PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj


Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Protoavis
2015-02-25, 00:27
Stanisław Jędryka - wywiad
Autor Wiadomość
Nietajenko 
Moderator



Pomógł: 18 razy
Wiek: 39
Dołączył: 25 Lip 2011
Posty: 10388
Skąd: Olsztyn
Wysłany: 2015-01-13, 07:28:28   Stanisław Jędryka - wywiad

Wywiad ze Stanisławem Jędryką, reżyserem m.in. „Wyspy Złoczyńców”, ale także seriali: "Do przerwy 0:1", "Wakacje z duchami", "Podróż za jeden uśmiech", "Szaleństwo Majki Skowron", "Stawiam na Tolka Banana"!


Źródło: Filmweb.pl

Cz. I:

1. Forum Miłośników Pana Samochodzika: Jak to się działo, że podejmował Pan decyzje o ekranizacji takich a nie innych powieści? Czy sam Pan te książki wyławiał, ktoś je Panu reklamował, a może scenariusze były Panu w jakiś sposób narzucane?

Stanisław Jędryka: Nie, nic z tych rzeczy. Nic nie było narzucane. Nikt mi właściwie ich nie polecał. Po prostu trafiałem na książki, które mnie zainteresowały, to znaczy w wypadku Pana Samochodzika czyli „Wyspy Złoczyńców” to było to w ten sposób, że żona pana Nienackiego pracowała w filmie, była drugim kierownikiem produkcji, no i w związku z tym mówiła o tym co ostatnio tam mąż napisał i ponieważ wcześniej trafiałem na jakieś wywiady z nim, po prostu postanowiłem przeczytać tę książkę i wydała mi się interesująca. Moje wcześniejsze próby scenariuszowe dotyczyły filmów dla dorosłych, bo zadebiutowałem wcześniej filmem „Dom bez okien”, który zresztą w 1962 roku reprezentował polską kinematografię na festiwalu w Cannes. A potem miałem jeszcze propozycję - już nawet był skierowany do produkcji - „Disneyland” według Stanisława Dygata, który potem, po paru latach zrealizował Kuba Morgenstern (pt. „Jowita”). Ta książka („Wyspa Złoczyńców”), była więc zdecydowanie inna od wcześniejszych moich zamiarów i propozycji. Zainteresowałem się nią i wydawała mi się bardzo ciekawym materiałem na film, głównie dla młodych widzów, ale niekoniecznie. Taki film, gatunek niby sensacyjny, ale tak nie do końca, z dużą dozą z jednej strony tajemniczości i niezwykłości z drugiej strony uśmiechu. Nienacki napisał scenariusz, który został zaakceptowany przez ciało doradcze przy ministrze. I nic nie stało na przeszkodzie żeby ruszyć z produkcją.

2. Jak wyglądały kulisy kręcenia „Wyspy Złoczyńców”?

Jeżeli chodzi o „Wyspę”, to ważna była sprawa, gdzie znaleźć taką scenerię. Po licznych poszukiwaniach i w Bieszczadach i nie w Bieszczadach, w końcu zdecydowałem się na Kazimierz Dolny. Przy tym ta sceneria była budowana z różnych fragmentów. Bo przecież ani takiego zamku na wyspie, (to znaczy jest ten zamek w Janowcu, który wykorzystywaliśmy) ale takiej scenerii jak ona jest opisana w scenariuszu nie znalazłem i trzeba było po prostu kompilować z różnych fragmentów.

Czyli zamek na wyspie był atrapą?

Tak, ta atrapa stała po prostu na drugim brzegu rzeki. Prawdziwe ruiny zamku były w Janowcu i tam były kręcone te jakby „duże wnętrza”. W filmie chyba jednak tego się nie czuje i można odnieść wrażenie że to jest prawdziwa wyspa i ruiny zamku na wyspie.

Wydaje mi się, że jednak udało się, że ta sprawa scenerii takiej tajemniczej, niezwykłej jednak w filmie zagrała. Sporo kłopotów mieliśmy z amfibią i ona w końcu w filmie nie wypadła tak jak powinna. Udało się gdzieś odrestaurować stary niemiecki gazik i jakąś tam rolę spełniła, chociaż inaczej powinna wyglądać, bardziej efektownie, dynamicznie, szybsze to wszystko powinno być. Nie było, ale mimo wszystko wydaje mi się że atmosfera takiej niezwykłości i tajemniczości była. Trudno konkurować było końcową sceną pościgu z filmami amerykańskimi, w których to był chleb powszedni i w których oni tę technikę mieli opanowaną do perfekcji. Ale coś takiego zrobić trzeba było i wydaje mi się, że w ramach tej takiej troszkę ułomności, konwencji pewnej, to się sprawdziło, że emocje nie wynikające z tej intrygi kryminalnej jednak do widza docierały.

No i aktorzy wspaniali, wspaniały Machulski, wspaniała Zaliczka - Joanna Jędryka, wtedy moja małżonka, no i inni, Pietruski, Pawlikowski - wspaniale zagrali. Zresztą muszę przy okazji powiedzieć, że ja mam szczęście do aktorów i właściwie aktorzy w moich filmach, tych trzydziestu kilku, zawsze byli z najwyższej półki i rzeczywiście są oni powodem dla mnie do dumy. Już w pierwszym filmie „Dom bez okien” grało wybitne grono aktorów, Fijewski, Świderski, Płotnicki, Czyżewska, Szaflarska, Bielicka, Józef Kondrat (ojciec Marka), Gołas… same tuzy aktorstwa tamtych czasów.

3. Jak „Wyspa Złoczyńców” została przyjęta w momencie premiery?

Film cieszył się dużym powodzeniem. Zresztą to były inne czasy, bo to był 1964 rok. Premiera tego filmu odbyła się w Sali Kongresowej i to na tej zasadzie, że były normalne bilety na seans, a nie tak jak to się dzisiaj dzieje, że na premiery są zaproszeni goście i tylko zaproszeni goście w tym uczestniczą, więc trudno się nawet powoływać, że pełna sala to jest jakiś wielki sukces. Natomiast wtedy pełna sala była sukcesem, bo to byli widzowie, którzy wykupili bilety. Film się podobał, natomiast krytyka przyjęła go raczej chłodno i mogę powiedzieć, zresztą nie tylko w przypadku tego filmu, ale wszystkich moich filmów, że w momencie kiedy powstawały, kiedy miały swoje premiery były takie, nie wiem, niezauważane? Natomiast dzisiaj czytam bardzo pozytywne recenzje z okazji wznowienia, powiedzmy sobie „Wyspy Złoczyńców” w telewizji.

Dla mnie są dobre i złe filmy. Wśród krytyków panuje przeświadczenie, że filmy dla dzieci i młodzieży to są filmy jakby drugiego gatunku. To przeświadczenie jest także w środowisku filmowym. Przekonanie, że robienie takich filmów jest czymś gorszym, wstydliwym. I granie w takich filmach też. Tylko widzowie nie mają takiego rozgraniczenia, albo im się podoba, albo nie. Natomiast mnie się udało do tych filmów pozyskać wybitnych aktorów. Nawet do roli drugoplanowej. Roman Wilhelmi – wybitny aktor grał w moich wszystkich serialach i on jak gdyby nie tylko, że nie wstydził się tego, nie miał jakiejś potrzeby ekonomicznej, a jednak to robił z jakimś przekonaniem i to oczywiście wtedy od razu rangę filmu podnosiło do góry.

4. Nazwa Pan Samochodzik po raz pierwszy pojawia się nie w powieści u Nienackiego, ale w Pana ekranizacji. Pamięta Pan, kto ją wymyślił, czy też był to jakiś spontaniczny pomysł?

Nie pamiętam już teraz skąd się to wzięło. Musiało to powstać albo w scenariuszu albo na planie. Może to się wzięło od ekranowych harcerzy, którzy towarzyszą głównemu bohaterowi, którzy w pewnym momencie tak go poza planem nazwali i tak już zostało? Ale 100% pewności tu nie mam.

Realizacja i opracowanie Szara Sowa i Protoavis z bardzo skromnym udziałem Nietajenki

DYSKUSJA NA TEMAT WYWIADU
_________________
Grunt się nie przejmować i mieć wygodne buty

  
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2015-01-15, 18:37:14   

Cz. 2

5. Który serial dla młodzieży wspomina Pan najmilej, najlepiej?

Moje seriale dla młodzieży, powstały głównie na podstawie powieści wybitnego pisarza, nie tylko dla dzieci i młodzieży, ale także wybitnego i wspaniałego człowieka - Adama Bahdaja. Za jego sprawą, za sprawą jego książek zrobiłem cztery seriale, które nazywają dzisiaj kultowymi. To jest klasyka filmów dla dzieci i młodzieży. Nie ma roku żeby raz, czy dwa razy telewizja nie powtórzyła tych seriali. Te seriale są mi najbliższe. I równy tym serialom jest jeszcze serial „Szaleństwo Majki Skowron”, który powstał w oparciu o prozę Aleksandra Minkowskiego, wybitnego pisarza i w tej dziedzinie dotykającej młodych bohaterów - szczególnie wybitnego. Te pięć seriali bardzo się dla mnie liczy i one stanowią jakiś oddzielny rozdział w mojej twórczości. Jeżeli chodzi o Minkowskiego, pisał też scenariusze do serialu „Zielona miłość”. To są trzy fabularne filmy telewizyjne stanowiące taki tryptyk. Cztery książki Bahdaja: „Do przerwy 0:1”, „Wakacje z duchami”, „Podróż za jeden uśmiech” i „Stawiam na Tolka Banana”, które okrzyknięto już klasykami tego gatunku, a teraz po latach nawet zdarzało mi się przeczytać w gazecie omawiającej powtarzane w telewizji filmy, że jestem rzekomo mistrzem świata w filmach dla dzieci i młodzieży. Miłe to, ale to jest przekonanie o tym, że „mistrz świata”, ale gatunku filmów dla dzieci i młodzieży. To tak jakby w boksie: waga musza i waga ciężka. Mnie to śmieszy, a przyznam, że kiedyś mnie to trochę bolało i dotykało - po tych napaściach, po Cannes i po tym, że tam nie dostałem za „Dom bez okien” żadnej nagrody, że te filmy zostały przyjmowane milczeniem, ze wzruszeniem ramion, a nawet jakimiś prowokacyjnymi napaściami. Dziwne, bo dzisiaj po czterdziestu latach powtarzane w telewizji, nagle są przyjmowane prawie że entuzjastycznie. Dostrzega się w nich jakąś ponadczasową wartość, a wtedy rzeczywiście przechodzono dosyć obojętnie wobec tego.

Odnośnie Pana ekranizacji, to nie będziemy chyba specjalnie oryginalni, jeżeli powiemy, że od np. „Szaleństwa Majki Skowron” czy „Podróży za jeden uśmiech” po prostu trudno się oderwać, że są to świetne filmy, po prostu ekstraklasa światowa.

Miło to słyszeć….

Te inne też są oczywiście bardzo dobre, tak że wyrażany tu przez Pana jakiś niedosyt, że to są seriale w kategorii ”filmy młodzieżowe”, jest naszym zdaniem naprawdę niepotrzebny. Był taki moment w historii polskiej kinematografii w latach 60-tych, 70-tych, że to było rzeczywiście mistrzostwo świata jeżeli chodzi o powieści młodzieżowe oraz ich ekranizacje, głównie dzięki Panu. Niestety w tej chwili tego nie ma, chyba już od lat 80-tych, przynajmniej zdaniem naszych forumowiczów, po prostu zarówno literatura jak i ekranizacje obniżyły loty.

Tak. Nie ma takiego pisarza jak Adam Bahdaj, a nowy się nie narodził. Adam Bahdaj, to jest w ogóle rzeczywiście mistrzostwo świata i ja zawsze podkreślam, jak chwalą te filmy, że oczywiście ich by nie było, gdyby nie było Bahdaja. Jakoś przy tym wszystkim miałem szczęśliwą rękę przy doborze tych młodocianych aktorów, że w rezultacie było to tam jakoś ciekawie opowiedziane. Bo to była oczywiście przede wszystkim zasługa moich młodych bohaterów. Chociaż muszę przyznać, że kilka z tych nazwisk, Henio Gołębiewski, Filip Łobodziński i Romek Mosior debiutowali u Janusza Nasfetera w filmie „Abel twój brat”. Ale nie wiem, może stu innych, to jest mój wynalazek. U mnie debiutowali, jak Wojtek Klata, który za film „300 mil do nieba” był nawet nominowany do drugoplanowej roli męskiej w europejskich Oscarach. Tak, że to jest na pewno gdzieś tam, nie będę udawał takiego skromnego, jakaś moja zasługa, mojej intuicji, mojego talentu (to za dużo powiedziane), ale w każdym bądź razie, na pewno się to wszystko złożyło na taki efekt. Ale nie byłoby tego wszystkiego bez Adama Bahdaja, tak jakby nie byłoby „Szaleństwa Majki Skowron” bez Olka Minkowskiego. To im zawdzięczam, że po prostu te filmy po czterdziestu latach jeszcze da się oglądać. Jak pan mówi, pan ogląda i ogląda z zainteresowaniem, ale je ogląda też dzisiejsza młodzież, bo one mają walor prawdy, sporo humoru, żywą akcję. A poza tym, w wypadku tych moich filmów one mają jeszcze walor dokumentalny. One po prostu opisują np. Warszawę tamtych czasów. W większości już tych miejsc nie ma. Ale jeżeli się chce zobaczyć jak wyglądała warszawska Praga, czy warszawskie okolice dawnego Dworca Głównego, to już początek Woli, to jest to już dokument jak wyglądał świat w tamtych latach. I może zaciekawia właśnie dzisiejszą młodzież jak wyglądała Warszawa, kiedy ich jeszcze nie było.

6. Czym się Pan kierował wybierając tak świetnych aktorów dziecięcych? Czy miał Pan jakąś swoją metodę?

Po prostu intuicja (śmiech). Bywały takie sytuacje, np. jeżeli chodzi o Marka Sikorę, bohatera „Końca wakacji” i „Szaleństwa Majki Skowron”...

To właśnie Pan go odkrył?

Tak. On był jednym z 6 tysięcy dzieciaków, które przyszły na ogłoszenie zamieszczone w prasie, do Parku Kultury w Chorzowie, na taki, jak to się dzisiaj mówi: casting. Pierwsza selekcja to była sprawa wyglądu, czy ktoś mnie zaciekawił, zainteresował. Potem były rozmowy. A trzecia selekcja to były próby. Czwarta selekcja to próbne zdjęcia w atelier w Łodzi. Potem dopiero zapadała decyzja. No i ja się na niego zdecydowałem. On potem przyjechał z mamą (a mieszkał w Czeladzi w Zagłębiu), do Warszawy na dobór kostiumów, a jego mama przy powitaniu prawie że całowała mnie po rękach, że go wybrałem do tej roli. Tymczasem ja patrząc na niego pomyślałem sobie: „Boże kochany, przecież to jest jakiś fatalny wybór! To nie ten chłopak!”. Ale w tej sytuacji nie mogłem nagle zmienić swojej decyzji, jeszcze po tym przyjęciu, jakie mnie spotkało ze strony jego mamy (śmiech). Bo też wielką krzywdę bym jej wyrządził. Pozostało mi jednak przekonanie, że nie jest to dobry wybór. Ale przyszedł pierwszy dzień zdjęciowy do "Końca wakacji" i było takie proste ujęcie: chłopak biegnie przez rozpalone słońcem hałdy śląskie ze swoim niesfornym pupilkiem – gołębiem i nagle widzi, że po tych hałdach idzie jego stary nauczyciel, zimowo ubrany, w kapeluszu. On podchodzi, patrzy na tego nauczyciela, kłania się, nauczyciel prawie że go nie zauważa i tyle, taka prosta scena. I on podbiega, staje, patrzy i ja nagle zobaczyłem, że to jest ten chłopak! I rzeczywiście się nie zawiodłem, bo zagrał wspaniale. Zresztą potem był znanym aktorem i wspaniałym reżyserem telewizyjnym i teatralnym. Tak że to wszystko polega na sprawach intuicji.
Tak samo w filmie „Do przerwy 0:1”, gdzie głównego bohatera znalazłem w Warszawie na ulicy, na Starym Mieście, wręcz koło miejsca gdzie mieszkam. On przewodził grupce takich 5 czy 6 chłopców i zachowywał się tak jak bohater przyszłego serialu. Ja szedłem za tą grupką i obserwowałem. W końcu zaproponowałem mu próbne zdjęcia. Oczywiście nie przyszedł (śmiech). Ale ja mając w pamięci, jak on się zachowywał na Starym Mieście, nie mogłem odpędzić myśli, że to jest ten chłopak, ten Paragon. Trafiłem więc do niego do domu, zaprosiłem jeszcze raz, jednak próbne zdjęcia wypadły fatalnie! On zamiast prawdziwie mówić dialog to dukał, byłem załamany. Ale zaprosiłem go jeszcze raz. Termin rozpoczęcia prawdziwych zdjęć się zbliżał, a ja miałem rozterki, bo byli też jacyś inni kandydaci, ale mnie nie w pełni zadowalali. W końcu zdecydowałem się na niego, bo sądziłem, że coś musi w tym chłopcu być. Pierwszy dzień zdjęciowy, taka scena w skupie butelek, no i tragedia! Sztucznie mówi, zachowuje się źle. I teraz proszę sobie wyobrazić, że ja mam 3-4 miesiące z nim pracować nad serialem. Tragedia! Ale następnego dnia była scena na komisariacie, milicjanta grał Józef Nowak, taki bardzo ciepły aktor i nagle stał się cud! Nie ten sam chłopak: swobodny, prawdziwy, dowcipny. Nastąpiła metamorfoza prawdopodobnie za sprawą Nowaka, który chłopaka musiał jakoś tak otworzyć. Od tego dnia było już wspaniale, on się rozwijał z minuty na minutę. Tylko, że był problem z dialogiem, nie zawsze był prawdziwy, przekonujący. Z związku z tym zdecydowałem się, aby za niego podkładała głos aktorka Krystyna Chimanienko, która zrobiła to tak wiarygodnie i prawdziwie, że nikomu do głowy nie przyszło, że nie jest to głos chłopca, Paragona. Tak że jest to kwestia intuicji.
Ja także w życiu przywiązuję dużą wagę do intuicji. Ważne jest też znalezienie wspólnego języka, trzeba się starać aby być dla nich kimś w rodzaju starszego kolegi. Moja przeszłość piłkarska też w tym pozytywną rolę odegrała, bo w przerwach między zdjęciami mogłem z nimi kopać piłkę. Tak że jakichś metod specjalnych nie stosowałem, jak to podobno inni reżyserzy robili, że dla uzyskania właściwego efektu np. podchodzili do aktora przed sceną i mówili „Słuchaj, matka ci umarła!”. Jakiś efekt to wywierało. Ale był to przecież sposób sztuczny, powodujący krzywdę psychiczną. U mnie nawet aktorzy w sprawach np. dialogu sami coś proponowali i wtedy było to jeszcze bardziej prawdziwe, stąd też późniejsze pozytywne wyniki. Na przykład bohaterowie ”Do góry nogami” – 6 chłopców, po raz pierwszy zagrali w filmie i zagrali wspaniale. Nawet wybitny operator Mieczysław Jahoda, z którym zrobiłem kilka filmów powiedział kiedyś na zdjęciach próbnych: „Słuchaj ja nie rozumiem, tutaj przychodzą dziesiątki dzieci, robisz jakieś próby z nimi, rozmawiasz, jak dla mnie to oni są wszyscy fajni, ciekawi. W końcu ty wybierasz tę szóstkę i nagle oni są wspaniali, najlepsi. Jak ty to robisz?” (śmiech).
Mam jakieś widzenie tych bohaterów, ktoś jest interesujący, niekoniecznie piękny, można z niego wydobyć jakąś prawdę, tak to odbieram. Intuicja i próba nawiązania więzi. Muszę przyznać, że Filip Łobodziński i Henio Gołębiewski, najbardziej znani z tych dzieciaków, po raz pierwszy zagrali u Janusza Nasfetera w filmie „Abel twój brat”. Ale wydaje mi się, że tam zaistnieli, ale u mnie pierwszy raz zagrali, że już wykreowali jakieś postacie, bo na przykład Duduś – Filip Łobodziński, nie ma nic prywatnie wspólnego z graną postacią w "Podróży za jedne uśmiech". To jest jego świadoma kreacja, a tak prawdziwa, że wydaje się, że on taki był też prywatnie. Oczywiście w tej kreacji pomagały moje uwagi, pomagał też kostium, walizka.

DYSKUSJA NA TEMAT WYWIADU
_________________
  
 
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2015-01-20, 09:02:25   

Cz.3

7. A jak Pan wspomina inną gwiazdę filmów młodzieżowych z tamtych lat - Romana Mosiora?

On też grał najpierw u Janusza Nasfetera, a potem u mnie w „Wakacjach z duchami”. Mimo że moi chłopcy z „Do przerwy 0:1” byli bardzo dobrzy i na dobrą sprawę mógłbym z nimi kontynuować następne seriale, to jednak do „Wakacji z duchami” zdecydowałem się zmienić obsadę, na taką, która zagrała i którą wymyślił Nasfeter. Ja mu nawet powiedziałem o tym, że chcę ich zaangażować, a on protestował.
Ja na przykład się cieszyłem, jak dzieciaki, które zadebiutowały w moim filmie, np. Wojtek Klata, potem gdzieś grali. Byłem na to otwarty. A Janusz uważał, że oni są jego własnością, mają czekać aż będzie robił następny film. Ja nie chciałem się na to zgodzić, bo to że mu o tym powiedziałem to była moja dobra wola, bo przecież nie musiałem mieć jego zgody. Dla mnie ważna była zgoda tych dzieciaków, a przede wszystkim ich rodziców. A np. rodzicom Henia Gołębiewskiego nie najlepiej się wiodło, więc oni nie chcieli aby czekać, aż kiedyś tam może będzie następny film Janusza. I rzeczywiście zagrali u mnie. Nie wiem czy Janusz oglądał „Wakacje z duchami”, jak on to przyjął, ale mój pomysł skorzystania z Henia Gołębiewskiego i Romka Mosiora się bardzo sprawdził, bo to byli bardzo uzdolnieni chłopcy. Zasługa w ich znalezieniu jest Janusza Nasfetera, a on miał o tyle ułatwione zadania, że Heniek Gołębiewski mieszkał na tym samym osiedlu, w bloku naprzeciwko, więc już wcześniej przed filmem gdzieś go widział. Ale to tylko jak najlepiej świadczy o Januszu. Jego dzieciaki były trochę inne niż moje, bo on kreował tych bohaterów, zmieniał charakteryzację, kostiumy, to były takie poetyckie dzieci. Moi bohaterowie są bliższe takim zwykłym, przeciętnym dzieciakom. Moje widzenie świata wydaje mi się o tyle ciekawsze, że te filmy nadal po 40 latach żyją, co oczywiście nie znaczy, że filmy Nasfetera nie żyją, lecz są rzadziej pokazywane. Moje filmy są budowane na realiach tamtych czasów, tamtego świata, są zwykłe, prawdziwe, co wpływa na przedłużenie ich żywotności. Ciągle potrafią dzisiejszego widza, albo dorosłego z powodów sentymentalnych, albo tego młodego z ciekawości, jeszcze zainteresować.
Jeżeli chodzi o aktorów z serialu „Stawiam na Tolka Banana”, to tam było wielu debiutantów. Była tam Karioka, która potem zagrała w „Końcu wakacji”, Tolek Banan był już co prawda w szkole aktorskiej, no i moim zdaniem odkryciem był Filipek, Sergiusz Lach, który zresztą wyemigrował do Szwecji, jako działacz Solidarności, tuż przed prawdopodobnym aresztowaniem i tam osiadł. Filipek to jest jedyny spośród 50-ciu czy więcej dzieciaków-debiutantów, którzy grali w moich filmach, co do którego nie miałem cienia wątpliwości, że to jest ten chłopak, ten Filipek. Po próbnych zdjęciach byłem przekonany, że on jest idealny, najlepszy do tej roli.

8. Jakie ma Pan wspomnienia związane z aktorkami – dziewczętami pojawiającymi się w Pana filmach?

Może zacznę od Karioki (Agaty Siecińskiej) z serialu „Stawiam na Tolka Banana”, która później zagrała w „Końcu wakacji”. Jest to córka wybitnego scenografa. Obie role zagrała dobrze. Mało tego, po tych filmach stała się idolką wszystkich dziewczyn (śmiech). Jakieś względy zdrowotne (Wikipedia podaje, że złamana noga nie pozwalała na dokonywanie nagrań dialogów, gdyż robiono to w postawie stojącej – dop. red.) zdecydowały, że w „Tolku Bananie” nie mówi własnym głosem, ale głosem mojej byłej żony. Ale w drugim filmie mówi już własnym głosem, bardzo zresztą dobrze. Ona zadebiutowała u mnie, z tym że polecił mi ją aktor Witold Skaruch. Bo jak szukałem swoich młodych aktorów, to zaczynałem od rodzin artystycznych, bo w takiej rodzinie łatwiej o talent aktorski. Zrobiłem próbę zdjęciową, która wypadła pozytywnie i się na nią zdecydowałem. W jej przypadku dużą rolę odegrała jej mama, bardzo dobra plastyczka, która była u nas kostiumografem.
Wcześniej była Joanna Duchnowska, która zagrała w serialu „Wakacje z duchami”, a potem jeszcze zagrała u mnie epizod w tryptyku telewizyjnym „Umarłem aby żyć”. No i w „Podróży za jeden uśmiech” zagrała dziewczynkę w Kazimierzu, kiedy pojawia się pierwsze niby uczucie między nią a Poldkiem (Heniem Gołębiewskim). Zresztą w „Stawiam na „Tolka Banana” też zagrała – przyjaciółkę Karioki. Bo ja się do tych moich aktorów przywiązywałem. Kiedy pojawiała się jakaś szansa żeby obsadzić ich w filmie czy serialu, to czyniłem to. Ona potem skończyła teatrologię, ale wyemigrowała do Australii i tam mieszka do dziś.
Jeżeli chodzi o dziewczyny, to była jeszcze oczywiście Majka Skowron (Zuzanna Antoszkiewicz), która też w pewnym momencie stała się idolką. Głównie byli w niej zakochani chłopcy, ale i dziewczyny widziały w niej ucieleśnienie swoich marzeń. Jej mama jest znanym plastykiem, malarką. Ona sama zresztą też robi karierę bardzo nowoczesnej plastyczki, słyszałem, że robiła jakieś wystawy związane z Majką Skowron, ale tego nie widziałem. Ona ma do mnie zresztą cały czas pretensje o to, że odebrałem jej głos, bo jej głos także podkłada ktoś inny. Spowodowane było to tym, że ona, mimo, że wspaniała i cudowna, to nie była wiarygodna w dialogach. Głos podkładała więc druga dziewczyna (Inez Michna), która też aktorsko była wspaniała, ale ustępowała jeżeli chodzi o urodę tzn. jej uroda nie była taka niezwykła. Zagrała ona zresztą taką epizodyczną rolę, przyjaciółki Majki z miasta, ze szkoły muzycznej.

To kto w takim razie podkładał głos tej „drugiej dziewczynie” (Inez Michnie)?

Niestety nie pamiętam już tego dokładnie.
Bardzo poważną kandydatką była też Bożena Miller-Małecka (grała siostrę kolegi Ariela), która w końcu rolę Majki przegrała z Siecińską. Ona skończyła nawet łódzką szkołę aktorską, mało tego, w pewnym momencie była nadzieją wśród młodych aktorek, zagrała w paru filmach i teatrach telewizji, ale potem zakochała się w pewnym Włochu i z nim do Włoch wyjechała. I jej dobrze zapowiadająca się kariera aktorska skończyła się, mimo że do kraju po jakimś czasie wróciła.
No i w końcu w filmie „Zielone lata”, główną rolę, Niemkę Ernę, zagrała Agnieszka Konopczyńska. Zagrała wspaniale razem z Tomkiem Jarocińskim.

9. Czy pamięta Pan jakąś zabawną sytuację, związaną z dziećmi, wynikłą podczas kręcenia filmów?

Bardzo lubiany przez ekipę był Henio Gołębiewski. Podczas kręcenia „Podróży za jeden uśmiech” musiał zdać egzamin poprawkowy w szkole. Film kręciliśmy latem, ale nawet zahaczaliśmy o wrzesień. On bardzo przeżywał ten moment. Cała ekipa mu kibicowała, przeżywała, zaciskała kciuki, bo był on pupilkiem ekipy. Był bardzo pogodny, dowcipny, świetny chłopak. Wtedy robiliśmy zdjęcia w Gdyni, wcześniej w Kartuzach i z tej Gdyni jechał na egzamin do Warszawy. Jak wrócił i okazało się, że pomyślnie zdał ten egzamin, to było w ekipie wielkie szczęście!
A druga historia miała miejsce podczas kręcenia „Wakacji z duchami”. W przerwie między zdjęciami aktorzy odpoczywali, między innymi Romek Wilhelmi i Zosia Czerwińska. Rozmawiali na różne tematy m.in. na tematy damsko-męskie. Okazało się, że w pobliżu był Henio Gołębiewski, który coś tam podsłuchał, a miał wtedy 12 lat. Zauważyła go pani Zosia i z wyrzutem odezwała się do niego: „A co ty tu słuchasz? A ile ty masz lat żeby o takich rzeczach słuchać?”, a on ze spokojem odpowiedział: „Wystarczająco” (śmiech).
No cóż, jak chce się przypomnieć sobie takie rzeczy, to gdzieś to ucieka. Nie było jakichś spektakularnych rzeczy, a kręcenie filmu to nie jest pasmo jakiś niezwykłych wydarzeń i sytuacji, ale żmudna, nieraz nudnawa praca, wiele dubli.

Kolejna część wywiadu wkrótce!

DYSKUSJA
_________________
  
 
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2015-01-22, 08:58:59   

Cz. 4

10. Czy z którejś ekranizacji nie jest Pan do końca zadowolony?

Co do filmu nieudanego, to można mówić, że w jakimś stopniu mniej udany był film powstały w koprodukcji z Bułgarią pt. „Porwanie”. Historia bardzo przygodowa, jest porwanie, statek. Film powstał w ten sposób, że w pewnym momencie Bułgarzy zwrócili się do polskiej kinematografii, a właściwie do kierownika produkcji Jerzego Rutowicza, który zrobił parę filmów z nimi w koprodukcji, że mają stary statek, który zresztą potem zagrał w „Akademii Pana Kleksa”, mają scenariusz i chcieliby żeby wyreżyserował to polski reżyser, bo oni nie mają specjalisty od filmów dla młodych widzów. Sama idea mi się spodobała, była to jakaś atrakcja, bo to Bułgaria itp., ale nie bardzo podobał mi się scenariusz. Wobec tego postawiłem warunek, że go poprawimy. Poprosiłem do współpracy wybitnego scenarzystę Jerzego Janickiego, wg którego zrobiłem okupacyjny tryptyk dla dorosłych: „Umarłem aby żyć”, „Po własnym pogrzebie” i „Urodzony po raz trzeci”, a potem też „Kino objazdowe”. Napisaliśmy scenariusz, taki jaki sobie wyobrażaliśmy. Jest to nie tyle film niedoceniony, choć rzadko pokazywany, przemilczany, ale rzeczywiście nie jestem z niego w pełni zadowolony. Nie wiem czy z powodu tego, że tam grali głównie bułgarscy aktorzy i bułgarskie dzieci, choć głównym bohaterem był 14-letni Polak. To jest film, który mogę uznać za najsłabszy, za najmniej ciekawy. Najbardziej niedoceniony był film „Najlepsze w świecie” według powieści Marii Ślipek. Byłem z tym filmem związany bardzo emocjonalnie. Głównym bohaterem jest tam 10-letni chłopak, który walczy o miłość ojczyma. Trochę boleję, że rzadziej go pokazują, jest niedostrzegany.

Ponieważ zrobiłem te seriale, a one są filmami dla dzieci i młodzieży, to mnie się wyłącznie z taką twórczością kojarzy. A ja zaczynałem „Domem bez okien”, filmem dla dorosłych i jeszcze parę filmów dla dorosłych zrobiłem. Trochę się to mylnie odbiera, że filmy, w których występują dzieci od razu się kwalifikuje jako filmy dla dzieci i młodzieży, a wiele z nich jest normalnymi filmami o ludzkich problemach, którymi bohaterami są dzieci. I to są sprawy i dla dorosłych i dla dzieci. Ideałem dla mnie jest film „Do góry nogami”, który zresztą w Moskwie w 1983 roku, na najpoważniejszym festiwalu (co prawda) filmów dla dzieci i młodzieży otrzymał srebrny medal, czyli bardzo wysoką nagrodę. W filmie bohaterami jest szóstka dzieciaków w wieku 12-14 lat, ale to wszystko co oni przeżywają, to jest dla młodego widza może jakąś przygodą, ale jest tam głębsza refleksja i dla młodego widza i dla dorosłych, bo rzecz dzieje się tuż przed i tuż po wybuchu wojny w 1939 roku. To jest dla mnie ideał, do którego dążyłem. Żeby film był ciekawy i dla dzieci i dla dorosłych.

11. Ekranizację której powieści dla młodzieży, niekoniecznie w postaci serialu, ceni Pan najwyżej?

Są trzy takie filmy. Pierwszy to wspomniany już „Do góry nogami”, bo był bliski mojemu ideałowi filmu. Potem „Zielone lata”, który w jakimś stopniu jest filmem autobiograficznym, to znaczy mogę się podpisać pod losami tego bohatera, chociaż powstał w oparciu o książkę i scenariusz wybitnego dramaturga i pisarza Jerzego Przeździeckiego. Jego akcja dzieje się w moim rodzinnym mieście Sosnowcu tuż przed i po wybuchu wojny. Trzeci film, bardzo mi bliski to „Koniec wakacji”, to jest już klasyk literacki Janusza Domagalika, historia 14-letniego chłopaka wchodzącego w dorosłe życie, w pierwszą miłość. Film ten przyniósł mi najwięcej splendoru, bo w Polsce dostał Srebrne Koziołki, w Moskwie dostał cztery nagrody, w Teheranie dostał 4 nagrody – nawet gazeta tam wychodząca po projekcji wydała recenzję zatytułowaną „Koniec wakacji – arcydzieło?” - ze znakiem zapytania (śmiech), czyli że można uznać, że jest to arcydzieło. Jest to bardzo bliski mi film. Łączy się z nim tragedia, bo Marek Sikora, który tam zadebiutował, a potem zagrał w „Szaleństwie Majki Skowron”, parę lat temu umarł w wieku trzydziestu paru lat. A rokował wielkie nadzieje, szczególnie w teatrze, bo reżyserował już w wybitnych teatrach, np. w Teatrze Powszechnym w Warszawie, gdy ta scena była u szczytu sławy. Jest to bardzo smutna historia.
Ale tak naprawdę, to wszystkie moje filmy są mi bliskie, prawie wszystkie są najlepsze (śmiech) i jak się okazuje nie tylko dla mnie. Może nawet trochę krzywdzę to polsko-bułgarskie „Porwanie”, że tak się od niego dystansuję (śmiech). Generalnie za swój najlepszy film uważam „Do góry nogami”, za najsłabszy „Porwanie”.

12. Jak układała się Panu współpraca z autorami scenariuszy ekranizowanych powieści? Czy byli zadowoleni z efektów końcowych?

Nie miałem od nich uwag. Trudno żeby oni mieli jakieś uwagi (nawet gdyby mieli), skoro największy sędzia, czyli widz, to akceptował. Już na początku, po pierwszym serialu, Telewizja Dziewcząt i Chłopców dała mi nagrodę „Ekranu z bratkiem” (za "Do przerwy 0:1"). Ci młodzi widzowie mnie uratowali przed załamaniem, po tym festiwalu w Cannes i tym podobnych. Bo nagle zobaczyłem, że są ludzie dla których te filmy są potrzebne. Jak w którymś wywiadzie powiedziałem, że już nie będę więcej robił filmów dla młodej widowni, to przyszły listy i błagania, żebym nie zaprzestał ich robić, że to jest im potrzebne, że oni chcą tych filmów. Jeżeli ci pisarze wiedzieli, że to ma powodzenie, że po pierwszym Bahdaju, od razu telewizja w ciągu paru dni decydowała się na kolejne ekranizacje (nie tak jak dzisiaj - czeka się miesiącami czy latami na decyzję), to trudno żeby oni byli niezadowoleni, nawet jeżeli sobie myśleli, że można to było lepiej zrobić, czy też wyobrażali to sobie trochę inaczej. Może i tak myśleli, ale nie wychodzili z tym do mnie.
Jak już powiedziałem miałem szczęście do aktorów, to jest mój powód do dumy. Ale tak samo mogę powiedzieć o scenarzystach, o operatorach i o kompozytorach. Wystarczy zresztą wymienić ich nazwiska. Współpraca z nimi układała mi się bardzo dobrze. Począwszy od mojego filmu dyplomowego, który sobie bardzo cenię, pt.: „Zbieg”, według noweli Marka Hłaski, z wybitną kreacją Emila Karewicza, który zresztą był niedawno pokazywany w „Kino Polska”. Mój debiut z kolei był bardzo odległy od tego co się potem w moim życiu stało. Mianowicie chciałem zrobić film według opowiadania okupacyjnego „Wniebowstąpienie” Adolfa Rudnickiego ale niestety nie doszło do realizacji tego projektu, bo była to tematyka żydowska, wtedy niechętnie w filmie widziana. Potem trafiłem na książkę Bahdaja „Do przerwy 0:1” i chciałem ją zrobić, co było dla mnie wymarzone, bo w moim życiu oprócz filmu ważną rolę odegrał sport, a dokładnie piłka nożna. Byłem piłkarzem i to nawet z jakąś przyszłością, bo w wieku 18 lat, jako junior grywałem w pierwszym składzie drugoligowej Stali Sosnowiec. Byłem też w szerokiej kadrze narodowej juniorów. Piłka była więc poważnym konkurentem filmu i kto wie jakby się to wszystko potoczyło, gdyby to się działo dzisiaj, kiedy z piłki nożnej można żyć. Wtedy za mecz w drużynie juniorów, a nawet w pierwszym składzie otrzymywałem butelkę oranżady, a na tym przyszłości budować nie można było. Z piłką rozstawałem się z żalem. Ale skoro potem zdecydowałem się na film, a brało się to z mojego zakochania w filmach…
Ale wracając do pytania. Zacznę od Bahdaja. Na początku lat 60-tych, o dziwo, scenariusz napisany dla mnie przez Bahdaja na komisji scenariuszowej przepadł. To był dla mnie wielki dramat. Ale wtedy Zespół Rytm, którego szefem artystycznym był Jan Rybkowski, bardzo dobry, może nawet wybitny reżyser, a kierownikiem literackim był Aleksander Ścibor-Rylski, wtedy jeden z pierwszych scenarzystów zawodowych w naszej kinematografii, który był kierownikiem literackim tego zespołu, widząc że ja byłem do tego mojego debiutu dobrze przygotowany, bo skończyłem szkołę w 1956 r. a to był 1961 rok (w międzyczasie byłem drugim reżyserem przy filmach Lenartowicza i Stasia Różewicza m.in. „Wolne Miasto” i „Miejsce na ziemi”), zaproponował mi, że jest w zespole scenariusz Aleksandra Ścibora-Rylskiego. Rylski uznawany był obok Stawińskiego za najlepszego naszego scenarzystę, który mnie – debiutantowi zdecydował się oddać scenariusz do filmu „Dom bez okien”. Po prostu mi zaufał. Mimo porażki w Cannes (bo nie było nagrody), to jednak byłem wtedy na tym festiwalu i widownia przyjęła film bardzo życzliwie. Jednak w Polsce oceniano, że skoro „Matka Joanna od Aniołów” dostała wcześniej Srebrną Palmę, to film polski powinien święcić tryumfy. Tym bardziej, że niektórzy uważali, że np. „Zaduszki” Konwickiego powinny startować w Cannes. „Zaduszki” startowały zresztą w Cannes, ale w konkursie krytyki filmowej i nagrody też nie otrzymały. Od razu na starcie miałem więc oparcie w wybitnym scenarzyście.

DYSKUSJA NA TEMAT WYWIADU
_________________
  
 
 
 
Protoavis 
Ojciec Wspomagający
Archeolog książkowy



Pomógł: 14 razy
Wiek: 41
Dołączył: 13 Sty 2013
Posty: 4784
Skąd: PRL
Wysłany: 2015-01-27, 12:34:15   

Cz. 5

Dalsza części odpowiedzi na pyt. 12. Jak układała się Panu współpraca z autorami scenariuszy ekranizowanych powieści? Czy byli zadowoleni z efektów końcowych?

Potem miałem skierowany do produkcji scenariusz Stanisława Dygata „Kopiec Kościuszki”, według jego książki „Disneyland”. Jednak z różnych powodów w ostatniej chwili się z tego wycofałem. Parę lat później nakręcił ten film Kuba Morgenstern pod tytułem „Jowita”. Żałuję bardzo, że jednak wtedy nie doszło do realizacji tego filmu. Chociaż z drugiej strony myślę sobie, że może wtedy inaczej potoczyłyby się moje filmowe losy. A uważam, że mimo wszystko tak jak one się potoczyły, z serialami młodzieżowymi, czterema filmami, które się dla mnie liczą, że potoczyły się dobrze. I nie żałuję, że się tak potoczyły. W przypadku „Disneylandu” na pewno byłby to wielki atut w osobie Stanisława Dygata, który zresztą napisał, za zgodą Nienackiego, bardzo dialogi do „Wyspy Złoczyńców”. A Nienacki się nie obraził za to, że ja szukam jeszcze jakiegoś wsparcia w wybitnej osobowości, jaką był Stanisław Dygat.

A trzecim scenarzystą był Krzysztof Gruszczyński, wybitny dramaturg i wspaniały człowiek. Przy czym rzecz polegała jeszcze na tym, że on napisał scenariusz „Powrotu na ziemię”, którego bohaterami było małżeństwo żydowskie w czasie wojny doprowadzone do krańcowej sytuacji psychicznej, z miłości postanawia popełnić wspólnie samobójstwo. Ona skacze do rzeki, jemu zabrakło odwagi. O dziwo, po wojnie się nagle odnajdują i próbują odnowić dawną miłość, ale nic z tego nie wychodzi. Tutaj był problem małżeństwa żydowskiego. Skierowano ten film do produkcji z zastrzeżeniem, że nie będę akcentował, że to jest małżeństwo żydowskie. Musiałem więc znaleźć i znalazłem jakąś inną sytuację, zresztą za zgodą Gruszczyńskiego. Uważam, że film ten został niedoceniony. Teraz z okazji mojego 80-lecia w Iluzjonie w Warszawie był przegląd filmów i na seansie „Powrotu na ziemię” było grono 20-latków, którzy o dziwo, prawie że się zachwycili tym filmem. Tak to jakoś jest, że wszystkie te filmy, które zrobiłem kiedyś dawno, wtedy nie były zauważone, a teraz, jak od 20 lat nie robię filmów, to więcej się o tych filmach mówi niż wtedy, kiedy je rok po roku robiłem, albo serial albo film fabularny (śmiech). Tak że Krzysztof Gruszczyński był kolejnym scenarzystą, któremu wiele zawdzięczam. On napisał zresztą jeszcze drugi scenariusz dla mnie.

13. Czy pamięta Pan początki przygody z filmem?

Zdecydowałem się na film, a brało się to z mojego zakochania w filmach, kibicowania filmom, bo oglądałem nie tylko wszystkie filmy które były grane w Sosnowcu w dwóch kinach, oczywiście te dozwolone, bo wtedy na filmy od 18 lat nie mogłem chodzić. Chociaż raz mój starszy, przyrodni brat zabrał mnie na „Gildę”, która była od 18 lat, mimo że miałem wtedy chyba lat 16. Byłem więc zapalonym kinomanem, ale jak się później okazało, pojęcia o filmie za dużego nie miałem. Za pierwszym razem, szczęśliwie zdałem egzamin wstępny, a nie było to takie łatwe, bo na jedno miejsce na wydziale reżyserskim było 600 kandydatów! (śmiech). Kiedy mi się więc to udało, wtedy już film zawładnął mną absolutnie. Próbowałem jeszcze włączyć się w sport, trafić do Łódzkiego Klubu Sportowego, ale było to niemożliwe, ponieważ zajęcia na uczelni były od 8 rano do 10 wieczorem. Poza tym w szkole filmowej nie było klimatu życzliwego dla sportu. Był na przykład taki wykładowca – operator Jakowlew, który mówił, że „sztuka nie idzie w parze ze sportem”. Tym niemniej, na trzecim roku skrzyknęliśmy się (byłem kapitanem drużyny) i wystąpiliśmy w Akademickich Mistrzostwach w Łodzi i zdobyliśmy mistrzostwo. Na wyższym szczeblu wyeliminowali nas dopiero studenci z AWF Wrocław (śmiech). Do przerwy było 0:0, ale skończyło się 5:0 dla nich, bo moi koledzy po raz pierwszy grający w butach piłkarskich z korkami, tak spuchli, że już nie istnieli.

14. Jakie były okoliczności nakręcenia Pana filmu „Powrót na ziemię”?

Była to taka sytuacja, że w pewnym momencie komisja scenariuszowa zatwierdziła mi dwa scenariusze, ale ekonomiczny szef zespołu „Rytm” pan Zygmunt Szyndler, przedwojenny filmowiec, powiedział, że „Tak nie może być, żeby ten drugi scenariusz czekał na Jędrykę – mamy 2 zatwierdzone scenariusze, musimy to teraz zrobić, więc niech Jędryka jeden z nich wybierze i go zrobi”. Ten drugi scenariusz to była komedia obyczajowa „Małżeństwo z rozsądku”. Ja oczywiście wybrałem ten dramat psychologiczny, czyli „Powrót na ziemię”. Wobec tego ten drugi wziął Bareja i zrobił z tego film w swoim stylu. Co prawda wtedy jeszcze Bareja był niedoceniony. Nie był wtedy jeszcze malarzem rzeczywistości PRL-u, ale reżyserem od „najgorszej szmiry”, bo tak na początku go nazywano. Tak sobie więc myślę, że jestem w lepszej sytuacji, bo Bareja umarł zanim doceniono jego wszystkie walory i nie był świadkiem swojej rehabilitacji. Podobno mają nawet nazywać w Warszawie jego imieniem ulicę. Mnie jednak gdzieś tam cząstkę tych moich zasług się dziś oddaje.

Dodam, że muzykę do „Powrotu na ziemię” stworzył Wojciech Kilar, a był to mój drugi film do którego napisał muzykę, bo pierwszym była właśnie „Wyspa Złoczyńców”, gdzie skomponował także piosenkę czołową. Oczywiście to wtedy nie był jeszcze ten wielki Kilar, ale jestem dumny, że taka osobowość pisała muzykę do moich filmów. Z innych kompozytorów, to muzykę do „Stadionu”, mojego pierwszego, dwudziestominutowego, takiego eksperymentalnego filmu stworzył Lucjan Kaszycki. Był on wtedy po sukcesie piosenki do filmu Hassa „Pożegnania”. Film „Stadion” dostał wyróżnienie na festiwalu w Wenecji w 1959 roku. Lucjan Kaszycki napisał muzykę także do mojego debiutu „Dom bez okien”. Muszę tu powiedzieć że na Festiwalu w Cannes, wychodząc z publicznością z kina festiwalowego, nagle usłyszałem, że ktoś nucił motyw muzyczny z tego filmu, tak że ta muzyka gdzieś tam zapadła w pamięć.

Potem przyszła era filmów wg Bahdaja, począwszy od „Do przerwy 0:1”. Bahdaj to jest osobny rozdział. Jest to bardzo znacząca dla mnie postać i nie tylko jako wybitny pisarz, wspaniały scenarzysta, ale przede wszystkim jako wspaniały, lojalny człowiek, który darzył mnie pełnym zaufaniem. Nie doglądał, nie wypytywał, nie przychodził na plan. Po raz pierwszy zobaczył już zmontowany film, w którym było sporo moich drobnych zmian w stosunku do scenariusza, w scenach czy dialogach, a on to wszystko akceptował z pełnym zaufaniem. I wydaje mi się, że był zadowolony z tych rezultatów.

Co do kompozytorów, to do serialu „Do przerwy 0:1” muzykę skomponował Waldemar Kazanecki, przy czym muszę powiedzieć, że jest to niedoceniony kompozytor. W tamtych czasach, jeszcze przed filmem „Noce i dnie”, w środowisku krążyła opinia, że jest to kompozytor dwóch akordów. Dla mnie jednak napisał wspaniała muzykę. Potem nawiązałem współpracę z Andrzejem Korzyńskim.

DYSKUSJA NA TEMAT WYWIADU
_________________
  
 
 
Protoavis 
Ojciec Wspomagający
Archeolog książkowy



Pomógł: 14 razy
Wiek: 41
Dołączył: 13 Sty 2013
Posty: 4784
Skąd: PRL
Wysłany: 2015-01-30, 10:59:03   

Cz. 6

15. To może uporządkujmy temat kompozytorów. Kto jeszcze pisał, niejednokrotnie bardzo chwytliwą muzykę do pana filmów?


Do „Wakacji z duchami” muzykę skomponował Piotr Marczewski, kompozytor z Łodzi. Napisał on bardzo dobrą muzykę. Chciałem kontynuować z nim współpracę i jak zrealizowałem następny film „Podróż za jeden uśmiech”, to sobie o nim pomyślałem, ale okazało się że on już umówił się z Drapellą na muzykę do serialu o Templariuszach. Ponieważ był już zajęty, to musiałem go skreślić. Pomyślałem wtedy o Dudusiu Matuszkiewiczu. I on napisał mi muzykę do serialu „Podróż za jeden uśmiech”, a potem także dla serialu „Stawiam na Tolka Banana”, z tą także do dzisiaj popularną balladą. Bardzo dobra to była muzyka, wyróżniała się. Potem jednak rozstałem się z Dudusiem i do następnego filmu „Koniec wakacji” poprosiłem do współpracy Macieja Małeckiego, który też napisał bardzo piękną muzykę. W związku z tym, jak potem robiłem serial „Szaleństwo Majki Skowron” to on też tam muzykę napisał. Dobrze nam się pracowało, ale przyszedł moment nie konfliktu, ale gorszych relacji i do następnego filmu „Najlepsze w świecie” z 1976 r. wybrałem kogoś innego. Była to zabawna sytuacja, bo zaproponowałem autora popularnych piosenek, m.in. „Kwiat paproci” Juliusza Loranca, lecz kiedy przyszło do nagrania muzyki to on, mimo obietnic nie był gotowy. Wtedy zaproponowałem współpracę kompozytorowi, który napisał muzykę do „Chłopów”, Adamowi Sławińskiemu. Potem zaczęła się współpraca z Andrzejem Korzyńskim, który najpierw skomponował muzykę do tryptyku fabularnego „Zielona miłość”, a potem do innych filmów: „Zielone lata” i „Amnestia”. Przy jednym filmie („Przypadki Piotra S.”), muzykę napisał Seweryn Krajewski, przy czym nasza współpraca skończyła się na jednym filmie, bo trochę jego metody pracy nie bardzo mi odpowiadały, bo on pisał muzykę u siebie w studiu, taką elektroniczną, a mnie brakło prawdziwego kontaktu z orkiestrą, z muzykami. Nie bardzo mi te brzmienia odpowiadały. Do jednego filmu „Sami dla siebie” muzykę skomponował mało wówczas znany Zbigniew Preisner.

16. Czy podczas realizacji „Wyspy Złoczyńców” dochodziło do jakichś zabawnych, dramatycznych lub niespodziewanych wydarzeń związanym np. z udziałem w zdjęciach młodych aktorów?

Przypominam sobie taki moment, a ja zawsze utrzymuję, że takie sytuacje coś znaczą. Kręciliśmy zdjęcia w Kazimierzu, ale bunkry zbudowaliśmy w atelier w Łodzi. W Łodzi kręciliśmy też ostatnie sceny na szosie pod Strykowem. To wyglądało w ten sposób, że Pan Samochodzik z Zaliczką podjeżdżają pod drogowskaz, zatrzymują się i zastanawiają się, gdzie jechać, prosto, czy skręcić do miejscowości, o której napisano w gazecie, że coś się tam niezwykłego zdarzyło. Potem wybierają tę miejscowość i skręcają. Mamy bliskie ujęcie, samochód podjeżdża i zatrzymuje się. Do tego ujęcia kamera jechała razem z samochodem, żeby ich sfilmować od przodu. Było to tak, że do progu samochodu i do karoserii przy przednich drzwiach, była zamontowana platforma, na której stawał operator z kamerą i robił zdjęcia z bliska. No i wtedy gdy samochód zatrzymał się, nagle ta platforma razem z operatorem się urwała. Proszę sobie wyobrazić, że gdyby samochód jeszcze parę metrów jechał i urwałoby się to w czasie jazdy, to co by się stało z operatorem? Była to więc sytuacja dramatyczna, ale trochę symboliczna, bo to na szczęście było ostatnie ujęcie.

My w ogóle mieliśmy bardzo słabe możliwości robienia wyścigów tym autem. W sytuacji kiedy się ogląda dziesiątki filmów ze scenami karamboli i pościgów, my dysponowaliśmy takim zgrzebnym, skromnym sprzętem. Wehikuł był robiony metodą chałupniczą, siermiężną, ale miało to może swój urok.

Nie wiem, czy to ma jakiś związek, ale tak się złożyło, że na praktykę podczas realizacji tego filmu przyjechali studenci szkoły filmowej. A mówię o tym dlatego, że były wśród nich dwa wybitne nazwiska wśród operatorów: Edward Kłosiński i Sławomir Idziak. Przy czym Edward Kłosiński wyrzeźbił tę głowę, którą w filmie rzeźbi profesor. Jest to też pewna ciekawostka (śmiech).

Ekipa mieszkała w dawnym spichlerzu w Kazimierzu i przyjechała tam na plan rodzina Janka: syn Juliusz i żona Halina, która zresztą zagrała w "Wyspie" w ostatniej scenie w muzeum. Tam gdzie mieściły się biura wywieszało się plan na następny dzień. Który aktor, o której godzinie, gdzie transport, itd. Była też wypisana obsada aktorska i akurat były takie nazwiska: Litwin, Turek, Czeski i jeszcze ktoś. Ten mały miał wtedy może z 12 lat i mówi: „Tato, a co to jest że w tym filmie grają sami zagraniczni aktorzy?” (śmiech).

W filmie grali też harcerze… ale może scenariusz nie dawał możliwości, ale i oni sami nie byli „za wspaniali”. Jeden z nich, Błażej, to był uzdolniony chłopak i aktorsko mógł coś więcej zrobić, a pozostali to byli tacy trochę statyści i patrząc na nich trudno było sobie wyobrazić, że ja tak polubię tych dziecięcych bohaterów, żeby potem w każdym moim filmie grali znaczące role. Nie zachęciło mnie to do współpracy z dziecięcymi aktorami, chociaż w sumie się sprawdzili. Tyle, że już sam fakt, że byli w mundurkach harcerskich (nic nie mam przeciwko harcerzom, mało tego, sam należałem do harcerstwa, byłem zastępowym w szkole powszechnej w Sosnowcu), to jednak te mundurki zabijały osobowość, powodowały taką oficjalność.

Wszystko zaczęło się od Bahdaja, od „Do przerwy 0:1”, od mojej pasji piłkarskiej. W tym filmie główny ciężar spoczywał na tych młodych bohaterach, którzy jeszcze przy okazji musieli dobrze grać w piłkę, aby faktycznie można było uwierzyć, że np. ten Paragon to wyjątkowy talent, a Perełka jest wspaniałym bramkarzem, taką kruszynką w olbrzymiej bramce. Zresztą z Perełką łączy się zabawna sytuacja, że po ok. 20 latach jadę tramwajem i nagle słyszę głos: „Dzień dobry panie reżyserze!”. Odwracam się, a przy mnie stoi jakiś niesamowity dryblas, którego nie rozpoznaję. On się uśmiechnął i mówi „Perełka jestem!” (śmiech). Tam był mały w tej dużej bramce, a tutaj taki olbrzymi mężczyzna.

17. W „Wyspie Złoczyńców” jest scena, w której Zaliczka (Joanna Jędryka) wpada do głębokiej wody w bunkrze. Czy scena ta była kręcona w prawdziwym bunkrze czy też w atelier?

To była dekoracja w łódzkim atelier!

18. Czy na planie „Wyspy Złoczyńców” spotykał się Pan ze Zbigniewem Nienackim?

Nie, nie było go na planie. Tu można przyjąć dwie opcje. Pierwsza to: „zatwierdzili, zapłacili mi za scenariusz, niech więc robią jak uważają”, a druga to zaufanie do reżysera – „to co reżyser wymyśli będzie dobre i po mojej myśli”. Najlepszy dowód na to, to fakt, że zgodził się, żeby dialogi napisał Dygat. Albo zrozumiał, że jest potrzeba nie tyle świeżej krwi, ile spojrzenia jeszcze kogoś z boku, albo po prostu uznał, że nie ma wyjścia - niech robią jak chcą. Niechęci nie było. Po filmie raczej było zadowolenie, jakieś nawet podziękowanie, ale w czasie realizacji nie było go na planie.

19. W „Wyspie Złoczyńców” rolę Pana Samochodzika zagrał Jan Machulski. Proszę opowiedzieć o pracy z tym aktorem na planie filmowym.

Wyglądała bardzo dobrze, przy czym trzeba sobie powiedzieć, że Jan Machulski był wtedy jeszcze aktorem na dorobku. Uważam, że Janek był aktorem po prostu wybitnym, choć jeszcze oczywiście nie wtedy. W przypadku „Wyspy Złoczyńców” sprawą bardzo ważną było znalezienie właściwego aktora, grającego postać głównego bohatera, Pana Samochodzika. Zdecydowałem się na Machulskiego i wydawało mi się, że był to bardzo trafny wybór. Co prawda potem, po paru latach pan Drapella zrealizował film „Samochodzik i templariusze” i tam zagrał śp. Stanisław Mikulski, ale wydaje mi się, że propozycja postaci i sposób zagrania przez Machulskiego był zdecydowanie inny i wydaje mi się - mnie po prostu bliższy. To znaczy - nie neguję wartości tego co zrobił Mikulski w „Templariuszach”, ale była to postać na przeciwnym biegunie, jeżeli chodzi o środki aktorskie.

DYSKUSJA NA TEMAT WYWIADU
_________________
  
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2015-02-03, 08:32:00   

Cz. 7

20. Dla znacznej większości fanów dwie najbardziej udane ekranizacje „Samochodzików” to Pana „Wyspa Złoczyńców” oraz serial o templariuszach Huberta Drapelli. Co Pan sądzi o innych ekranizacjach „Samochodzików”?

Ja z filmu „Wyspa Złoczyńców”, a szczerze mówiąc także z jego przyjęcia byłem bardzo zadowolony. Wydawało mi się, że właściwie powinienem pociągnąć dalej serię filmów o Panu Samochodziku, bo rzeczywiście Nienacki tych książek napisał kilka. Zresztą prawie wszystkie, no wszystkie to nie, bo bardzo był płodnym pisarzem, ale sporo z tych książek trafiło na ekrany. Potem to robili Janusz Kidawa i Kazimierz Tarnas. Natomiast ja poprzestałem na tym pierwszym filmie, bo wydaje mi się, że troszkę ten chłód ze strony krytyków, z jakim przyjęto „Wyspę” mój entuzjazm ostudził. A poza tym była druga rzecz. Doszedłem do wniosku, że jednak trudno jest przenieść literaturę Nienackiego na ekran, bo ona jest dosyć taka specyficzna i wiele wartości niesie w samej warstwie literackiej. Że tą pewną umowność, która jest w tych książkach opowiadających różne historię, jednak ekran troszkę demaskuje. To znaczy w tym sensie, że jest tak na granicy nieprawdopodobności. To zdecydowało, że nie poszedłem za ciosem i nie zrobiłem następnych filmów, poprzestałem na tym jednym. Ale mam satysfakcję, że to był pierwszy Pan Samochodzik i wydaje mi się, że udany.

Nie wiem czy oglądałem wszystkie odcinki „Templariuszy.” Chyba tak. W każdym razie przyjąłem je pozytywnie, chociaż z drugiej strony (nie jest to jakieś samochwalstwo), tak się przyzwyczaiłem, tak się zżyłem z tym Panem Samochodzikiem Machulskiego, że trudno mi było sobie wyobrazić innego aktora na to miejsce. Dlatego też Staszek był mi troszkę obcy w tej roli. Ja w pasję młodzieńczą w wykonaniu Machulskiego jako Samochodzika wierzyłem, m.in. dlatego go w tej roli obsadziłem, a tutaj była taka jakaś obcość. Przy czym może faktycznie proza Nienackiego bardziej się nadaje na seriale niż na film fabularny, jednorazowy. No nie wiem.

Inne od przypadku do przypadku oglądałem, ale wydaje mi się, że były one dalekie od ducha prozy Nienackiego. Były to jakieś wymysły zupełnie z różnych parafii, nieangażujące emocjonalnie w sposób szczery. Nie wiem, może po prostu zazdrość przeze mnie przemawia? Złość na siebie za to, że nie kontynuowałem tej serii, bo przecież mogłem zrobić te kolejne pięć czy sześć filmów, tak jak zrobiłem cztery seriale z Bahdaja. Mogłem przecież zrobić pięć seriali z Nienackiego, ale nic takiego nie było. Mam tylko tę przyjemność, że pierwszy powołałem Samochodzika do życia, i że główny bohater jest często uznawany za najbardziej trafiony w prozę Nienackiego.

21. W takim razie dlaczego tak naprawdę nie nakręcił Pan więcej Samochodzików? Na naszym forum bardzo nad tym ubolewamy.

Były dwa powody. Pierwszy, to chłodne przyjęcie, takie upupienie przez krytykę (mimo powodzenia wśród publiczności - na premierze w Pałacu Kultury była pełna sala, dwa tysiące ludzi, którzy wykupili bilety, a nie jak teraz się robi - otrzymali zaproszenia), która od razu dała stempelek, że jest to film drugiej kategorii, bo dla dzieci i młodzieży. A dla dzieci i młodzieży można byle jak – wszystko kupią. Nieprawda! Chyba Gorkiemu się przypisuje, że powiedział: „Twórczość dla dzieci robi się tak samo jak dla dorosłych, tylko lepiej”.

A z drugiej strony, widziałem problem w tej konwencji Samochodzików, niby realistycznej a nierealistycznej, trochę wymyślonej. To ma oczywiście rację bytu, ale wydaje mi się, że zawsze ekran jest taki bardziej dosłowny niż słowo. Bo słowo można tak stworzyć, że powstaje wrażenie, iluzja, natomiast ekran to jest coś konkretnego. Chyba, że zrobi się specjalny film, artystyczny, eksperymentalny, w jakiejś założonej konwencji. A w samochodzikach jesteśmy tak w połowie drogi. Nie jest to konwencja wymyślona, ale z drugiej strony przykładając miarę realności, gdzieś się to po prostu nie sprawdza. Stąd to moje odejście, którego nie żałuję, dlatego, że tak samo jak w przypadku "Disneylandu" Dygata, nie wiem jakby się potoczyły moje losy, gdybym zrobił jeszcze 3 „Samochodziki”. Przy czym wydaje mi się, że jednak jako surowiec do ciekawego filmu, to proza Bahdaja czy Minkowskiego czy Domagalika, bo o Domagaliku najmniej mówimy, a był to przewspaniały człowiek, już niestety nieżyjący, były cenniejsze od propozycji samochodzikowych. Bo one są w jakimś stopniu wymyślone, a Bahdaj jest szalenie prawdziwy. Bo przecież ile powiedzeń z tych seriali weszło w życie potoczne, choćby ze „Stawiam na Tolka Banana”. Przecież on pierwszy w filmie pieniądze nazwał „kasą”. Czy też w Kazimierzu w „Podróży za jeden uśmiech” jak Poldek krzyczy na Dudusia: „A co ty byś chciał? Telefon bez drutu, tak?” (śmiech). Te rzeczy weszły już w obieg nie tylko w kategorii filmu dla dzieci, to jest już bardzo życiowe, bardzo prawdziwe. On miał nieprawdopodobny słuch na słowo, na dialog: „muka” nie „muka”, to wszystko jest wręcz nieprawdopodobne. Czy ktoś pamięta jakieś powiedzenie z Pana Samochodzika?

Muszę przyznać, że fani Pana Samochodzika jednak coś tam pamiętają…

Także te fabularne filmy różnych reżyserów (chodzi o ostatnie ekranizacje samochodzików – dop. red.) troszkę obnażyły słabość w tym względzie…

Powiedzmy, że chodzi o trudność w przełożeniu na język filmowy…

Tak, tak, tak jak mówię. U Bahdaja jest tak, że czego się nie dotknie, to wszystko to jest życie, to jest prawdziwe. Na przykład są też przepiękne filmy Nasfetera, ale one są wykreowane. To nie jest chłopak, którego można spotkać na ulicy, tylko on musi coś tam mieć, to w kostiumie, to w wyglądzie. Filmy te są poetyckie, bardzo piękne, ale z życiem mają mało wspólnego. A jakiej się sceny nie dotknie w filmach „bahdajowskich”, to życie z tego wyziera, w dialogu, zachowaniu, w scenerii. Dotyczy to również Olka Minkowskiego, szczególnie w „Szaleństwie Majki Skowron”. Już nie mówiąc o Domagaliku. Ja miałem szczęście do tych autorów, a jest nieszczęściem, że już ich nie ma i w związku z tym nie ma tych książek. No może są, ale ja na nie trafiam. A bez nich po prostu tych filmów by nie było.

22. Czy w swej karierze zawodowej spotkał się Pan ze Stanisławem Mikulskim??

Mikulski zagrał u mnie w filmie „Powrót na Ziemię” z Ewą Krzyżewską, zresztą bardzo dobrze, więc ja cenię go sobie nie tylko za Klossa. Za Klossa to nawet może bardziej cenię pomysłodawców i scenarzystów (śmiech). Stanisław Mikulski był dobrym aktorem na pewno.
To ja pierwszy podjąłem ryzyko, mimo że mi odradzano, że nie można angażować Mikulskiego do jakiejkolwiek roli, bo ciągle będzie Klossem i reżyser będzie stał na przegranej pozycji. A ja pierwszy, bo potem jeszcze w innych filmach przecież grał, zaangażowałem go do głównej roli, zresztą robiąc wcześniej próbne zdjęcia, przy czym wypadł bardzo dobrze na tym castingu, grając tak bardzo oszczędnie, w stylu amerykańskim.

DYSKUSJA NA TEMAT WYWIADU
_________________
  
 
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2015-02-05, 08:57:34   

Cz. 8 i ostatnia


Źródło: fototeka.fn.org.pl

23. O sukcesie Pana seriali decydowała także udana dorosła obsada aktorska. Czym się Pan kierował dobierając swoich zawodowych aktorów?

Przede wszystkim ich klasą. Moi aktorzy to moje największe szczęście, mój największy sukces. Jakoś porozumieliśmy się, nawet włącznie z taką sytuacją, że ja na film dyplomowy miałem zrobić „Zbiega” Marka Hłaski. W 1956 r. wyjechaliśmy do Warszawy, żeby kręcić na Marymoncie, bo tam działa się akcja, ale dziś już śladów tamtego Marymontu nie ma. To jest też zresztą wartość moich seriali, że pokazują rzeczy, których już nie ma, które zostały tylko w dokumentach i w tych filmach. No więc w październiku 1956 r., po zatwierdzaniu scenariusza, który napisałem w oparciu o Hłaskę (zresztą spotkanie z Hłaską to jest osobny rozdział, można o tym przeczytać w mojej autobiografii „Miłości mojego życia”, gdzie jest sporo o moim życiu, o moim dzieciństwie, czy o tematach, o których dziś rozmawiamy) wyjechaliśmy na zdjęcia do Warszawy. Tylko, że wybuchł „Październik 56” i w związku z tym Wytwórnia Filmów Dokumentalnych, która nam gwarantowała sprzęt oświetleniowy, transport itd., nie mogła już wypełnić tych zobowiązań, bo wszystko poszło na kręcenie tego „Października”. Bo była to historyczna sytuacja. I musieliśmy zrezygnować z kręcenia, wróciliśmy do Łodzi i nakręciliśmy to dopiero następnego roku.

I a propos aktorów, była taka sytuacja, że głównego bohatera miał zagrać pan Lutkiewicz. Ja go widziałem w filmie Rybkowskiego „Kariera Nikodema Dyzmy”, wydawał mi się dobry. W moim filmie miał zagrać takiego tajniaka, który na drodze psychologicznej ma sprowadzić do więzienia ukrywającego się na Marymoncie recydywistę, który z tego więzienia uciekł. Miał go zagrać Lutkiewicz, ale w międzyczasie przez ten rok byłem asystentem u Lenartowicza przy filmie „Zimowy zmierzch” i tam epizodyczną rolę zagrał Karewicz, który mi się spodobał. Doszedłem do wniosku, że jednak zamienię tego Lutkiewicza na Karewicza. Po jakimś czasie powiedziałem o tym Lutkiewiczowi, ale przy tym źle się czułem, bo to była jakaś tam niegodziwość i pomyślałem sobie, że Lutkiewicz nie zapomni mi tego do końca życia. Ale jednak potem odważyłem się zaproponować mu rolę w serialu „Wakacje z duchami” i o dziwo on tę rolę przyjął. I od tego momentu w prawie każdym moim filmie grał choćby drugoplanowe epizody. Trudno tu mówić o jakiejś przyjaźni, bo to za duże słowo, ale byliśmy sobie wzajemnie życzliwi.

24. Co Pan sądzi o realizowanych obecnie filmach dla dzieci i młodzieży?

Co ja mogę sądzić? (śmiech). Przede wszystkim nie bardzo mogę sądzić, bo tych filmów nie ma. Przez ostatni rok, czy nawet więcej to może jeden film powstał. Tak że nie bardzo mogę na ten temat sądzić. Kiedyś dosyć aktywny był pan reżyser, mam lukę w pamięci… z Poznania…

Maleszka? (pamiętałem, bo pan Maleszka mieszka niedaleko mnie – dop. Sz.S :) )

Tak, tak, ale to jest osobny rozdział, bo on innymi drogami chadzał, z dala od środowiska, a ostatnio też coś milczy. Ostatni film zrobił chyba 2 lata temu, czy nawet więcej. Trudno mi więc mówić o czymś co praktycznie nie istnieje, albo czego nie oglądałem.

Dziś nic się nie zmieniło w stosunku do tych filmów. Decydenci mówią o potrzebie myślenia przyszłościowego, że trzeba młodych widzów kształtować. A jak przychodzi co to czego, to decyzje są zupełnie inne. Teraz nie śledzę tego, bo jeszcze niedawno byłem doradcą czy konsultantem w ocenie scenariuszy i propozycji filmowych, to jeszcze jakiś wgląd tam miałem, ale teraz od 4 lat nie jestem, więc nie mam kontaktu. Może przyczyna tkwi w tym, że te projekty nie są na tyle interesujące, żeby je lansować. Wszystko się rozbija o pieniądz. Teraz tylko pieniądz się liczy. A kiedyś liczyło się też to, że można było zainwestować w coś, co w tym momencie nie przynosi korzyści, ale przyniesie korzyść za parę lat, w powiększającej się liczbie wrażliwych, młodych widzów. A teraz się nie myśli co będzie w przyszłości. Wszystko musi przynieść korzyść teraz, pieniądze albo jakąś niezwykłą popularność. A to, że coś jest wartościowe, oglądane przez tych wartościowych młodych ludzi (może nie tak masowo), przez co spowoduje u nich większą wrażliwość w przyszłości, to się nie liczy.

25. Czy w takim razie mimo zmieniających się warunków w świecie filmowym chciałby Pan jeszcze stanąć z drugiej strony kamery?

Ostatni film nakręciłem 22 lata temu. I od tego czasu próbowałem na różne sposoby coś nakręcić. Są takie projekty, których bardzo żałuję, że nie zrealizowałem. Chciałem na przykład zrealizować serial według Gustawa Morcinka „Siedem zegarków kopidoła Joachima Rybki”. Nie takiego Morcinka śląskiego, od kopalni węgla i konia Siwka, tylko coś w stylu polskiego Hrabala, z odrobiną ironii, uśmiechu, pogody, ale i z dramatem patrząc na życie. Osiem lat temu miałem to zamiar zrobić, bardzo się scenariusze podobały. Jeden nawet napisałem „na umowę”. Ale jak przyszło co do czego, to jednak uznano, że sam nie wiem … za drogie… mało ważne? Jak zatwierdzili scenariusz „Szaleństwa Majki Skowron” w połowie maja, to w połowie czerwca już zacząłem zdjęcia. A dzisiaj od pomysłu, przejście przez wszystkie komisje, trwa rok, dwa lata. I to mnie zniechęca. Poza tym stosunek tych decydentów jest inny. Nie ma mowy żeby się z nimi porozumieć. Po prostu nie odpowiada mi ta atmosfera. A poza tym, to też sobie myślę, że film to jednak jest duży wysiłek. Ja mam swoje lata, chociaż ich może nie czuję. Ale boję się że może taki moment przyjść, w którym zdrowotnie bym nie wytrwał.

Zresztą przez te 20 lat prowadziłem warsztaty filmowe w Poznaniu organizowane przez Centrum Sztuki Dziecka, gdzie młodzi gimnazjaliści realizowali 10-minutowe filmy według swoich pomysłów. A ja byłem tam konsultantem, więc jakiś kontakt z filmami i z młodzieżą miałem. I bywały takie momenty, w których chciałbym robić film, ale bywały także momenty, w których mnie ta atmosfera zniechęcała. Poza tym kiedyś kiedy robiłem filmy, to mnie nie zauważano, teraz nie robię, to się nagle okazuje że jestem mistrzem świata. I fajnie jest żyć będąc przekonanym, że komuś się coś spodobało.

Ja się często powołuję na przykład takiego fińskiego skoczka narciarskiego Ahonena, który przez lata był wybitnym skoczkiem, w pewnym momencie, trzy czy 4 lata temu zrezygnował, będąc u szczytu z kariery. Ale po dwóch latach było mu tęskno, wrócił na skocznię, ale od tego czasu nie zdarzyły mu się lepsze miejsca niż dwudzieste. Już lepiej zostać z nalepką starego mistrza. Poza tym ja już nie mam przekonania, że po tych dwudziestu latach, nie mając Bahdaja, mając co prawda Minkowskiego, ale już nie tak aktywnego twórczo, nie mając Domagalika, zrobiłbym filmy, które wartością czy poziomem równałyby się temu co zrobiłem te dwadzieścia lat temu. Z jednej strony na pewno mi tego brak, te warsztaty filmowe w Poznaniu, jakąś satysfakcję dawały, ale nie zastępowały kręcenia filmów. Z drugiej strony boję się, że nie sprostam pod względem zdrowotnym, że nie będzie klimatu, w którym powstawałyby dobre filmy.

Niedawno zgodziłem się na występ w serialu ”Na dobre i na złe”, m.in. żeby poznać jak teraz wygląda plan filmowy. No i niewiele się to zmieniło. Zmieniło się tyle, że pracuje się na dwie kamery, bardzo ważne jest to, że jest cały czas catering (śmiech). Natomiast są też nowości, na przykład to, że reżyser siedzi teraz w pomieszczeniu obok i patrzy w monitor, ale one mi się nie bardzo podobają, mimo że są wygodne. Ja stojąc przy kamerze potrzebuję bliższego kontaktu z aktorem. Widocznie jestem niepodatny na te wszystkie nowoczesności, chociaż myślę, że nie jest to coś niezwykłego w czym bym się nie odnalazł.

Chyba z osiem lat temu bardzo spodobał mi się jeden ze scenariuszy, którzy młodzi ludzie, amatorzy, dali mi do konsultacji. To byłby ten rodzaj filmu, który chciałbym zrealizować. Ale okazało się, że towarzyszyły temu jakieś złe okoliczności. Już się znalazł producent, już chciał zaczynać, ale się rozchorował. Drugiemu coś innego przeszkodziło i to wszystko zniechęcało. To „trwanie”, to zabieganie, krążenie między pokojami decydentów mi po prostu nie odpowiada. Trzeba mieć też tę resztkę honoru… Bo wydawałoby się, że po tych wszystkich przemianach, ja, który robiłem filmy jak to się mówi „do przyjęcia”, jakoś zgrabnie, szybko, dobrze, że jestem, można by powiedzieć wymarzonym reżyserem na te czasy. Okazuje się, że nie. Nikogo to nie obchodzi. Liczą się jakieś inne względy. Dlatego jestem taki zniechęcony, choć jak nieraz się zdarzy, a zdarza się bardzo często, że w telewizji jakiś sobie filmik swój obejrzę, to zawsze z sentymentem i sobie myślę, że szkoda tych 22 lat, że jednak nic nie zrobiłem.

26. Jednak Pana dotychczasowa twórczość filmowa z pewnością daje Panu także wiele okazji do satysfakcji!

Parę lat temu odbywał się Festiwal Filmowy w Gdyni, w ramach którego był też przegląd moich filmów młodzieżowych. Były tam tłumy młodych ludzi, żywo reagujących. A po filmie tłum tych młodziaków prosił mnie o autografy. W pewnym momencie jeden z takich 12-latków odbierając autograf powiedział: „Czy mogę Panu uścisnąć dłoń?” (śmiech). Czy może być jakaś piękniejsza nagroda?
Przez te lata, które minęły od ostatniego mojego filmu, słyszę ciągle od różnych osób: i dzieci i młodzieży i ludzi dorosłych, którzy kierują się sentymentem, że wychowali się na moich filmach. Czy to pani, która wykonuje mi prześwietlenie, czy to recepcjonistka w hotelu, czy to jakaś nauczycielka, czy też ktoś przygodny w kawiarni, czy nawet minister. Ja oczywiście wtedy nie miałem zamiaru nikogo wychowywać, ale skoro się wychowali, wyrośli na dobrych, poczciwych, czy cenionych ludzi, to jest mi z tego powodu bardzo przyjemnie.
To są dwie najcenniejsze dla mnie nagrody.

Ogromnie dziękujemy za bardzo ciekawy i wyczerpujący wywiad, była to dla nas, a z pewnością także dla naszych forumowiczów wielka frajda! Zapraszamy Pana także do zaglądania na nasze forum!

DYSKUSJA DOTYCZˇCA WYWIADU!
_________________
  
 
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2015-02-10, 08:57:01   

Epilog, czyli odpowiedzi na pytania forumowiczów


Źródło: fototeka.fn.org.pl

1. O ewentualnym nakręceniu "Księgi strachów" (kwestię tę na forum poruszył Nietajenko)

Forum Miłośników Pana Samochodzika: Co jakiś czas pojawiają się zapowiedzi ekranizacji jakiegoś samochodzika, ale niestety od wielu lat nic nowego nie powstało. A może Pan zechciałby zekranizować, zdaniem wielu forumowiczów najlepszego niesflimowanego jeszcze samochodzika, czyli "Księgę strachów"?


Stanisław Jędryka: Z przykrością muszę stwierdzić, że ja chyba tego samochodzika nie czytałem. Jak ta seria się z czasem rozwinęła, to już wszystkiego nie czytałem, chociaż powinienem, chociażby ze zwykłej ciekawości, nawet jeśli uznałem że jest to rozdział zamknięty. Już wspomniałem dlaczego trudno mi dziś kręcić nowe filmy. Poza tym trzeba mieć świadomość ile to zajęłoby czasu: np. napisanie scenariusza, czy znalezienie producenta, to nie jest kwestia miesięcy, tylko lat. Tylko 2 czy 3 razy do roku zbiera się Instytut Filmowy, który przyznaje dotacje. To wszystko zniechęca. A ja już mam swoje lata. Czyli czasu mało a i zdrowie też już nie to, choć specjalnie na nic nie narzekam. Owszem, bywają takie dni kiedy wracam myślami do tego, żeby może jednak spróbować coś nakręcić, może nawet niekoniecznie Pana Samochodzika. Ale jak potem zaczynam rozpatrywać obecną sytuację, to widzę że nie ma na to za bardzo szans. Kiedyś od pomysłu do realizacji mijały miesiące, bywało że tygodnie, a dziś to są lata. A ja nie bardzo mogę tak planować. Muszę przyznać, że w moim wypadku brakowałoby mi też Machulskiego. Zresztą Mikulskiego też już nie ma.

Ze swej strony, niezależnie od dokonania ewentualnej ekranizacji, namawiamy do sięgnięcia po tę powieść, według wielu uznawanej za najlepszą z całej serii.

Jak tak Państwo mnie namawiacie to niewykluczone że spróbuję do tego tematu podejść, ale najpierw muszę tę powieść rzecz jasna przeczytać. Być może mnie ta ksiązka rzeczywiście porwie, tak jak Państwa (śmiech). To jest nawet trochę kuszące w dzisiejszych czasach, kiedy o wszystkim decyduje reklama i to jak się to sprzedaje. Bo kiedyś powstało kilka wersji Pana Samochodzika, więc w różnych pokoleniach, gdzieś one tam zapadły w pamięć, a za sprawą telewizji się do nich wraca. Może jest więc sprzyjający klimat dla tego rodzaju filmów. A technika tak poszła do przodu, że to co było zmorą, przynajmniej dla mnie (ta amfibia, z którą było tyle korowodów), byłoby dziś łatwiejsze do opanowania, efektowniejsze. Oczywiście trudno się mierzyć z tymi współczesnymi komputerowymi animacjami, bo się tego nie dogoni i nawet w tej materii nie chciałbym się ścigać. Ale z drugiej strony czy dzisiaj film bez takich szaleństw technicznych byłby do oglądania? Bo dziś ogląda się Samochodziki z pozycji sentymentalnych, wspomnienia młodości, ale czy dziś byłaby wystarczająca liczba widzów, którzy chętnie by na to poszli, to nie wiem. Chociaż w tej materii nigdy nic nie wiadomo. Czasami coś co się zapowiada świetnym filmem, po realizacji tym świetnym filmem się nie okazuje. A bywają też takie niespodzianki, że scenariusz przechodzi ledwo, ledwo i nagle, z różnych powodów staje się bestsellerem kinowym.
Czy by się znalazło producenta? Państwowych pieniędzy nie ma na całą realizację, może być maksymalnie 50%, trzeba zdobyć resztę gdzie indziej. Kiedyś dawała to telewizja, dziś albo nie daje, albo bardzo rzadko. Tak że byłyby tu kłopoty, chyba że jakieś towarzystwo zwolenników Nienackiego i "Panów Samochodzików" by się skrzyknęło (śmiech), albo jacyś bogaci ludzie mieli taką fanaberię, bo im się w młodości podobały te książki. Chcieliby na coś takiego wyłożyć pieniądze i zaryzykować. No ale nie wiem gdzie takich szukać. Nikt się z taką propozycją, poza Państwem nie zgłaszał, no ale Państwo tych pieniędzy nie macie, więc to są tylko dobre intencje.

Ze swej strony to możemy przypomnieć, że całkiem niedawno powstała utrzymana w starym stylu ekranizacja "Szatana z VII klasy", która po wycięciu, zdaje się zupełnie niepotrzebnych piosenek, jest dość udanym przedsięwzięciem (bez technicznych fajerwerków), które udało się i dziś zrealizować.

No tak, bo silenie się na nowoczesność na siłę nie ma sensu! Mamy przecież takie przykłady, między innymi powtórzonej "Stawki większej niż życie" - to się po prostu nie sprawdza.
W przypadku samochodzików trzeba po prostu liczyć na to, że ktoś się rozsmakuje w filmie z tamtych czasów, nie epatującym nowinkami technicznymi i fantastycznymi sytuacjami i po prostu opowie zwykle i ciekawie o ludzkich sprawach, ze sporą domieszką humoru i sentymentu. Myślę, że może nie milionową widownię, ale jednak widza by to znalazło. Tak czy inaczej, gdyby zająć się tą sprawą dziś, to do realizacji możnaby przystąpić najwcześniej w połowie przyszłego roku. A to jest już kwestia półtora roku dodanego do moich obecnych 82 lat (śmiech). Muszę jednak przyznać, że pomysł jest kuszący, bo jak wspomniałem są takie momenty, że chciałbym wrócić za kamerę. Tym bardziej, że niedawno poznałem kulisy współczesnych realizacji i ona się tak strasznie nie zmieniła. Jest trochę bogaciej technicznie, ale nie aż tak, żeby nie móc się z tym wszystkim odnaleźć.

Może Pana zainteresuje informacja, że według pogłosek, do których dotarliśmy, jeszcze w latach 70-tych, po sukcesie dwóch pierwszych ekranizacji, został napisany dla telewizji i to zdaje się przez samego Nienackiego, scenariusz z kolejnym samochodzikem ("Niesamowity dwór"), a nie wykluczone że tych gotowych samochodzikowych scenariuszy było nawet więcej. Podobno do kolejnego Samochodzika przymierzał się wtedy Hubert Drapella. Niestety nie zostały one nigdy zrealizowane i trafiły prawdopodobnie do archiwum. Być może dałoby się je odnaleźć.

Niestety nie mam obecnie żadnych kontaktów w telewizji.

Słyszeliśmy też, że do ekranizacji "Księgi strachów" całkiem niedawno przymierzał się Xawery Żuławski, ale nic z tego do dziś nie wynikło.

Może bał się że zaliczą go to tej pośledniej kategorii reżyserów robiących filmy dla dzieci i młodzieży, do tych reżyserów grupy "B" (śmiech). A tak bardziej na poważnie, to może liczył że popularność kilku wcześniejszych ekranizacji zapracowałby na ewentualny sukces obecnie.
No dobrze, tak mnie namawiacie, więc postaram się przeczytać tę "Księgę strachów", czy też o ile ją już czytałem, to sobie przypomnę!

Cieszymy się i w takim razie postaramy się Panu egzemplarz "Księgi strachów" niebawem dostarczyć!

DYSKUSJA DOTYCZĄCA WYWIADU!
_________________
  
 
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2015-02-16, 21:32:53   

Zgodnie z zaleceniem Szarej Sowy wklejam zdjęcia też do tego wątku. :)



























































Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Stanisława Lotha, operatora filmu "Wyspa Złoczyńców" (oraz wielu innych, np. filmu "Noce i dnie").
Jeszcze raz bardzo dziękuję Panu Stanisławowi Jędryce za ich udostępnienie. :)
_________________
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2015-02-24, 22:52:38   

Z lekkim opóźnieniem ze względu na problemy techniczne... druga transza zdjęć.

Tym razem w obiektywie sam bohater wywiadu.

:564:


Na planie zdjęciowym…

Zimowy zmierzch (jako asystent reżysera)



Do przerwy 0:1






Wakacje z duchami




Koniec wakacji




Do góry nogami




Niestety nie pamiętam, co to był za film :/




Stawiam na Tolka Banana











Poza planem…

Cannes








Cieszyn – Era Nowe Horyzonty, spotkanie z aktorami (Tomasz Jarosiński, Filip Łobodziński, Henryk Gołebiewski, Agnieszka Konopczyńska)





Portrety…












Jeszcze raz wielkie podziękowania za spotkanie i udostępnienie zdjęć. :)



DYSKUSJA DOTYCZĄCA WYWIADU!
_________________
Ostatnio zmieniony przez Szara Sowa 2015-10-18, 14:05, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2015-10-23, 07:44:14   

Epilog nr 2, czyli dalsze odpowiedzi pana Stanisława Jędryki na pytania forumowiczów:

SimonTemplar napisał/a:
Zawsze mnie ciekawiło jak w obsadzie "Wakacji z duchami" znalazł się Janusz Gajos? Uważany wtedy za aktora zaszufladkowanego (Pancerni wtedy byli na ukończeniu), a Pan jednak go zaangażował. Skąd pomysł?



Stanisław Jędryka: Z tego co sobie przypominam, to wtedy jeszcze nie było takiego szału związanego z „Czterema pancernymi”, a dopiero potem przyszły jego kreacje w spektaklach telewizyjnych Kazia Kuca czy w kabarecie Olgi Lipińskiej. Ponieważ nie był on wtedy jeszcze taką, że tak powiem „świętością”, to moja propozycja od razu spotkała się z życzliwym przyjęciem. Jeszcze wtedy był to aktor na dorobku i podejrzewam, że każda propozycja, a w tym wypadku chodziło o serial 7 odcinkowy i dość dużą rolę, były wtedy dla niego atrakcyjne. Ale może też zdarzyło się tak, że miało to związek z tym, że on u mnie dużo wcześniej zadebiutował, bo „Wakacje z duchami” były kręcone w 1970 r., a w 1966 r. kręciłem film dla dorosłych (choć nie lubię tych podziałów) „Powrót na ziemię” i tam Janusz Gajos wystąpił w króciutkim epizodzie, w którym był świadkiem napaści na jakiegoś działacza partyjnego. Były to dosłownie 2-3 ujęcia, ale może właśnie przez ten epizod, kiedy był jeszcze studentem szkoły filmowej, zdecydował się zagrać u mnie.

Poza tym Janusz Gajos był na roku z moją byłą żoną Joanną Jędryką, zresztą już w tej szkole ciepło o nim mówiono. Asia też go bardzo wysoko ceniła, więc może i to miało znaczenie. Szukam teraz różnych przyczyn, ale najważniejsze, jak sądzę było to, że była to dla niego atrakcyjna rola, bo w każdym z odcinków występuje i to nie na zasadzie „przemazania się” tylko w jakiejś już kreacji aktorskiej. Zresztą od razu o nim pomyślałem, jeżeli chodzi o obsadzenie tej roli, a opinia Asi - bardzo pozytywna - też się do tego przyczyniła. Z tego co wiem, to jednak ani Asia ani też ja sam (śmiech), nigdy się o to, dlaczego tę rolę przyjął nie pytaliśmy.

Potem jeszcze miałem dla niego rolę w filmie telewizyjnym „Kino objazdowe”, ale niestety terminy się nie zgrały, bo był problem, bo większość zdjęć była kręcona w Bieszczadach. Więcej propozycji z mojej strony nie było, tym bardziej że potem stał się aktorem nieprzeciętnym, o wielkiej osobowości aktorskiej.

Tak na marginesie dodam, że z tego co pamiętam to „Czterej pancerni” nie od razu były przyjmowane z takim szaleństwem. Na początku była jakaś nieufność, nie ma się co oszukiwać, że np., jeśli chodzi o krytykę, to ten serial był przyjmowany z rezerwą, dopatrzono się wyraźnej opcji politycznej, takiego życzliwego stosunku do „przyjaciół Moskali” itp.

Na początku wydawało mi się, że Gajosowi może zaszkodzić rola w kabarecie Olgi Lipińskiej, ale jego talent jest tak ogromny, że i to pokonał. I to co się mogło wydawać czymś słabszym, też się zapisało na plus na jego koncie.

Zresztą nie wiem, czy te 2-3 sceny u mnie, nie były jego dorosłym debiutem, choć chyba zagrał już coś wcześniej, chyba u Kaniewskiej. („Panienka z okienka” – dop. red.) Bo tak na marginesie dodam, że wydaje mi się że zadebiutował u mnie w dorosłej roli, po szkole aktorskiej np. Marek Kondrat w „Końcu wakacji”. W jakimś stopniu przyłożyłem też rękę do aktorstwa Piotra Fronczewskiego, który jako 12 czy 14 letni chłopak zagrał epizod w filmie Stanisława Różewicza „Wolne miasto”, gdzie byłem II reżyserem. Ja wtedy jeździłem po całej Polsce i go szukałem, bo miały być jakieś kolejne z nim zdjęcia a on się zawieruszył, gdzieś wyjechał, nie bardzo było wiadomo gdzie go szukać (śmiech). No i ja byłem tym poszukiwaczem i udało mi się go znaleźć w okolicach Piwnicznej.

Jeszcze dodam, że wujek Marka Kondrata zagrał dużą rolę w moim debiucie „Dom bez okien”. Zresztą jeszcze potem Marek Kondrat grał u mnie w kilku epizodach i zawsze te role chętnie przyjmował. Co prawda nie miał jeszcze wtedy takiej pozycji jaką później sobie wypracował.

DYSKUSJA DOTYCZĄCA TEJ CZĘŚCI WYWIADU!
_________________
 
 
 
Protoavis 
Ojciec Wspomagający
Archeolog książkowy



Pomógł: 14 razy
Wiek: 41
Dołączył: 13 Sty 2013
Posty: 4784
Skąd: PRL
Wysłany: 2015-10-30, 11:28:03   

Kolejne pytania:

John Dee napisał/a:

Stawiam od razu pytanie, nawiązując do następującego zagadnienia z wywiadu:
Nietajenko napisał/a:
Nazwa Pan Samochodzik po raz pierwszy pojawia się nie w powieści u Nienackiego, ale w Pana ekranizacji. Pamięta Pan, kto ją wymyślił, czy też był to jakiś spontaniczny pomysł?[/i]

Nie pamiętam już teraz skąd się to wzięło. Musiało to powstać albo w scenariuszu albo na planie. Może to się wzięło od ekranowych harcerzy, którzy towarzyszą głównemu bohaterowi, którzy w pewnym momencie tak go poza planem nazwali i tak już zostało? Ale 100% pewności tu nie mam.


Czy zachował się może scenariusz Zbigniewa Nienackiego do “Wyspy Złoczyńców”, z którego można by wywnioskować, czy to jednak nie on nazwał tam swojego bohatera “Panem Samochodzikiem”?


Stanisław Jędryka: Niestety nie wiem czy gdzieś zachował się scenariusz. To było kręcone w Zespole Rytm. Szefem zespołu był Jan Rybkowski, a kierownikiem literackim był tam scenarzysta do „Domu bez okien” Aleksander Ścibor- Rylski. Może scenariusz zachował się gdzieś w archiwach zespołów, bo ja niestety mam tylko parę swoich scenariuszy. Gdzieś one mi poginęły i nieraz nawet sobie myślę, że zawaliłem sprawę, bo mogłem też mieć wszystkie plakaty do swoich filmów, a nie mam, mam zaledwie dwa czy trzy. Co prawda ktoś mi powiedział, że w jakimś sklepie czy antykwariacie można kupić plakaty do wszystkich filmów, więc do moich też, ale na razie nie mam tych plakatów i tak samo nie mam scenariuszy. A nieraz mam ochotę do tego wrócić.



Berta von S. napisał/a:
Ciekawa jestem, co Pan sądzi o współczesnych aktorach w sensie, czy widzi Pan w kimś z "młodej generacji" materiał na aktora dużego formatu?


Stanisław Jędryka: Oczywiście przychodzi teraz nowe pokolenie młodych aktorów, którzy przede wszystkim uderzają świeżością. Nie są to wyeksploatowane w serialach twarze, tylko osoby, które wnoszą coś nowego. Czy jest ktoś kto by wyraźnie zaznaczył swoją osobowość? Nie potrafiłbym tego powiedzieć. Jeszcze na razie ta stara gwardia się jakoś utrzymuje.
Jednak kadra aktorów uznanych się wykrusza i rzeczywiście atakują młodzi i na pewno spośród nich wyłonią się nieprzeciętne talenty. Jednak jakiegoś nazwiska nie potrafiłbym wymienić.

DYSKUSJA DOTYCZĄCA TEJ CZĘŚCI WYWIADU!
_________________
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2015-11-06, 08:32:03   

No i doczekaliśmy się bardzo oczekiwanej przez nas odpowiedzi:

Nietajenko napisał/a:
Panie Stanisławie, ciekaw jestem jakie są pana wrażenia po lekturze „Księgi strachów”? Będzie z tej mąki chleb? Pytam bo wielki ekran czeka na tą produkcję. I naturalnie witam Pana serdecznie. :)


Stanisław Jędryka:
Był taki moment, w którym zamierzałem jeszcze kontynuować kręcenie „Samochodzików”, tzn. podczas kręcenia „Wyspy Złoczyńców” pomyślałem o kolejnych ekranizacjach. Ale po nie najlepszym przyjęciu tego filmu przez dziennikarzy, po skazaniu mnie na to getto reżyserów zajmujących się tematami dla dzieci i młodzieży, trochę mnie to zniechęciło. Był jeszcze inny powód, o czym też już Państwu mówiłem, że mam wrażenie że Nienacki się bardziej sprawdza jako literatura, bo wtedy pozostaje sprawa wyobraźni, w której można sobie wiele wykreować. Bo nie oszukujmy się, to jest wszystko na pewno atrakcyjne, ale jednak trochę mało prawdziwe, przykładając do tego kryteria rzeczywistości w której się to wszystko dzieje i dlatego też z tego zrezygnowałem. Poza tym to był 1964 rok, a w 1966 roku już pojawił się Bahdaj, który wydawał mi się o wiele ciekawszy. A już nawet pierwszy odcinek „Do przerwy 0:1” został bardzo życzliwie przyjęty, co w okresie gdzie (mam nawet dziś takie odczucie) jakoś tam byłem gnębiony, było dla mnie ważne. Na marginesie dodam, że o mojej sytuacji w tamtym czasie można więcej przeczytać w wywiadzie dla „Przekroju”, który przeprowadził ze mną znany Państwu z pierwszej biografii Zbigniewa Nienackiego Mariusz Szylak (wywiad ukazał się w 2013 r. – dop. red.). Tekst ten był zresztą skróconą wersją dłuższego wywiadu, który ze mną przeprowadził, a którego nie udało mu się wydać w postaci książkowej.

Ale wracając do sedna pytania, to jednak mam obawy czy względy zdrowotne pozwoliłyby mi na przeprowadzenie takiej produkcji. Co prawda bardzo miła reakcja młodej widowni, nawet na tegorocznym festiwalu w Gdyni, gdzie pokazywany był mój film „Koniec wakacji”, gdzie po seansie spotkałem się z niezwykle miłymi, życzliwymi komentarzami, a nawet jedna z dziewczyn wyznała mi, że film niezwykle się jej podobał, chociaż większą jego część przepłakała, powoduje, że chciałoby się jeszcze coś nakręcić. Na widowni siedzieli głównie 14-latkowie, którzy reagowali naprawdę bardzo żywo. Bywają więc takie momenty, że nachodzą mnie myśli, że powinienem jeszcze nakręcić jakiś film, choćby nawet jakiś bardziej osobisty, w duchu książki którą napisałem. Choć z drugiej strony, choćby i dla atrakcyjności tytułu, także być może bym się zdecydował na Pana Samochodzika. Jednak szybko przychodzi refleksja, że jednak trochę brak mi już sił, a i o pomysły w moim wieku nie byłoby już tak łatwo. A brać się za coś ryzykując zdrowiem, bez gwarancji, że cała rzecz by się udała to nie bardzo jest rozsądne. Obawiam się, że to już nie ten czas dla mnie, nie te emocje. Istniałoby niebezpieczeństwo zrobienia jakiegoś przeciętnego filmu. A dużym nieszczęściem jest zrobienie przeciętnego filmu z dobrego tematu. W przypadku tego mojego osobistego filmu to jeszcze nie byłby to wielki problem, ale w przypadku filmu do którego mnie namawiacie, to już tak.

Mam jednak jakiś tam kapitał w postaci swojego dorobku, który wiele osób ceni. Czas też weryfikuje, a moje seriale „bahdajowskie” są raz czy dwa razy do roku pokazywane, podobnie jak serial Huberta Drapelli o Panu Samochodziku. A te pozostałe „Samochodziki” tak za często nie są przypominane. Bo to co zrobił Kidawa czy Tarnas było trochę żałosne, wyszła z tego owa sztuczność, której ja się po pierwszym filmie bałem.

Tak jeszcze porównując twórczość Nienackiego i mojego ulubionego Bahdaja, to muszę przyznać, że Nienacki jest bardzo dobry w kreowaniu intrygi, fabuły itd., a Bahdaj jest głębszy w portretowaniu młodzieńczych bohaterów.

No cóż, każdy rok oddala mnie od tego aby zabrać się za nowy film. Kiedyś na początku maja zatwierdzono mi scenariusz „Szaleństwa Majki Skowron” a już 20 czerwca zaczęliśmy zdjęcia. A dzisiaj od pomysłu, do realizacji, zdobycia pieniędzy, zorganizowania ekipy, aktorów, to są całe miesiące, nawet lata. Zabierając się za „Księgę strachów” ile to trzeba by czasu na to, żeby zainteresować decydentów, żeby zdobyć pieniądze, żeby napisać scenariusz. A ja tych miesięcy to za dużo przed sobą już nie mam (śmiech). Więc to już pewnie tak zostanie, że nic więcej nie zrobię, a tylko od czasu do czasu oglądając te swoje filmy przez przypadek w telewizji, pozostanie mi wspominać jaki to miało klimat, jaka to była niezwykła atmosfera. Tak że już pewnie ze mnie reżysera Pana Samochodzika nie będzie. Na siłę jednak nic się nie da zrobić.

DYSKUSJA DOTYCZĄCA TEJ CZĘŚCI WYWIADU!
_________________
 
 
 
Protoavis 
Ojciec Wspomagający
Archeolog książkowy



Pomógł: 14 razy
Wiek: 41
Dołączył: 13 Sty 2013
Posty: 4784
Skąd: PRL
Wysłany: 2015-11-27, 15:43:51   

Kolejne pytania forumowiczów i odpowiedzi p. Stanisława Jędryki:

John Dee napisał/a:
Mnie by ciekawiło, czy w PRL-owskich czasach, w trakcie castingu, pomiędzy reżyserem a aktorami dochodziło do jakichś pertraktacji o wysokość gaży, czy też nie trzeba było mówić o pieniądzach, bo stawki były ustalone i nie podlegały negocjacji? Czy reżyser, pragnący koniecznie zaangażować danego aktora, wahającego się jednak przyjąć rolę, jako środek perswazji mógł zaproponować mu wyższe wynagrodzenie?


Stanisław Jędryka: O wysokości gaży decydował za moich czasów oczywiście kierownik produkcji. Tyle tylko, że stanowisko reżysera było najważniejsze. Jeżeli reżyser chciał danego aktora, to właściwie kierownik produkcji robił wszystko, aby tego aktora zaangażować. Teraz to podejrzewam, że najbardziej decyduje o tym producent.

Nie było wtedy ustalonych stawek. Brało się pod uwagę dorobek tego aktora, jego pozycję. Brało się też pod uwagę, że np. ze scenariusza wynikało, że dany aktor jest nieodzowny, więc reżyserowi zależało żeby to był ten konkretny aktor. Wiadomo, że jeżeli aktor jest znany to zależało na nim i reżyserowi i kierownikowi produkcji, ich interesy się zbiegały. Oczywiście ze strony aktorów bywały jakieś żądania, a o tym czy byłoby to z pożytkiem dla filmu rozważano pod kątem jego przydatności do tego aby film był atrakcyjny.

Były stawki ustalone jeżeli chodzi o reżyserię czy operatorów. Jednak w tamtych czasach pieniądz nie odgrywał aż tak dużej roli. Te pieniądze nie były za duże i nie były też zbyt zróżnicowane. Bywało tak, że reżyser wymyślił rolę dla jakiegoś aktora, który był drogi a producent się nie bardzo z tym godził. Ale zawsze stanęło na racji reżysera. Bo kiedyś reżyser to był pierwszy po Bogu, był pierwszym człowiekiem w ekipie, która film realizowała. Dzisiaj pozycja reżysera jest oczywiście uzależniona od jego talentu czy osiągnięć, ale to jest gdzieś pod koniec pierwszej dziesiątki (śmiech). Tak że dziś decydujący głos ma producent.

Kiedyś, jak Heniek Gołębiewski grał w filmie Edi, to potem mi mówił, że producent nie bardzo był przekonany do jego zaangażowania. Podejrzewam, że mu przeszkadzało to, że to amator. I wtedy reżyser się uparł, że on chce tylko Henia widzieć w tej roli, no i stanęło na stanowisku reżysera. Przy czym to było parę lat temu, kiedy jeszcze reżyser miał coś do powiedzenia. Teraz to niestety pozycja reżysera w sprawie aktorskiej jest trochę słabsza. Ale jest mi to trudno ocenić, bo ja przecież od 20 lat nie robię filmów i w związku z tym nie jestem z tymi sprawami blisko.


Adi napisał/a:
Pan Stanisław wspomina, że był bardzo zafascynowany powstaniem warszawskim. Moje pytanie jest oczywiste...Czy kiedykolwiek myślał nad tym, aby stworzyć jakiś film/serial związany z powstaniem?


Stanisław Jędryka: Przyznam się, że nie myślałem. Dlatego, że jak się można przekonać, wszystkie moje filmy są dalekie od spraw rozstrzygnięć politycznych. Przy czym muszę powiedzieć, że jak przeczytałem jedne z pierwszych wspomnień o Powstaniu Warszawskim (nazwisko autora teraz mi uciekło), to bardzo mnie to zaintrygowało dlatego, że powstanie to przeżyła moja mama biologiczna. Myślałem więc pod tym kątem, ale ja w swoich filmach unikałem masowych scen i scen batalistycznych. Chociaż serial „Banda rudego pająka” opowiada o sprawach wojny, tak samo jak „Powrót na ziemię” też dotyka wojny, ale nie od strony batalistyki, scen masowych. Ja tego unikałem, nie wiem, nie czułem się za pewnie, nie za dużo jest ich w moich filmach. W „Zielonych latach” jest scena w Katowicach, przed katedrą dotycząca wręczania karabinu maszynowego, który ufundowało dla wojska społeczeństwo Śląska. Nie za bardzo myślałem aby robić takie filmy z dużą ilością statystów. Szedłem raczej w kierunku szeptu a nie jakiegoś krzyku (śmiech). Zazdrościłem Jerzemu Hoffmanowi, że jego historyczne filmy były tak zręcznie opowiedziane. Ale to po prostu trzeba mieć predyspozycje i talent w tym kierunku, no i chęci. U mnie tego nie było. Jeżeli już to tylko marginesowo takie wątki u mnie występowały.

DYSKUSJA DOTYCZĄCA TEJ CZĘŚCI WYWIADU!
_________________
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2015-12-11, 09:36:40   

Kolejne odpowiedzi p. Stanisława:

Adi napisał/a:
W moim prywatnym odczuciu, dziś we współczesnym kinie brakuje aktorów starszych wiekiem. Dla przykładu:
Wakacje z duchami: Bolesław Płotnicki, Wacław Kowalski
Wyspa złoczyńców: Aleksander Fogiel, Zygmunt Zintel
Oczywiście to nie były role pierwszoplanowe. Jednak tacy aktorzy muszą się pojawiać w filmie. Osobiście mam problem, aby na dziś wskazać aktorów, którzy mogliby ich zastąpić. Przypuszczam, iż większość starszych aktorów występuje w teatrze. Jak to widzi człowiek kina? Może jednak faktycznie tacy aktorzy są, tylko ja ich nie dostrzegam i tego problemu po prostu nie ma


Stanisław Jędryka: Oczywiście dziś też są tacy aktorzy, ale nie w takiej liczbie jak to było kiedyś. W tej chwili być może nie ma też ról w filmach dla takich aktorów, bo ciągle jest ta potrzeba młodości, atrakcyjności, a o tych starszych jakby się mniej myśli. Poza tym można też powiedzieć, że w tym czasie było też akurat pokolenie wspaniałych aktorów starszych wiekiem. W tej chwili jest pogoń za efektownością, nawet w pewnym momencie było takie kryterium, żeby wszędzie byli młodzi ludzie grający dla młodych ludzi. A ci młodzi siłą rzeczy nie mogli prezentować takiej klasy jak ci dojrzali aktorzy. Bo samo życie powoduje dojrzewanie do tych prawdziwych kreacji.

Protoavis napisał/a:
Jak wspomina Pan współpracę, kontakty (jakim był człowiekiem) z innym wybitnym, trochę już zapomnianym reżyserem Janem Rybkowskim?


Stanisław Jędryka: Uważam że był to bardzo dobry reżyser, bardzo dobry rzemieślnik. Miał on filmy dobre, ale nie miał jednak filmów wybitnych. Świetnie pracował z aktorem. Można same dobre rzeczy o nim mówić, nie zostawił jednak filmu, który stanowiłby jakąś ponadprzeciętną wartość.
Mam bardzo dobre wspomnienia z nim związane. Debiutowałem w jego zespole „Rytm”, pracowałem też tam jako drugi reżyser. Miał do mnie życzliwy stosunek. Trzeba przyznać, że robił też filmy, które jak to się mówi „miały publiczność”, łącznie z serią o Panu Anatolu (też np. „Kariera Nikodema Dyzmy” – dop. red.). Łączył elementy ambitne, artystyczne z elementami, które trafiały do widzów.


DYSKUSJA DOTYCZĄCA TEJ CZĘŚCI WYWIADU!
_________________
 
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2015-12-18, 12:41:28   

Kolejne pytania forumowiczów i odpowiedzi p. Stanisława Jędryki:

John Dee napisał/a:
Jak wyglądał format scenariuszy w peerelowskich czasach?

W ostatnim czasie mieliśmy okazją zapoznać się z fragmentami dwóch scenariuszy autorstwa Zbigniewa Nienackiego. Napisane są one w następującym stylu - przykład:

— Gdzie tu jest ten, co dokonał odkrycia? — zapytał redaktor, wychylając się przez okno wozu.
— To ja. Właśnie ja. Ja jestem odkrywcą — dumnie wyprężył się długowłosy brodacz.
(…) Z wnętrza krążownika szos rozległ się wdzięczny kobiecy śmiech. A po chwili z wozu wysiadła piękna dziewczyna o jasnych długich włosach.


Można zauważyć, że formalnie nie różnią się one od jego powieści. Są bardzo literackie, w formacie książkowym, nie posiadają jakichkolwiek technicznych wskazówek dla realizatorów filmu (dzień/noc, plener/wnętrze), a ponadto, jak widzimy, pisane są w czasie przeszłym.

Moje pytanie jest: czy tego rodzaju beletrystyczne scenariusze w polskim przemyśle filmowym pojawiały się często? Czy istniały jakieś oczekiwania ze strony reżysera, producenta lub komisji zatwierdzającej projekty wobec ich autora co do formatu scenariusza (np. format dwukolumnowy rozróżniający pomiędzy obrazem i dźwiękiem, lub też format amerykański)? Bo z przytoczonego przykładu można by wywnioskować, że autor jako kreatywny artysta miał wolność wyboru i mógł pisać, jak chciał…
Czyim zadaniem było przekształcenie scenariusza literackiego w scenariusz lub scenopis produkcyjny (shooting script)? Zapewne już nie pisarza, mimo że to on figuruje jako autor scenariusza w czołówce?


Stanisław Jędryka: Scenariusze Nienackiego są bardzo literackie, np. opisy przyrody, wrażeń itd. Natomiast w typowym scenariuszu podstawową sprawą jest obraz i oczywiście też dialog, co buduje sytuację i postacie bohaterów. Scenariusz to jest kwestia fabuły i intrygi, też plenerów, wnętrz, ale opis tworzący atmosferę ma być zbudowany jednak przez konkretne czynności, zdarzenia, bo to jest istotne. Dlatego nie są ważne w scenariuszu informacje o tym co bohater myślał, jak się znalazł w danej sytuacji, a wystarczy informacja co bohater zrobił, co bohater powiedział.

U Nienackiego rzeczywiście za bardzo rozbudowana była forma narracyjna. Bogato opisywał sytuacje, wnętrza. Jeżeli oprócz tego są jeszcze sytuacje, klimat to dobrze, ale jeżeli jest przewaga opisu, to gorzej. Coś może być napisane bardzo sucho: „wszedł do pokoju, pokój był jakiś tam i zrobił to i to, powiedział to i to, doszło do starcia między tym a tym”. Jeżeli coś jest za bardzo literackie to gorzej. Dlatego często nie daje się przełożyć na język scenariuszowy wspaniałych dział literackich, bo one są np. zbudowane na nastroju.

Scenopis to było już dzieło reżysera. Jednak bywały takie sytuacje, w których ktoś inny pisał scenopisy. Bo co to jest scenopis? Jest to rozpisany na papierze film, w którym jest napisane co bohater robi, co bohater mówi. Ja na przykład bardzo sobie szczegółowo rozpisywałem scenopisy, już z opisem inscenizacji, opisem planu (czy ogólny, czy w zbliżeniu czy we współzbliżeniu). Nie znaczy to, że na planie tego nie zmieniałem. Ale jeżeli na planie miałem problemy z rozwiązaniem inscenizacyjnym sceny, gdzieś mi to nie wychodziło, nie leżało, to się uciekałem do scenopisu. Bo wierzyłem, że to co już wcześniej wymyśliłem, przy biurku, na papierze, np. poprzedniego dnia, w jakiś sposób musi być dobre.


czad napisał/a:
Na planie „Podróży za jeden uśmiech” jest jezioro, przy którym bohaterowie obozują z Ciocią Ulą czyli Aliną Janowską. Zrobiliśmy motocyklami taką podróż za jeden uśmiech, oczywiście zgodną z serialem, bo ten od pierwowzoru bardzo się różni i niestety nie udało się nam zidentyfikować tego miejsca.


Stanisław Jędryka: To było w pobliżu Kartuz. W Kartuzach była także kręcona scena odjazdu chłodnią, było tam parę zdjęciowych miejsc.

DYSKUSJA DOTYCZĄCA TEJ CZĘŚCI WYWIADU!
_________________
 
 
 
Protoavis 
Ojciec Wspomagający
Archeolog książkowy



Pomógł: 14 razy
Wiek: 41
Dołączył: 13 Sty 2013
Posty: 4784
Skąd: PRL
Wysłany: 2015-12-30, 12:38:51   

Kolejne odpowiedzi p. Stanisława:

John Dee napisał/a:
Jaką rolę odgrywał Stanisław Dygat w trakcie tworzenia “Wyspy złoczyńców”?
Jak wiadomo, Dygat podpisał w 1964 roku słynny List 34. Czy wynikły z tego dla niego jakieś nieprzyjemności odczuwalne w rok później w trakcie pracy nad “Wyspą złoczyńców”?


Stanisław Jędryka: Przy Wyspie Złoczyńców” akurat nie. Cała sprawa polegała na tym, że przed „Wyspą Złoczyńców” miałem nakręcić „Disneyland” Dygata, czyli to co potem zrobił Morgenstern i nazwał „Jowita”. Już to zresztą mówiłem w wywiadzie dla państwa. Film został skierowany do produkcji, a ja może w jakimś stopniu stchórzyłem, bo jeszcze żądali ode mnie własnych poprawek, mimo że ten film nie miał nic wspólnego z polityką.
Potem gdy przyszło do realizacji „Wyspy Złoczyńców” i odniosłem wrażenie, że dialogi nie są najlepsze, że mogłyby być lżejsze, dowcipniejsze, to przypomniałem sobie o Dygacie, który uchodził za wybitnego dialogistę. I w formie jakby rekompensaty, za to że się wycofałem z „Disneylandu”, a przez to pozbawiłem go dochodu, chciałem aby napisał mi owe dialogi. Ale zdecydowało to, że on naprawdę był świetnym w tworzeniu dialogów. Zresztą nigdy nie miał do mnie pretensji o ten niezrealizowany wcześniej film, twierdził nawet, że opinia, że to ja byłem winny, że ten film nie powstał, jest dla mnie krzywdząca. Pamiętam, że kilkanaście lat później Dygat napisał scenariusz do filmu „Palace Hotel” reżyserowanego przez Ewę Kruk i tam były jakieś perypetie natury politycznej.

John Dee napisał/a:
W powieści “Wyspa złoczyńców” występują trzy bardzo barwne i różniące się charakterem i temperamentem kobiety: autostopowiczka Teresa, studentka medycyny Hanka, jak również i Zaliczka. Jest tam jeszcze kierowniczka ekspedycji, pani magister Alina Zaborowska. Struktura ta jest źródłem wspaniałych konfliktów i powikłań w książce. W swoim scenariuszu jednak Nienacki z wszystkich tych kobiet stworzył jedną jedyną postać - filmową Zaliczkę. Wielu z nas sądzi, że fabuła przez to znacznie zubożała. Zniknął przez to zupełnie potencjał do wspomnianych konfliktów, z których film przecież żyje.
O tej zmianie zadecydował, o ile sobie przypominam, sam Nienacki. Przed przystąpieniem do realizacji filmu czytał Pan książkę, a następnie scenariusz. Czy nie odniósł pan wtedy wrażenia, że krok Nienackiego był niepotrzebnie i być może nieprzemyślany?


Stanisław Jędryka: To zubożenie uwzględnił już sam Nienacki w swoim scenariuszu. To nie była moja sugestia. Trudno mi teraz powiedzieć jak to wtedy odbierałem. Wtedy o kilku postaciach kobiecych w ogóle nie było mowy. Była zdecydowanie jedna Zaliczka i moim zdaniem jej postać na tym zyskała. Nie było rozdrobnienia na kilka postaci, tylko była wtedy wyraźna para: Machulski i Jędryka. Ale to był pomysł Nienackiego.

Jeszcze dodam, że jak już mówiłem Nienacki nie miał pretensji o to, że Dygat zmieniał jego dialogi. Może dlatego, że wtedy Dygat to była potęga, a on był wtedy początkującym, wynikłym z dziennikarstwa scenarzystą. Może nie był tym zachwycony, ale zdawał sobie sprawę, że jak będzie w to wmieszane nazwisko Dygata, to nazwisko Nienacki na tym zyska, bo inaczej się od razu na to wszystko patrzy. Mogło mieć to znaczenie np. dla krytyków. Chociaż potem krytyka filmu i tak była.

DYSKUSJA DOTYCZĄCA TEJ CZĘŚCI WYWIADU!
_________________
  
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-01-22, 08:21:55   

John Dee napisał/a:
Ukończył Pan filmówkę w Łodzi w tym samym roku (1956) co Janusz Kidawa, który w latach 80-/90-tych stworzył dwa dalsze filmy z panem Samochodzikiem. Czy Panowie się znali?


Stanisław Jędryka: Tak, byliśmy na tym samym roku, więc znaliśmy się dobrze. Był to taki samorodny talent, który potrafił zrobić w większości dość średnich czy nawet nieudanych filmów, ale niektóre były wspaniałe, np. „Grzeszny żywot Franciszka Buły”. Był to więc człowiek, który miał jakby kłopoty z odróżnieniem co jest dobre a co złe. Czyli zdarzały mu się rzeczy piękne, niezwykłe a obok tego jakieś kiczowate. Bo swoistą tendencję do kiczowatości faktycznie miał. Niewątpliwie był zdolnym człowiekiem z talentem twórczym, filmowym, z tzw. nosem filmowym. Nie był zbyt wielkim intelektualistą. „Grzeszny żywot Franciszka Buły” jest jakimś ewenementem, czymś nieprawdopodobnie niezwykłym, oryginalnym, osadzonym w realiach śląskich. Bo Janusz Kidawa ze Śląska pochodził, mimo że się tam nie urodził. Poza tym miał swoje słabości, np. do mocnych napojów (śmiech). Można mu to jednak darować, bo nie był jakimś „opojem”, ale miał wiele „przygód” przy okazji udziału w jakichś spotkaniach, żeby nie powiedzieć – burdach (śmiech). Palił też namiętnie papierosy. Potem zajął się filmami dokumentalnymi, a zajmując się nimi był raczej sprzyjający tamtemu ustrojowi.



John Dee napisał/a:
Często pracował Pan z amatorami. Jak wyglądało to z zarobkiem - w porównaniu z aktorami z dyplomem? Czytałem, że jedna z największych gwiazd lat 60-tych, Teresa Tuszyńska, za swoje role otrzymywała grosze, bo nie posiadała dyplomu aktorskiego. Czy to się zgadza?


Stanisław Jędryka: Wtedy były określone widełki i tego się trzymano. Kiedyś minimalna stawka dla aktorów to było, o ile sobie dobrze przypominam 300 zł za dzień zdjęciowy, a dla amatora była to stawka maksymalna. Jednak np. aktor dziecięcy nie mógł tyle dostawać lecz odpowiednio mniej. Liczył się także dorobek danego aktora, nawet jak był amatorem. Zdaje się, że amatorzy w praktyce otrzymywali przeważnie połowę stawki zawodowców. Mi np. do „Kamizelki” udało się zaangażować Ligię Borowczyk, która nie miała dyplomu, ale mieszkała za granicą i tam grała w filmach swojego męża Waleriana Borowczyka, więc miała ugruntowaną pozycję. Stąd też pamiętam, że ona otrzymywała ową maksymalną stawkę, czyli 300 zł. Dzisiaj reżyser może podpisać umowę taką, jaka wyniknie z porozumienia z producentem. Komuś się proponuje np. 50 tys. a innemu 500 tys., bo to jest już sprawa producenta ustalana w zależności od wartości scenariusza, nazwiska artysty, itd.


DYSKUSJA DOTYCZĄCA TEJ CZĘŚCI WYWIADU!
_________________
  
 
 
 
Protoavis 
Ojciec Wspomagający
Archeolog książkowy



Pomógł: 14 razy
Wiek: 41
Dołączył: 13 Sty 2013
Posty: 4784
Skąd: PRL
Wysłany: 2016-01-29, 11:57:25   

John Dee napisał/a:
Czy bywał Pan w “Honoratce”, słynnej kawiarni odwiedzanej chętnie przez łódzkich artystów i filmowców, i jakie ma Pan powiązane z tym wspomnienia?


Stanisław Jędryka: Taaak! Pan Nowak, mimo że reżyser, to jednak człowiek pozbawiony talentu, nakręcił nawet film dokumentalny o tej „Honoratce”, ale nieudany, szary. A tymczasem to było, nawet nie wiem czy nie najważniejsze miejsce związane ze sprawami artystycznymi czy kulturą w Łodzi. W tamtych czasach to było niebywałe miejsce, gdzie się zbierali wszyscy wybitni ludzie sztuki. Nie tylko filmowcy, ale filmowcy przede wszystkim. To była wielka zasługa pani prowadzącej tę kawiarenkę. Mimo że kawiarnia bardzo malutka, to miała taki bardzo fajny klimat artystyczny. Były okresy że nie było dnia abym się tam nie pojawił, szczególnie już po ukończeniu szkoły filmowej, gdy mieszkałem w sublokatorskim pokoju.


John Dee napisał/a:
Co może nam Pan powiedzieć o roli murzyna w serialu “Podróż za jeden uśmiech”? Kim był ten chłopak i jak radził sobie z trudnym językiem polskim w czasie zdjęć?


Stanisław Jędryka: On był studentem z Łodzi, nawet nie wiem z jakiego kraju. Mieszkał w akademiku i tam na niego trafiliśmy. Nawet nie pamiętam czy robiliśmy z nim jakieś próbne zdjęcia, pewnie jakieś podstawowe. On nie mógł źle wypaść, bo im gorzej mówiłby po polsku, tym byłoby lepiej dla filmu (śmiech). Był to sympatyczny chłopak, nie było z nim problemów. W filmie mówił swoim głosem.

Szara Sowa napisał/a:
Gdzie podczas kręcenia serialu „Zielona miłość” odbywały się zdjęcia nad wodą?


Stanisław Jędryka: To było kręcone nad Wisłą pod Płockiem.


DYSKUSJA DOTYCZĄCA TEJ CZĘŚCI WYWIADU!
_________________
  
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Strona wygenerowana w 0,96 sekundy. Zapytań do SQL: 13