliska. No i wtedy gdy samochód zatrzymał się, nagle ta platforma razem z operatorem się urwała. Proszę sobie wyobrazić, że gdyby samochód jeszcze parę metrów jechał i urwałoby się to w czasie jazdy, to co by się stało z operatorem? Była to więc sytuacja dramatyczna, ale trochę symboliczna, bo to na szczęście było ostatnie ujęcie.

My w ogóle mieliśmy bardzo słabe możliwości robienia wyścigów tym autem. W sytuacji kiedy się ogląda dziesiątki filmów ze scenami karamboli i pościgów, my dysponowaliśmy takim zgrzebnym, skromnym sprzętem. Wehikuł był robiony metodą chałupniczą, siermiężną, ale miało to może swój urok.

Nie wiem, czy to ma jakiś związek, ale tak się złożyło, że na praktykę podczas realizacji tego filmu przyjechali studenci szkoły filmowej. A mówię o tym dlatego, że były wśród nich dwa wybitne nazwiska wśród operatorów: Edward Kłosiński i Sławomir Idziak. Przy czym Edward Kłosiński wyrzeźbił tę głowę, którą w filmie rzeźbi profesor. Jest to też pewna ciekawostka (śmiech).

Ekipa mieszkała w dawnym spichlerzu w Kazimierzu i przyjechała tam na plan rodzina Janka: syn Juliusz i żona Halina, która zresztą zagrała w "Wyspie" w ostatniej scenie w muzeum. Tam gdzie mieściły się biura wywieszało się plan na następny dzień. Który aktor, o której godzinie, gdzie transport, itd. Była też wypisana obsada aktorska i akurat były takie nazwiska: Litwin, Turek, Czeski i jeszcze ktoś. Ten mały miał wtedy może z 12 lat i mówi: „Tato, a co to jest że w tym filmie grają sami zagraniczni aktorzy?” (śmiech).

W filmie grali też harcerze… ale może scenariusz nie dawał możliwości, ale i oni sami nie byli „za wspaniali”. Jeden z nich, Błażej, to był uzdolniony chłopak i aktorsko mógł coś więcej zrobić, a pozostali to byli tacy trochę statyści i patrząc na nich trudno było sobie wyobrazić, że ja tak polubię tych dziecięcych bohaterów, żeby potem w każdym moim filmie grali znaczące role. Nie zachęciło mnie to do współpracy z dziecięcymi aktorami, chociaż w sumie się sprawdzili. Tyle, że już sam fakt, że byli w mundurkach harcerskich (nic nie mam przeciwko harcerzom, mało tego, sam należałem do harcerstwa, byłem zastępowym w szkole powszechnej w Sosnowcu), to jednak te mundurki zabijały osobowość, powodowały taką oficjalność.

Wszystko zaczęło się od Bahdaja, od „Do przerwy 0:1”, od mojej pasji piłkarskiej. W tym filmie główny ciężar spoczywał na tych młodych bohaterach, którzy jeszcze przy okazji musieli dobrze grać w piłkę, aby faktycznie można było uwierzyć, że np. ten Paragon to wyjątkowy talent, a Perełka jest wspaniałym bramkarzem, taką kruszynką w olbrzymiej bramce. Zresztą z Perełką łączy się zabawna sytuacja, że po ok. 20 latach jadę tramwajem i nagle słyszę głos: „Dzień dobry panie reżyserze!”. Odwracam się, a przy mnie stoi jakiś niesamowity dryblas, którego nie rozpoznaję. On się uśmiechnął i mówi „Perełka jestem!” (śmiech). Tam był mały w tej dużej bramce, a tutaj taki olbrzymi mężczyzna.

17. W „Wyspie Złoczyńców” jest scena, w której Zaliczka (Joanna Jędryka) wpada do głębokiej wody w bunkrze. Czy scena ta była kręcona w prawdziwym bunkrze czy też w atelier?

To była dekoracja w łódzkim atelier!

18. Czy na planie „Wyspy Złoczyńców” spotykał się Pan ze Zbigniewem Nienackim?

Nie, nie było go na planie. Tu można przyjąć dwie opcje. Pierwsza to: „zatwierdzili, zapłacili mi za scenariusz, niech więc robią jak uważają”, a druga to zaufanie do reżysera – „to co reżyser wymyśli będzie dobre i po mojej myśli”. Najlepszy dowód na to, to fakt, że zgodził się, żeby dialogi napisał Dygat. Albo zrozumiał, że jest potrzeba nie tyle świeżej krwi, ile spojrzenia jeszcze kogoś z boku, albo po prostu uznał, że nie ma wyjścia - niech robią jak chcą. Niechęci nie było. Po filmie raczej było zadowolenie, jakieś nawet podziękowanie, ale w czasie realizacji nie było go na planie.

19. W „Wyspie Złoczyńców” rolę Pana Samochodzika zagrał Jan Machulski. Proszę opowiedzieć o pracy z tym aktorem na planie filmowym.

Wyglądała bardzo dobrze, przy czym trzeba sobie powiedzieć, że Jan Machulski był wtedy jeszcze aktorem na dorobku. Uważam, że Janek był aktorem po prostu wybitnym, choć jeszcze oczywiście nie wtedy. W przypadku „Wyspy Złoczyńców” sprawą bardzo ważną było znalezienie właściwego aktora, grającego postać głównego bohatera, Pana Samochodzika. Zdecydowałem się na Machulskiego i wydawało mi się, że był to bardzo trafny wybór. Co prawda potem, po paru latach pan Drapella zrealizował film „Samochodzik i templariusze” i tam zagrał śp. Stanisław Mikulski, ale wydaje mi się, że propozycja postaci i sposób zagrania przez Machulskiego był zdecydowanie inny i wydaje mi się - mnie po prostu bliższy. To znaczy - nie neguję wartości tego co zrobił Mikulski w „Templariuszach”, ale była to postać na przeciwnym biegunie, jeżeli chodzi o środki aktorskie.

Nietajenko - 2015-01-30, 11:32

Zadziwiające jest to, jak przy dosyć zaawansowanym wieku, Jędryka operuje tak wieloma szczegółami z dalekiej już przeszłości. Pamięć ma fenomenalną.
Szara Sowa - 2015-01-30, 14:23

Protoavis napisał/a:
Nie, nie było go na planie. Tu można przyjąć dwie opcje. Pierwsza to: „zatwierdzili, zapłacili mi za scenariusz, niech więc robią jak uważają”, a druga to zaufanie do reżysera – „to co reżyser wymyśli będzie dobre i po mojej myśli”. Najlepszy dowód na to, to fakt, że zgodził się, żeby dialogi napisał Dygat. Albo zrozumiał, że jest potrzeba nie tyle świeżej krwi, ile spojrzenia jeszcze kogoś z boku, albo po prostu uznał, że nie ma wyjścia - niech robią jak chcą. Niechęci nie było. Po filmie raczej było zadowolenie, jakieś nawet podziękowanie, ale w czasie realizacji nie było go na planie.


Trochę to ciekawe, dlaczego Nienacki nie pojawił sie na planie? W końcu była to jego pierwsza poważna ekranizacja!

Protoavis napisał/a:
W przypadku „Wyspy Złoczyńców” sprawą bardzo ważną było znalezienie właściwego aktora, grającego postać głównego bohatera, Pana Samochodzika. Zdecydowałem się na Machulskiego i wydawało mi się, że był to bardzo trafny wybór. Co prawda potem, po paru latach pan Drapella zrealizował film „Samochodzik i templariusze” i tam zagrał śp. Stanisław Mikulski, ale wydaje mi się, że propozycja postaci i sposób zagrania przez Machulskiego był zdecydowanie inny i wydaje mi się - mnie po prostu bliższy. To znaczy - nie neguję wartości tego co zrobił Mikulski w „Templariuszach”, ale była to postać na przeciwnym biegunie, jeżeli chodzi o środki aktorskie.


Taka opinia u nas na forum, to chyba nie znajdzie za wielkiego poparcia! :p

Aldona - 2015-01-30, 20:19

Szara Sowa napisał/a:
Taka opinia u nas na forum, to chyba nie znajdzie za wielkiego poparcia!


Zawsze mówiłam, że Mikulski do Wyspy nie za bardzo pasował. To zupełnie inne przygody. Machulski był doskonały w tej roli i jak czytam Wyspę to własnie widzę jego. Natomiast nie mam tak z Templariuszami....oddzielam ksiązkę od filmu.

Adi - 2015-01-30, 23:04

Właśnie po kilku latach odświeżyłem sobie "Przygody psa Cywila". Odcinek 7 "Niewypały" i znów znajomy głos :) chodzi o Krystynę Chimanienko. Kolejny raz podłożyła swój głos do roli chłopięcej. Tym razem charakterystycznym głosem przemawiał jeden z chłopców, który chciał w sposób "inteligentny" wysadzić granat. ;-)
Z24 - 2015-01-31, 17:15

Nietajenko napisał/a:
Zadziwiające jest to, jak przy dosyć zaawansowanym wieku, Jędryka operuje tak wieloma szczegółami z dalekiej już przeszłości. Pamięć ma fenomenalną.
.

To normalne. Ja też lepiej pamiętam szkołę podstawową i średnią niż ostatnie 10 lat :D .

Szara Sowa - 2015-02-03, 08:33

Cz. 7

20. Dla znacznej większości fanów dwie najbardziej udane ekranizacje „Samochodzików” to Pana „Wyspa Złoczyńców” oraz serial o templariuszach Huberta Drapelli. Co Pan sądzi o innych ekranizacjach „Samochodzików”?

Ja z filmu „Wyspa Złoczyńców”, a szczerze mówiąc także z jego przyjęcia byłem bardzo zadowolony. Wydawało mi się, że właściwie powinienem pociągnąć dalej serię filmów o Panu Samochodziku, bo rzeczywiście Nienacki tych książek napisał kilka. Zresztą prawie wszystkie, no wszystkie to nie, bo bardzo był płodnym pisarzem, ale sporo z tych książek trafiło na ekrany. Potem to robili Janusz Kidawa i Kazimierz Tarnas. Natomiast ja poprzestałem na tym pierwszym filmie, bo wydaje mi się, że troszkę ten chłód ze strony krytyków, z jakim przyjęto „Wyspę” mój entuzjazm ostudził. A poza tym była druga rzecz. Doszedłem do wniosku, że jednak trudno jest przenieść literaturę Nienackiego na ekran, bo ona jest dosyć taka specyficzna i wiele wartości niesie w samej warstwie literackiej. Że tą pewną umowność, która jest w tych książkach opowiadających różne historię, jednak ekran troszkę demaskuje. To znaczy w tym sensie, że jest tak na granicy nieprawdopodobności. To zdecydowało, że nie poszedłem za ciosem i nie zrobiłem następnych filmów, poprzestałem na tym jednym. Ale mam satysfakcję, że to był pierwszy Pan Samochodzik i wydaje mi się, że udany.

Nie wiem czy oglądałem wszystkie odcinki „Templariuszy.” Chyba tak. W każdym razie przyjąłem je pozytywnie, chociaż z drugiej strony (nie jest to jakieś samochwalstwo), tak się przyzwyczaiłem, tak się zżyłem z tym Panem Samochodzikiem Machulskiego, że trudno mi było sobie wyobrazić innego aktora na to miejsce. Dlatego też Staszek był mi troszkę obcy w tej roli. Ja w pasję młodzieńczą w wykonaniu Machulskiego jako Samochodzika wierzyłem, m.in. dlatego go w tej roli obsadziłem, a tutaj była taka jakaś obcość. Przy czym może faktycznie proza Nienackiego bardziej się nadaje na seriale niż na film fabularny, jednorazowy. No nie wiem.

Inne od przypadku do przypadku oglądałem, ale wydaje mi się, że były one dalekie od ducha prozy Nienackiego. Były to jakieś wymysły zupełnie z różnych parafii, nieangażujące emocjonalnie w sposób szczery. Nie wiem, może po prostu zazdrość przeze mnie przemawia? Złość na siebie za to, że nie kontynuowałem tej serii, bo przecież mogłem zrobić te kolejne pięć czy sześć filmów, tak jak zrobiłem cztery seriale z Bahdaja. Mogłem przecież zrobić pięć seriali z Nienackiego, ale nic takiego nie było. Mam tylko tę przyjemność, że pierwszy powołałem Samochodzika do życia, i że główny bohater jest często uznawany za najbardziej trafiony w prozę Nienackiego.

21. W takim razie dlaczego tak naprawdę nie nakręcił Pan więcej Samochodzików? Na naszym forum bardzo nad tym ubolewamy.

Były dwa powody. Pierwszy, to chłodne przyjęcie, takie upupienie przez krytykę (mimo powodzenia wśród publiczności - na premierze w Pałacu Kultury była pełna sala, dwa tysiące ludzi, którzy wykupili bilety, a nie jak teraz się robi - otrzymali zaproszenia), która od razu dała stempelek, że jest to film drugiej kategorii, bo dla dzieci i młodzieży. A dla dzieci i młodzieży można byle jak – wszystko kupią. Nieprawda! Chyba Gorkiemu się przypisuje, że powiedział: „Twórczość dla dzieci robi się tak samo jak dla dorosłych, tylko lepiej”.

A z drugiej strony, widziałem problem w tej konwencji Samochodzików, niby realistycznej a nierealistycznej, trochę wymyślonej. To ma oczywiście rację bytu, ale wydaje mi się, że zawsze ekran jest taki bardziej dosłowny niż słowo. Bo słowo można tak stworzyć, że powstaje wrażenie, iluzja, natomiast ekran to jest coś konkretnego. Chyba, że zrobi się specjalny film, artystyczny, eksperymentalny, w jakiejś założonej konwencji. A w samochodzikach jesteśmy tak w połowie drogi. Nie jest to konwencja wymyślona, ale z drugiej strony przykładając miarę realności, gdzieś się to po prostu nie sprawdza. Stąd to moje odejście, którego nie żałuję, dlatego, że tak samo jak w przypadku "Disneylandu" Dygata, nie wiem jakby się potoczyły moje losy, gdybym zrobił jeszcze 3 „Samochodziki”. Przy czym wydaje mi się, że jednak jako surowiec do ciekawego filmu, to proza Bahdaja czy Minkowskiego czy Domagalika, bo o Domagaliku najmniej mówimy, a był to przewspaniały człowiek, już niestety nieżyjący, były cenniejsze od propozycji samochodzikowych. Bo one są w jakimś stopniu wymyślone, a Bahdaj jest szalenie prawdziwy. Bo przecież ile powiedzeń z tych seriali weszło w życie potoczne, choćby ze „Stawiam na Tolka Banana”. Przecież on pierwszy w filmie pieniądze nazwał „kasą”. Czy też w Kazimierzu w „Podróży za jeden uśmiech” jak Poldek krzyczy na Dudusia: „A co ty byś chciał? Telefon bez drutu, tak?” (śmiech). Te rzeczy weszły już w obieg nie tylko w kategorii filmu dla dzieci, to jest już bardzo życiowe, bardzo prawdziwe. On miał nieprawdopodobny słuch na słowo, na dialog: „muka” nie „muka”, to wszystko jest wręcz nieprawdopodobne. Czy ktoś pamięta jakieś powiedzenie z Pana Samochodzika?

Muszę przyznać, że fani Pana Samochodzika jednak coś tam pamiętają…

Także te fabularne filmy różnych reżyserów (chodzi o ostatnie ekranizacje samochodzików – dop. red.) troszkę obnażyły słabość w tym względzie…

Powiedzmy, że chodzi o trudność w przełożeniu na język filmowy…

Tak, tak, tak jak mówię. U Bahdaja jest tak, że czego się nie dotknie, to wszystko to jest życie, to jest prawdziwe. Na przykład są też przepiękne filmy Nasfetera, ale one są wykreowane. To nie jest chłopak, którego można spotkać na ulicy, tylko on musi coś tam mieć, to w kostiumie, to w wyglądzie. Filmy te są poetyckie, bardzo piękne, ale z życiem mają mało wspólnego. A jakiej się sceny nie dotknie w filmach „bahdajowskich”, to życie z tego wyziera, w dialogu, zachowaniu, w scenerii. Dotyczy to również Olka Minkowskiego, szczególnie w „Szaleństwie Majki Skowron”. Już nie mówiąc o Domagaliku. Ja miałem szczęście do tych autorów, a jest nieszczęściem, że już ich nie ma i w związku z tym nie ma tych książek. No może są, ale ja na nie trafiam. A bez nich po prostu tych filmów by nie było.

22. Czy w swej karierze zawodowej spotkał się Pan ze Stanisławem Mikulskim??

Mikulski zagrał u mnie w filmie „Powrót na Ziemię” z Ewą Krzyżewską, zresztą bardzo dobrze, więc ja cenię go sobie nie tylko za Klossa. Za Klossa to nawet może bardziej cenię pomysłodawców i scenarzystów (śmiech). Stanisław Mikulski był dobrym aktorem na pewno.
To ja pierwszy podjąłem ryzyko, mimo że mi odradzano, że nie można angażować Mikulskiego do jakiejkolwiek roli, bo ciągle będzie Klossem i reżyser będzie stał na przegranej pozycji. A ja pierwszy, bo potem jeszcze w innych filmach przecież grał, zaangażowałem go do głównej roli, zresztą robiąc wcześniej próbne zdjęcia, przy czym wypadł bardzo dobrze na tym castingu, grając tak bardzo oszczędnie, w stylu amerykańskim.

Nietajenko - 2015-02-03, 11:45

Szara Sowa napisał/a:
Doszedłem do wniosku, że jednak trudno jest przenieść literaturę Nienackiego na ekran, bo ona jest dosyć taka specyficzna i wiele wartości niesie w samej warstwie literackiej. Że tą pewną umowność, która jest w tych książkach opowiadających różne historię, jednak ekran troszkę demaskuje. To znaczy w tym sensie, że jest tak na granicy nieprawdopodobności.

A mnie się właśnie wydaje, że Samochodziki są jak najbardziej realistyczne (pomijając wehikuł). Być może problemem był rozmach z jakim niektóre tomy były napisane (różnorodność plenerów, miejsc, osób a nawet krajów). Problemem z pewnością było to, że Samochodziki są trochę dla młodzieży a trochę dla dorosłych. Prawdopodobnie łatwiejszy w realizacji był Minkowski, Domagalik i Bahdaj.
Szara Sowa napisał/a:
Inne od przypadku do przypadku oglądałem, ale wydaje mi się, że były one dalekie od ducha prozy Nienackiego. Były to jakieś wymysły zupełnie z różnych parafii, nieangażujące emocjonalnie w sposób szczery. Nie wiem, może po prostu zazdrość przeze mnie przemawia?

Patrzcie jak elegancko można zawoalować przekaz "Inne to gnioty". ;-)

Szara Sowa - 2015-02-03, 11:49

Mnie zdziwiło to, że p. Stanisław przyznaje się że nie jest pewny czy cały serial dot. Templariuszy w ogóle widział.
:)
A co niektórzy na forum byli ciekawi, czy robił sobie jakies szczegółowe porównanie obu filmów i jakie wnioski wyciągnął.
:D

Adi - 2015-02-03, 12:06

Szara Sowa napisał/a:
A co niektórzy na forum byli ciekawi, czy robił sobie jakies szczegółowe porównanie obu filmów i jakie wnioski wyciągnął.
:D


Przyznaję się bez bicia, że to ja byłem tym ciekawskim :) Te wywiady są jednak świetne. Rozwiewają wszelkie wątpliwości i dają pokaźną wiedzę!



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group