PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj


Poprzedni temat :: Następny temat
Ulubione sceny - PS i Złota Rękawica
Autor Wiadomość
Nietajenko 
Moderator



Pomógł: 18 razy
Wiek: 39
Dołączył: 25 Lip 2011
Posty: 10388
Skąd: Olsztyn
Wysłany: 2017-01-04, 08:39:22   Ulubione sceny - PS i Złota Rękawica

Czy ktoś wywoływał żeglarza do tablicy? ;-) Jestem, jestem i biorę się do roboty. Mimo że pozycja ta jest bardzo różnie odbierana znajdą się w niej sceny, które powinny przypaść do gustu każdemu miłośnikowi przygód Pana Samochodzika. Wyłowiłem kilka z nich póki co do rozdziału VI. Oto one:

Pierwsze spotkanie z Bajeczką i spódniczka w słoneczniki– rozdział I

W pewnej chwili usłyszałem odgłos kroków na deskach pomostu i mimo zapadającego zmroku, przez szyby bocznego bulaja, zobaczyłem wysoką młodą panienkę z ogromną walizą. „Może czekać tu do rana” - pomyślałem z satysfakcją, zły na swoją załogę, która też się chyba spóźniła na pociąg, podobnie jak ta panienka spóźniła się na motorówkę.
Ale w gruncie rzeczy jestem człowiekiem poczciwym, wyszedłem więc z kabiny i zawołałem:
- Na Wielką Żuławę już się pani dziś nie dostanie. Motorówka półtorej godziny temu ruszyła w ostatni rejs.
Dziewczyna niemal upuściła do wody swoją ciężką walizę.
- O, Boże! Co ja zrobię? Jechałam z Warszawy autostopem, ci panowie zrobili mi głupi kawał i wysadzili mnie w Ostródzie, mówiąc, że to Iława. A pan nie mógłby mnie przewieźć swoim jachtem na wyspę?
Wskazałem na gładkie jezioro, w którym odbijały się już refleksy świateł ulicznych.
- Pani widzi, że nie ma wiatru…
Podniosła rękę do twarzy, jakby za chwilę miała się rozpłakać.
- Cały dzień nic nie jadłam, pić mi się chce… - jęknęła. - Gdzie ja nocleg znajdę? Miasto pęka od wczasowiczów. Pieniędzy nie mam, moja mama jest właśnie na Żuławie i tam na mnie czeka. Kupiłam sobie wisiorek z serduszkiem za pieniądze, które dała mi na bilet, i dlatego wyruszyłam autostopem. A oni zrobili mi głupi kawał…
Panienka wyglądała na dwadzieścia parę lat i, moim zdaniem, powinna była odznaczać się większym rozsądkiem, to znaczy: albo nie kupować wisiorka za pieniądze przeznaczone na bilet kolejowy, albo zorientować się, że Ostróda to nie Iława. Ale ładnej dziewczynie łatwo się wybacza brak rozsądku, a ona była naprawdę bardzo ładna. Wysoka, szczupła, smagła brunetka z włosami przyciętymi na pazia. Nosiła długą, bardzo kolorową spódnicę w wielkie słoneczniki i śliczną, ręcznie haftowaną bluzeczkę. Już samo to, że nie miała na sobie połatanych i powycieranych dżinsów oraz powyciąganego swetra albo ortalionowej kurteczki - budziło moją sympatię. A że jestem wrażliwy na urodę kobiecą i serce mam czułe na ludzkie kłopoty, po chwili namysłu chrząknąłem głośno i oświadczyłem:
- Właśnie jem kolację. Jeśli pani jest głodna i chce się napić herbaty, to proszę wstąpić na łajbę.
Zawahała się. Obrzuciła mnie i mój jacht uważnym spojrzeniem. Zapewne matka niejednokrotnie ją ostrzegała, aby nie przyjmowała zaproszeń od mężczyzn, których nie zna.
- Pan mieszka sam? - zapytała ostrożnie.
- Jestem kapitanem - powiedziałem z dumą. - Ale moja załoga nie zgłosiła się dziś na jacht. Nie wiem, co się stało. Może spóźnili się na pociąg?
Zdecydowała się. Bo i cóż jej mogło grozić? Jacht stał w dość ludnym miejscu, w samym sercu miasta. Podjęła ogromną walizę i ostrożnie, w swych delikatnych, raczej balowych pantofelkach, zrobiła krok na pokład dziobowy jachtu.
- Och! - zawołała z odrobiną przestrachu, gdy jachtem lekko zakołysało.
Ale wolną ręką chwyciła się stalowej liny, topsztagu, i odważnie postawiła drugą nogę na pokład.


Odgrzebanie i zakup „Szkwała” – rozdział I

Wysłałem jednak list do pana Grodzkiego, a w najbliższą wolną sobotę, nie zważając na zamieć śnieżną (zima tego roku dawała się mocno we znaki), zjawiłem się swym wehikułem w Małdytach i zapytałem o Kazimierza W. Skierowano mnie na boczną drogę nad jeziorem, do samotnego dużego gospodarstwa. Było południe, zamieć śnieżna wciąż trwała. Z obszernego murowanego domu wyszedł pan Grodzki ubrany w ogromny biały kożuch.
- Łajba jest w szopie za jeziorem. Tylko proszę się nie przestraszyć widoku tego wraka - ostrzegł mnie z uśmiechem.
Nie bardzo wiem, jak wyglądała szopa i jej otoczenie, jezioro i brzeg, nad który zaprowadził mnie znajomy szkutnik. Cały świat zdawał się tonąć w wirującej wokół nas bieli padającego śniegu. Przypominam sobie tylko, że zatrzymaliśmy się przed ogromnymi wierzejami drewnianego budynku. Grodzki uchylił małe drzwi i ujrzałem ów jacht. Ogromną łajbę, która była jedną wielką ruiną nadającą się najwyżej na opał.
W poszyciu zrobionym z wąskich listewek, czyli tak zwanej słomki, widniały dwie potężne dziury. Dach kabiny był załamany, z pokładu dziobowego pozostały nędzne resztki, a otwór forluku miał wyrwaną pokrywę. Brakowało zrębnicy kokpitu. Szyby bulajów wybite, drzwi do kabiny wyrwane z zawiasów. W „wypatroszonym” wnętrzu leżał rumplowy ster z piórem i ogromny przerdzewiały miecz. Tu i ówdzie pozostały plamy łuszczącej się farby - żółtej, białej, brązowej, a nawet niebieskiej, zapewne kadłub wiele razy malowano. Wręgi zrobione z dębu były jednak całe i zdrowe. Ani śladu próchna nie widziało się w stępce, dennikach, pokładnikach. W świetnym stanie znajdowała się rufa, stewa przednia i tylna. Mocne było także jarzmo masztu. W sylwetce jachtu uderzyło mnie coś znajomego.
- Niech mnie licho porwie - zawołałem - jeśli ja nie znam tej starej balii! Założę się o mój wehikuł, że na przodzie burt są resztki dawnego napisu: „Szkwał”.
Grodzki podszedł do dzioba.
- Ma pan rację. To jest „Szkwał” - stwierdził ze zdumieniem.
- To b y ł „Szkwał” - powiedziałem. - Pudło ma kilka tysięcy lat. Myślę, że starożytni argonauci płynęli nim po złote runo. To nie łajba, lecz wykopalisko.
Szkutnik uśmiechnął się wyrozumiale.
- Pan żartuje - oświadczył. - To jest bardzo piękny jacht i w zupełnie dobrym stanie.
- Uznaję go za najgorszą łajbę wszechczasów - odrzekłem, bo z całą siłą wezbrały we mnie niemiłe wspomnienia. - Nie wiem, czy mazurskie jeziora znają krypę mniej zwrotną i powolniejszą. Ten jacht był przekleństwem młodych żeglarzy. Znam go lepiej niż pan sądzi. Zdobyłem na nim stopień sternika, ale kosztowało mnie to wiele trudu i potu. Ta łajba była nieposłuszna i powolna jak krowa. Przysiągłem sobie, że nigdy w życiu nie wstąpię na jej pokład. Pływałem potem na dziesiątkach jachtów, ale takiego czegoś nigdy w życiu więcej nie spotkałem. Była pośmiewiskiem całego naszego klubu, używano jej wyłącznie do celów szkoleniowych. Czy wie pan, jak ją przezywano? „Krasula”. Na burtach miała napisane „Szkwał”, ale każdy mówił o niej „Krasula”.
Szkutnik pokręcił przecząco głową.
- To bardzo piękny slup - powtórzył z uporem. - Niech pan spojrzy, jaką ma wysmukłą sylwetkę.
- Znam na pamięć jej wymiary. Długość: osiem metrów i czterdzieści centymetrów, szerokość: dwa metry. Zanurzenie bez miecza: około pięćdziesięciu centymetrów, z mieczem: jeden metr i dziesięć centymetrów - wyrecytowałem.
Pan Grodzki powtórzył po raz trzeci:
-To bardzo piękna łajba. Wiem, że w pewnym klubie w Ostródzie leży stary, niepotrzebny nikomu maszt od dragona i stare żagle do niego. Prawie dwadzieścia siedem metrów szmaty. I maszt, i te żagle sprzedadzą nam bardzo tanio. Przy takich żaglach chodziłaby szybko, jak prawdziwy szkwał. Musiała być przedtem niedożaglona.
- Możliwe - stwierdziłem. - Mieliśmy do niej maszt tylko na mały żagiel. Razem z fokiem piętnaście metrów kwadratowych. Maszt i żagiel pochodziły od starego ramblera.
Grodzki wzruszył ramionami.
- Była pomyślana jako „Szkwał”, a wy zrobiliście z niej „Krasulę”. A czy wyobraża sobie pan, co by to było, gdyby dać jej dwa bliźniacze foki? Natychmiast wpadałaby w ślizg.
Trochę innym, mniej wrogim spojrzeniem obrzuciłem tę stertę wręg i klepek.
Za drewnianymi ścianami szopy huczał wiatr i przez szczeliny w deskach wciskał śnieg na zrujnowany pokład „Szkwała”. Przykucnąłem na połamanej sklejce obrzeża burty i zapaliłem papierosa. Opadły mnie wspomnienia. Usłyszałem skrzyp wrót stodoły. To pan Grodzki - człowiek subtelny i znakomicie rozumiejący mój nastrój - odszedł, abym mógł przemyśleć sprawę i podjąć decyzję. Zapewne powrócił do domu obecnego właściciela jachtu i tam postanowił na mnie zaczekać.
A ja przypomniałem sobie młodość i pierwsze nauki żeglarstwa w międzyszkolnym klubie sportowym. Nie mieliśmy wtedy, tak jak to jest teraz, wspaniałych żaglówek. Pływaliśmy, na czym się dało, nawet zwykłe balie gotowi byliśmy przerobić na jachty. Wśród przeróżnych zapaleńców żeglarstwa znalazł się w naszym klubie nawet taki, który postanowił sam zbudować jacht. Zapomniałem już jego nazwiska, ale pamiętam, jak gorliwie zabrał się do roboty. Zdaje się, że był studentem politechniki i w jej warsztatach wykonywał rozmaite części do łajby. Kadłub był już na ukończeniu, gdy konstruktor i zarazem budowniczy obraził się o coś na nasz klub, a może po prostu skończył politechnikę i otrzymał pracę gdzieś w odległych stronach. W każdym razie swoje dzieło porzucił, pozostawiając je w spadku klubowi. Skończyliśmy pracę bez niego - nie było jej zresztą wiele. Mieliśmy stary maszt i żagle od ramblera, przewieźliśmy łajbę na jeziora mazurskie. Odtąd przez wiele lat tu pływała, ja także wiele razy ją prowadziłem, przeklinając zawsze jej powolność i małą zwrotność. Gdy zdobyłem patent sternika jachtowego, przesiadłem się na szybkie i nowoczesne łajby, porzuciłem też jeziora mazurskie i wyszedłem na zatokę, a potem w morze. O „Szkwale”, czyli „Krasuli”, zapomniałem, bo nie lubimy zachowywać w pamięci nieprzyjemnych wspomnień.
A teraz oto ta sama łajba leżała przede mną w ruinie, osypana śniegiem. Poskrobałem palcem łuszczącą się farbę na obrzeżu burty i nagle coś ścisnęło mnie za gardło. „Oto jak wygląda wdzięczność ludzka - pomyślałem. - Pływano na niej przez wiele lat, wyszkoliła wielu wspaniałych żeglarzy, a teraz tkwi tutaj - zapomniana, skazana na spalenie w piecu”.
We wszystkich żeglarzach, a więc i we mnie tli się przekonanie, że każdy jacht, podobnie jak każdy człowiek, ma duszę. Taką własną jachtową duszę, którą każdy kapitan, gdy wkracza na pokład, musi szybko poznać, aby z łajbą w godzinach wielkiego wichru stanowić jedność i wychodzić cało z niebezpieczeństw.
- „Krasula”, poczciwa „Krasula” - mruczałem do siebie, głaszcząc jej łuszczącą się burtę. - Jakie wiatry zagnały cię aż tutaj, do tej starej szopy?
I obudziło się we mnie pragnienie, aby tę łajbę wskrzesić, uczynić znowu zdolną do pływania. A potem - na złość wszystkim - nazwać ją: „Krasula”. Wymalować tę nazwę na burtach i popłynąć, choćby drwiono sobie z niej i ze mnie.
Obszedłem jacht jeszcze raz dookoła. Wlazłem do kokpitu i do rozwalonej kabiny. Sięgnąłem ręką do znanej mi z dawnych lat małej skrytki pod obrzeżem, gdzie zazwyczaj każdy kapitan chował mapy i dziennik jachtowy. Spodziewałem się, że wygarnę ze skrytki tylko trochę kurzu i śmieci, ale palce moje trafiły na zeszyt. Oprawiony w ceratę, mocno zawilgotniały zeszyt.
Chwyciłem go ostrożnie i podszedłem pod szczelinę w deskach, bo w głębi szopy panował półmrok.
Był to stary, pożółkły już dziennik jachtowy „Szkwała”. Któryś chyba z kolei, ale na pewno ostatni. Na jednej z początkowych kartek, w spisie załogi, odkryłem z bijącym sercem swoje imię i nazwisko: Tomasz NN. - I oficer. Tak, byłem wtedy pierwszym oficerem na „Szkwale”, a teraz stanę się jego armatorem i kapitanem.
Kartkowałem dziennik dalej, mimo że sypiący przez szpary w deskach śnieg padał na zapisane stroniczki. I raptem - choć palce grabiały mi z zimna - zrobiło mi się gorąco. Przeczytałem coś, co we mnie, zawodowym detektywie muzealniku, obudziło jakiś sygnał alarmowy nakazujący czujność i uwagę.
Wreszcie zeszyt dziennika jachtowego ukryłem jak skarb na piersiach i opuściłem szopę. Przygięty do ziemi pod nawałem wiatru, oślepiony śniegiem, z trudem dobrnąłem do murowanego domu, gdzie - przy szklance gorącej herbaty - pan Grodzki rozmawiał ze starym, wąsatym rolnikiem.
Otrzepałem kurtkę, zdjąłem czapkę.
- W porządku - powiedziałem. - Kupuję te wręgi i burty.
Spisaliśmy krótką umowę, na mocy której za sumę 1000 złotych (słownie: tysiąc złotych) stałem się właścicielem jachtu „Szkwał”. Kupiłem jacht w cenie drewna opałowego, bo i chyba tyle był wówczas wart.


Huragan na Jezioraku i co wyniknęło z równouprawnienia – rozdział II

Cumulonimbus zjawił się cicho, podstępnie, zdradliwie, bez żadnych zapowiadających go grzmotów i piorunów. Siedzieliśmy w kabinie i jedliśmy kolację, kiedy nagle kadłubem jachtu wstrząsnął dreszcz i złowróżbnie zaskrzypiała lina kotwiczna. Potem usłyszeliśmy szum drzew na brzegu, syk fal jeziora i wiatr z łoskotem spadł na kabinę. Pospadały ze stolika talerze z jedzeniem, poprzewracały się kubki i gorąca herbata oblała nam spodnie. Potężny szkwał napierał na łajbę, kołysał nią, jakby była korkiem od butelki, przenikliwie gwizdały stalowe liny i coraz groźniej skrzypiała lina kotwiczna.
Wyskoczyliśmy z kabiny do wolnego kokpitu. Jezioro krył mrok, a z tego mroku nadbiegały potężne fale.
- Uwaga, fok! - pisnęła przeraźliwie Kika.
Fok wysunął się ze słabych oplotów liny i z łoskotem wił się w porywach wiatru, uderzał o dach kabiny, wyrywał raksy, którymi był przyczepiony do sztagu. Jeszcze chwila, a podrze się o stalowe liny…
Skoczyłem na dziób i, przygięty pod naporem huraganu, zacząłem się mocować z fokiem, który wił się jak biały żywy zwierz. Z największym trudem zwinąłem go wreszcie w kłąb i mocno chwyciłem w sploty liny szotowej.
- Boże drogi, teraz grot! - krzyknęła Pani Księżyc. Usiłowała wejść na dach kabiny, ale potężna fala, która uderzyła w bok jachtu, przewróciła ją i zmyła do kokpitu.
Nadepnąłem na duży żagiel i zacząłem go oplątywać linami.
- Do diabła z takim partnerstwem! - wrzeszczałem. - To nie partnerstwo, tylko brakoróbstwo, niedbalstwo!
Krótkie fale z ogromną siłą biły w jacht. Jezioro wyglądało, jakby woda zaczęła się gotować. To rufa łajby, to znów jej dziób sunęły do góry i na dół w straszliwej huśtawce. Jacht kładł się raz na lewą, raz na prawą burtę.
- Kotwica sunie po dnie - zapiszczała cienko Pani Księżyc, która już zdołała się podnieść.
Fale dochodziły teraz do dwóch, a nawet trzech metrów wysokości. Kotwica wolno, ale nieustannie sunęła po dnie. Wszystko wskazywało na to, że potężne fale wkrótce wyrzucą jacht na brzeg i stara łajba roztrzaska się o któreś drzewo.
- Do wody! Wszyscy do wody! I trzymać jacht - wydałem rozkaz. - Tu jest płytko. Nikt się nie utopi. Najwyżej od czasu do czasu zaleją nas fale.
Ale Pani Księżyc jeszcze raz pośliznęła się na mokrej podłodze i chyba mocno uderzyła w kolano, bo aż jęknęła z bólu, a Kika, mokra od ciągłych bryzgów wody, trzęsąc się z zimna krzyknęła:
- Nie zejdę do wody, bo słabo pływam. Boję się…
- Psycholog! Za mną! - wrzasnąłem.
- Nie, nie, niech pan zostawi Psychologa - jęczała Pani Księżyc. - Coś mi się zdaje, że skręciłam sobie nogę. Niech pan też nie skacze.
Nie zwracałem uwagi na jej jęki i nakazy. Skoczyłem do wody, która w tym miejscu sięgała zaledwie do pasa. Tyle tylko, że raz po raz przetaczały się ogromne fale, nakrywając mnie z głową. I wtedy chwilami brakowało mi tchu w piersiach. Ale po sekundzie fala przechodziła i znów mogłem złapać oddech.
Trzymając się liny, dotarłem do miejsca, gdzie leżała na dnie kotwica. Dałem nurka, bo nakrywała mnie właśnie ogromna fala, chwyciłem kotwicę i jej ostre zęby mocniej wbiłem w piasek. Gdy wynurzyłem się z wody, krzyknąłem w stronę łajby:
- Psycholog! Bądź mężczyzną! Stań za rufą jachtu i trzymaj go. Ja ci za chwilę pomogę.
Pani Księżyc protestowała lękliwie, ale Psycholog był już w wodzie i całą siłą swoich mięśni powstrzymywał jacht przed cofaniem się na brzeg. Po kilkunastu sekundach znalazłem się obok niego. Przemoczeni, zalewani wodą, tkwiliśmy za rufą, walcząc z wiatrem i falami, które jednak nadal, centymetr po centymetrze, spychały jacht na brzeg.
- Psycholog! Panie Samochodzik! - krzyczały na przemian obie nasze panie, bo choć znajdowaliśmy się tuż obok nich, nie widziały nas w tym kipiącym wodą mroku.
Wsparci nogami o piasek dna - usiłowaliśmy utrzymać jacht dziobem do fali. Szum wiatru i syk piany mieszał się dookoła nas z jakimiś rozpaczliwymi okrzykami, zapewne gdzieś w pobliżu znalazły się i inne jachty. Męskie i kobiece głosy krzyczały, wołały, ale ani ja, ani Psycholog nie mogliśmy pośpieszyć na ratunek, bo nasz jacht też był w niebezpieczeństwie.
Potem zaczął padać grad. Ziarnka lodu wielkości fasoli z łoskotem biły po dachu kabiny, po pokładzie, dnie kokpitu, waliły w nasze nie osłonięte głowy, pluskały na jeziorze. Gdy wskoczyłem do wody, wydała mi się nawet ciepła, ale teraz poczułem chłód. Zacząłem się trząść, dzwoniłem zębami, wciąż kurczowo ramieniem wspierając lewą burtę. Psycholog wspierał burtę prawą.
Nie wiem, jak długo to trwało. Może pięć, może dziesięć minut. Oblewała nas wciąż zimna, coraz zimniejsza woda, powietrze stało się niemal mroźne, okulary mi zaparowały i nic nie widziałem wokół siebie. A grad walił w wodę, w głowę, łomotał na dachu kabiny.
Nagle ucichł ów łomot, wiatr pędził już z mniejszą siłą, fale sięgały tylko do pasa.


Pościg za Piratami i Wszędobylska Hanna – rozdział III i IV

Lecz nie było nam dane dopłynąć teraz do Siemian. Zza drzew porastających półwysep wyłoniły się raptem żagle omegi bez żadnych znaków rejestracyjnych. Łódź płynęła szybko fordewindem. Psycholog, który miał na szyi lornetkę, przyłożył ją do oczu i krzyknął:
- To oni! Piraci! Widzę „Rogera” na maszcie…
Omega zbliżyła się do obsadzonego przez wędkarzy pomostu z żerdzi, niemal otarła się o niego, mieczem i płetwą sterową zrywając żyłki i spławiki. Chóralny wrzask wypełnił powietrze, ale piracka omega już popłynęła dalej, gnana silnym wiatrem od rufy.
[…]
Piracka omega z czarną flagą na topie masztu płynęła szybko w stronę Iławy i była już na wysokości Makowa, gdy nasz jacht chwycił nareszcie wiatr w żagle i poszedł za nią fordewindem. Psycholog, który cały czas obserwował przez lornetkę piracki statek, poinformował nas, że załoga omegi składa się z trzech chłopców. Koło Makowa ściągnęli oni „Rogera” z masztu, aby nie rzucać się w oczy. Być może zresztą dostrzegli, że - zaraz po ich ataku na spławiki wędkarzy - od brzegu odbił nasz jacht i ruszył ich śladem.
Ale nie tylko my ścigaliśmy piratów.
Natychmiast po ataku na wędkarzy z trzcin przybrzeżnych wypłynęła łódź plastykowa z niewielkim silnikiem spalinowym, chyba starym D - 6. Na dziobie siedziała jakaś rosła kobieta i wiosłem wygrażała piratom. Na rufie równie tęgi mężczyzna, rozebrany do spodenek kąpielowych, usiłował uruchomić silnik, ale przez długi czas mu się to nie udawało. Tak bowiem zawsze jakoś dziwnie się składa, że te małe silniki do łodzi i jachtów nie chcą zaskoczyć, gdy wymaga tego potrzeba. Byliśmy już na środku jeziora, kiedy tęgi pan wreszcie uruchomił silnik. Wkrótce wyprzedzili nas, rosła pani na dziobie nadal trzymała w rękach wiosło i wciąż groźnie nim wymachiwała.
- Biada piratom, jeśli wpadną w ręce tej damy! - roześmiałem się.
Wszystko wskazywało na to, że łódź motorowa z groźną niewiastą dopędzi ich wkrótce. Ale w pewnym momencie omegę zasłoniły żagle płynącej od strony Iławy dużej flotylli finów i piracki jacht raptem zniknął nam z oczu, jakby rozpłynął się w powietrzu. Pan z plastykowej łodzi, skonsternowany, zaczął zawracać.
- Chyba zwinęli żagle i schowali się w trzcinach - powiedziała Kika.
- Nie. Wypłynęli na Widłąg. Takie leśne jezioro - odrzekłem.
Przesunąłem rączkę rumpla w prawo na burtę i nasza łajba, już półwiatrem, zaczęła kierować się dziobem w niewielki przesmyk. Prowadził on na dość duże i ładne, otoczone lasem jezioro o nazwie Widłąg. Kilka miejsc nadawało się tu na biwak, toteż natychmiast po wypłynięciu z przesmyku zobaczyliśmy wiele masztów w trzcinach, przy piaszczystych brzegach. Który z tych masztów należał do pirackiej omegi?
- Ukryli się gdzieś blisko. Nie mieli czasu, aby przepłynąć jezioro - rozmyślałem głośno.
Tuż za nami na Widłąg wpłynęła łódź motorowa z groźną niewiastą, która - tym razem dumnie wsparta na wiośle - rozglądała się na wszystkie strony, poszukując wzrokiem pirackiej omegi.
- O, tam! Tam są! To oni! - wskazała ręką maszt łajby ukrytej w trzcinach, za małym półwyspem.
Na tej łajbie właśnie opuszczano grot, co znaczyło, że zacumowała tu przed chwilą.
Łódź motorowa ruszyła z kopyta, a my, dokonawszy zwrotu przez sztag, zbliżyliśmy się również do trzcin. Piracki jacht miał teraz zamkniętą drogę ucieczki.
Była to stara omega bez nazwy, bez numeru rejestracyjnego. Na dziobie leżał fok, a w kokpicie pełnym wody - łódź chyba przeciekała - znajdował się byle jak porzucony żagiel grota. Załogi na jachcie nie było. Zapewne, widząc nas, chłopcy wyskoczyli na brzeg i zaszyli się w lesie.
Najpierw łódź motorowa, a potem i nasz jacht, zacumowały przy obydwu burtach pirackiej omegi.
Groźna niewiasta, wspierając się na wiośle jak na halabardzie, przelazła na omegę i, pokręciwszy się w kokpicie, z triumfem ukazała naszym oczom czarną flagę z trupią czaszką i piszczelami.
- Piraci! Mamy niezbity dowód! - wykrzyknęła.
Tęgi pan zgasił silnik i, przycupnąwszy na rufie, zapalił spokojnie papierosa. Odnosiło się wrażenie, że dalszy ciąg historii z piratami niewiele go interesuje. Widocznie wierzył, że groźna niewiasta, zapewne jego małżonka, w sposób właściwy spełni swoją obywatelską powinność.
Pani Księżyc i Kika zrzuciły nasze żagle. Ja usiadłem na rufie i także zapaliłem papierosa, z ciekawością oczekując na to, co nastąpi. Znałem groźną niewiastę, a o jej przedsiębiorczości krążyły w pewnych warszawskich środowiskach prawdziwe legendy.
- Romku - krzyknęła do męża - przygotuj hol! Zaciągniemy omegę do Siemian, na posterunek MO.
Oburzyło to Kikę.
- Proszę pani - zaoponowała-przecież to my schwyciliśmy piracki statek. Należy do nas, nie do pani.
- Coś podobnego! - oburzyła się groźna niewiasta. - Wy złapaliście piracki statek! A ja i mój mąż przyglądaliśmy się tylko, tak?
- Zrobiliśmy to razem - odezwałem się.
Rosła niewiasta przyjrzała mi się z uwagą. Raptem szeroki uśmiech pojawił się na jej obliczu.
- Ja pana znam - stwierdziła z zadowoleniem. - Pan jest Samochodzik z Ministerstwa Kultury i Sztuki. Przeprowadzałam z panem kiedyś wywiad dla tygodnika „Szanuj zieleń”, w którym pracuję. Jeśli mnie pamięć nie myli, a rzadko mnie myli, rozwiązał pan wtedy zagadkę tajemniczego talizmanu Kelleya. Ciekawam, jaka zagadka sprowadziła pana w te okolice. Mam nadzieję, że uzyskam od pana informacje…
To mówiąc, dość zręcznie przeskoczyła z łajby piratów na nasz jacht i zaczęła kolejno witać się z członkami mej załogi i ze mną.
- Hanna jestem - mówiła - Hanna Fuksiewicz.


Pan Lejwoda planuje zbrodnię – rozdział V

Po obiedzie każde z nas rozłożyło się na jachcie w miejscu dla siebie najwygodniejszym. Psycholog i pani Joanna na dachu kabiny, ja na pokładzie rufowym, a Kika na pokładzie dziobowym. Była już piąta, ale ciągle z nieba spływały potoki słońca. Po pewnym czasie tuż obok nas, przy kępie trzcin, zatrzymała się nieduża łódź wiosłowa, którą przypłynął opalony na brąz, rosły brodacz około czterdziestki. Na dziobie siedziała starsza pani, ubrana od stóp do głowy, osłaniająca się parasolką. Mężczyzna wyjął wędkę, założył przynętę na haczyk i zaczął łowić ryby. Po wodzie głos niesie się daleko, słyszeliśmy więc bardzo wyraźnie ich rozmowę.
- Wróćmy do tematu, panie Lejwoda. Chciałabym wiedzieć, w jaki sposób zamierza pan zamordować żonę - odezwała się starsza pani z parasolką.
Te słowa zabrzmiały jak wystrzał armatni. Pani Joanna podniosła głowę i uważniej przyjrzała się dziwnej parze w łódce.
Pan Lejwoda nie od razu odpowiedział na to okropne pytanie. Sięgnął do torby, wyjął z niej fajkę, nabił tytoniem i zapalił. Dopiero gdy kilkakrotnie pyknął z fajki, zagrzmiał basem:
- Najważniejsze to wybrać miejsce zabójstwa, pani Jagodo. Zdecydowałem, że stanie się to na tarasie naszej willi.
- Czy to konieczne? - oburzyła się pani Jagoda. - Potem po nocach będzie się panu śniło zabójstwo.
- To najlepsze miejsce - upierał się Lejwoda. - Jak pani wie, ona ma bardzo poetyczną naturę i w ciepłe, letnie dni, niekiedy aż do zapadnięcia zmroku, lubi spoczywać na leżaku i patrzeć na jezioro. To dobra chwila, aby ją wykończyć.
- Trucizną? - zainteresowała się pani Jagoda.
- Ach, nie - zaprzeczył pan Lejwoda. - Zakupienie trucizny jest sprawą nader skomplikowaną i niebezpieczną. Długo myślałem na ten temat i doszedłem do wniosku, że najlepszym sposobem jest inna śmierć. Strzał z łuku. Strzała wbija się w plecy, a każdy, kto tamtędy przechodził, może być podejrzany o zabójstwo. Obok willi jest przecież droga, po której bez przerwy krążą wczasowicze. We wczesnej młodości byłem mistrzem juniorów w strzelaniu z łuku. Nikt o tym nie wie. Nawet pani. A jednak to prawda. Bardzo niebezpieczną, choć staroświecką bronią jest zwykły łuk i strzała z ostrym grotem.
- Milicja zapewne zainteresuje się pańską przeszłością i wykryje fakt, że był pan mistrzem juniorów.
- Postaram się o świetne alibi - zachichotał.
- Kto je panu zapewni?
- Pani. Stwierdzi pani, że w tym czasie, gdy żona siedziała na tarasie, ja znajdowałem się w kuchni i wraz z panią przyrządzałem kanapki na kolację.
- A niby dlaczego mam panu stwarzać alibi? Co mi z tego przyjdzie?
- Bo pani równie mocno, jak ja, nienawidzi mojej żony. Za to, że rządzi nie tylko mną, ale i panią. Traktuje nas niczym marionetki, które, pociągane za sznurek, tańczą, jak ona im każe. Nawet tej głupiej fajki nie pozwala mi ćmić we własnym domu, muszę w tym celu wychodzić na dwór. Czy kiedykolwiek pozwoliła pani albo mnie o czymś zdecydować? Nigdy. Tyle razy proponowała pani jakieś ciekawe menu na obiad. Nigdy nie zgodziła się na pani propozycję. Zawsze narzucała swoją. Pani, jako doświadczona i wytrawna gospodyni, musi ją za to nienawidzić. I ja wiem o tym. Nie ukryje pani przede mną swoich uczuć. Dlatego w krytycznej chwili pani mi Pomoże. Zresztą wie pani także, że gdy ona zniknie z domu, pani obejmie całkowite rządy. Znajdę się na pani łasce i niełasce.
- To wspaniałe - mruknęła pani Jagoda. - Ale czy potem nie przyjdzie panu na myśl, żeby i mnie sprzątnąć z tego świata? Jako niewygodnego świadka?
- Co też pani mówi? - oburzył się Lejwoda. - Nie jestem przecież zbrodniarzem z urodzenia, tylko z konieczności.
- Tak, tak, oczywiście - burknęła pani Jagoda. - Ale człowiek się zmienia. Najgorzej podobno popełnić pierwszą zbrodnię. Potem już idzie jak po maśle. Pada drugi, trzeci trup…
Jakiś czas milczeli.
Pan Lejwoda rozważał coś w myślach, patrząc na spławik wędki i pykając fajkę. Raptem roześmiał się złośliwie.
- Z czego się pan śmieje? - zaniepokoiła się pani Jagoda.
- Przypomniał mi się dowcip.
- Nie wierzę panu - pani Jagoda groźnie kiwnęła mu palcem przed nosem. - Myśli pan o swojej następnej ofierze. Najlepiej zrobimy, jeśli wrócimy do domu. Ta łódka jest chybotliwa, a ja nie umiem pływać.
Pan Lejwoda zwinął wędkę.
- Na panią nigdy nie można liczyć. Ale, tak czy inaczej, ona dzisiaj zginie. I to od strzały z łuku.


Pierwsza próba porwania Diany Denver – rozdział V

Na dziobie „Lorda Jima” stała - trzymając się top - sztagu - wysmukła dziewczyna w białej sukience, z rozpuszczonymi, jasnymi włosami, które rozwiewał silny wiatr. Przy sterze zobaczyłem nie znanego mi mężczyznę w białym żeglarskim stroju. Tarzan siedział w otwartych drzwiach kabiny i palił papierosa, spoglądając w kierunku południowego brzegu.
Raptem przywiał bardzo silny szkwał. Sternik na „Lordzie Jimie” chyba tego nie zauważył. Nagle główny żagiel wraz z ciężkim bomem przeleciał mu nad głową, jacht przechylił się gwałtownie na lewą burtę, ale ponieważ - jak wspomniałem - był kilowo - mieczowy, zaraz wyprostował się niczym wańka - wstańka. Tarzan zerwał się, gwałtownie odsunął od steru żeglarza w białym stroju i skierował „Lorda Jima” ku południowemu brzegowi, po którym biegła linia kolejowa z Olsztyna do Iławy.
Jezioro Drwęckie jest w tym miejscu dość wąskie, „Lord Jim” bardzo szybko zbliżył się do lądu i nagle gwałtownie stanął, jakby coś zatrzymało go w miejscu. Domyśliłem się, że kil jachtu wpadł na płyciznę przybrzeżną. Trzymany od dołu, a pchany przez wiatr od góry - „Lord Jim” znów przechylił się na lewą burtę. Dziewczyna w białej sukience i mężczyzna w żeglarskim stroju wpadli do jeziora. Na szczęście w tym miejscu było już zupełnie płytko i obydwoje, ociekając wodą, wyszli zaraz na brzeg, a za nimi wyskoczył i Tarzan. „Lord Jim” pozostał na mieliźnie.
Nic się złego nie stało, nikomu nie groziło żadne niebezpieczeństwo. „Będą mieli tylko kłopoty ze ściągnięciem jachtu z mielizny” - pomyślałem, przepływając spokojnie obok. Z ciekawością przyglądałem się, co będą robić dalej, tym bardziej że z niewielkiej odległości, w jakiej się teraz od nich znajdowałem, zobaczyłem dokładniej dziewczynę w ociekającej wodą białej sukience. Była prześliczna i niezwykle zgrabna.
Wiatr przyniósł głosy z brzegu. Mężczyzna w stroju żeglarskim wymyślał po angielsku Tarzanowi, który bezradnie rozkładał ręce, jakby tłumacząc, że to nie z jego winy jacht wpadł na mieliznę.
Nagle zza krzaków porastających brzeg wyjechał wartburg. Wysiedli z niego dwaj mężczyźni, podeszli do dziewczyny i chwilę z nią rozmawiali. Potem jeden z nich chwycił ją za rękę. Dziewczyna wyrwała mu dłoń i podbiegła do mężczyzny w białym stroju, jakby prosząc go o pomoc. Wtedy on jednym uderzeniem pięści rozciągnął Tarzana na brzegu i rzucił się na tych, którzy nagabywali dziewczynę.
- Help! Help! - usłyszałem jego wołanie o pomoc.
Zrobiłem błyskawicznie zwrot przez rufę i skierowałem „Krasulę” ku brzegowi. Potem zbiegłem do kabiny i podniosłem miecz, aby móc jak najbliżej podejść do lądu. Gdy wyskoczyłem z powrotem na pokład, mężczyzna w białym stroju walczył z dwoma osobnikami, a Tarzan oszołomiony uderzeniem podnosił się z ziemi.
Ale ów Anglik - bo był Anglikiem, skoro po angielsku wołał o pomoc - świetnie umiał walczyć. Co chwila to jeden, to drugi mężczyzna, a potem i Tarzan, który pospieszył na pomoc napastnikom, leżeli na ziemi, przewracani zręcznymi chwytami dżudo. Ale było ich trzech, a on - sam. Dziewczyna w przemoczonej sukience tylko piszczała przeraźliwie.
Usłyszałem szmer piasku pod dnem „Krasuli”. Pozostawiłem żagle w łopocie, schowałem okulary do skrytki w kokpicie i z pokładu dziobowego skoczyłem na brzeg. Dopadłem kłębiących się teraz na ziemi mężczyzn, chwyciłem za kark Tarzana i odepchnąłem go. Potem zwaliłem się na tego, który przygniatał Anglika.
Zaskoczony atakiem z tyłu, puścił swoją ofiarę, a wtedy Anglik wysunął się spod niego i ciosem w szczękę odrzucił od siebie drugiego napastnika.
Tarzan zrezygnował z walki. Usiadł na ziemi, obmacując szczękę i obolały kark. A i tamci dwaj rzucili się do ucieczki. Szybko wskoczyli do samochodu i odjechali.
- Dziękuję panu - odezwał się Anglik i podszedł do mnie z wyciągniętą ręką. - Usiłowano porwać Dianę Denver. A on był z nimi w zmowie - wskazał pojękującego na trawie Tarzana.
Mężczyzna w stroju żeglarskim wydał mi się skądś dobrze znany.
- Chyba już gdzieś pana widziałem - odezwałem się po angielsku.
Uśmiechnął się. A potem mrugnąwszy do mnie znacząco, zakreślił sobie nad głową niewielkie kółko.
- No, jasne! - zawołałem. - Święty. Simon Templer.
- Roger Moore we własnej osobie - jeszcze raz uścisnął mi prawicę. - A to jest moja partnerka w nowym filmie, Diana Denver.


Na ratunek pani Jagodzie i co z tego wynikło – rozdział VI

Była ósma, gdy zeskoczyliśmy z jachtu. Wiatr uspokoił się, jezioro i brzegi powoli obejmował zmierzch i wieczorna cisza. Tu i ówdzie, w okienkach stojących na kotwicy jachtów, zapalały się światełka, na pobliskim polu namiotowym tryskały w górę iskry z płonącego ogniska i słychać było brzęk gitar.
Dość chyba zabawnie wyglądaliśmy: kobieta i dziewczyna uzbrojone w zaostrzone kije, skradające się uliczką obok willi nad jeziorem, i postępujący za nimi ospale mężczyzna i chłopiec. Na szczęście nikt tą uliczką teraz nie przechodził, a wysoki i gęsty żywopłot z grabu zasłaniał nas przed mieszkańcami domu pana Lejwody.
W szczycie willi, na pierwszym piętrze, znajdował się mały balkonik, a cała przednia ściana parteru była oszklona i osłonięta dużą zasłoną. Poziomy dach podziemnego garażu stanowił taras, na który wychodziło się z drzwi w oszklonej ścianie, z tarasu, obrzeżonego balustradą, prowadziły schodki na dół, do ogródka. Całość otaczał niski płot z siatki.
Na tarasie nie było nikogo, stał tam tylko samotny, kolorowy leżak. Widzieliśmy go jak na dłoni, ukryci za żywopłotem, w odległości najwyżej dziesięciu metrów. Przez zasłony sączyło się nikłe światło, a przez nieco uchylone drzwi dochodził nas głos spikera telewizyjnego. Kończył się właśnie „Wieczór z dziennikiem”.
- Zaraz po dzienniku - szepnęła pani Joanna - żona Lejwody wyjdzie na taras, aby rozkoszować się wieczornym powietrzem. I wtedy morderca przystąpi do wykonania swego zbrodniczego planu.
- Wątpię - odpowiedziałem także szeptem. - Dziś jest czwartek. Po dzienniku „Kojak”, a kto opuści spotkanie z Kojakiem?
- Niech pan nie gada głupstw - syknęła pani Joanna. - Ja nigdy nie oglądam żadnych „Kojaków”. Mam przeczucie, że żona Lejwody jest do mnie podobna.
Z napięciem oczekiwaliśmy chwili, gdy drzwi uchylą się i na tarasie pojawi się kobieta. Nieświadoma niebezpieczeństwa zasiądzie na leżaku i spoglądać będzie na jezioro, okrywane nocną ciemnością.
Głos spikera umilkł, usłyszeliśmy sygnał kończący „Wieczór z dziennikiem”. I wtedy zabrzmiał piskliwy, ale donośny i błagalny głos pani Jagody:
- Niech mi pan daruje, panie Lejwoda. Nie zaprotestowałam, gdy mnie pan przywiązał do fotela, ale, na litość Boską, proszę nie kneblować mi ust. Przecież ja się uduszę.
Lejwoda zgromił ją bezlitośnie.
- Niestety, pani Jagodo, muszę być twardy. Pani ma zbyt słabe nerwy…
- Błagam… Panie Lejwoda!... - wrzasnęła starsza pani, a potem coś zabełkotała i umilkła. Zapewne miała już knebel w ustach.
Pani Joanna chwyciła mnie kurczowo za ramię.
- Jezus, Maria! - jęknęła.-Co się tam dzieje?
Wyznaję, że i we mnie serce zamarło, jak się to zwykło pisać w powieściach. Nie zważając na ostre gałązki szarpiące mój moherowy sweter, przedarłem się przez żywopłot i potężnym susem przesadziłem ogrodzenie z siatki. Następny skok zaniósł mnie na taras. Jak bomba wpadłem do pokoju, skąd jeszcze przed chwilą rozlegały się błagania i wrzaski pani Jagody. Za swoimi plecami słyszałem szelest gałęzi i tupot kroków. Z pomocą pędziła moja załoga, z panią Joanną na czele.
Znalazłem się w elegancko urządzonym salonie. Pod jedną ścianą stał kolorowy japoński telewizor, a naprzeciw niego, w dwóch fotelach, zajmowali miejsca - właściciel willi i pani Jagoda. Ta ostatnia była spętana sznurem od bielizny, a na ustach miała zawiązaną jedwabna chustkę.
- Proszę się nie ruszać! Jest pan aresztowany! - krzyknąłem. I wyciągnąwszy zza pasa tępy kuchenny nóż zacząłem przecinać więzy na rękach starszej pani. Zerwałem też chustkę z jej ust.
Lejwoda był zaskoczony tak bardzo, że tkwił w fotelu jak sparaliżowany i tylko wybałuszał na mnie zdumione oczy. A pani Jagoda, zaczerpnąwszy w płuca potężny haust powietrza, wyszeptała:
- Byłabym się udusiła. Serdecznie panu dziękuję…
W tym momencie Lejwoda ochłonął ze zdumienia. Zerwał się z fotela i ryknął na mnie strasznym głosem:
- Jakim prawem wtargnął pan do mego domu? Precz! Precz natychmiast, bo chwycę za broń…
To mówiąc wskazał rozwieszone na ścianie salonu zabytkowe szable.
- Wynoście się wszyscy. Wszyscy! - dodał jeszcze donośniej, bo właśnie przy drzwiach salonu skłębiła się uzbrojona w zaostrzone dzidy moja trzyosobowa załoga.
Nagle zamilkł. Rzucił okiem na telewizor i z powrotem usiadł w fotelu. Na ekranie pojawiła się spikerka i zapowiedziała „Kojaka”.
- Zresztą zostańcie - ściszonym głosem rzekł Lejwoda. - Możecie siąść na dywanie albo na ławie pod ścianą. A jeśli ktoś z was się odezwie, zabiję. Zabiję! - powtórzył.
- Tak jest - przytaknęła pani Jagoda. - Jeśli się odezwiecie, on was zwiąże, tak jak mnie, i zaknebluje. Podczas „Kojaka” zawsze wymachuję rękami i krzyczę od czasu do czasu. Pewnego razu naprawdę mnie o mało nie zabił.
- Cisza! - ryknął pan Lejwoda, albowiem pokazały się już napisy filmu o poruczniku Kojaku.


Okazuje się, że Tomasz ma „magnes na baby” czyli drugie spotkanie z Bajeczką – rozdział VI

Ominąłem już kilka ognisk, przy których kręciły się gromadki chłopaków i dziewcząt, gdy w pewnej chwili uwagę moją zwróciło malutkie ognisko, palące się wątłym płomieniem na uboczu pola. Przykucnęła przy nim tylko jedna osoba - dziewczyna w dżinsach i szarej kurteczce. Nie było obok żadnego namiotu, jej rzeczy znajdowały się w worku podróżnym, na którym siedziała, piekąc przy ogniu kawałek kiełbasy.
Sylwetka dziewczyny wydała mi się znajoma. Zatrzymałem się więc i, kryjąc w mroku nocnym, podszedłem nieco bliżej.
Była to Bajeczka. Tak, z całą pewnością ona…
O mało nie przewróciłem się o trzech chłopaków, którzy leżeli w trawie i z pewnej odległości obserwowali samotną dziewczynę.
- Chce się pan zaopiekować panienką? - zakpił jeden z nich. - My już próbowaliśmy, ale nic z tego nie wyszło.
- Ona nie chce żadnego towarzystwa - dodał drugi.
- Dała nam taką odprawę, że nam w pięty poszło. Jakaś wariatka, proszę pana - stwierdził trzeci.
Wzruszyłem ramionami.
- To czemu tutaj jeszcze siedzicie?
Roześmieli się.
- Zaraz będzie burza. My mamy namiociki, a ona nie. Jak lunie deszcz, to przestanie być taka ważna i przyjmie zaproszenie od dżentelmenów. Ostatecznie Możemy dla niej wykombinować nawet wolny namiot.
Powiedziałem:
- Nie umiecie chyba gadać z dziewczynami…
Oświetlili mnie elektryczną latarką.
- A pan co za jeden? Superpodrywacz się znalazł. W pańskim wieku to już raczej należy korzystać ze ścieżek zdrowia, a nie podrywać dziewczyny. No, proszę, niech pan spróbuje z nią pogadać. Będziemy mieli dobrą zabawę, gdy pana odstawi.
- Cóż, przekonamy się - odrzekłem i, wyminąwszy siedzących na trawie młodzieńców, zbliżyłem się do małego ogniska.
Przykucnąłem naprzeciw Bajeczki oddzielony od niej wątłym płomieniem. Nawet na mnie nie spojrzała, zapewne sądząc, że to znowu któryś z natrętnych młodzieńców.
- Dobry wieczór - odezwałem się.
Podniosła na mnie wzrok i aż drgnęła, tak ją zaskoczyła moja obecność. Wskazałem dłonią niebo.
- Zaraz lunie. Szkoda, żeby pani zmokła. Przy brzegu cumuje „Krasula”.
Po twarzy dziewczyny przemknął wyraz wahania. Zapewne miała już dosyć siedzenia przy ognisku i oganiania się od „opiekunów”. „Krasula” zapewniała dobre schronienie przed deszczem, dziewczyna mogła spodziewać się tam szklanki gorącej herbaty, a może nawet kolacji. Ale czuła się winna wobec mnie. Było jasne, że zażądam wyjaśnień i będzie musiała się tłumaczyć.
Nagle wstała i podniosła z ziemi podróżny worek z rzeczami.
- Chodźmy - powiedziała zdecydowanie.
Wziąłem od niej worek i zarzuciłem go sobie na plecy. W milczeniu przeszliśmy obok siedzących w ciemnościach trzech chłopaków.
- Fiuuuuu! - gwizdnął głośno któryś z nich. - Widzieliście coś podobnego? Ten facet naprawdę umie rozmawiać z dziewczynami.
- Przecież on w ogóle z nią nie rozmawiał - przerwał mu drugi.
Trzeci aż jęknął ze zdumienia.
- Jezus Maria, nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. On ma w sobie jakiś magnes.
Byliśmy już od nich o kilkanaście kroków, ale wciąż słyszeliśmy ich pełne zdumienia głośne uwagi.
- To jednak jakiś superpodrywacz…
- A taki niepozorny…
- Trzeba się nauczyć tego gestu. Jak on to zrobił, pamiętacie? Podniósł rękę do nieba i ona zaraz wstała i chwyciła swój worek…
Na trawę spadły pierwsze krople deszczu.
- Prędzej, bo zmokniemy. Biegnijmy! - zaproponowałem Bajeczce.
Ile sił w nogach, sieczeni coraz większym deszczem, pobiegliśmy na brzeg jeziora. Chlapiąc głośno na płyciźnie, przedostaliśmy się na jacht i wpadliśmy do kabiny „Krasuli”.
Natychmiast zapaliłem zawieszoną u sufitu bateryjną latarkę. Po dachu kabiny głośno bębnił deszcz.
- Jak tu przytulnie - szepnęła Bajeczka, sadowiąc się na koi.
Twarz i włosy miała mokre. Mnie także woda skapywała z włosów na nos, a z nosa na skrzynkę mieczową jachtu.
- Czy zrobić dla pani kolację? - zapytałem.
- Nie jestem głodna. Chce mi się tylko spać.
- A jutro znowu wymknie się pani bez pożegnania - zakpiłem.
Sięgnęła do swego worka, wyjęła z niego ręcznik, zaczęła się wycierać. Długo nie otrzymywałem od niej odpowiedzi. Jakby namyślała się nad każdym słowem, które ma wypowiedzieć.
- Powiem krótko - odezwała się wreszcie - nie chciałabym pana okłamywać, a prawdy powiedzieć nie mogę. Czy wystarczy panu, jeśli stwierdzę, że potem bardzo żałowałam swego zachowania? Czy uwierzy mi pan, jeśli dodam, że teraz jestem zupełnie inna i że nie mam nic wspólnego z tą dziewczyną, która weszła w Iławie na pokład pańskiego jachtu? Tym razem nie odejdę bez pożegnania.
I podała mi rękę.
- Bajeczka, to ładnie brzmi - stwierdziłem, uścisnąwszy jej dłoń. - Na jednym z jachtów był piesek, który tak się nazywał. Czy to od niego przejęła pani swoje imię?
- Zgadł pan. Idąc ulicą w Iławie, zobaczyłam kobietę, która prowadziła na smyczy pudla, Bajeczkę. Gdy mnie pan zapytał o imię, od razu przypomniałam to sobie i postanowiłam się nim posłużyć.
- W jakim celu?
Milczała.
- Dostałem od pani złotą rękawicę - powiedziałem, wyjmując z szafki nad koją pomalowaną na złoty kolor skórzaną rękawiczkę. - Czy to było wyzwanie? Zaproszenie do walki?
- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Poproszono mnie, abym ją panu podrzuciła, i zrobiłam to. Ten ktoś powiedział, że pan domyśli się, o co chodzi.
- Niestety, nie mam pojęcia. Już wtedy, podczas naszego pierwszego spotkania, mówiłem pani, że szukam wraz z przyjaciółmi autora wiersza, który nazwaliśmy „Złota rękawica”. Czy ten ktoś także zamierza odnaleźć tego człowieka? A może chciał mnie ostrzec, powstrzymać od szukania?
- Skąd mogą wiedzieć? - uśmiechnęła się. - A zresztą pan nie mówi mi całej prawdy, czuję to, dlaczego więc wymaga pan ode mnie, abym to zrobiła?
Teraz ja umilkłem. A ona, rozglądając się po kabinie, zapytała:
- Czekał pan wtedy na swoja załogę. Ale znowu jest pan sam. Co się stało?
Opowiedziałem o chorobie Piotrusia, która w willi pana Lejwody zatrzymała i jego, i panią Joannę. A także o piętnastoletniej dziewczynce, której wydawało się, że jej rodzice są nudni, i dlatego uciekała z domu; raptem zobaczyła ich odmienionych i zapragnęła do nich powrócić.
Deszcz bębnił głośno po dachu kabiny, chwilami zagłuszając nasze słowa.
- Pozostał pan sam - stwierdziła Bajeczka.
- Niezupełnie - mruknąłem. - Przecież jestem z panią…
Zbliżała się pierwsza w nocy. Zgasiłem latarkę u sufitu, rozesłałem swój śpiwór na koi i wsunąłem się w niego. Nie zamierzałem spać w zalewanym przez strugi deszczu kokpicie. Dla Bajeczki pozostała druga koja, oddzielona od mojej skrzynią mieczową.
Głośno pluskała woda wokół jachtu. W taką noc cudownie śpi się w zacisznej kabinie, przy szmerze kropel deszczu.
- Dobranoc panu - usłyszałem głos Bajeczki.
- Przyjemnych snów - odpowiedziałem.
I natychmiast zasnąłem. Było mi obojętne, czy - obudziwszy się rano - zastanę tę dziewczynę w kabinie „Krasuli”. Może byłoby nawet lepiej, aby ulotniła się, jak wówczas w Iławie, skoro nie chciała mi wyznać prawdy o sobie i złotej rękawicy.
Ale nie odeszła. Obudził mnie przyjemny zapach kawy, który rozchodził się po całym jachcie. Bajeczka krzątała się przy kuchence gazowej w kokpicie. Była dziewiąta rano, deszcz przestał padać, ale niebo pokrywały czarne chmury.
- Czy chce pan na śniadanie jajecznicę? - zapytała mnie. - Byłam już we wsi i udało mi się kupić dziesięć jajek.
- Wspaniale. Dawno nie jadłem jajecznicy - odrzekłem szczęśliwy, że nie czeka mnie kolejna dyskusja na temat partnerstwa i tego, kto ma przygotować śniadanie.
_________________
Grunt się nie przejmować i mieć wygodne buty

Ostatnio zmieniony przez Szara Sowa 2017-01-05, 08:50, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2017-01-04, 09:19:09   

Cytat:
Okazuje się, że Tomasz ma „magnes na baby” czyli drugie spotkanie z Bajeczką – rozdział VI


Reakcja obserwatorów w tej scenie jest genialna! :)

To też coś zaproponuję:

Rozdz. VIII - Diana podrywa Tomasza nocą w parku

Zapaliłem znów papierosa i wtedy jakaś inna sylwetka pojawiła się na sąsiednim wzgórzu. Potem zbiegła w wąwóz i zaczęła się wspinać ku mnie.
„Czarna Dama” — przebiegło mi przez myśl najwłaściwsze określenie dla zbliżającej się postaci. Bo okrywała ją czarna długa chusta, a ruchy miała tak lekkie i zgrabne, że wydawało się — jakiś duch bezszelestnie płynie nad ziemią.
Czarna dama dostrzegła ognik mojego papierosa i usłyszałem melodyjny głos:
— Czy to pan, Monsieur la Bagnolette?
— Tak — odpowiedziałem, odrywając plecy od pnia drzewa.
Podała mi do ucałowania ciepłą, małą rękę. Znów poczułem woń owych dziwnych, zachwycających perfum. Poprawiła na głowie czarną chustkę i przez kilka sekund jej jasne włosy błysnęły w mroku zapadającej nocy.
— Przepraszam za spóźnienie — powiedziała śpiewnie. — Najpierw męczyła mnie pytaniami dziennikarka z pisma „Szanuj zieleń”, a potem była kolacja. Na szczęście pan Domini kazał aktorom natychmiast pójść do łóżek, żebyśmy byli wypoczęci do jutrzejszych zdjęć. Reszta towarzystwa pozostała na kolacji. Mogłam niepostrzeżenie wyrwać się tutaj. Ale zimno, prawda?
Zadrżała pod swoją czarną chustą, jakby rzeczywiście było chłodno. A mnie wieczór wydawał się wyjątkowo ciepły.
— Komary brzęczą — poskarżyła się.
— To prawda — zgodziłem się.
Od strony jeziora rzeczywiście nieustannie nadlatywały te krwiożercze potwory zdolne zepsuć nawet najbardziej romantyczne spotkanie.
— Najlepiej będzie, jeśli zabiorę pana do siebie — powiedziała. — Nikt nas nie zauważy, bo znam tylne wejście. Wprowadzę nim pana.
Moja ręka pozostawała w ciepłej dłoni panny Diany, która mimo zapadających ciemności pewnie i szybko prowadziła mnie przez park w stronę pałacu. Nieustannie wdychałem zapach jej perfum — egzotyczny i upajający aż do zawrotu głowy. Gdy znaleźliśmy się tuż obok schodków wiodących na taras, panna D.D. zatrzymała się na chwilę i, zbliżając swoje usta do mego ucha, szepnęła:
— Nigdy nie miałam prawdziwego i bezinteresownego przyjaciela. Ci ludzie tam — wskazała wzrokiem oświetlone okna na parterze — pragną tylko dorobić się majątku na mojej urodzie i talencie. Pan jest inny. Wiele dobrego słyszałam o panu od Waldemara Batury.
— Od niego? — zdumiałem się.
Okazywało się, że Batura każdemu zupełnie co innego opowiadał o mojej osobie. Panu Domini przedstawił mnie jako podejrzanego typa powiązanego ze straszliwym gangiem „Niewidzialnych”. A pannie D.D. — jako człowieka bezinteresownego, romantycznego, wspaniały materiał na przyjaciela.
Mnie zaś ostrzegał przed Dianą Denver, charakteryzując ją jako osobę o wielkich ambicjach i na domiar pełną urojeń. „Ciekawe, co powiedziałby mi o Bajeczce?” — pomyślałem.
— Chcę, abyśmy zostali przyjaciółmi — szepnęła Diana Denver i pogłaskała mnie po policzku.
Z wdzięcznością i ogromnym uczuciem ucałowałem jej dłoń.



Rozdz. IX - Tomasz ucieka po gzymsie

Tuż pod oknem dostrzegłem szeroki na stopę gzyms obiegający piętro pałacu. Gzyms znajdował się na wysokości przynajmniej ośmiu metrów od ziemi, upadek groził śmiercią, w najlepszym zaś razie — połamaniem nóg i rąk. Ale to była jakaś szansa ratunku. Oczywiście mogłem w dalszym ciągu wołać o pomoc. „Lecz czy Simon Templer postąpiłby w ten sposób? — przemknęło mi przez myśl. — Nie. On wylazłby na gzyms i, na podobieństwo muchy przylepionej do ściany, powędrowałby do okna sąsiedniego pokoju, z którego już wyszedłby drzwiami, z radosnym uśmiechem na twarzy”.
Dziesiątki podobnych scen oglądałem w serialu telewizyjnym pod tytułem „Święty”. Należało tylko zdobyć się na odrobinę odwagi i zręczności.
Z trudem przecisnąłem się przez wąskie okienko i sięgnąłem butami gzymsu. Zrobiłem to chyba zbyt gwałtownie, bo jedna z cegieł, być może obluzowana, urwała się i spadła. Na szczęście byłem jeszcze tuż pod oknem i zdołałem uchwycić się drewnianej ramy. Ale najadłem się strachu i aż spociłem z wrażenia.
Podciągnąłem nogę, która obsunęła się po ścianie, i postawiłem ją na cegle tkwiącej mocno w murze. Zdecydowałem, że odtąd będę najpierw sprawdzać czubkiem buta, czy cegła, której zamierzam powierzyć ciężar swego ciała, jest dostatecznie solidna.
Ale dokąd wędrować? W lewo czy w prawo?
Trzymając się ramy okiennej, wsparty nogami na gzymsie, nieco odchyliłem ciało do tyłu i rozejrzałem się wzdłuż muru. Stwierdziłem, że po lewej ręce dzielą mnie od następnego okienka co najmniej dwa metry, a po prawej — dość duże okno znajduje się o półtora metra. Zdecydowałem więc, że zaryzykuję wędrówkę w prawą stronę, a gdy będę już przy tamtym oknie, wybiję szybę i wejdę do pokoju.
Wstrzymałem oddech i, zamknąwszy oczy, spróbowałem zrobić pierwszy krok. Lecz z zamkniętymi oczami nie widziałem szczelin, w które mógłbym wbić palce. To oczy pozwalały wyszukiwać miejsca, gdzie deszcz i mróz osłabiły fugę między cegłami albo ją zgoła wypłukały. Tylko że nie sposób było uniknąć spojrzenia w dół. A wtedy zasychało mi w ustach i serce zaczynało bić gwałtownie...
Czy ktoś z was szedł kiedyś na wysokości ośmiu metrów, mając pod nogami występ o szerokości stopy? Nie? I bardzo dobrze. Ja też chyba drugi raz nie zaryzykowałbym czegoś podobnego, choć podobne sytuacje dość często pokazują w wielu filmach. Ale jak mi potem wyjaśnił Templer, przy tego typu zdjęciach rozpina się siatkę ochronną, upadek nie grozi nawet skaleczeniem.
Wydawało się, że okno, do którego zmierzam, znajduje się niemal na wyciągnięcie ręki. A przecież, gdy wyciągałem rękę, wciąż trafiałem na mur, a nie na drewnianą ramę okna. Ta wędrówka była tak długa i mozolna, jakby przyszło mi przebywać kilometry. Jeden malutki kroczek po gzymsie i już bolą palce wbite w szczelinę muru, a człowieka ogarnia dziwne uczucie słabości. Ręce drętwieją, nogi drżą, w piersiach brak tchu.
Jeszcze jeden niewielki krok... Kawałek cegły ukruszył się i runął w dół. Przestraszyłem się i, przylepiony do ściany, długą chwilę uspokajałem łomot serca. Potem postawiłem nogę nieco dalej i zaryzykowałem przerzucenie na nią całego ciężaru ciała. Ta cegła tkwiła mocno w murze, nabrałem znowu odwagi. Odkryłem dość głęboką szczelinę, wcisnąłem w nią palce lewej ręki, a potem po omacku przesunąłem po ścianie prawą dłoń. I wtedy nareszcie wyczułem framugę upragnionego okna.
Odtąd wszystko poszło szybko i łatwo. Znowu dałem mały krok, mocniej chwyciłem się drewnianej ramy. Ale teraz nowy kłopot. Czym wybić szybę? Pięścią, żeby sobie poprzecinać żyły? Najlepiej butem, lecz jak zdjąć z nogi but, gdy się balansuje na wąskim gzymsie, osiem metrów nad ziemią?...
W tym momencie za szybą rozbłysło światło. Ujrzałem dość duży pokój, umywalkę za parawanem, tapczan i... Simona Templera w pasiastej pidżamie. Zapewne zaniepokoił go szmer za oknem, zapalił więc nocną lampkę, wsunął stopy w pantofle i teraz szedł w moją stronę.
Zapukałem palcem w szybę. Zaintrygowany otworzył okno.
— Co pan tu robi? — zapytał uprzejmie.
_________________
Ostatnio zmieniony przez Szara Sowa 2017-01-04, 09:20, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-01-04, 17:55:37   Re: Ulubione sceny - PS i Złota Rękawica

Nietajenko napisał/a:
Czy ktoś wywoływał żeglarza do tablicy? ;-) Jestem, jestem i biorę się do roboty.

A już myślałam, że nie doczytałeś. ;-)
Super.
:564:
_________________
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-02-04, 22:53:46   

No i jak tam z kolejnymi rozdziałami? :)
_________________
 
 
Nietajenko 
Moderator



Pomógł: 18 razy
Wiek: 39
Dołączył: 25 Lip 2011
Posty: 10388
Skąd: Olsztyn
Wysłany: 2017-02-08, 09:14:22   

Berta von S. napisał/a:
No i jak tam z kolejnymi rozdziałami? :)

Z zabyłem troszku. Postaram się jednak poprawić. :)
_________________
Grunt się nie przejmować i mieć wygodne buty

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Strona wygenerowana w 0,38 sekundy. Zapytań do SQL: 11