PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj


Poprzedni temat :: Następny temat
Maciej Siembieda
Autor Wiadomość
Teresa van Hagen 
Fanatyk Samochodzika



Pomogła: 13 razy
Dołączyła: 20 Lut 2017
Posty: 3772
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-02-05, 17:06:32   

Ad nowej książki- nowy wywiad:

za smakksiazki.pl

Jakub Kania, były prokurator IPN, otrzymuje od Instytutu Pamięci Jad Waszem w Jerozolimie zlecenie odnalezienia miejsca pochówku holenderskich Żydów zamordowanych w niewielkim obozie koncentracyjnym na Górze św. Anny. Szybko odkrywa, że zwierzchnik obozu, generał SS Albrecht Schmelt uruchomił tam własny, głęboko utajniony biznes: szlifiernię diamentów, która przerabiała materiał przewożony przez holenderskich Żydów wyciąganych z transportu do Oświęcimia. Zarówno Kania jak i Instytut nie mają pojęcia, że za zleceniem poszukiwania grobów stoi czyjaś rządza zapanowania nad światowym rynkiem diamentów, a gra toczy się o “miejsce i imię” (po hebrajsku Jad Waszem) nie tylko więźniów z obozu, ale też ciągle aktywnych wyznawców faszyzmu i zwykłych ludzi, którzy stanęli na drodze diamentowego szlaku. Premiera książki już 14 marca.


Nie daje Pan odetchnąć prokuratorowi Kani. Ledwo co skończył śledztwo dotyczące obrazu, od razu zostaje rzucony do kolejnej trudnej sprawy. Poradzi sobie?

Oczywiście. Jakub Kania jest wytrwały i doprowadza sprawy do końca. To ten rodzaj ambicji, która nie wymaga wygrywania maratonów ale ukończenia biegu, choćby trzeba było pokonać linię mety na czworakach. A poza tym Kuba sam jest sobie winien. Skoro spodobał się Czytelnikom w poprzedniej powieści, to niech się teraz stara.

Kilkadziesiąt tysięcy kierowców dziennie przejeżdża autostradą A4 na odcinku Katowice-Wrocław. Pewnie tylko niektórzy wiedzą, że na Górze św. Anny istniał obóz koncentracyjny. Skąd pomysł na obudowanie wokół niego fabuły?

W latach 80. kiedy pracowałem jako reporter, trafiłem na Górze Świętej Anny na zagadkowe fundamenty kilkunastu budynków – zarośnięte trawą i prawie niewidoczne w lesie naprzeciwko Muzeum Czynu Powstańczego przy drodze do Leśnicy. Okazało się, że to pozostałości po obozie z czasów wojny, o którym prawie nikt niczego wiedział. Zacząłem szukać. Z nielicznych dokumentów zachowanych w archiwach dowiedziałem się, że obóz należał do organizacji Schmelt prowadzonej przez generała SS o tym samym nazwisku, a więźniowie budowali autostradę Berlin-Kraków (A-4 powstała na jej podwalinach i poniekąd jest pomnikiem ofiar Anabergu). Ale jeszcze ciekawsze były relacje kilku świadków – mieszkańców sąsiednich miejscowości zatrudnionych w obozie do wywozu nieczystości czy obsługi kuchni. To oni opowiedzieli mi o tajemnicy tego obozu, o tym co się tam działo, o tym dlaczego sprowadzano do niego starannie wyselekcjonowanych więźniów z Amsterdamu, o tym dlaczego po aresztowaniu Schmelta na rozkaz Himmlera zatarto ślady obozu i o tym dlaczego baraki były tak pilnie strzeżone: Specjalne tablice przy drodze ostrzegały, że strażnicy zastrzelą każdego, kto odwróci głowę i spojrzy w stronę obozu. Tak poznałem tę zagadkę, której nie wyjawię, aby nie psuć Czytelnikom lektury powieści.

Ile jest w Pana najnowszej książki prawdy, a ile fikcji literackiej?

Nigdy nie zdradzam proporcji, podobnie jak staram się zacierać granice między prawdą a fikcją. Tak było w „444” i tak jest tu. Dlaczego? W prezencie dla tych wszystkich, którzy poza czytaniem lubią poszukiwania. Poprzednia powieść zgromadziła kilkudziesięciu fanów przygody piszących do mnie niemal codziennie. Sprawdzają wątki zagadki, szperają w archiwach i w Internecie, pewien pan przyleciał ze Stanów Zjednoczonych po dziesięciu latach nieobecności w Polsce aby zobaczyć w Opinogórze „Chrzest Warneńczyka”. To są prawdziwe pisarskie sukcesy! Dlatego w „Miejscu i imieniu” prawda i fikcja są w tych samych kolorach, trudno je odróżnić. Ale żeby nie odpowiadać wymijająco: prawdą jest obóz i jego tajemnica. Prawdą są przedwojenne i wojenne wątki holenderskie oraz to co mogłem ujawnić o współczesnym rynku diamentów. Wprowadził mnie w ten świat kolega i sąsiad z Sopotu, który zajmował się tym biznesem przez wiele lat i to bardzo serio. Był nawet współwłaścicielem kopalni diamentów w Sierra Leone.

Postać Dawida Schwartzmana naprawdę była tak ważna w świecie szlifierzy diamentów?

Schwartzman jest postacią fikcyjną. A ściślej: symboliczną. Uosabia talent i odwagę tych wszystkich, którzy przez dziesięciolecia starali się wynaleźć szlif doskonalszy od patentu Asschera z 1902 roku. Szlif, który przełamie pewien monopol obowiązujący od stu kilkunastu lat i stanie się kluczem do najbogatszego skarbca świata – rynku diamentów.

Adam Szaja


_________________
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 28 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7195
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-02-05, 22:41:57   

Szara Sowa napisał/a:
Kynokephalos napisał/a:
Generalnie - zawarte w powieści informacje na temat historycznych faktów zgadzają się z prawdą na elementarnym poziomie, co do najważniejszych wydarzeń, dat i imion, natomiast jeśli poskrobać głębiej to pod powierzchnią szybko pojawiają się niezgodności.


Z24 napisał/a:
I powraca jak czkawka. Po raz pierwszy o rzekomej śmierci W.W. na Maderze usłyszałem a potem przeczytałem gdzieś na przełomie lat 70-tych i 80-tych.


No sorry, czy ktoś pisał że jest to podręcznik do historii? Przecież wiadomo, że jest to czysta beletrystyka. Pokaż mi przygodową książkę historyczną, gdzie nie byłoby naciągania faktów czy dziwnych interpretacji różnych wydarzeń, uproszczeń? :)
A tak na marginesie, z tego co się orientuję, to nawet kilkadziesiąt lat po śmierci Warneńczyka na polskim dworze po cichu oczekiwano jego powrotu. Skąd więc niezachwiana pewność, że faktycznie zginął pod Warną?


Przepraszam, nie odnosiłem się do beletrystyki, tylko do wypowiedzi w wywiadzie, która nie jest o książce, tylko dotyczy faktów historycznych.
Nie słyszałem ani nie czytałem, żeby kilkadziesiąt lat po śmierci Władysława III wciąż czekano na niego na polskim dworze. Proszę ewentualnie o źródło.
Skąd pewność, że zginął w bitwie pod Warną?
Ze źródeł. Dodatkowo potwierdzonych odpowiednim rozumowaniem opartym na elementarnych zdobyczach nauk psychologicznych, socjologicznych politycznych, wojskowych itp. Oraz oczywiście na logice.
Nominalnym wodzem wyprawy był król, natomiast faktycznym wojewoda siedmiogrodzki, Jan Hunyady, dobry wódz i wojownik. Turkami dowodził sułtan Murad II, zwany w źródłach chrześcijańskich Amuratem. Siły tureckie miały podobno dość znaczną przewagę liczebną nad przeciwnikiem.
W ów dzień, 10 listopada, Turcy przyjęli bitwę w niekorzystnym położeniu, mając morze za plecami. W takich okolicznościach klęska musiała się zmienić w katastrofę.
Bitwa pod Warną toczyła się wiele godzin ze zmiennym szczęściem. W końcu wojska, nazwijmy to, chrześcijańskie, zaczęły zdobywać przewagę nad jazdą turecką na skrzydłach. Turcy zaczęli się załamywać, ale w ich centrum stał korpus janczarów, który, zdaje się, nie brał jeszcze udziału w bitwie. A janczarzy - należy to podkreślić - była to wówczas najlepsza piechota na świecie. Hunyady doskonale widział, że żeby mieć nadzieję na przełamanie ich szyku, musi na nich uderzyć wszystkimi siłami i z wielu stron naraz.
Oddział królewski, złożony z najlepszych rycerzy, również nie wziął jeszcze udziału w bitwie.
I w tym momencie, nie czekając aż ludzie Hunyadego uporają się ze swoim zadaniem i przegrupują do ataku na janczarów, król nakazał swojemu oddziałowi atak. Wszystko to trwało bardzo krótko. Janczarzy osadzili w miejscu, otoczyli i wycięli oddział królewski. Król upadł przywalony przez konia i janczar nazwiskiem Kodża Hidir uciął mu głowę. Turcy potwierdzili jeszcze tożsamość króla u jeńców, a następnie zatknęli jego głowę na pice, zapewne podnosząc przy tej okazji stosowny wrzask. Śmierć naczelnego wodza i króla dodała ducha wojskom sułtana, a wojska chrześcijańskie zużyły swoje ostatnie rezerwy. Jazda turecka powróciła na pole bitwy. Hunyady próbował jeszzce uratować armię i zdołał z jakąś częścią swoich ludzi się przedrzeć przez szeregi tureckie i z wolna wycofywał się ku Dunajowi. Bitwa była przegrana.

W takich okolicznościach raczej trudno sobie wyobrazić przeżycie króla. Nie został przecież wzięty do niewoli.

PS. Szkic o bitwie oparłem w największej mierze na książce Edwarda Potkowskiego "Warna 1444", Bellona Warszawa 1990.
_________________
Z 24
Ostatnio zmieniony przez Z24 2018-02-05, 23:58, w całości zmieniany 4 razy  
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający



Pomógł: 57 razy
Wiek: 51
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 33767
Skąd: Poznań
Wysłany: 2018-02-05, 22:53:54   

Oficjalnie czekano 3 lata, a nieoficjalnie, to pewnie dopóki żyła jego matka...

W 1443 roku Warneńczyk podjął wyprawę przeciwko Turcji, zakończoną zwycięstwem i podpisaniem rozejmu. Szybko jednak zerwał traktat, czym później tłumaczono jego klęskę i śmierć pod Warną. Od tego momentu legend związanych z życiem i śmiercią króla zaczęło przybywać.
– Większość ludzi zaczęła dość szybko powątpiewać w śmierć króla, z racji tego, że nie było ciała. Do Polski zaczęły nadchodzić informacje, że widziano go gdzieś – mówił dr Piotr Węcowski z Instytutu Historycznego UW. – Widziano go w Konstantynopolu, w Grecji, za morzem, w pewnym zamku, w Wenecji.
Nadzieje, że Władysław III się odnajdzie były na tyle duże, że z koronacją następcy tronu czekano aż 3 lata.


Mit związany ze śmiercią Warneńczyka był także przyczynkiem do pojawiania się tzw. pseudo-Warneńczyków. – Najsłynniejszym "Warneńczykiem", który objawił się w 1459 roku była pewna postać z Poznania – opowiadał Katarzynie Kobyleckiej dr Węcowski. – W tym samym czasie w Poznaniu przebywał wojewoda poznański, który dobrze znał Władysława, więc od razu człowiek ten został zidentyfikowany.
_________________
 
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 28 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7195
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-02-06, 00:10:59   

Szara Sowa napisał/a:
Oficjalnie czekano 3 lata, a nieoficjalnie, to pewnie dopóki żyła jego matka...


Skoro wybrano następce, to znaczy, że nie czekano. Więc nie kilkadziesiąt lat tylko trzy.

Szerzenie się pogłoski o ocaleniu króla jest zrozumiałem nawet wśród uczestników bitwy. ta toczyła się przecież na dużej przestrzeni i nawet wodzowie nie zawsze wiedzieli co się dzieje.
Dodatkowo Hunyady nie przeszkadzał w rozpowszechnianiu się tych pogłosek, a może nawet je inspirował, z przyczyn szerszej natury politycznej.
Mianowicie w razie bezpotomnej śmierci króla Władysława, na tron węgierski mieli przecież ekspektatywę (=nadzieję opartą na prawie) Habsburgowie. Hunyademu i grupie węgierskich panów było to bardzo niewygodne, więc takie pogłoski pozwalały im zyskać na czasie.
W Polsce było nieco inaczej. Faktyczne rządy w kraju sprawował biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki ze swoją kliką (niepoślednim jej członkiem był Jan Długosz). Po to m. in. wysłali młodziutkiego przecież Władysława na tron węgierski, żeby się im nie wtrącał do rządzenia w Polsce. Czyż nie było dla nich wygodne, żeby podtrzymywać nadzieje na powrót króla i rządzić dalej w jego imieniu wedle woli?
Nie najgorszym tego dowodem jest okoliczność, że kapelan króla i omalże naoczny świadek jego śmierci, znany później humanista, Grzegorz z Sanoka, wolał przez kilka lat jeszcze nie wracać do kraju.
Ponieważ król był nieodzownym zwornikiem budowli państwowej, jego nieobecność w kraju powodowała mnóstwo trudności, niedogodności i komplikacji. Już przed kampanią warneńską silne grupy społeczeństwa polskiego nalegały na powrót króla. Ten, w ostatnim swoim liście, obiecywał niezwłoczny powrót po tej kampanii.
Nadto doszło do faktycznego zerwania unii z Litwą, gdyż tamtejsi panowie obrali Wielkim księciem Kazimierza, brata Władysława. Oleśnicki i jego partia, znaleźli się pod takim naciskiem konkurencyjnych ugrupowań oraz po prostu okoliczności, że musieli ulec i zgodzić się na wybór nowego władcy.
_________________
Z 24
Ostatnio zmieniony przez Z24 2018-02-06, 01:30, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 26 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 4534
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2018-02-06, 01:12:34   

Pamiętajmy, że za Jagiełły i za Warneńczyka istnienie unii personalnej Litwy z Polską było sprawą raczej nieczęstą. Związek między państwami oczywiście istniał, i wymienieni dwaj władcy używali formalnego tytułu "najwyższy książę litewski", ale bezpośredniej władzy na Litwie, przez większość czasu gdy byli polskimi królami, nie sprawowali.

Za panowania Warneńczyka wielkim księciem litewskim (tym zasiadającym na tronie Litwy) był najpierw Zygmunt Kiejstutowicz a po jego zamordowaniu w 1440 roku Kazimierz Jagiellończyk, późniejszy polski król.

Koronacja Kazimierza na króla Polski była nie na rękę wielu polskim wielmożom, ponieważ (oprócz czynników o których napisał Z24) stosunki z Litwą nie zawsze były układne. Były walki między Litwą i Mazowszem, był czas gdy książęta mazowieccy wzywali pomocy swego suwerena (Warneńczyka) przeciwko księciu Litwy (czyli bratu Warneńczyka, Kazimierzowi). Toteż nie wszyscy panowie polscy traktowali Kazimierza jako przyjaciela.

Koronacja Kazimierza na króla Polski była nie na rękę także wielu litewskim wielmożom. Kazimierz był tam lubiany, a gdyby objął polski tron, wielkim księciem musiałby zostać (tak to sobie początkowo powszechnie wyobrażano) ktoś inny. Najwięcej praw do tego miał książę Michał, syn owego zamordowanego Zygmunta, którego się bardzo obawiano. Już od dawna spiskował on bowiem z ościennymi państwami w celu uzyskania władzy po ojcu i podejrzewano go o mściwość.

Koronacja na króla Polski była chyba nie na rękę samemu Kazimierzowi, który lubił swoje stanowisko wielkiego księcia i przyzwyczaił się do niego.

Jeśli więc "nikomu" nie było to na rękę, dlaczego Kazimierz został jednak królem Polski? Chyba dlatego, że Polska nie miała innego sensownego rozwiązania które nie prowadziłoby do zerwania unii państwowej z Litwą. Litwa zaś podobnie - nie znalazła innego sensownego rozwiązania niż zgoda na unię personalną i bezpośrednie władanie króla Polski, z tytułem wielkiego księcia, na Litwie.

Zatem w końcu realna personalna unia Polski i Litwy weszła w praktykowany zwyczaj właśnie od początku panowania Kazimierza Jagiellończyka w Polsce. Ale to wymagało czasu i rzetelnych negocjacji. Wysyłanie misji poszukiwawczych i oczekiwanie na powrót Warneńczyka było dobrym sposobem przeciągania spraw.

Co nie znaczy, że z punktu widzenia współczesnych, w tym samego Kazimierza, sprawa śmierci króla była oczywista. Biorąc pod uwagę okoliczności bitwy, chaotyczny powrót jej uczestników itp, mogli mieć i mieli swoje wątpliwości. Niestety z perspektywy czasu nic nie wskazuje na to by wątpliwości się potwierdziły.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...

Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2018-02-06, 03:14, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 28 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7195
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-02-06, 01:16:50   

:564: :564: :564:

Kynokephalosie, , nie pozostaje mi nic innego tylko się podpisać pod Twoim postem.

Nieobecny w kraju król, nie mając gotówki, wynagradzał rycerzy polskich służących w jego wojskach nadaniami dóbr w Polsce. Przybrało to wielkie rozmiary. Jeden z ośmiu tomów Zbioru Dokumentów Małopolskich (nowy kodeks dyplomatyczny Małopolski, wydawany w latach 50-tych-70-tych XX wieku), bodajże V składa się praktycznie w całości z krótkich i dość monotonnych dokumentów nadań Władysława III. I to nie są wcale wszystkie wydane przez niego dokumenty. Ponadto i w związku z tym rozpleniły się fałszerstwa dokumentów.
Dlatego w 1447 roku - czyli po objęciu tronu polskiego przez Kazimierza Jagiellończyka - zaprowadzono ostatecznie (bo podejmowano wcześniej podobne inicjatywy) bardzo pożyteczną instytucję, mianowicie Metrykę Koronną. Jest to coś w rodzaju repertorium dokumentów wystawianych przez kancelarię królewską.
_________________
Z 24
Ostatnio zmieniony przez Z24 2018-02-06, 01:29, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 28 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7195
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-02-07, 20:12:48   

Wczoraj robiłem sobie coś w rodzaju kwerendy w niezbyt już świeżej prasie.
W "Angorze" z 17 listopada ub. r. zamieszczono wywiad z niejakim p. Manuelem Rosą pisarzem portugalskim funkcjonującym w Stanach. Ten również eksploatuje Władysława Warneńczyka w literaturze, m. in. zrobił z niego przodka Krzysztofa Kolumba.
Tak, że pechowy Władysław w końcu został międzynarodową gwiazdą, modną prawie jak templariusze ;-) .
A ja, durny, myślałem w latach 80-tych, że szczytem jego kariery było trafienie na etykietę wina, na szczęście bułgarskiego, ale produkowanego w jakiejś niejasnej koprodukcji z nami (etykiety były po polsku). Było bardzo smaczne. No i - nie da się ukryć - urywało łeb prawie tak skutecznie jak janczarzy ;-)
_________________
Z 24
 
 
Piratka 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomogła: 10 razy
Dołączyła: 23 Sty 2013
Posty: 2624
Skąd: Wyspa Skarbów
Wysłany: 2018-02-14, 19:57:37   

Z24 napisał/a:
Zapewne chodzi o zbrodniarzy z wojny trzynastoletniej.
Straszne były te Krzyżackie mordy.
Teresa van Hagen napisał/a:
Jak wywiad z autorem nie zachęci do ksiażki, to już nie wiem co ;)

:564:

...a spiski, knowania, tajemnice są wpisane w historię. Opis z ksiażki miał zachęcić laików, którzy nie cierpią historii, a lubią sensację, a nie zniechęcić fanów dobrej książki ;-) Piratka, daj książce szanse, naprawdę dobrze się czyta ;-)
nie cierpią historii, a lubią sensację
na tym chyba polega problem
Szara Sowa napisał/a:
Suplement do wywiadu, czyli odpowiedzi na pytania forumowiczów, w tym wypadku Teresy van Hagen!
Czy istnieje Pana reportaż o historii obrazu Matejki zawierajacy tylko fakty?
Maciej Siembieda: Zagadkową historię „Chrztu Warneńczyka” i jego poszukiwań opisałem w dwóch reportażach opublikowanych na łamach miesięcznika „Opole” w styczniu i w maju 1983 roku. Tam rzeczywiście są tylko fakty. Pewnie trudno będzie dotrzeć do tych tekstów, choć nie wątpię w umiejętności poszukiwawcze fanów Pana Samochodzika. Gdyby jednak komuś z zainteresowanych się nie udało, polecam artykuł p. Łukasza Stachniaka, który korzystał z moich tekstów w miesięczniku „Opole”: Naprawdę powinieneś znać historię najbardziej tajemniczego polskiego obrazu
Komentarz z tamtej strony:
Piotr napisał/a:
Matejko nie malował Hołdu Pruskiego w domu przy ul. Floriańskiej, bo gdzie by go tam zmieścił? Obraz o wymiarach 388 X 785 cm. Wszystkie te obrazy wielkoformatowe malował w pracowni w Szkole Sztuk Pięknych (obecna Akademia Sztuk Pięknych im, Jana Matejki w Krakowie) to w tej pracowni przesiadywał, co dziennie od rana do zmroku malował. A z pracowni w domu przy ul Floriańskiej korzystał bardzo rzadko. Sam obraz „Chrzest Władysława Warneńczyka” też nie był namalowany w domu przy ul. Floriańskiej, ale w Krzesławicach w wiejskiej posiadłości Matejki. Kolejną kwestią jest nieznajomość życia i twórczości Matejki gdyż autor twierdzi, że Matejko nie malował pod zamówienia i że Chrzest Warneńczyka jest wyjątkiem. Otóż guzik prawda, bo przyjmował zamówienia na portrety od arystokracji jest wiele obrazów historycznych min, takie jak „Piotr Włost Dunin Sprowadza Cystersów do Polski” zamówiony przez Hr. Bunin Borkowskiego ze Lwowa czy obraz „Księżna Zofia Szczecińska w obozie Kazimierza Jagiellończyka” (obraz zaginiony), „Zamoyski pod Byczyną” 315 x 191 cm, (też obraz zaginiony spłonął w Warszawie w pałacu Zamoyskich w 1944 roku) a zamówiony przez hr. Jana Zamoyskiego, kolejny obraz wykonany na zamówienie Heliodora Czetwertyńskiego „Wjazd Chrobrego Kijowa”, następny „Bohdan Chmielnicki i Tuhaj – Bej pod Lwowem” namalowany na zamówienie Ludwika Temlera z Warszawy, następny „Założenie Akademii Lubrańskiego w Poznaniu”, kolejny to „Śmierć Zygmunta Augusta w Knyszynie” zamówiony przez Huberta Krasińskiego, następny to „Kościuszko pod Racławicami” zamówiony i zakupiony ze składek publicznych namalowany, jako rekompensata za darowanie do Watykanu „Sobieskiego pod Wiedniem” itd. Nawet, jeżeli nie robił czegoś na zamówienie to i tak na pniu to sprzedawał, bo z samej pensji, jako dyrektor Szkoły Sztuk Pięknych by nie przeżył tym bardziej, że wydatki domowe rocznie wynosiły do 20 tys. a żona lubiła drogą biżuterię i lubiła się pokazywać.
Strona owa "Ciekawostki historyczne" pełna jest rozmaitych dziwolągów jak Czy Chrobry chciał zostać cesarzem?, Czy Warneńczyk był gejem?, Czy Bezprym zrobił ludobójstwo? Chwytliwy tytuł, treść zwykle o czym innym, zobacz też : Dlaczego „Ciekawostki historyczne” są rakowiskiem?

Z24 napisał/a:
W ów dzień, 10 listopada, Turcy przyjęli bitwę w niekorzystnym położeniu, mając morze za plecami. W takich okolicznościach klęska musiała się zmienić w katastrofę.
Chyba to Władysław miał morze za plecami.
Z24 napisał/a:
Taka interpretacja pokoju w Szegedynie może wzbudzać jedynie śmiech - jeżeli ktoś podobne androny plecie na poważnie, a na to, niestety, wygląda.
"Namaszczony przez papieża" (co to w ogóle w przypadku Władysława III znaczy?) zawiera pokój, pardon poje..dnanie, i pozostając w tym stanie namaszczenia zrywa go, zanim jeszcze atrament na nim obsechł? I to za podszeptem równie "namaszczonego przez papieża" kardynała Cesariniego? Czyżby w którymś wypadku namaszczenie przestało działać? Logika godna rzeczywiście prokuratorów z pewnej instytucji.
:D
Kynokephalos napisał/a:
Chociaż wszystko razem nie ma dużo sensu a przypadek goni przypadek, można natknąć się na kilka historycznych ciekawostek, które naturalnie należałoby już samemu zweryfikować.
Kilka ciekwostek udało mi się zauważyć.

Urywek z powieści
Igor był pewien, że Aleksander I nie umarł w listopadzie 1825 roku, i prawie pewien, że jakiś czas później związał się na Krymie z muzułmańską księżniczką z rodu chana Mamaja. Co wyjaśniało istnienie i lekko skośne oczy Pawła Aleksandrowicza Romanowa. Carewicza, choć z nieprawego łoża.
Potem - jak wynikało z materiału operacyjnego zebranego przez Igora Małyszewa - Aleksander popadł w mistycyzm i całkowicie poświęcił się religii. Bywał w klasztorach, wreszcie wyrzekł się dóbr doczesnych i ruszył na tułaczkę. Tajny agent Małyszew przez całe lata był jedynym człowiekiem w Sankt Petersburgu, który znał pewien epizod z guberni permskiej.
Otóż w 1836 roku zatrzymano tam starszego mężczyznę bez dokumentów, który nie potrafił podać swojego imienia. Władze osadziły go w Krasnorieczeńskiej Gorzelni Państwowej i nadały nazwisko: Fiodor Kuźmicz. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie kilka osobliwych szczegółów: Kuźmicz - niepiśmienny mnich, miał nienaganne maniery, dobrze mówił po francusku, potrafił opisywać ulice Paryża i szczegóły wojny 1812 roku z Napoleonem, które mogli znać jedynie oficerowie sztabu cara Aleksandra I. Kuźmicz był do niego łudząco podobny.
(podkreślenia Piratki)
P. Siembieda dodaje w Post scriptum : Prawdziwa jest zagadka cara Aleksandra I i choć nie odnaleziono dowodu na to, że sfingował własną śmierć, to trafiono na całe mnóstwo poszlak.

Ludwik Bazylow (Dzieje Rosji 1801 - 1917, Warszawa 1977) zauważa, że jeśli "Fiodor Kuźmicz" miałby być Aleksandrem, to trzeba by wyjaśnić, gdzie przebywał i co robił przez te 10 lat, nim "ujawnił się" jako Kuźmicz oraz, że nie dałoby się tego ukryć, podobnie piszą Historycy. Na porzeby powieści załóżmy, że tak było, tylko że:

- Osobliwie brzmi, iż Aleksander dopiero po rzekomej śmierci popadł w mistycyzm etc. Wiadomo, iż było tak na długo przed 1825, zwłaszcza gdy około 1820 de facto zdał rządy Imperium generałowi Arakczejewowi, a sam zwrócił się ku zagadnieniom religijnym, zaczął studiować różne dzieła z tego zakresu, zwłaszcza zaś pisma mistyków, i otaczać się ludźmi, którzy przejawiali podobne zainteresowania, a przynajmniej umieli taką rolę odgrywać. W specjalnym gronie odbywano na dworze nie kończące się dyskusje nad „sprawami duchowymi” i przeróżne praktyki religijne, pisano do siebie listy albo wprost w stylu biblijnym, albo przynajmniej najeżone odpowiednimi cytatami. Religianckie nastroje dawały świetne pole do popisu różnym osobistościom niejasnego autoramentu, można było szybko zrobić karierę i robili ją też ludzie skądinąd wcale na to nie zasługujący, szarlatani i obskuranci. (Bazylow Historia Rosji, 1969 i późniejsze wydania).
Jak Mikołaj II Rasputina, tak Aleksander I miał u boku panią Barbarę von Krüdener (wierzyła ponoć, że jest apokaliptyczną niewiastą obleczoną w słońce).

- Na jakiej zasadzie potomek z nieprawego łoża miałby być nazwany carewiczem? Manifest tegoż Aleksandra I z 20 marca 1820, wydany z powodu unieważnienia małżeństwa jego brata Konstantego, głosił jeśli osoba z rodziny cesarskiej zawiera małżeństwo z osobą, która nie ma odpowiedniego dostojeństwa, to znaczy, nie należy do rodziny królewskiej lub panującej, wówczas osoba z cesarskiej rodziny nie może przekazać drugiej praw należących do członków rodziny cesarskiej, a dzieci z takiego związku nie mają prawa do dziedziczenia tronu (Из Манифеста Императора Александра I о расторжении брака Цесаревича и Великого Князя Константина Павловича с Великой Княгиней Анной Феодоровной и о дополнительном постановлении об Императорской Фамилии, 20 марта 1820 г.) Małżeństwa członków dynastii musiały zachodzić za wiedzą i zgodą aktualnie panującego, dzieci narodzone w związku zawartym bez takiego przyzwolenia były wykluczone od przywilejów domu cesarskiego (ukaz z 5 kwietnia 1797). Tym bardziej od następstwa wykluczone były dzieci nieślubne.

Jak coś wymyślać, to dorzecznie.

Igor Małyszew wkrótce znalazł się w jego eskorcie, a potem został agentem tajnej Ochrany, która nie nosiła mundurów. Aleksander Romanow bezgranicznie mu ufał. (...)
– Jestem hrabia Kalicyn – przedstawił się przybysz. W Imperium Rosyjskim nie istniała rodzina arystokratyczna o tym nazwisku, czego Małyszew – agent Ochrany – bez wątpienia był świadom. Elegancki mężczyzna kłamał. Pytanie, dlaczego.

Pomijając, że zdanie tajna służba nie miała stroju służbowego jest tautologią (gdyby je miała, to na czym polegałaby jej tajność?), ciśnie się pytanie, dlaczego Ochrana (skrót od Отделение по охранению порядка и общественной безопасности) utworzona w 1881 r. miałaby istnieć już za Aleksandra I (1801 - 25)?
Za Aleksandra I miało to nazwę Комитет Общей Безопасности (Komitet Ogólnego Bezpieczeństwa, nazwa podobna do KGB).

O czasach tych, sprzysiężeniach i temuż podobnych sprawach opowiada "Niesamowity Dwór".

Po za tym czemu Aleksander I miałby sfingować swoją śmierć zamiast zwyczajnie abdykować i dokonać żywota w klasztorze? Jakoby dręczyły go wyrzuty sumienia z powodu śmierci ojca, był zamieszany w spisek. Wiadomo, że nakłonił Konstantego do abdykacji (czy też przystał na jego prośbę). 14/26 stycznia 1822 Konstanty skierował do brata pismo, że prosi o przyjęcie zrzeczenia tronu z powodu braku uzdolnień, sił i ducha do pełnienia władzy (Грамота Цесаревича и Великого Князя Константина Павловича об отречении от наследия Престола, 14 января 1822 г) na co cesarz "przyzwolił" 2/14 lutego. Wszystko to odbyło się w tajemnicy. Konstanty jakoby lękał się losu ojca, zaduszonego we śnie. Zemsty Konstantego z kolei lękać się musieli uczestnicy tegoż spisku, w tym von Pahlen. Po roku wielki książę musiał w "oficjalnym oświadczeniu tajnym" (chyba tak się nazywało...) ponowić zrzeczenie (czemu?). I tak dalej. Przypuszczam, że byłoby to tematem na powieść, choć trzeba znać się na tym i umieć napisać.

Pierwsza w powieści wzmianka o Powstaniu Styczniowym przypomina tradycyjną propagandę zaborczo-peerelowską (Dziecinnie łatwa wojna z polskimi szlachcicami, których poniosła fantazja), choć to ma być myśl owego agenta Małyszewa, to dalszy ciąg też jest ścisły mniej więcej (w Post scriptum autor zaznacza Na Świętym Krzyżu rzeczywiście doszło do bitwy, a postacie dowódców polskich i rosyjskich oraz Tomasza Gąsiora, z którym mam zaszczyt być spokrewniony, brały w niej udział. Mam nadzieję, że mój prapradziadek wybaczy mi, że go uśmierciłem w cieniu jodeł, bo z bitwy wyszedł cało.). Jako, że nie dzieje się to w Rurytanii ani w czasach Piasta Kołodzieja, wypadałoby oczekiwać więcej szacunku dla faktów, chyba że to zbyt wielkie wymaganie.

O zamachu na Aleksandra II mówi w powieści krótki akapit (Wszystko zniweczył w Sankt Petersburgu student matematyki, który rzucił bombę w stronę powozu swojego monarchy. Przeklęty Polak. Szejk miał silną awersję do tego narodu. Synowie państwa, którego nawet nie było na mapie, dwukrotnie ośmielili się stanąć na świętej drodze bractwa Bokira: polski król Władysław Warneńczyk był drugim wybrańcem i omal nie doprowadził do klęski pojednania religii, a Ignacy Hryniewiecki wysadził w powietrze siebie, cara i być może szansę na dowiedzenie się czegokolwiek o trzecim wybrańcu.) a to też byłby temat na powieść. Jan Kucharzewski napisał o tym książkę "Terroryści", lepszą od powieści. Szejk nie musiał znać się na szczegółach, lecz dla ścisłości wypada dodać, iż Hryniewiecki był Polakiem zruszczonym i należał do Narodnoj Woli. Warneńczyk zaś był synem Litwina Jagiełły i Rusinki Soni, trudno powiedzieć kim się czuł.

Jeszcze Recenzja przedpremierowa: Zapewne wszystko to miało połączyć się w jedną, logiczną całość, jednak w moim odczuciu niektóre sytuacje były tutaj ni przypiął, ni przyłatał. Nie byłam w stanie dostrzec ciągu przyczynowo skutkowego, a w przypadku takich thrillerów jest to jeden z bardziej istotnych elementów. (...) Teoretycznie mamy tutaj wszystkie te elementy, które być powinny: spisek, intryga, tajne stowarzyszenia, sensacja, pościg, groźby, romans… Ale czegoś zabrakło.

Słownictwo powieści miejscami prostackie ("Pieprz się – dodał w duchu pod adresem Kani. (...) Pieprz się – powtórzył półgłosem", "Czekaj, gówniarzu – pomyślał Włodarczyk" "Udał, że się zamyśla, po czym poważnie pokiwał głową i oświadczył niby zatroskanym tonem: – To dowód... taki raczej... do pupy", "ten twój pieprzony teść" i temuż podobnież).

A w wielkim skrócie :
– To nie jest zwykłe dzieło sztuki! – nie wytrzymał Włodarczyk. – To jest szyfr! Tajemnica! Pan rozumie? Klucz do zagadki o światowym znaczeniu. Kod, proszę pana! Kod! Taki jak ten Leonarda da Vinci.

Odnieść można wrażenie, że Autor woli być naśladowcą Browna niż ZN.
_________________


- A czy nie ma dobrych piratów?
- Nie. Bo to się mija z samym założeniem piractwa.
 
 
Piratka 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomogła: 10 razy
Dołączyła: 23 Sty 2013
Posty: 2624
Skąd: Wyspa Skarbów
Wysłany: 2018-02-20, 17:28:46   

Pogłoski o sfingowanym zejściu Aleksandra I zaczęły krążyć już w początkach 1826, jeszcze przed pojawieniem się Fiodora Kuźmicza (Александр I). Mogły brzmieć prawdopodobnie, skoro Aleksander znany był z rozlicznych dziwactw. Jasienica pisze "tajemniczy car, liberalne jego ciągoty doznawały rozmaitych przypływów i odpływów". Charakterystyka imperatora ulepiona była ze sprzeczności, co widać po losach doradców (najzdolniejszy z nich, Michał Sperański, za próby unowocześnienia carstwa trafił - przejściowo, ale jednak - na Sybir) jak i po "humanitarnych" reformach. Jedną z nich był zakaz stawiania szubienic, gdyż kara ta miała być zbyt okrutną. Równocześnie chłosta zwielokrotniona, polegająca na przeganianiu skazańców wzdłuż szeregu bijących, co groziło śmiercią lub kalectwem, obowiązywała nadal - jakby ta kara była łagodną. Inną - zakaz drukowania obwieszczeń o sprzedaży pańszczyźnianych bez ziemi, bez zakazu takiej sprzedaży. Zniesienie poddaństwa w guberniach bałtyckich nastąpiło sposobem podobnym do napoleońskiego zdjąć kajdany z nóg razem z butami, byli poddani zagrożeni pozbawieniem środków do życia, zmuszeni zostali dzierżawić ziemię w zamian za dotychczasowe świadczenia. I temuż podobnież.
Książę Adam Jerzy Czartoryski, przejściowo minister spraw zagranicznych Rosji, snujący plany związku między państwami bardziej przypominającego Ligę Narodów niż założone w 1815 r. Święte Przymierze, rozczarowany, zauważył kiedyś coś w rodzaju "cesarz Aleksander byłby dobroczyńcą Europy, gdyby ta zdała się na jego wolę".

W dziełach panasamochodzikowych widać dziejowe tło i fikcję artystyczną, na ogół utrzymaną w granicach prawdopodobieństwa.
W Uroczysku np. tłem jest wojna z Krzyżakami w 1331, fikcją wieś Oporna z kolegiatą i przeżyte tam przygody. Czytając to nie spodziewamy się franciszkanów zamiast Krzyżaków czy też rewelacyj, że to Łokietek zaczepił pokój miłujących braci zakonnych, którzy w samoobronie musieli mu spalić kilkadziesiąt grodów.

W twórczości brownopodobnej zasię spotkać można takie kwiatki

* Komunia Święta została zapożyczona od Azteków ("Anioły i demony")

- Kim zatem są iluminaci? - naciskał Kohler.
Właśnie, pomyślał Langdon, kim są? Po czym rozpoczął swą opowieść.
- Od zarania dziejów istniał głęboki rozdźwięk pomiędzy nauką a religią. Uczeni, którzy otwarcie mówili o swoich odkryciach, tacy jak Kopernik...
- Byli mordowani
- wtrącił się Kohler. - Mordowani przez Kościół za ujawnianie prawd naukowych.
(tamże, podkreślenie moje)

*To nie jest kolumna jońska. Kolumny jońskie mają równy przekrój na całej długości, a ta się zwęża. To kolumna dorycka... grecki odpowiednik. Tamże. Wywód bez sensu od początku do końca i nie trzeba studiować architektury, by to wiedzieć.

Jak ktoś przesadnie łagodnie skomentował:
Nie ma nic bardziej zabójczego dla książki niż przyjęcie przez autora założenia, że czytelnik jest kretynem (...) Nie do końca jest słuszne jakiekolwiek porównywanie książki Browna do pisarstwa Umberto Eco. Wymienienie paru nazwisk postaci historycznych i zbieżna miejscami tematyka z pewnością nie są wystarczającymi dowodami na podobieństwo, a styl pisarski obu pisarzy różni się jak ogień i woda. Podobnie rzecz ma się z bohaterami obu pisarzy. (cyt. za: Pan Samochodzik i Iluminaci, osobliwy tytuł...)
Dodać można, że wymyślony przez Eco mędrzec Wilhelm z Imienia Róży wzorowany został (jak sam Eco zaznaczył) na postaci Rogera Bacona, nie tożsamy z nim. Brown zaś bez żenady przyprawia postaciom historycznym nowe "życiorysy", nie dbając o fakty, logikę czy cokolwiek.

Ale to i tak wiecie... :)
_________________


- A czy nie ma dobrych piratów?
- Nie. Bo to się mija z samym założeniem piractwa.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Strona wygenerowana w 0,4 sekundy. Zapytań do SQL: 13