PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj


Poprzedni temat :: Następny temat
[Ankieta] Ulubione sceny - Człowiek z UFO

Twoja ulubiona scena z tomu "Pan Samochodzik i człowiek z UFO"
01. Zjawienie się Florentyny
3%
 3%  [ 1 ]
02. Skandal podczas zjazdu muzealników
0%
 0%  [ 0 ]
03. Po wodzie sodowej nie rozjaśnia się w głowie
3%
 3%  [ 1 ]
04. Najtańszy drink
6%
 6%  [ 2 ]
05. Prawdziwy hombre
3%
 3%  [ 1 ]
06. Dawson kaptuje Tomasza
3%
 3%  [ 1 ]
07. Podarunek za podarunek
3%
 3%  [ 1 ]
08. Archeologia i podróże w czasie
3%
 3%  [ 1 ]
09. Misja człowieka z UFO
0%
 0%  [ 0 ]
10. Sukienki, spódniczki i ufolodzy
0%
 0%  [ 0 ]
11. Inna strona duszy Florentyny po raz pierwszy
0%
 0%  [ 0 ]
12. Ucieczka z lotniska
0%
 0%  [ 0 ]
13. Pacjenci doktora Alvareza
10%
 10%  [ 3 ]
14. Życie małżeńskie Tomasza
10%
 10%  [ 3 ]
15. Grzechotnik
3%
 3%  [ 1 ]
16. Kaprysy Tomasza
0%
 0%  [ 0 ]
17. Fałszywy Robin
0%
 0%  [ 0 ]
18. Postać prawdziwego Robina
3%
 3%  [ 1 ]
19. Wymarłe miasto
3%
 3%  [ 1 ]
20. Poszukiwacze skarbów; moc Robina
3%
 3%  [ 1 ]
21. Inna strona duszy Florentyny po raz drugi
0%
 0%  [ 0 ]
22. Audiencja Casanovy u don Gabriela
3%
 3%  [ 1 ]
23. Psychodeliczne biuro podróży; telepatia
0%
 0%  [ 0 ]
24. Tomasz udaje idiotę
0%
 0%  [ 0 ]
25. Pogłoska o tajemniczej dźwigni wprawia gang w konsternację
0%
 0%  [ 0 ]
26. Figle niewidzialności
3%
 3%  [ 1 ]
27. Niewidzialność, telekineza i panika na wyspie
10%
 10%  [ 3 ]
28. Kulminacja w skarbcu
6%
 6%  [ 2 ]
29. Robin
16%
 16%  [ 5 ]
Głosowań: 8
Wszystkich Głosów: 30

Autor Wiadomość
Kynokephalos 
Moderator
Vice Przewod. Kapituły Samochodzikowa Książka Roku



Pomógł: 24 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 3752
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2016-12-24, 12:42:36   [Ankieta] Ulubione sceny - Człowiek z UFO

EDIT 1.1.2017
Uporządkowana chronologicznie lista scen z książki "Pan Samochodzik i człowiek z UFO" zgłoszonych do ankiety:


01. Zjawienie się Florentyny (prolog)

(...) do mojego pokoju w Ministerstwie wniesiono nagle drugie biurko. W ślad za nim zjawiła się dziwna osoba. Z początku nie wiedziałem, czy to kobieta, czy mężczyzna, bo miała krótko przycięte włosy, zmierzwione i przypominające ptasie gniazdo. Nosiła ta osoba spodnie i coś w rodzaju luźnej, wełnianej tuniki zrobionej na drutach, podobnej do worka na pszenicę. Na jej szyi wisiał przedziwny naszyjnik — na grubym łańcuszku kołysały się drewniane klocki zupełnie takie same, jakimi kiedyś bawiłem się w przedszkolu. Ile ta osoba mogła mieć lat? — dwadzieścia osiem? czterdzieści? sześćdziesiąt? Tak na dobrą sprawę widziałem tylko jasną cerę policzków, mocno zaciśnięte usta oraz wyraźnie zarysowany podbródek bez zarostu.
— Czego pan lub pani sobie życzy? — zwróciłem się do niej uprzejmie.
— To pan o mnie nic nie wie? — zdumiała się owa osoba głosem kobiecym i miłym dla ucha. — Jestem Florentyna, pańska sekretarka.
Przerażenie odebrało mi głos. (...) Bez słowa wyszedłem z pokoju i udałem się do swego zwierzchnika.
(...)
— Kim ona jest? — zapytałem grzecznie.
Marczak bezradnie rozłożył ręce.
— Nie wiem, panie Tomaszu. Minister wezwał mnie do siebie i powiedział jak do przyjaciela: „Prowadzisz ożywioną korespondencję z muzeami na całym świecie, wyjeżdżasz wkrótce do Bogoty, aby wygłosić referat. Panna Florentyna zna doskonale dziesięć języków. Taka osoba będzie ci bardzo potrzebna, choćby z tego względu, że referat należy przełożyć na kilka języków”. Odrzekłem ministrowi, że mogą to zrobić wynajęci tłumacze. Ale on znowu rzekł do mnie jak do przyjaciela: „Ta pani pracowała najpierw w Ministerstwie Przemysłu Ciężkiego, ale z jakichś tajemniczych względów wkrótce jej wymówiono. Potem zatrudniono ją w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Niestety, jest osobą pozbawioną jakichkolwiek umiejętności dyplomatycznych i narobiła im mnóstwo kłopotów. Zadzwonili do mnie z Ministerstwa Spraw Zagranicznych (a wiesz, że musimy się z nimi liczyć) i poprosili, abym znalazł dla niej u nas jakąś pracę”.
(...)
Z ciężkim sercem wróciłem do swojego pokoju,(...)
— Przepraszam panią, ale jakie języki pani zna? — zapytałem.
— Angielski, niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, portugalski, rosyjski, holenderski, grecki, duński. Mogę także dość swobodnie rozmawiać po japońsku,
w języku suahili oraz papiamento.
— Papiamento? — pomyślałem, że żartuje sobie ze mnie.
Lecz ona odparła z powagą:
— Papiamento jest językiem używanym przez ludność zamieszkującą Antyle Holenderskie. To mieszanina holenderskiego, hiszpańskiego, portugalskiego, francuskiego oraz języków afrykańskich. Znam również trochę...
— Nie, nie, dosyć — oświadczyłem błagalnie.



02. Skandal podczas zjazdu muzealników (rozdział 1)

Skandal ów nastąpił podczas Międzynarodowego Zjazdu Muzealników, który odbywał się w Bogocie i poświęcony był sprawie zabezpieczenia muzeów przed coraz bardziej rozprzestrzeniającą się plagą włamań. Trzeciego dnia obrad, późnym wieczorem, gdy na mównicy w sali konferencyjnej hotelu Hilton znalazł się przedstawiciel firmy „Wilson and Company”, specjalizującej się w systemach alarmowych, na salę dotarła wiadomość, że przed półgodziną grupa zamaskowanych włamywaczy uśpiła strażników, sforsowała idealny system alarmowy firmy „Wilson and Company” i zrabowała najcenniejsze eksponaty z magazynów słynnego na całym świecie Muzeum Złota w Bogocie. Wiadomość tę przyniósł inspektor policji don Salazar Esponoza. Niespodziewanie wszedł na salę konferencyjną, wskoczył na podium, dość szorstkim gestem odsunął z mównicy przedstawiciela firmy „Wilson and Company” i podniesionym głosem, z żywą gestykulacją właściwą Latynosom, powiadomił nas o włamaniu i kradzieży.
Tego, co się potem stało na sali konferencyjnej, po prostu nie potrafię opisać. Przedstawiciel firmy „Wilson and Company” zemdlony osunął się na podłogę, muzealnicy — szacowni przecież i godni panowie — poderwali się ze swych miejsc i zasypali inspektora setkami pytań, co spowodowało, że można było ogłuchnąć od wrzasku. Na własne oczy widziałem, jak dyrektor Luwru szarpał sobie włosy na głowie, przerażony, że podobna historia może się zdarzyć również i w Paryżu, a dyrektor British Museum, chłodny Anglik z nieodłączną fajką w zębach, upuścił tę fajkę na ziemię i, co gorsza, sam ją potem przydeptał i złamał. Nie będzie przesady, jeśli stwierdzę, że wszyscy zachowali się tak, jak gdyby na chwilę potracili zmysły. Nie będzie przesady, jeśli dodam, że jedynie dwaj ludzie pozostali spokojni: dyrektor Marczak i ja, jego urzędnik do specjalnych poruczeń. Siedzieliśmy spokojnie właśnie dlatego, że wczoraj na tej samej sali konferencyjnej dyrektor Marczak wygłosił referat, w którym staraliśmy się przekonać zebranych muzealników z całego świata, że stosowanie coraz doskonalszych systemów alarmowych nie ma sensu, gdyż jednocześnie doskonalą się sposoby włamań. To, co się wydarzyło, potwierdziło naszą tezę.



03. Po wodzie sodowej nie rozjaśnia się w głowie (rozdział 1)

Pogrzebałem w kieszeni marynarki i wyjąłem z niej garść pesos.
— Gdyby tak pan dyrektor pożyczył mi kilka pesos... — zaproponowałem nieśmiało.
— A na co one panu? Teraz, po nocy...
— Na dole jest bar czynny do trzeciej nad ranem. Myślę, że powinienem tam wypić kieliszek brandy.
— Co takiego? — szczerze oburzył się Marczak. — Przecież pan jest abstynentem. Zawsze stawiałem pana za wzór innym pracownikom.
Skruszony opuściłem głowę na piersi i wyjaśniłem:
— Ostatnio przeczytałem w pewnej powieści cieszącej się ogromnym powodzeniem u czytelników, że bohater, również detektyw, gdy tylko miał kłopoty, wypijał kieliszek brandy i potem na chwilę rozjaśniało mu się w głowie.
— I to za moje pesos? Za te kilka pesos, które zaoszczędziłem z naszych diet, żeby kupić pamiątkę z Kolumbii? Czy pańskie pesos na ten cel nie wystarczą? — spytał poirytowany dyrektor.
— Mieszkamy w hotelu Hilton — przypomniałem Marczakowi. — To najdroższy hotel w Bogocie. Obawiam się, że ceny w barze są odpowiednio wysokie. Co będzie, jeśli zamówię brandy i zabraknie mi pieniędzy? Chyba pan nie chce, abym naraził na szwank dobre imię Centralnego Zarządu Muzeów?
— Tak, tak, oczywiście. Przenigdy nie wolno nam się kompromitować — pośpiesznie zgodził się ze mną Marczak.
— Da mi więc pan kilka pesos?
Marczak zastanowił się.
— A może zamówi pan tylko wodę sodową? — zaproponował.
— Po wodzie sodowej nie rozjaśnia się w głowie...
Marczak ciężko westchnął, pogrzebał w kieszeni i wreszcie wręczył mi monetę — pięćdziesiąt centavos, coś w rodzaju pięćdziesięciu groszy. Czyniąc zaś ten wspaniałomyślny gest, nie omieszkał głośno zastanowić się:
— Nie jestem pewien, czy nie łamię przepisów. Nie dano nam tych skromnych diet na alkohol.



04. Najtańszy drink (rozdział 1)

(...) barman raptownie ożywił się, zrobił zapraszający gest ręką i uśmiechnął się szeroko. W moim kierunku obróciła się także samotna dama — przepiękna, młoda Mulatka. Przypomniałem sobie, że widziałem ją na naszej konferencji, jej uroda zrobiła na mnie niezwykłe wrażenie. A że zawsze miałem upodobanie do pięknych kobiet, tedy nieco nonszalanckim krokiem skierowałem się do stołu barowego i zasiadłem na wysokim stołku. Barman wytwornym gestem podał mi kolorową kartę coctaili, win i wódek. Skierowałem wzrok jedynie na ceny i wybrałem, rzecz jasna, trunek najtańszy. Gdy, składając kartę jak skrzydła kolorowego motyla, wymieniłem jego nazwę (trudną zresztą do wymówienia i zapamiętania), barman lekko uniósł do góry brwi, jak gdyby nie potrafiąc pohamować zdumienia. A jednak z powagą postawił przede mną malutkie naczynie wypełnione... pieprzem.


05. Prawdziwy hombre (rozdział 1)

— Dziękuje, seńora — odrzekłem grzecznie, jeszcze raz przyjmując kartę i wczytując się w nią już bardzo dokładnie.
— Seńorina — poprawiła mnie. — Seńorina Leticia.
Dowiedziałem się, że jest panną i przy okazji poznałem jej imię. Nie pozostało mi więc nic innego, jak rozstać się z kartą alkoholi, zeskoczyć ze stołka, przedstawić się, pocałować ją w rękę, a dopiero potem znowu wdrapać się na stołek i kontynuować studia nad cenami trunków. (...) Panna Leticia uśmiechnęła się do mnie jeszcze promienniej i oświadczyła z głębokim przekonaniem:
— Wysłuchałam wczoraj referatu polskiej delegacji. Zamiast napędzać pieniądze do kas firm produkujących systemy alarmowe, zalecaliście zgromadzenie międzynarodowego funduszu na walkę z gangami rabusiów dzieł sztuki. To, co się wydarzyło w Muzeum Złota, udowodniło, że mieliście całkowitą rację.
Mój Boże, któż z nas nie jest łasy na pochlebstwa. Tym bardziej gdy słyszy je z ust pięknej kobiety. Bo panna Leticia była naprawdę osobą o niezwykłej urodzie. Miała smagłą, delikatną cerę, pełne usta, czarne, gęste włosy ufryzowane na modne „afro” i ogromne, czarne oczy w oprawie długich, ciemnych rzęs (o takich oczach pisze się w powieściach, że są aksamitne). (...)
— Pani jest bardzo uprzejma — odpowiedziałem. — Nasz referat był wynikiem wielu przemyśleń, a także doświadczeń. Kiedyś udało się nam rozbić gang „Niewidzialnych” i potem przez jakiś czas był spokój z włamaniami do muzeów.
— Zdaje się, że czytałam o tym nawet w naszych kolumbijskich gazetach — oświadczyła seńorina Leticia, kładąc na kontuarze stołu barowego swoją malutką, czarną torebkę. — O ile pamiętam, dość poważną rolę odegrał w tej sprawie pewien detektyw o bardzo zabawnym pseudonimie „Pan Samochodzik”.
— To właśnie ja — skłoniłem się uprzejmie, pełen pychy. — We Francji nazywają mnie „Monsieur la Bagnolette”. W Czechach „Pan Autak”, w Słowacji „Pan Tragacik”. Po polsku zaś „Pan Samochodzik”.
— A po hiszpańsku — klasnęła radośnie w dłonie — po hiszpańsku będzie „El Seńor Cochecito”. Mój Boże, tak sławny człowiek siedzi w moim towarzystwie i pije tylko gin z tonikiem. Barman, proszę o jakiś bardziej wyszukany trunek.
— O nie, seńorina — zaprotestowałem stanowczo. — Ja piję tylko tonik. Gin zamówiłem wyłącznie po to, aby nie zrobić przykrości barmanowi.
Wyglądała na niezwykle zainteresowaną moją osobą. Schlebiałem sobie, że moja aparycja, a nie fakt rozbicia gangu „Niewidzialnych”, tak wielkie uczyniła na niej wrażenie. Poufale położyła dłoń na mojej ręce i zapytała:
— Jak pan sądzi, don Thomas, kto dokonał włamania do Muzeum Złota? Czy zrobiła to grupa tutejszych włamywaczy, czy jakiś międzynarodowy gang?
— Nie znam szczegółów, seńorina. Ale skoro Muzeum posiadało system alarmowy firmy „Wilson and Company”, to nie mogli go sforsować zwykli amatorzy. Sądzę, że międzynarodowy gang „Niewidzialnych” zdołał się zorganizować na nowo po klęsce, jaką mu zadaliśmy. W Europie jeszcze boją się działać, bo ocalałych z pogromu członków gangu „Niewidzialnych” wciąż ma na oku inspektor Raymond Connor i jego specjalna brygada ze Scotland Yardu, dlatego prawdopodobnie przerzucili się na inne kontynenty, przede wszystkim do Ameryki Południowej.
— Sądzi pan, że naszej policji uda się odzyskać skradzione eksponaty?
— Nie znam umiejętności kolumbijskiej policji, seńorina. Być może znajdują się w jej szeregach znakomici fachowcy. Rzecz jednak w tym, że jeśli owego zuchwałego rabunku dokonali „Niewidzialni”, to bezcenne zabytki muzealne są już w tej chwili poza granicami Kolumbii. Myślę, że tak silny gang rozbić można tylko przy współpracy policji całego świata, a raczej specjalnie powołanej do tego celu międzynarodowej brygady. Na utworzenie czegoś takiego trzeba mnóstwo pieniędzy. A tak się, niestety, składa, seńorina, że świat współczesny stać na kolosalne zbrojenia, a brakuje pieniędzy na walkę z handlarzami narkotyków i złodziejami dzieł sztuki.
W tym momencie w drzwiach baru pokazała się panna Florentyna ubrana w swą tunikę i okropny naszyjnik. Jednym rzutem oka objęła wnętrze baru, a potem jak pantera rzuciła się w naszym kierunku i położyła dłoń na torebce seńoriny Leticii.
— Na Boga, panie Tomaszu — jęknęła. — Czy pan nie widzi, że w tej torebce jest ukryty mały magnetofon, który nagrywa pańskie słowa?
Seńorina Leticia zrozumiała, że została zdemaskowana. Zdjęła swoją dłoń z mojej ręki, wyrwała torebkę pannie Florentynie i szybkim krokiem skierowała się do drzwi baru. Zanim zniknęła mi z oczu, odwróciła się i posyłając mi uśmiech, zawołała:
— Do zobaczenia, amigo!
Po pannie Leticii pozostał na kontuarze nie dopity kieliszek coctailu. A ponieważ nie widziałem, aby za niego płaciła, pomyślałem ze strachem, że na mnie spadnie obowiązek uiszczenia podwójnego rachunku.
— Czy mam zapłacić również za tę panią? — z drżeniem w głosie zapytałem barmana.
— O nie, seńor. Ta pani ma u nas otwarty, nieograniczony kredyt.
— Kim ona jest, u licha? — zapytałem.
— Nie mam pojęcia, seńor. Barmana nie interesują takie sprawy. Wiem tylko, że pan jest prawdziwy hombre.
Nie znałem hiszpańskiego, ale wiedziałem, że hombre oznacza stuprocentowego, twardego, odważnego mężczyznę.
— Hombre? — zdumiałem się.
— A tak — skinął głową, rozejrzał się po barze, jak gdyby upewniając się, że oprócz naszej trójki nie ma nikogo obcego, i dodał szeptem: — Z tą seńoriną mało kto odważy się rozmawiać. Wszyscy goście jej unikają. Mówią, że to niebezpieczna kobieta. A pan zachował się jak prawdziwy hombre i długo z nią rozmawiał.



06. Dawson kaptuje Tomasza (rozdział 2)

— Wydaje mi się, że powinienem panu powiedzieć coś więcej o sobie. (...) Wspomniałem, że jestem Anglikiem i nazywam się Ralf Dawson. Od prawie dziesięciu lat przebywam na terenie Kolumbii, mieszkam pięćdziesiąt kilometrów od Bogoty w pięknym parku otoczonym wysokim murem. W tym parku znajduje się czterdzieści luksusowo urządzonych pawilonów, a ściślej, maleńkich domków, gdzie pod staranną opieką doktora Rodrigo Alvareza, znakomitego psychiatry i psychoanalityka, przebywa wiele bardzo zamożnych osób. Nie jest to jednak szpital dla wariatów w ścisłym tego słowa znaczeniu. Raczej sanatorium dla ludzi znerwicowanych, odrobinę niezrównoważonych. Każdy z nas ma własny domek, może spotykać się z innymi pacjentami lub ich unikać, korzystamy ze wspaniałej biblioteki, prenumerujemy czasopisma, mamy basen pływacki i kort tenisowy. Niektórzy z nas, jak na przykład ja, zaliczani do osób nieszkodliwych dla otoczenia, otrzymują przepustki na krótkie podróże. Mamy prawo przyjechać do Bogoty i zamieszkać w hotelu albo nawet odbyć dalszą podróż, aby odwiedzić krewnych, znajomych, przyjaciół.
„On nie jest znerwicowany — pomyślałem. — Ten człowiek ma nerwy jak powrozy”.
— Jak pan zdążył zapewne wywnioskować z moich słów, należę do ludzi zamożnych. Jestem jeszcze młodym i pełnym życia człowiekiem, niechże się więc pan nie dziwi, że monotonne życie w zakładzie doktora Alvareza już mi się nieco znudziło. Dziś rano przeczytałem w gazetach o włamaniu do Muzeum Złota i zapoznałem się z wywiadem, jaki z panem przeprowadziła dziennikarka z „Wiadomości Bogoty”. Pomyślałem: „A gdybym tak zajął się sprawą odzyskania owych unikatowych zbiorów, wykorzystując do tego celu najlepszych detektywów? Czy nie byłoby to jakimś nowym elementem w moim monotonnym życiu, wspaniałą przygodą, która być może stanowiłaby nawet lekarstwo na moją nerwicę?” Zwierzyłem się ze swych myśli doktorowi Alvarezowi i on przyznał mi rację. „To będzie dla pana znakomita terapia” — stwierdził. Udzielił mi zezwolenia na wyjazd do Bogoty i oto jestem tutaj, siedzę przed panem. I jednocześnie składam propozycję: czy zechce pan, za odpowiednio wysokie wynagrodzenie, które zresztą sam pan ustali, współpracować ze mną w sprawie odzyskania zbiorów z magazynów Muzeum Złota?
Odpowiedziałem:
— Ależ to nonsens. Taka sprawa wymaga działania setek specjalistów, i to na całym świecie.
Uśmiechnął się wyrozumiale:
— Jestem zdania, że nie setki policjantów, ale właśnie kilka osób, nawet dwie, pan i ja, mając do dyspozycji poważne środki finansowe, prędzej i skuteczniej trafi do celu. Nic zresztą nie stoi na przeszkodzie, aby korzystać z informacji policjantów. To przecież tylko kwestia odpowiedniej sumy pieniędzy. Co się zaś tyczy pana osoby, właśnie przed chwilą boy hotelowy przyniósł mi z tutejszej prywatnej agencji detektywistycznej wycinki z gazet dotyczące pana działalności. Wystarczyło mi rzucić na nie okiem, aby się upewnić, że pan jest człowiekiem, którego potrzebuję.
Przecząco pokręciłem głową:
— Niestety, pracuję w polskim Ministerstwie Kultury i Sztuki, przyjechałem tutaj jedynie na międzynarodową konferencję. Muszę wracać do kraju, gdzie czeka mnie wiele pracy.
— Otrzyma pan takie honorarium, jakiego sobie pan zażyczy.
— Nie jestem człowiekiem zamożnym. śyję bardzo skromnie. Ale nie należę także do ludzi, o których można powiedzieć, że są „do wynajęcia”.
— A jednak przed kilkoma laty pracował pan we Francji na prywatne zlecenie i wygrał pan walkę z tak zwanym Fantomasem. Wzmiankę o tym znalazłem w jednym z wycinków prasowych.
— To prawda. Uczyniłem to jednak tylko w ramach swego urlopu, i to nie za pieniądze, ale na prośbę pewnej kobiety, z którą się przyjaźnię. Przykro mi, że muszę panu odmówić.
— Może teraz również mógłby wziąć pan urlop? Porozmawiam o tym z panem Marczakiem...
— Niech pan tego nie robi. Nie udzieli takiej zgody, nie ma do tego prawa.
— Rozumiem — znowu uśmiechnął się przyjaźnie. — Zresztą takiej właśnie odmownej odpowiedzi od pana oczekiwałem. Przekonuję się jeszcze raz, że jest pan właściwym człowiekiem.
Zdziwiła mnie jego reakcja. Nie złościł się z powodu mojej odmowy, nie nakłaniał powtórnie, ale zachowywał się jeszcze bardziej przyjaźnie i życzliwie. Bacznie patrzył na mnie swoimi szarymi oczyma i jak gdyby czytając w moich myślach, powiedział:
— Nie obrażam się na pana i nie gniewa mnie pańska odmowa, ponieważ wiem to, o czym pan jeszcze nie wie, a co stanie się dziś wieczorem na waszej konferencji. Dlatego wierzę, że sprawa naszej współpracy stanie się znowu aktualna.
— To wykluczone. Nie będę nigdy pracował prywatnie — oświadczyłem wstając z fotela.
— Radzę wystrzegać się mówienia słowa „zawsze” oraz słowa „nigdy” — zaznaczył, również wstając z fotela. — Myślę, że spotkamy się wkrótce w nieco innych okolicznościach. A co do mojej choroby, wyjawię panu to, co powiedziałby panu doktor Alvarez, gdyby nie obowiązywała go tajemnica lekarska. Otóż od czasu do czasu wydaje mi się, że jestem człowiekiem, który tu przybył z UFO, czyli, jak się to mówi, z Niezidentyfikowanego Obiektu Latającego. I co gorsza, czasami mam uczucie, że potrafię czytać w cudzych myślach albo robić coś, czego żaden inny człowiek zrobić nie potrafi. Ot, na przykład, spowodować, żeby nagle rozdzwonił się aparat telefoniczny, który stoi pod oknem.
W tym momencie uśmiech zniknął z jego ust. Zaczął z napięciem wpatrywać się w aparat telefoniczny.
Twarz mu jakby stężała, a skóra na policzkach naprężyła się.
I aparat rozdzwonił się ostro, gwałtownie...
Nie bawiły mnie takie sztuczki. Ukłoniłem się i rzekłem chłodno:
— Oprócz mnie i dyrektora Marczaka przebywa w Bogocie panna Florentyna. Ta kobieta jest podobno wielką znawczynią spraw UFO. Wydaje mi się, że znajdzie pan w niej interesującą rozmówczynię, a kto wie, może także i przyszłego współpracownika. Proszę się nie zrażać faktem, że chodzi w przedziwnej szydełkowej tunice i nosi naszyjnik z ogromnych klocków...
Opuściłem pokój Dawsona przekonany, że miałem jednak do czynienia z chorym nerwowo człowiekiem.



07. Podarunek za podarunek (rozdział 3)

(...) tuż za rogiem ujrzałem trzech mężczyzn siedzących w kucki pod ślepą ścianą jakiegoś domu. Mieli na sobie ciepłe ruany, szerokoskrzydłe kapelusze nasunięte na oczy, każdy z nich nosił ogromną maczetę. Wyglądali na strudzonych wędrowców, których nie stać na miejsce w hotelu i dlatego drzemią na ulicy.
Odgłos moich kroków zbudził jednego z nich. Leniwie wstał ze swojego miejsca, wyprostował się i zatrzymał mnie cichym okrzykiem:
— Amigo!
Zrobił dwa kroki w moim kierunku. Rysów jego twarzy nie potrafiłem rozróżnić z powodu mroku. Pamiętam, że miał dużą, czarną brodę. Nagle poczułem w dłoni coś ciężkiego. Brodacz włożył w moją rękę nanizane na sznurek gliniane paciorki, chyba ornamentowane, co wyczuwałem koniuszkami palców.
— Weź to, amigo — odezwał się łamaną angielszczyzną. — To prawdziwy skarb, prosto z indiańskiego grobu. Weź ten podarunek od przyjaciół.
Mówił prawdę. Naszyjnik chyba dopiero został wyjęty z indiańskiego grobu. Gliniane kulki jeszcze oblepiał piasek. Domyśliłem się, z kim mam do czynienia. Przewodnik opowiadał mi o pladze poszukiwaczy skarbów. Nocami penetrują oni tereny wykopalisk i ogarnięci myślą o wzbogaceniu się, odsprzedają za bezcen, przeważnie cudzoziemcom, amerykańskim gringo. Przewodnik ostrzegał nas przed nimi, określając ich jako „niebezpiecznych ludzi”. I tak oto znalazłem się oko w oko z owymi poszukiwaczami i miałem przyjąć ich podarunek — naszyjnik wydobyty z indiańskiego grobowca.
— Nie chcę waszego podarunku — oświadczyłem po angielsku, starając się oddać brodaczowi naszyjnik.
On jednak nie chciał go przyjąć.
— No, seńor. Podarunku nie wolno zwracać — powiedział stanowczo. — Jeśli ktoś zwraca podarunek, to obraża tego, kto go daje. A na obrazę odpowiada się nożem.
Co miałem uczynić? Rzucić im naszyjnik pod nogi i uciekać do hotelu? A może raczej należało przyjąć podarunek, a jutro rano przekazać naszyjnik dyrekcji Parku Archeologicznego, aby trafił do zbiorów muzealnych?
— Si, seńor. Gracias — rzekłem po hiszpańsku i schowałem naszyjnik do kieszeni.
Chciałem obrócić się na pięcie i odejść do hotelu, ale brodacz chwycił mnie za ramię i zatrzymał w miejscu.
— Seńor — odezwał się uprzejmie, z trudem dobierając angielskie słowa. — Ty dostałeś podarunek od przyjaciół i teraz daj podarunek swoim przyjaciołom. Tak wypada postąpić. Podarunek za podarunek.
— Czego chcecie? — odezwałem się zniecierpliwiony. Zrozumiałem bowiem, że to nie był z ich strony żaden podarunek, a po prostu w tej formie postanowili mi sprzedać naszyjnik.
— Ty nam podaruj pięćdziesiąt dolarów — usłyszałem.
Wzruszyłem ramionami i wyciągnąłem z kieszeni naszyjnik.
— Nie mam pięćdziesięciu dolarów. Nie mam ani jednego dolara — oświadczyłem.
— Nie kłam — rzekł groźnie brodacz. — Ty jesteś gringo. Każdy gringo ma dużo dolarów.
Zacząłem mu tłumaczyć, że nie jestem amerykańskim cudzoziemcem, ale cudzoziemcem z Polski, bez dolarów. Nie słuchał mnie albo nie rozumiał tego, co do niego mówię.
— Pięćdziesiąt dolarów — powtarzał coraz natarczywiej i groźniej. Dwóch drzemiących pod ścianą mężczyzn nagle wstało, otoczyli mnie i wyciągnęli z pochew swoje maczety.
— Weźcie swój podarunek. Nie mam ani jednego dolara. — Otworzyłem swój portfel pokazując im, że nie posiadam żadnego banknotu.
— Przyjąłeś podarunek. I ty nam daj podarunek — brodacz wyciągnął z pochwy swoją maczetę.
Sytuacja była naprawdę groźna. Ton głosu brodacza stawał się coraz bardziej gniewny, a koniec jego maczety znajdował się coraz bliżej mego gardła. I poczułem strach, bo pojąłem, że być może zginę w ciemnej uliczce San Augustin, i to z powodu zwykłego nieporozumienia. Uciekać? Spróbować któregoś z chwytów dżudo albo karate? Poprzewracać ich i wziąć nogi za pas? Nie, to było niemożliwe. Mieli w rękach gołe maczety i obstąpili mnie ze wszystkich stron. Przy tym uważnie śledzili każdy mój ruch. Gdybym tylko spróbował przewrócić jednego, dwóch pozostałych przebiłoby mnie swymi maczetami.
I raptem, gdy już byłem niemal pewien, że zginę w ciemnej uliczce San Augustin — ktoś bezszelestnie jak kot wyszedł zza rogu domu. Usłyszałem znajomy głos, który powiedział coś ostro po hiszpańsku.
Ralf Dawson stał o trzy kroki od nas i rozkazująco przemawiał do bandytów. Lecz oni tylko przez krótką chwilę byli zaskoczeni jego bezszelestnym pojawieniem się. Brodacz krzyknął do swoich kompanów, ci zaś podnieśli do góry maczety i rzucili się na Dawsona.
I oto stała się rzecz zadziwiająca. Dawson cofnął się dwa kroki, objął spojrzeniem nacierających nań bandytów, którym nagle wyleciały z rąk maczety i z głośnym brzękiem upadły na bruk ulicy. Przez krótki moment stali jak sparaliżowani, a ich twarze zdawały się wyrażać jakieś przedziwne cierpienie. Potem brodacz wrzasnął przeraźliwie i wszyscy trzej rzucili się do ucieczki, znikając w mroku ulicy i pozostawiając broń na bruku.



08. Archeologia i podróże w czasie (rozdział 4)

Usiadłem na kamiennej krawędzi tajemniczego basenu i zasłuchany w szmer strumienia, mrużąc oczy od iskrzących się w słońcu kropel wody, pogrążyłem się w rozmyślaniach o zagadkowym ludzie zamieszkującym płaskowyż San Augustin. Pozostali uczestnicy wycieczki już stąd odeszli, aby w niedalekim, indiańskim szałasie zjeść przygotowaną dla nas kolację. Ale ja nie miałem ochoty na jedzenie. Wybrałem chwilę samotności i zadumy.
Nie zauważyłem, kiedy koło mnie znowu, niemal bezszelestnie, jakby i jego wyczarowała pełna rzeźb skała, pojawił się Ralf Dawson.
— Zastanawia się pan nad zagadkami San Augustin? — zaczął rozmowę, siadając tuż koło mnie na kamiennym obrzeżu basenu. — Myślę, że obecne metody prac wykopaliskowych, niestety, nie dadzą szybko odpowiedzi na nękające pana pytania. Odkopuje się z piasku kamienne figury, otwiera stare groby i zastanawia, do czego służył włożony tam przedmiot. Dlaczego pomalowano go na kolor czerwony, czarny lub żółty. Odpowiedź jest zawsze wątpliwa, jak to się mówi, hipotetyczna. Co innego, gdyby tak można było wsiąść do szklanej kuli, która, jak słynny „wehikuł czasu” Wellsa, przeniosłaby naukowców w dowolny czas, w dowolny rok. Przez przezroczyste ściany szklanej kuli można by obserwować życie ludzkie w dawnych wiekach, na przykład obyczaje mieszkańców San Augustin w piątym wieku przed naszą erą albo w wieku dziesiątym naszej ery. I choć nie mogliby owi naukowcy porozumiewać się z ludźmi z innego czasu, to przecież pełnię wiedzy o przeszłości dałaby im już sama obserwacja. Archeolodzy w przezroczystej kuli widzieliby nie tylko, w jaki sposób rzeźbi się posągi w San Augustin oraz transportuje w różne miejsca, ale po jakimś czasie domyśliliby się, po co to robiono.
— To piękne, ale nieprawdopodobne — odparłem.



09. Misja człowieka z UFO (rozdział 4)

— Pewnego razu kiedy szklane kule archeologów z Przyszłości nie były jeszcze tak doskonałe jak budowane później, zdecydowali się oni wyruszyć na wyprawę w tysiąc dziewięćset ósmy rok naszej ery. I stało się nieszczęście, nastąpiła awaria maszyny. Pierwszy wybuch zaobserwowano nad Kolumbią, wehikuł zmienił trajektorię lotu i skierował się w stronę bieguna północnego. Potem nastąpił drugi wybuch i wspaniała kula uległa całkowitemu zniszczeniu, a skutki tego były tak straszne jak wybuch bomby atomowej. Stało się to w bezludnych okolicach, nad rzeką Mała Tunguska na Syberii. I do tej pory wielu współczesnych panu naukowców zastanawia się, co też wydarzyło się w tysiąc dziewięćset ósmym roku nad Małą Tunguską. Czy nastąpił tam upadek ogromnego meteorytu, czy też zderzyła się z Ziemią jakaś kometa. A może awarii uległ statek przybyszów z kosmosu? Tylko nikomu nie przychodzi do głowy, że był to aparat do badania Przeszłości skonstruowany przez istoty ludzkie żyjące w Przyszłości.
(...) podczas awarii, która nastąpiła nad Kolumbią, szklana kula zaczęła się po prostu rozpadać. Przez pęknięcia w jej powłoce wypadły na ziemię trzy przedmioty różnej wielkości i o różnym przeznaczeniu. Wiadomość o tym fakcie przeraziła ludzi z Przyszłości. Bo gdyby ludziom współczesnym panu, panie Tomaszu, udało się znaleźć któryś z tych przedmiotów i poznać jego przeznaczenie, mogliby przeskoczyć całe wieki pod względem cywilizacyjnym, a więc tym samym niektóre wieki musiałyby przestać istnieć. Tak więc na skutek awarii, Przyszłości zaczęła grozić zagłada. Natychmiast, rzecz jasna, w roku tysiąc dziewięćset ósmym i w latach następnych wyruszyły kolejne wyprawy archeologiczne, aby odnaleźć owe zgubione przedmioty. Na szczęście dwa z nich emanowały specjalny blask i bez trudu udało się je zabrać z dna morza, tam bowiem się znalazły. Na ślad trzeciego przedmiotu nie natrafiono.
— Skąd pan o tym wie?
— Jak to? Więc nie przypomina sobie pan, co panu kiedyś powiedziałem? Jestem człowiekiem z UFO, wysłannikiem dalekiej Przyszłości.
— Ach tak, rzeczywiście, mówił mi to pan — kiwnąłem głową i westchnąłem, gdyż zdałem sobie sprawę, że mam do czynienia z chorym człowiekiem. Udałem zainteresowanie i stwierdziłem:
— Skoro ludzie z Przyszłości nie potrafili znaleźć tego przedmiotu, to tym bardziej nie znajdą go ludzie z teraźniejszości. Nie ma chyba powodów do niepokoju.
— Owszem, są takie powody. Ów przedmiot zrobiony jest ze specjalnego stopu. Jak obliczyli nasi uczeni, po upływie pewnego czasu nastąpią w nim niezwykle niekorzystne reakcje chemiczne i fizyczne. I wówczas zacznie on emanować niewidzialną śmierć. Za rok lub dwa ludzie z czwartego tysiąclecia będą niespodziewanie umierać dlatego, że pewna wyprawa archeologiczna skończyła się katastrofą i zgubieniem malutkiego przedmiotu zrobionego ze stopu przypominającego złoto. Nasi uczeni, świadomi niebezpieczeństwa, myślą, jak uchronić ludzkość przed grożącą zagładą. Ale, jak do tej pory, nie zdołali wynaleźć niczego, co mogłoby zabezpieczyć przed ową grożącą w Przyszłości śmiercią. Dlatego najwyższe władze rządzące społeczeństwem Przyszłości zdecydowały się złamać dotychczasowy zakaz wszelkiego kontaktu ludzi z Przyszłości z ludźmi z Przeszłości. Pozostało jedno: odnaleźć ów przedmiot i zniszczyć go.
— I udało się? — zapytałem bez specjalnego zainteresowania, bo nie przepadam za historyjkami z gatunku science-fiction. Wiedziałem już jednak, że Dawson jest człowiekiem pomylonym. Z podobnymi osobnikami, uczono mnie, należy postępować spokojnie i udawać, że się wierzy we wszystko, co mówią.
— Niestety — oświadczył ze smutkiem Dawson — nie odnaleźliśmy tego przedmiotu, choć wysiłek był ogromny. Aż trzydzieści trzy wyprawy wyruszyły z Przyszłości w Przeszłość. Jak wspomniałem, złamano zakaz kontaktu istot z Przyszłości z ludźmi i światem istniejącym w Przeszłości. Czy jest pan w stanie wyobrazić sobie, co przeżywa człowiek z Przyszłości, gdy cofnie się w czasie o prawie tysiąc lat? Pierwszy nasz wysłannik doznał tak wielkiego szoku, że ludzie z Przeszłości uznali go za wariata i zamknęli w domu obłąkanych. Musieliśmy zorganizować specjalną wyprawę po niego. To nauczyło nas, że ludzi, którzy mają być przeniesieni w Przeszłość, należy poddawać przez długi czas specjalnemu szkoleniu, aby uniknąć owych szoków, nazwanych przez lekarzy „szokami przeszłości”. Ale i tak wszystkie nasze wysiłki spełzły na niczym. A to dlatego, że człowiek wysłany z Przyszłości w Przeszłość ma bardzo ograniczoną możliwość działania. Musi tak postępować, aby nie naruszyć w niczym stanu rzeczy w czasie, do którego został przeniesiony. Ot, na przykład, ja, Dawson. Nie mogę prowadzić samochodu, bo a nuż przejadę człowieka. Nie jest wykluczone, że owa przejechana przeze mnie osoba okaże się moim własnym protoplastą i tym samym przestanę istnieć. Dlatego przeniesiony w rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty wolałem zamieszkać w odosobnieniu, w sanatorium doktora Alvareza. Stamtąd starałem się dowiedzieć, czy ktoś nie odnalazł poszukiwanego przez nas przedmiotu. To straszne, panie Tomaszu, siedzieć w takim dobrowolnym więzieniu przez kilkanaście lat i czekać. Wciąż czekać na informację.
— Dlaczego wylądował pan właśnie w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku?
— Trudności z naszym przenoszeniem się w Przeszłość zaczęły się od chwili, gdy ludzie wynaleźli radar, zaczęli wysyłać pojazdy w kosmos, a także skonstruowali rakiety balistyczne dalekiego zasięgu. Teraz każdy z naszych wehikułów może być narażony na schwytanie, unicestwienie, kolejną katastrofę, podobną do tej, która wydarzyła się w tysiąc dziewięćset ósmym roku. Dlatego rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty uznano za nieprzekraczalną granicę, poza którą nie wolno przedostawać się w Przeszłość.
— I nigdy nie wróci pan w Przyszłość?
Przecząco pokręcił głową.
— Wrócę. Zostanę zabrany z roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego. Będę wzięty w Przyszłość takim, jakim mnie wysadzono w Przeszłości. Nie pozostanie mi pamięć o tym, co robiłem i jak żyłem, nie zapamiętam rozmowy z panem ani w ogóle spotkania z panem. Wrócę w swoje czasy młodszy o te kilkanaście lat, jakie spędziłem w sanatorium doktora Alvareza.
— Okropnie to zawiłe. Aż mąci mi się w głowie... — wyjąkałem.
— Po jakimś czasie zrozumie pan bez trudu wszystkie te sprawy. Najważniejsze — na chwilę przerwał opowiadanie i zawiesił głos — że odkryłem ów poszukiwany przez nas przedmiot.
— Tak? A gdzie on jest? — zapytałem z udaną uprzejmością.
— Znalazłem go w spisie rzeczy skradzionych z magazynów Muzeum Złota w Bogocie. Ten spis opublikowały „Wiadomości Bogoty”. Jak tylko dotarła do mnie ta gazeta, opuściłem sanatorium doktora Alvareza i znalazłem się w hotelu Hilton. Panie Tomaszu — chwycił mnie za rękę — trzeba natychmiast odnaleźć złodziei, którzy okradli muzeum. Mogę to uczynić tylko przy pomocy kogoś takiego jak pan, bo przecież mnie samemu niczego nie wolno robić, aby nie naruszyć naturalnego porządku rzeczy. Muszę jednak odnaleźć ów przedmiot i zniszczyć go. Przybyłem tutaj, aby uratować Przyszłość. Dlatego błagam pana o pomoc w schwytaniu złodziei i odzyskaniu ich łupu. Do pańskiej dyspozycji oddaję cały swój majątek, a także wszystkie swoje zdolności, o których jeszcze pan nie wie. Jestem specjalnym detektywem, przez wiele lat szkolono mnie w celu poszukiwania tego przedmiotu.



10. Sukienki, spódniczki i ufolodzy (rozdział 5)

Po odjeździe Marczaka panna Florentyna, nie bacząc na późną porę, zaciągnęła mnie do swego pokoju. Rozsiadła się wygodnie w fotelu i oświadczyła stanowczo:
— Dyrektor Marczak zlecił mi specjalną opiekę nad panem. Teoretycznie, to pan będzie moim zwierzchnikiem. W praktyce jednak dyrektor dał mi pewną władzę. Otóż mam pana strzec przed różnego rodzaju spódniczkami i sukienkami oraz ostro interweniować, jeśli jakaś kobieta znowu zechce panu zawrócić w głowie.
Pomyślałem: „Poczekaj, dziewczyno. Niech no tylko Connor wręczy mi jakąś sumkę pieniędzy, a i ty będziesz zmuszona nosić spódniczki”. Głośno zaś rzekłem:
— W porządku, panno Florentyno. Prawdopodobnie przyda mi się ktoś tak czujny jak pani.
— I jeszcze jedno, panie Tomaszu — powiedziała. — Grasuje w tym hotelu osobnik nazwiskiem Ralf Dawson, który podaje się za człowieka z UFO. Zaprosił mnie do swego pokoju, poczęstował koniakiem i, muszę przyznać, zachowywał się jak dżentelmen. Nawet chwalił moją tunikę i mój naszyjnik. Niestety, ten człowiek jest oszustem. Znam się dobrze na UFO-logii, koresponduję w dziesięciu językach ze znawcami tego przedmiotu. Oświadczam autorytatywnie, panie Tomaszu, że osobnicy pochodzący z UFO są małymi ludzikami zielonego koloru, a Dawson wygląda jak każdy z nas.
— Mówi, że jest człowiekiem z Przyszłości. UFO to wehikuły czasu.
— Bzdura! — przerwała mi ostro. — UFO, czyli latające spodki, są wehikułami przybywającymi do nas z innych galaktyk. To już zostało stwierdzone przez UFO-logów. Pan się zna na muzealnictwie i jest pan znakomitym detektywem. Ale od spraw UFO ja jestem specjalistką i musi mi pan wierzyć.
— Jego wywody mają pewien sens — sam nie wiem, dlaczego stanąłem w obronie Dawsona.
— Nie mają żadnego sensu — z uporem powtórzyła Florentyna. — Jego wywody są sprzeczne z ustaleniami UFO-logów. Dlatego stanowczo ostrzegam pana przed Ralfem Dawsonem. Dziesiątki osób na Ziemi miało już spotkania z zielonymi ludzikami, które wysiadły z latających spodków. Dawson jest oszustem.
— Rozumiem i przyjmuję to do wiadomości — oświadczyłem dla świętego spokoju.
Było późno i czułem się senny. Niestety, panna Florentyna chciała dalej prowadzić rozmowę.
— Jako pańska podwładna — podjęła nowy temat — muszę coś niecoś wiedzieć o panu.
— Co chce pani wiedzieć?
— Dlaczego jest pan kawalerem? Może przeżył pan nieszczęśliwą miłość lub też nie znalazł pan godnej siebie kobiety?
— Nie, panno Florentyno. Tak się jakoś składało, że gdy tylko poznałem jakąś ciekawą dziewczynę i zakochałem się w niej, dyrektor Marczak powierzał mi nowe zadanie. Musiałem wyjechać, a gdy wracałem, ona zazwyczaj była zamężna.
Zdumienie na chwilę odebrało jej mowę.
— To pan... pan jest kawalerem... z braku czasu?
— Tak — ukłoniłem się grzecznie, powiedziałem dobranoc i wyniosłem się z jej
pokoju.



11. Inna strona duszy Florentyny po raz pierwszy (rozdział 5)

Tym razem bar był pełen gości, a Metys o nieprzeniknionej twarzy uwijał się stawiając na kontuarze szklanki i kieliszki z kolorowymi trunkami. Na wysokich stołkach siedzieli przeważnie sami panowie, ośrodkiem zaś ich zainteresowania była kobieta-wamp w czarnej, krótkiej, obcisłej spódniczce i białej, jedwabnej, bardzo wydekoltowanej bluzce. Miała starannie ufryzowane włosy, opadające na gołe, krągłe ramiona. Była ładna, ale mnie raziły jej zbyt jaskrawo pomalowane usta i przyczernione rzęsy. Nie lubię wyzywającej urody u kobiet, dlatego nie zwróciłem na nią większej uwagi i przez chwilę stałem w drzwiach baru, szukając wzrokiem Leticii Lucinante. Niestety, tego wieczoru dziennikarki w barze nie było.
I już miałem zamiar wycofać się do swego pokoju, kiedy nagle zainteresowała mnie prowadzona głośno w języku angielskim rozmowa kilku panów z ową kobietą wampem.
— Nie ulega wątpliwości, łaskawa pani — mówił jakiś szpakowaty mężczyzna w wytartej na łokciach marynarce i przekrzywionym krawacie — że to właśnie Ameryka Południowa budzi największe zainteresowanie obcych istot z kosmosu. Dziełem kosmitów jest słynny trójząb z Andów, figury dziwnych zwierząt wyryte na płaskowyżu Nazca, także kosmitów przedstawia płaskorzeźba z Tikal. Jeśli pozwoli pani zamówić na jej koszt jeszcze jeden wspaniały cocktail, wymienię więcej miejsc świadczących, że kosmici i dziś przybywają do Ameryki Południowej, aby napawać się śladami swojej dawnej tu bytności. Czy słyszała pani o tak zwanej Diabelskiej Dolinie w górach Sierra Nevada de Santa Marta? Mieszkający w tych górach Indianie, a także poszukiwacze szmaragdów, widywali tam kiedyś lądujące przezroczyste kule, w których siedzieli ludzie zupełnie podobni do nas. Niestety, jakieś straszne siły bronią dostępu do Diabelskiej Doliny i mało kto ma odwagę zapuszczać się w tamte strony.
— Nie zgadzam się z panem — odparła kobieta wamp. — Istoty przylatujące z UFO są małymi zielonymi ludzikami, które mają na głowie anteny zamiast uszu. To zostało w Europie stwierdzone ponad wszelką wątpliwość. Studiuję te sprawy od kilku lat i koresponduję ż najwybitniejszym znawcami tej dziedziny, znam bowiem dziesięć języków, a także władam językami suahili oraz papia...
Zdecydowanym krokiem podszedłem do kobiety wampa i położyłem dłoń na jej krągłym, nagim ramieniu.
— Pani za dużo wypiła, Florentyno — oświadczyłem surowo. — Proszę natychmiast wracać do swego pokoju i wyjaśnić mi, co ma znaczyć ta maskarada?
Florentyna posłusznie zsunęła się ze stołka i podtrzymywana przeze mnie pod rękę, ponieważ odrobinę się zataczała, opuściła coctail-bar.
— Mam już bilet lotniczy do Paryża na dzień jutrzejszy — tłumaczyła mi w drodze do swego pokoju. — Dowiedziałam się też, ile kosztuje bilet z Paryża do Warszawy i zgodnie z pana poleceniem resztę pieniędzy wydałam na kupno spódniczki i bluzeczki oraz na skromne przyjęcie dla tutejszych UFO-logów. Jak panu się podoba spódniczka? Prawda, że jest bardzo krótka i że mam zgrabne nogi?



12. Ucieczka z lotniska (rozdział 6)

Wprawdzie, tak jak przewidywałem, w gmachu portu lotniczego było kilka wejść i kilka wyjść, ale wszystkie natychmiast zostały obsadzone przez ludzi Esponozy. Mój znajomy tajniak nie spuszczał mnie z oka. Nasunąwszy kapelusz na czoło i usadowiwszy się na kanapie w ogromnej poczekalni, z szyderczym uśmiechem obserwował, jak nerwowo chodzę to tu, to tam, aby znaleźć wyjście, którego nie strzegli ludzie inspektora. A tymczasem z głośnika zapowiadano odlot samolotu do Paryża. Co miałem zrobić? Oddałem swoją walizkę do oclenia, a potem zobaczyłem, że odjeżdża na transporterze. Pasażerom odlatującym do Paryża kazano tymczasem udać się do sali odprawy paszportowej, co już uczyniła panna Florentyna. Zrozumiałem, że nie zdołam się uwolnić spod obserwacji i moje plany zostały pokrzyżowane. Mogłem tylko odlecieć do Paryża wraz z Florentyna i ewentualnie, w kilka dni później, po porozumieniu z Connorem, wrócić do Bogoty.
Zrezygnowawszy z ucieczki, wmieszałem się w tłumek pasażerów tłoczących się do wąskiego przejścia, gdzie dwaj oficerowie stemplowali paszporty. Nagle jakiś barczysty Murzyn w szoferskiej czapce na głowie dotknął mego ramienia i szepnął łamaną angielszczyzną, abym udał się natychmiast do znajdującej się tuż obok męskiej toalety. Nie zastanawiałem się, kim jest ten człowiek i na czyje działa polecenie. Błyskawicznie zniknąłem w drzwiach toalety, a on wszedł za mną. W milczeniu wręczył mi jakąś torbę podróżną i odebrał moją własną. Następnie, mimo moich protestów, szybkimi ruchami wysmarował mi twarz jakąś ciemną maścią tak, że wyglądałem jak Murzyn. Na głowę włożył mi swoją czapkę szofera.
— Proszę iść do wyjścia na parking samochodowy — rozkazał, a kiedy zawahałem się, dodał: — W czarnym buicku czeka na pana przyjaciel.
Co mogłem zrobić? Chyba tylko posłuchać tego polecenia. Dlatego niedbałym krokiem kierowcy, który przybył na lotnisko po swego zwierzchnika, wyszedłem z toalety. Maszerując w kierunku wyjścia z napisem „Parking samochodowy”, kątem oka dostrzegłem znajomego agenta, który już zaczynał się niepokoić, nie widząc mnie w tłoku pasażerów dokonujących odprawy paszportowej. Nie zwrócił uwagi na Murzyna, który także opuścił toaletę i teraz wolnym krokiem przemierzał ogromną poczekalnię.
Z bijącym sercem minąłem samootwierające się szklane drzwi i od razu wśród dziesiątków samochodów ujrzałem wielkiego, czarnego buicka. Na drzwiczkach był napis w języku hiszpańskim.
— Wejdź szybciej, Tomaszu — usłyszałem znajomy głos Ralfa Dawsona. — Zajmij miejsce tuż przy mnie i nie pytaj o nic. Zasuń także firankę w oknie po swojej stronie.
Co miałem uczynić? Cofnąć się i oddać w ręce ludzi Esponozy? Zrobiłem tak, jak mi rozkazał Dawson. Zająłem miejsce w samochodzie, zasunąłem firankę. Po chwili zbliżył się do nas ten sam Murzyn. Niósł moją torbę podróżną, a gdy zasiadł za kierownicą, odebrał mi swoją czapkę. Dopiero wtedy zauważyłem, że na jej otoku widnieje napis: „Sanatorium dr Alvareza”.
— Tak, Tomaszu — przytaknął Dawson, jak gdyby zgadując moje myśli. — Jedziemy do sanatorium. Tam nie będzie cię szukać Esponoza. W spokojnej atmosferze zdołamy omówić sprawy, które nas obydwu interesują.
Czarny kierowca szybko wyprowadził wóz na autostradę do miasta.
Zachichotałem wyobraziwszy sobie, jak agenci Esponozy miotają się teraz po poczekalni lotniska. I co zrobi inspektor, gdy mu zameldują, że wymknąłem się spod obserwacji i nie odleciałem do Paryża.



13. Pacjenci doktora Alvareza (rozdział 6 i 8)

— Mnie się wydaje, że jestem człowiekiem z UFO. Natomiast mój sąsiad, Rodrigo de Cunillo, syn wielkiego peruwiańskiego milionera, sądzi, że jest człowiekiem-ptakiem i ma podobnie jak ptak kości puste w środku. Pewnego dnia usiłował wzlecieć z tarasu w domu swego ojca, co skończyło się stłuczeniem nogi. U nas czuje się świetnie, gdyż Alvarez skonstruował mu specjalną wagę. Rodrigo waży się na niej codziennie i odkrywa, że rzeczywiście jest lżejszy niż inni ludzie. Doktor przekonał go, aby nie usiłował latać, dopóki nie wyrosną mu pióra u ramion. Drugi mój najbliższy sąsiad, Burt Duncan, brat pewnego miliardera z Dallas, wierzy że jest Tarzanem wychowanym przez małpy. Doktor Alvarez kazał mu skonstruować specjalny hamak między gałęziami drzewa, w którym zazwyczaj sypia. W porze deszczowej oczywiście przenosi się do swego pawiloniku, a kiedy znudzi mu się huśtanie na linach, gawędzi sobie przy kieliszku sherry. Człowiek-ptak też jest zresztą przemiły. Poznasz ich obydwu i na pewno polubisz.
(...)
Z półki nad kominkiem odezwał się cichy sygnał, coś jak brzęczenie telefonu. I rzeczywiście stał tam aparat telefoniczny. Dawson zdjął słuchawkę i rozpoczął rozmowę:
— Cześć, Rodrigo. Tak, wróciłem już z Bogoty i zamierzam trochę pomieszkać u siebie. Co? Naprawdę dziś ważysz o pięć miligramów mniej niż wczoraj? No, tak, to cudowne. Cieszę się, że robisz postępy. Masz ochotę mnie odwiedzić? Doskonale. Zapraszam cię na jutrzejszy wieczór, dziś bowiem mój gość musi wypocząć. Chcesz przyjść w towarzystwie Burta? Nie mam nic przeciwko temu, pod warunkiem, że tym razem nie zjawi się u mnie w slipach zrobionych z tygrysiej skóry. Przypomnij mu, że u mnie po godzinie dziewiętnastej obowiązuje strój wieczorowy. Coś mi się zdaje, że Burt zapomniał, iż Tarzan był jednocześnie lordem Greystoke i od czasu do czasu nosił także frak lub smoking... Tak, mam gościa. Nie obawiaj się, to zupełnie nieszkodliwy maniak. Wyobraża sobie, że jest detektywem, specjalistą od złodziei dzieł sztuki, i nosi pseudonim Seńor Cochecito. Prawdziwy Seńor Cochecito odleciał dziś do Paryża, widziałem to na własne oczy. Nie rób jednak przykrości mojemu gościowi i traktuj go z całą powagą. W rzeczywistości jes Holendrem, ale udaje, że nie umie ani słowa po holendersku, natomiast świetnie włada angielskim, a także niemieckim, francuskim i polskim. Co, nie umiesz po polsku? Nie szkodzi. Rozmawiaj z nim po angielsku. Od czasu do czasu zwracaj się do niego per „seńor Polacco”, a będzie tobą zachwycony. Widziałeś w naszej bibliotece rozmówki angielsko-polskie? Nie trudź się. Rodrigo, zapewniam cię, że on też nie zna polskiego...
Dawson skończył wreszcie tę absurdalną rozmowę.
Powiedziałem z oburzeniem:
— Nie rozumiem, Ralf, dlaczego przedstawiasz mnie jako wariata?
Dawson bezradnie rozłożył ręce:
— Znasz przysłowie: jeśli wszedłeś między wrony, musisz krakać jak i one. To jest, Tomaszu, sanatorium dla wariatów.
(...)
przed drzwiami domu rozległy się tubalne głosy. Po chwili do mieszkania weszło dwóch wysokich, elegancko ubranych mężczyzn w średnim wieku. Podobnie jak Ralf nosili dobrze skrojone białe marynarki, jedwabne koszule i mieli starannie zawiązane krawaty. Jeden z nich był blondynem, a drugi brunetem. Natychmiast domyśliłem się, że brunet to Rodrigo de Cunillo, który sądził, że jest ptakiem, a blondyn — Burt Duncan, człowiek-małpa, czyli Tarzan. Prezentacja potwierdziła moje domysły. Ja oczywiście zostałem przedstawiony jako „seńor Polacco”, słynny detektyw zwany Seńor Cochecito.
Ralf wręczył każdemu wysoką szklankę z jakimś kolorowym trunkiem, a mnie i siebie uraczył sokiem grejpfrutowym. Do kominka przysunięto jeszcze dwa fotele i rozpoczęła się miła, towarzyska pogawędka.
— Mam nadzieję, seńor Polacco — odezwał się Rodrigo de Cunillo — że zostanie pan u nas nieco dłużej. O ile wiem, doktor Alvarez dysponuje jednym wolnym domkiem, w którym przez kilka lat mieszkał znany arcyszpieg zwany Jamesem Bondem. Zmarł, biedaczysko, w ubiegłym miesiącu i pozostawił nas w nieutulonym żalu. Ech, cóż to była za wspaniała osobowość. Doktor Alvarez zainstalował mu na dachu specjalne anteny do nasłuchu i podsłuchu oraz trzy radiostacje. On podsłuchiwał nas wszystkich i nawet samego siebie. Jego domek jest teraz wolny wraz z całym szpiegowskim wyposażeniem. Panu, jako detektywowi, coś może się z tego wyposażenia przydać.
— Co ty mówisz, Rodrigo — zdumiał się Burt Duncan. — Seńor Cochecito, jak pisały gazety, zamierza szukać tych, którzy włamali się do magazynów Muzeum Złota. Nie pozostanie więc wśród nas.
— No tak, rozumiem — westchnął Rodrigo. — A już miałem nadzieję, że będziemy mieli nowego sąsiada. Oczekiwanie, aż człowiekowi wyrosną pióra, jest niezwykle trudne. W miłym towarzystwie czas mija szybciej
Burt Duncan przerwał panu Rodrigo: — Nie masz prawa narzekać na swój los. Zamień się ze mną i choć przez tydzień bądź Tarzanem, kołysz się na linach. Spróbuj też choć jedną noc spędzić w rozwidlonych konarach drzewa. Czy wiesz, jak wtedy gryzą komary?
— Najlepszą sytuację ma Ralf Dawson — oświadczył zdecydowanie Rodrigo. — Jest człowiekiem z UFO, który przybył tu z osiem tysięcy dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku...
— Z dziewięć tysięcy sto dziewiątego — poprawił Dawson.
— A tak, słusznie, bardzo cię przepraszam, Ralf, ale te daty ciągle mi się mylą. Faktem jest jednak, że tak naprawdę jedynie czytasz książki, gazety, słuchasz radia, oglądasz telewizję i od czasu do czasu wyskakujesz do Bogoty.
— Nie zapominaj, że powierzono mi bardzo poważne zadanie — stwierdził Ralf.
Rodrigo poklepał Ralfa po ramieniu.
— Teraz, gdy masz przy sobie słynnego detektywa, El Seńora Cochecito, jestem spokojny o twoje zadanie.
Burt Duncan też mnie mocno poklepał po plecach.
— Pomoże pan Ralfowi, prawda? To miły sąsiad i prawdziwy dżentelmen. Nie zawiedzie pan jego zaufania, seńor Polacco?
— Tak, tak, oczywiście — przytaknąłem gorliwie, bo chyba tak powinno się postępować w obecności wariatów.
Dawson chciał ponownie napełnić szklanki swych przyjaciół, ale przed domem rozległ się jakiś hałas, a potem gwałtownie otworzyły się drzwi i stanęło w nich dwóch Indian ubranych w stroje pielęgniarzy. W dłoniach trzymali pistolety maszynowe.
— Ręce do góry! — zażądał po hiszpańsku jeden z nich, co zrozumiałem na podstawie zachowania Ralfa, Burta i Rodriga. Posłusznie wstali z miejsc i podnieśli ręce do góry. Ja, oczywiście, uczyniłem to samo.
Wtedy do pokoju wtoczył się niski, okrąglutki, łysawy mężczyzna w eleganckim, szarym garniturze. śwawym truchtem podbiegł do nas i każdego obmacał od kostek aż po pachy, sprawdzając, czy nie posiadamy przy sobie broni. Potem, kiedy okazało się, że jesteśmy bezbronni, gniewnym gestem odesłał Indian z pistoletami maszynowymi i jak gdyby nigdy nic, przysunął sobie fotel do kominka.
— Cześć, Ralf — oświadczył radośnie. — Cześć, Burt i Rodrigo. Słyszałem, że Ralf wydaje przyjęcie i postanowiłem wprosić się do was na drinka. Przepraszam was za trochę brutalne potraktowanie, lecz jak wiecie, nie potrafię wyzwolić się ze starych nawyków. A poza tym diabelnie nie lubię, gdy ktoś w moim towarzystwie posiada broń. Odkąd nabrałem poczucia, że jestem ze szkła, lękam się nie tylko broni palnej, lecz nawet każdego gwałtownego ruchu. Wyobraźcie sobie, że znowu zwolniłem sprzątaczkę w swoim domku. Za bardzo wywijała szczotką i elektroluksem. Przestrzegałem ją: „Ostrożnie, kobieto, w ubiegłym tygodniu stłukłaś wazon. Czy chcesz ze mną zrobić podobnie?” Nie brała poważnie moich uwag i musiałem od doktora Alvareza zażądać nowej sprzątaczki.
Ralf, Burt i Rodrigo chyba przywykli do dziwacznego zachowania się tego jegomościa, bo gdy tylko wypędził sanitariuszy, natychmiast spokojnie zajęli miejsca w swoich fotelach i mieli takie miny, jak gdyby przed chwilą nie było tu ludzi z pistoletami maszynowymi.
— To jest don Gabriel — Ralf przedstawił mi tęgiego jegomościa. — „Ojciec Chrzestny” groźnej mafii z Palermo.
— Owszem, pochodzę z Palermo, ale nasza rodzina ma też swoją siedzibę w Chicago — jegomość uzupełnił informację Ralfa. — A pan jest tym słynnym detektywem, jeśli się nie mylę.
Wzruszyłem ramionami:
— Nie uważam się za słynnego detektywa.
— Co? — oburzył się don Gabriel. — Po cóż ta skromność, seńor Polacco. Proszę pamiętać, że znajduje się pan wśród przyjaciół.
„I wariatów” — dodałem w myślach, wzdychając ciężko. Bo nie ulegało wątpliwości, że znalazłem się w rękach szaleńców. Moja wiara w Ralfa Dawsona została znowu zachwiana.



14. Życie małżeńskie Tomasza (rozdział 9)

— Ten dom jest bardzo zaniedbany, moja małżonko — odezwałem się do niej ironicznym tonem, kiedy podano na deser jakieś owoce podobne do bananów oblanych słodkim syropem.
Odparła z największą powagą:
— To nie tylko moja wina. Przecież nie było cię dwa lata, bo za przemyt szmaragdów do Ekwadoru siedziałeś w więzieniu. Trudno wymagać od kobiety, aby potrafiła utrzymać hacjendę w należytym porządku, gdy brakuje przy jej boku mężczyzny.
Kawałek owocu utkwił mi w gardle i aż się zakrztusiłem. Teresa van Hagen powiedziała te słowa z taką naturalnością, jak gdybym rzeczywiście był jej mężem. Dla kogo były przeznaczone? Dla Indianek, które usługiwały przy stole? One chyba nie rozumiały po angielsku. A więc dla mnie w formie instrukcji, kim jestem i jak się powinienem zachowywać.
Byłem oburzony. Najpierw Dawson zrobił ze mnie wariata, a teraz ta kobieta wmawiała, że jestem przestępcą. Chciałem wyraźnie dać Teresie do zrozumienia, że podobna rola zupełnie mi nie odpowiada, jednak powstrzymałem się. Istniał przecież nadrzędny cel — odnalezienie skradzionych dzieł sztuki. Dzięki wizycie w sanatorium dla nerwowo chorych dowiedziałem się, na jakiej drodze szukać przestępców. Być może teraz zrobię krok dalej. Ale chyba mogłem sobie pozwolić na odrobinę złośliwości.
— O ile wiem, nie byłaś tutaj taka samotna...
— Czyżbyś był zazdrosny? — zaśmiała się sztucznie. — Owszem, odwiedzał mnie twój przyjaciel Ralf Dawson. Poza tym jakiś czas mieszkał tu twój brat, Erich van Hagen, oraz twój daleki kuzyn, doktor Miller. Ale przecież cię o tym informowałam i nie miałeś żadnych zastrzeżeń.
— A ten, który... zginął w górach?... — wyjąkałem zaskoczony faktem, że posiadam aż tylu krewnych.
Westchnęła i to westchnienie wydawało mi się szczere. Była chyba znakomitą aktorką albo też znakomicie wyszkolonym w Przyszłości detektywem.
— Rozumiem, że więzienie nie jest rajem — oświadczyła. — To i owo mogło wylecieć z twej pamięci i nerwy też masz nadszarpnięte. Po twoim aresztowaniu za radą Dawsona zmieniłam całą służbę, gdyż zachodziło podejrzenie, iż ktoś z niej był współpracownikiem policji. Wyszkoliłam tutejszych Indian ze szczepu Tairon i dla twego poczucia bezpieczeństwa informuję cię, że hacjendy strzegą dzień i noc dwa karabiny maszynowe. Ogrodzono ją też elektrycznym drutem. Gdy żeniłeś się ze mną, ostrzegałam cię, że chyba przynoszę nieszczęście. Wyśmiałeś mnie. Musisz jednak uważać na siebie, mój kochany...
Ostatnie zdanie zabrzmiało jak pogróżka. Tej kobiety należało się chyba lękać.
— Proponuję kawę w bibliotece — podniosła się z krzesła.



15. Grzechotnik (rozdział 9)

Nie wiem, jak długo drzemałem. I nie wiem też, co mnie obudziło — może poczułem niebezpieczeństwo lub usłyszałem cichy szmer. Gdy otworzyłem oczy i podniosłem głowę znad poduszki, w czerwonym blasku zachodzącego słońca ujrzałem na parapecie okna poruszającego się wolno ogromnego grzechotnika z owych charakterystycznym zgrubieniem na ogonie. Wpełzł do mnie chyba po gzymsie z pobliskiego balkonu, odsunął firankę. Łóżko znajdowało się blisko okna — nie dalej niż metr od parapetu. Na moje uniesienie głowy grzechotnik także zareagował gwałtownym podniesieniem swego łba i sprężeniem całego ciała jak do skoku. Znieruchomiałem i on również na moment znieruchomiał wpatrując się we mnie. Wkrótce zaczął kołysać łbem w lewo i w prawo. Po raz pierwszy w życiu odczułem, co to znaczy „zimny pot”.
Po twarzy ciekły mistrużki potu, a zarazem było mi bardzo zimno. Wstręt i strach — te dwa uczucia wypełniały mnie bez reszty. Sztucer leżał o kilka metrów ode mnie na stole, wąż znajdował się o metr i w każdej chwili mógł dosięgnąć mej twarzy, co oznaczało pewną śmierć. Strach sparaliżował mnie, pozostałem z uniesioną głową, wpatrzony w oczy gada, który rozłożył się na parapecie i kiwał łbem. „Tylko spokojnie, spokojnie” — kołatało mi w głowie, czytałem bowiem kiedyś, że wąż nie ukąsi, jeśli nie poczuje się zagrożony. „Może uspokojony moim zachowaniem ułoży się i zaśnie” — zastanawiałem się, choć nic nie wskazywało na to, aby miał ochotę na sen. Przypełzł tutaj, by zaspokoić głód, upolować mysz lub innego gryzonia, a pełno ich chyba żyło w tym chylącym się ku ruinie domostwie. Chciałem raptownie zerwać się z łóżka i po prostu czmychnąć z pokoju. Nie zdecydowałem się jednak na to, bo słyszałem również o niezwykłej szybkości jadowitych węży. Zimny pot spływał mi z policzków na szyję, chłód przenikał ciało, oczy śledziły kołyszący się wolno łeb grzechotnika. zdawało mi się, że to wszystko trwa niezwykle długo, choć być może mijały tylko sekundy...
Raptem otworzyły się drzwi do mego pokoju i padł strzał. Gad podskoczył na parapecie i wtedy trafiła go druga kula, po której zwinął się i spadł na dół, do ogrodu. Pokój wypełnił zapach prochu i kłąb białego dymu, nie na tyle jednak gęsty, abym nie ujrzał Teresy van Hagen. To ona dwoma celnymi strzałamizabiła grzechotnika, ratując mi życie.
Usiadłem na łóżku i nie potrafiłem opanować drżenia rąk i kolan. Z trudem też wydobyłem słowa ze ściśniętej strachem krtani:
— Skąd?... Skąd wiedziałaś, że grozi mi śmierć?
Nieznacznie, jak gdyby ze zdziwieniem, wzruszyła ramionami:
— Wołałeś mnie przecież. Mówiłeś, że jesteś w niebezpieczeństwie — oświadczyła podchodząc do okna i zamykając je szczelnie, mimo że jeszcze mocno pachniało prochem. — Usłyszałam twój głos i przypomniałam sobie, że nie zakazałam ci otwierać okna. Nie poinformowałam cię, że tuż pod nim jest szeroki gzyms, łączący się z tarasem oplecionym lianami. Na tym tarasie lubią się wygrzewać grzechotniki.
Ta piękna kobieta o delikatnej urodzie i drobnych dłoniach uratowała mi życie, wykazując niezwykłe opanowanie nerwów. Byłem jej niezmiernie wdzięczny. Ale jednocześnie słowa o tym, że słyszała mój krzyk przez ścianę domu, choć ja owego krzyku z gardła nie wydałem, zmroziły mnie. Powiedziałem więc krótko i sucho:
— Dziękuję ci, Tereso. Ocaliłaś mi życie.




[Sceny 16-29 są w kolejnym poście]
_________________
Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2017-01-02, 00:57, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Vice Przewod. Kapituły Samochodzikowa Książka Roku



Pomógł: 24 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 3752
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2016-12-24, 12:43:00   

16. Kaprysy Tomasza (rozdział 10)

— Wyjaśnij mi jeszcze, kto to jest osobnik OOX? — zagadnąłem ją jak gdyby od niechcenia, choć bardzo mi zależało na odpowiedzi.
— Zwróć się z tym pytaniem do Ralfa — odrzekła niechętnie. — Coś mi się zdaje, że powiedziałam o jedno słowo za dużo.
— A jednak chciałbym wiedzieć, kto to jest OOX — oświadczyłem stanowczo.
— Nic z tego. I nie roztrząsajmy tej kwestii. Czeka nas jeszcze spory szmat drogi. Założyłem już plecak, a w ręku trzymałem sztucer. Ale z powrotem usiadłem na trawie, zdejmując plecak i odkładając broń.
— Nigdzie nie pójdę, mam dosyć tych ciągłych tajemnic. Jeśli chcecie, abym pomógł Ralfowi w odnalezieniu kryjówki złodziei, muszę znać prawdę. Pragnę wiedzieć, dlaczego uważasz mnie za typ OOX i co to znaczy?
Wzruszyła ramionami.
— Nie zachowuj się jak dziecko. Jestem twoją żoną, a nie mamką. Mam do wykonania zadanie i nie przeszkadzaj mi w tym. Ty też masz swoje zadanie.
To mówiąc ruszyła przed siebie. Zaczęła wspinać się po stromym zboczu w kierunku skraju niedalekiej już dżungli. Tymczasem ja rozsiadłem się wygodniej i zapaliłem papierosa. Następnie podłożyłem sobie plecak pod głowę i wyciągnąłem się jak długi na trawie.
Wróciła po piętnastu minutach. Była bardzo zła.
— Co to ma znaczyć? — zapytała ostro.
— Jesteś złą żoną, Tereso — oświadczyłem, zapalając drugiego papierosa. — Twój mąż jest zmęczony, a ty go gnasz po górach. Chce mu się jeść, a ty go nie karmisz. Bolą go nogi, a ty nawet się tym nie interesujesz. A poza tym, czy przykładna żona ma tajemnice przed mężem? Być może jestem mężczyzną staroświeckim, zbyt długo żyłem bowiem w kawalerskim stanie. Niestety, mam staroświecki ideał żony.
— Przestań się wygłupiać, Tomaszu — aż nogą tupnęła ze złości. — Czy wiesz, że i tak idziemy za wolno i prawdopodobnie będziemy zmuszeni nocować w dżungli?
— Przekaż Ralfowi informację, że jestem z ciebie bardzo niezadowolony i nie zamierzam iść dalej. Chcę wrócić do hacjendy, a potem proszę mnie odstawić do Bogoty.
— To niemożliwe. Naprawdę przestań żartować... — tym razem jej głos nabrał akcentów prośby.
— Jestem głodny.
Bezradnie rozłożyła ręce.
— Nie wzięłam je dzenia. Nie poinformowałeś mnie, że nie potrafisz się obywać bez jedzenia, choćby przez kilka dni.
— Co? — aż usiadłem na ziemi. — Chcesz mnie zagłodzić? Już po jednym dniu głodówki kręci mi się w głowie.
Tym razem na jej twarzy pojawił się wyraz szczerego zmartwienia.
— Wybacz mi, ale o tym nie wiedziałam. Jutro już coś zjemy, tam w górach, na miejscu. Na drogę wzięłam tylko kilka kawałków kaktusa, które pomagają zapomnieć o głodzie i dodadzą ci sił.
— Nie jestem roślinożerny — burknąłem. — A noga? Widziałaś moje obolałe palce?
— Pokaż mi je — zaproponowała.
Znowu zdjąłem buty i skarpetki, pokazałem otarte ze skóry palce stóp. Wtedy ona sięgnęła do swego plecaka po jakiś liść, wycisnęła z niego sok na obolałe miejsce i natychmiast poczułem ulgę. Sok zastygł na otartym naskórku i stworzył dobrą warstwę izolacyjną. Gdy znowu wzułem buty, już nie czułem bólu palców
— Dziękuję ci — powiedziałem. — A teraz poczęstuj mnie jednak kawałkiem owego zaczarowanego kaktusa.



17. Fałszywy Robin (rozdział 10)

Nagle otworzył się przed nami widok na piękną przełęcz ze strumieniem płynącym po kamienistym dnie. Tu i ówdzie rosły samotne mangowce i drzewa pomarańczowe, a między nimi rozpościerały się połacie wysokiej po kolana, soczystej trawy.
Było tu spokojnie i pięknie, ale Teresa ponaglała do marszu.
— Spójrz na słońce — ostrzegała. — Za chwilę skryje się za górami i choć na nizinie będzie jeszcze dzień, tu wkroczy zmrok. O takiej porze dżungla zaczyna być niebezpieczna. Zresztą do celu mamy jeszcze najwyżej cztery kilometry.
Ledwie skończyła mówić, o jakieś trzydzieści metrów od nas z wysokich traw nad brzegiem strumienia raptem wychylił się malutki jaguar. Wytrzeszczył ślepia i strzygąc uszami przyglądał się nam z ciekawością, choć i z odrobiną lęku.
— To wyszedł nam na spotkanie Robin — zakrzyknęła radośnie Teresa. — On zawsze ukazuje mi się pod postacią jaguara.
Porzuciła sztucer i plecak. Wyciągnąwszy przed siebie ręce pobiegła naprzeciw jaguara, który jeszcze przez chwilę przyglądał się jej bacznie, lecz gdy zaczęła się do niego zbliżać, nagle przeraził się i zniknął w wysokich trawach. A wówczas po drugiej stronie strumienia na skałę wskoczyła jego ogromna matka.
Teresa zatrzymała się jak skamieniała.
— To nie Robin, ale prawdziwa jaguarzyca z małym. Strzelaj, bo ona nas zaraz zaatakuje — zawołała.
Jak w takiej sytuacji zachowa się człowiek, który nigdy nie był na polowaniu, nigdy nie strzelał do dzikich zwierząt? Zdjąłem z ramienia sztucer i wymierzywszy w kierunku jaguarzycy, pociągnąłem za spust. Rozległ się suchy trzask — mój sztucer był nie nabity.
— Ona zaraz skoczy! — usłyszałem przeraźliwy krzyk Teresy, która zabiła w życiu niejednego jaguara. Teraz jednak jej sztucer leżał daleko, porzucony w trawie.
Widziałem, jak jaguarzyca kuca na tylnych łapach, jak odbija się od skały i leci ponad strumieniem w kierunku Teresy. Ale dzieliło ją od niej ponad czterdzieści metrów, jeden skok nie wystarczył. Znowu więc przysiadła na tylnych łapach i gotowała się do następnego skoku. Dziewczyna stała nieruchomo, nawet już krzyk nie wydobył się z jej ust.
Wtedy przypomniałem sobie o pudełku, które dał mi Ralf. Miałem je przy sobie w kieszeni spodni. Jaguarzyca znowu skoczyła, szybko wyjąłem pudełeczko, jego otwór wycelowałem w znajdujące się już w powietrzu ogromne cielsko, a potem przycisnąłem guziczek na obudowie.
Stało się coś zadziwiającego. Groźne zwierzę zatrzymało się w powietrzu w połowie skoku. Było to jednak tylko złudzenie. W rzeczywistości jaguarzyca nadal wykonywała swój skok, ale jak na zwolnionym filmie. Jakaś potężna siła, którą kryło pudełeczko Ralfa, spowodowała zwolnienie czasu wokół zwierzęcia, a tym samym opóźnienie jego ruchów. Między nami i jaguarzycą powstała bariera czasu.
Ta krótka chwila wystarczyła, abym podbiegł do Teresy, chwycił ją wpół i odciągnął na bok. Tymczasem jaguarzyca dosięgnęła wreszcie miejsca, gdzie przed chwilą znajdowała się Teresa, i oszołomiona własną powolnością, nie próbowała dalej atakować. Powoli oddaliła się od nas i zniknęła w dżungli, a za nią pobiegł mały jaguar.
Teresa odzyskała głos:
— Uratowałeś mi życie. Użyłeś swojej siły „psi”. Oto już drugi człowiek z Przyszłości ratuje mi życie.
A potem dodała smutno:
— Przykro, że mnie oszukałeś, twierdząc, że jesteś zwykłym człowiekiem z Teraźniejszości, tak jak i ja.



18. Postać prawdziwego Robina (rozdział 10)

To tam, nad brzegiem potoku, w pobliżu zdziczałego drzewa cytrynowego, czekał na mnie wielki pies. Ogromny jak niedźwiedź biały dog w czarne łaty, arlekin. Stulił uszy i wymachiwał radośnie potężnym ogonem. Potem podszedł, obwąchał mnie i nagle skoczył do góry, opierając na moich ramionach swoje przednie łapy. Poczułem na twarzy szorstki, wilgotny ozór.
— Co widzisz? — zapytała Teresa. — Bo mnie, jak zwykle, pojawił się mały jaguar. Ale co to? — zawołała zdumiona. — Jaguar znika, rozwiewa się jak mgła. Widzę wielkiego psa. Doga. Dlaczego?
— Miałem kiedyś psa. Doga — powiedziałem w zamyśleniu. — Nazywał się Protazy. Bardzo go kochałem, ale psy nie żyją długo. Mimo starań weterynarzy musiałem się z nim na zawsze pożegnać. Zapewne często podświadomie tęskniłem za Protazym, wspominałem go, skoro Robin pojawił mi się w postaci psa.
— Robin bardzo cię polubił. Podobno, jeśli kogoś polubi, przybiera jedną postać dla wszystkich. Jest taki, jaki chce być dla człowieka, którego wyróżnia.
Idąc za Robinem pomyślałem, że i ja od pierwszego wejrzenia polubiłem tego ogromnego psa. I że rzeczywiście wielokrotnie tęskniłem za przyjacielem, z którym na zawsze kiedyś wypadło mi się rozstać.
„Ale dlaczego pojawił się dog arlekin — zastanawiałem się. — Przecież Protazy był dogiem błękitnym?”.
Doszedłem do wniosku, że Robin chciał być dla mnie Protazym, wiernym, mądrym, wspaniałym psem, ale także czymś innym, właśnie Robinem. Dlatego przybrał postać doga o innej maści.



19. Wymarłe miasto (rozdział 11)

Widok zaginionego przed wiekami miasta, kiedyś tętniącego życiem, a teraz zupełnie martwego, zrobił na mnie przygnębiające wrażenie. Walkę z ruinami rozpoczęła żarłoczna dżungla, wdzierając się swą bujną roślinnością w każdą szczelinę kamiennych fundamentów dawnych domów, zakrywając dawne uliczki, niszcząc ocalałe z pogromu wytwory ludzkich rąk. Wygładzone setkami stóp ludzkich kamienie bruku ulicznego mówiły, że przed kilkoma wiekami życie rozwijało się tutaj równie bujnie, jak teraz rozrasta się dżungla. Gdzieniegdzie spotykałem zdziczałe drzewa pomarańczy i cytryn, może pozostałość po dawnych ogrodach. W dżungli skrzeczały małpy i był to jedyny głos żywych istot, który jeszcze bardziej podkreślał martwotę tego miejsca. Poza tym szumiał tylko wodospad, wciąż głośniej i głośniej w miarę, jak się do niego zbliżałem.


20. Poszukiwacze skarbów; moc Robina (rozdział 11)

Raptem zza zakrętu drogi wyłoniło się trzech mężczyzn. Jeden biały i dwóch Metysów. Od razu zorientowałem się, że mam do czynienia z poszukiwaczami. Cała trójka nosiła szerokoskrzydłe kapelusze i kolorowe ruany, uzbrojeni byli w ogromne maczety, a jeden miał karabin i pas z nabojami. Każdy z nich niósł jakieś narzędzie do kopania oraz worki na wygrzebane z ziemi przedmioty.
— Hej, seńor — zakrzyknął w moim kierunku biały mężczyzna i usłyszałem szczęk repetowanego karabinu.
Ucieczka nie miała sensu. Byłem zbyt blisko i nawet kiepski strzelec mógł mnie bez trudu trafić. Czy ośmieliłby się to zrobić? Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Tacy osobnicy strzelali do każdego, kto był dla nich podejrzany. Zapewne sądzili, że także jestem poszukiwaczem skarbów, który wcześniej niż oni dotarł do źródeł bogactwa.
Zatrzymałem się i w milczeniu patrzyłem, jak podchodzą coraz bliżej. Czuli się pewnie, ponieważ natychmiast zauważyli, że jestem bez broni. Tylko że to nie była prawda. W kieszeni miałem pudełeczko dane mi przez Dawsona. I to właśnie powodowało, że mimo grożącego niebezpieczeństwa, nie obawiałem się ich.
Stanęli o trzy kroki ode mnie. Mówili coś szybko po hiszpańsku, gestykulując rękami. Odpowiedziałem im spokojnie, że nie rozumiem. Wtedy zabrał głos ów biały uzbrojony w karabin. Zapytał po angielsku:
— Dokąd prowadzi ta droga? Czy tam, pod tą zwaloną skałą, można przejść do zaginionego miasta?
— Tak — odparłem spokojnie. — Za tą zwaloną skałą jest dolina, a w niej ruiny zaginionego miasta Taironów.
Moja szczera odpowiedź zdumiała ich i zarazem zaniepokoiła. Nie jest czymś zwykłym spotkanie z nie uzbrojonym, samotnym człowiekiem w górach Sierra Nevada, i to tuż obok zaginionego miasta, pełnego — być może — ukrytych skarbów. Jeśli byłem taki spokojny, to chyba znaczyło, że zaginione miasto zostało opanowane przez innych poszukiwaczy. Stali się więc czujni i ostrożni.
— Co pan tu robi? — zapytał mężczyzna z karabinem.
Beztrosko wzruszyłem ramionami.
— Czy ma pan prawo do zadawania podobnych pytań? To raczej ja chyba mogę spytać: co wy tu robicie? Może jesteście złodziejami okradającymi indiańskie groby?
Na pewno przemknęła im przez głowę myśl, że trafili na policjanta po cywilnemu. Ów biały zaczął rozmawiać po hiszpańsku z Metysami. W tym czasie z obojętną miną zapaliłem papierosa, a następnie włożyłem rękę do kieszeni, w której miałem pudełeczko Dawsona. Rozmawiali dość długo, a ja przyglądałem się im z coraz bardziej znudzoną miną. Wreszcie biały mężczyzna z karabinem znowu mnie zapytał:
— Kim pan jest, u diabła? I czy to znaczy, że nie pozwala nam pan pójść dalej? Roześmiałem się sztucznie.
— A niby dlaczego miałbym wam czegoś zakazywać? Nie jestem właścicielem tych gór.
— Dużo was tu jest? — znowu zwrócił się do mnie z naiwnym pytaniem. Chyba uważał mnie za głupca. Ale ja powiedziałem szczerze:
— Jestem sam.
Powtórzył moje słowa po hiszpańsku. Któryś z Metysów krzyknął: „To wariat”. Słowo „wariat” znałem po hiszpańsku, więc domyśliłem się, że biorą mnie za wędrującego po górach szaleńca. Ale czy wyglądałem na wariata? Przed obiadem ogoliłem się, wyczyściłem buty, wyszczotkowałem ubranie.
Odezwałem się uprzejmie:
— Czy nie słyszeliście o Diabelskiej Dolinie? Ona jest właśnie za tą zwaloną skałą. Radzę wam zawrócić.
Biały człowiek znowu powtórzył moje słowa po hiszpańsku. Metysi okazali się ludźmi zabobonnymi. Strach pojawił się w ich oczach i choć nie znałem hiszpańskiego, domyśliłem się, co mówią. Radzili wracać. Ale biały nie należał do bojaźliwych. Rzekł do mnie ponuro:
— Pan chce nas wystraszyć. Nie wierzę w diabły i upiory. Pójdę dalej, bo tam są skarby.
I chciał mnie wyminąć, aby wejść do skalnego tunelu. Nagle oczy jego zrobiły się ogromne ze strachu, z rąk wypadł mu karabin. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem wychodzącego z tunelu wielkiego doga.
— Co to? Co to? — wybełkotał biały człowiek.
— To zwykły pies. Dog — oświadczyłem.
— Widzę węże. Setki węży! — coraz głośniej zaczął wykrzykiwać. — Miliony węży pełzną w moją stronę... Węże, węże, węże!...
Tak krzycząc, rzucił się do ucieczki tą samą drogą, którą przyszedł. Ja nie widziałem żadnych węży, tylko spokojnie nadchodzącego psa.
Na twarzach Metysów pokazał się strach. Patrzyli na szczyty skał wznoszących się nad przepaścią. Bełkotali coś do siebie i wskazywali palcami w górę. Z ich ruchów i wyrazu twarzy mogłem się domyślić, co oglądają. Oto głazy na szczytach skał zaczęły się ruszać i obsuwać w dół. Za chwilę miała spaść i strącić nas w przepaść ogromna lawina skalna. Lecz ja widziałem nieruchome głazy. Góry były spokojne.
Oni jednak mieli przed oczami zupełnie inny obraz gór i drogi, na której stali. W największym popłochu, wrzeszcząc ze strachu, uciekali za swym kompanem, porzucając w biegu oskardy i szpadle. I choć szybko zniknęli za zakrętem, jeszcze długo słyszałem ich pełne przerażenia okrzyki.



21. Inna strona duszy Florentyny po raz drugi (rozdział 12)

Obudziło mnie skrzypienie drzwi szafy ukrytej w ścianie kabiny. Młoda pokojówka w czarnej, krótkiej sukience, białym fartuszku i z koronkową przepaską na czarnych włosach klęczała na środku kabiny, wyjmując z walizek eleganckie garnitury i bieliznę. Następnie wszystkie te rzeczy rozwieszała w szafie.
— Czy te jedwabne koszule i wspaniałe garnitury, to wszystko dla mnie, proszę panienki? — zapytałem, unosząc głowę znad poduszki.
— A pewnie. Tylko bardzo wątpię, czy potrafi pan nosić te rzeczy. Nadaje się pan do roli milionera jak ja do opery.
To była Florentyna, której zapewne polecono grać na jachcie rolę pokojówki.
— Pan, Seńor Cochecito, zupełnie się nie nadaje na milionera — powtórzyła ironicznie.
— Moja żona podjęła się reprezentowania nas na zewnątrz.
— Do roli jej męża też się pan nie nadaje. Wygląda pan przy niej jak nie przymierzając pliszka przy pawiu. Ów don Casanova byłby ostatnim głupcem, gdyby nie zauważył podstępu. Ona potrafi grać rolę wielkiej damy, ma chłodną i imponującą urodę, natomiast pan wygląda na chłoptysia, który najlepiej czuje się w podartych dżinsach i sztruksowej koszuli.
— A jeśli ona wyszła za mnie za mąż dla moich pieniędzy, hę? — zapytałem.
— Nie wygląda pan na człowieka, który potrafił zarobić miliony — zakpiła Florentyna. — Dlaczego się pan nie przejrzy w lustrze? Te okularki na nosie, ten roztargniony wzrok, skromność i uczciwość po prostu wypisane na twarzy. Czy taki osobnik potrafi zarobić miliony? Nie pomogą najelegantsze koszule i garnitury. Pan do takich wytwornych rzeczy nie pasuje. Co innego don Gabriel, z którym tej nocy, z braku miejsca, musiałam dzielić kabinę. To jest ktoś, proszę pana. Przegadaliśmy całą noc, sącząc jakieś wytworne trunki i pokrzepiając się wykwintnymi potrawami. On się zna i na trunkach, i na dobrym jedzeniu. Rzecz jasna, od razu się czuje, że to ktoś, kto zrobił fortunę nieuczciwie. Ale właśnie taki osobnik kupuje sobie piękną i wytworną żonę oraz chce nabyć kradzione dzieła sztuki, żeby ozdobić nimi swój dorobkiewiczowski dom. Panu w ogóle nie przejdą przez usta słowa: „Chciałbym kupić skradzione dzieła sztuki”. Pan nie potrafi powiedzieć czegoś takiego w sposób naturalny. W panu przecież wszystko się aż burzy na myśl, że ktoś kupuje kradzione zabytki.
Czułem, że ma rację, ale nie chciałem tego przyjąć do wiadomości. Dlatego byłem zły.
— Niech pani sobie stąd idzie, mam zamiar wstać z koi, a nie chcę razić pani oczu widokiem swej nagości.
Florentyna była chyba naprawdę trochę wstawiona po nocnej biesiadzie z don Gabrielem. Pogardliwie machnęła ręką.
— Niech pan nie przesadza, Panie Samochodzik, z tą swoją nagością. Nie mam piętnastu lat i widok mężczyzny w majteczkach nie będzie dla mnie żadnym wstrząsem psychicznym. Niech pan od razu powie, że to pan jest wstydliwy jak piętnastolatka.
Skierowała się jednak ku drzwiom. Na odchodnym powiedziała drwiąco:
— A tak w ogóle, dżentelmenerii mógłby się pan uczyć od don Gabriela, choć to zwykły gangster. Wieczorem przyniósł rozmaite trunki i wytworne potrawy, co chwila opowiadał po włosku jakiś dowcip. Z takim jak on mężczyzną kobieta przez całą noc się nie nudzi. I chociaż niewyspana, czuje się potem bardzo dobrze.



22. Audiencja Casanovy u don Gabriela (rozdział 13)

Don Gabriel zachował się wspaniale. Podobnie świetnie grała swoją rolę Teresa van Hagen. Ukryta starannie kamera telewizyjna przekazywała nam na monitor do kabiny Dawsona każde słowo i gest: surowe zmarszczenie brwi don Gabriela, rozkoszne minki, które robiła Teresa, i pełen zatroskania wyraz twarzy don Casanovy. Don Casanova nie ukrywał, że jest zaszczycony możliwością znalezienia się przed obliczem aż tak bardzo bogatego człowieka i był wyraźnie zmartwiony, że nie potrafi sprostać życzeniom bogacza. Jego wyobrażenie o tym, jak powinien się zachować osobnik naprawdę opływający w pieniądze zdobyte pośpiesznie i niezbyt uczciwie potwierdziło się. Taka jak don Gabriel była chyba większość bogatej klienteli, nabywającej za jego pośrednictwem kradzione dzieła sztuki. W luksusowo wyposażonym saloniku kapitańskim (bo tam nastąpiło spotkanie) don Casanova czuł się tak onieśmielony, że nawet nie wypił do końca cocktailu z oszronionej szklanki. To wstawał raptownie, to znów przykucał w fotelu, nie mając odwagi przerwać potoku słów płynących z ust milionera. A ten, nie wyjmując z ust grubego cygara i wyraźnie okazując Casanovie swoją pogardę, perorował:
— Nie ukrywam, panie Casanova, że jestem człowiekiem bogatym. Bardzo bogatym. Tak, nadzianym pieniędzmi jak tłusty bażant truflami. Mógłbym kupić całe Rodadero wraz z jego hotelami i pensjonatami, ale nie lubię robić kiepskich interesów. Nie ukrywam też, że zarobiłem swoje pieniądze ciężką pracą głowy i rąk, a teraz coś mi się od życia należy. Czy nie tak, don Casanova?
— Tak jest, seńor van Hagen — pośpiesznie potakiwał Casanova, mężczyzna niskiego wzrostu, chyba Meksykanin, w nieskazitelnej koszuli, czarnym krawacie i w białym jak śnieg garniturze.
— Czy widzi pan moją piękną i młodą żonę, panie Casanova?
— Tak, seńor. To prawdziwa piękność.
— Ona jest nie tylko piękna, ale i kocha piękno, panie Casanova. To osoba subtelna, z duszą artystki, a mnie stać na to, aby ją otoczyć pięknem. Do diaska, stać mnie na to, aby moja piękna żona miała w Amsterdamie najpiękniejszy dom w mieście. Stać mnie czy nie stać, panie Casanova?
— Zapewne pana stać — gorliwie przytakiwał Casanova, bo człowiek, który mówił z taką pewnością siebie, nie mógł być ubogi.
— Powtarzam: ona chce mieć najpiękniejszy dom i, do diaska, ja postanowiłem, że ona będzie miała taki dom.
— Ja nie buduję domów, seńor — nieśmiało zaoponował Casanova.
— Czy ja chcę, żeby mi pan zbudował dom? Ja bym panu nie powierzył postawienia nawet zwykłej lepianki, panie Casanova. Korzystam tylko z usług najlepszych fachowców. A kimże pan jest, panie Casanova?
— Właśnie, kim ja jestem dla pana?
— Nie mam pojęcia. Może zwykłym pętakiem, a może człowiekiem, który wie, jak zarobić trochę dolarów — zagrzmiał ostro don Gabriel. — Dom to są ściany, pan rozumie? A na ścianach musi coś wisieć. Najlepiej, żeby to było coś dużego i w złotych ramach. W bardzo pięknych ramach, panie Casanova.
Przerwała mu Teresa van Hagen. Uśmiechnęła się przepraszająco do Casanovy i powiedziała słodkim głosikiem:
— Ach, panie Casanova. Proszę wybaczyć mojemu mężowi, ale on, niestety, nie zna się na pięknie. Obrazy Rembrandta nie były wcale duże, prawda? A ja, chciałabym mieć Rembrandta i van Dycka, i van Gogha...
Don Gabriel otoczył się wielkim kłębem dymu. I znowu zahuczał jego potężny głos:
— Czy pan słyszy, panie Casanova? Moja żona zna się na rzeczy. W moim domu będą też różne półki, półeczki, stoliczki, oszklone szafki. Tam muszą być takie... no, pan chyba wie, no, fidrygałki z porcelany i ze złota. Tak, do diaska, nawet ze złota. To ma być piękny dom, pan pojmuje? I żeby mi to nie były żadne tam podrabiane fidrygałki i obrazki, ale prawdziwe. Bo ja mam przyjaciół, panie Casanova. Moi przyjaciele muszą aż pozielenieć z zazdrości, kiedy mnie odwiedzą. Oczywiście, rozumiem, że rzeczy, które chcę posiadać, nie zdobywa się łatwo i nie każdemu należy je pokazywać. Ale może pan być pewien, że do mojego domu policja nie będzie przychodzić na kolacje, a tylko starzy i dobrzy przyjaciele. A poza tym pieniądze lecą na łeb, na szyję, więc chciałbym w dziełach sztuki ulokować trochę swego kapitału. Nikt tych rzeczy, jeśli będą „trefne”, nawet nie powącha, tylko poleżą u mnie w sejfie. Czy rozumiemy się, panie Casanova? I czy jest pan człowiekiem, którego potrzebuję?
Wtrąciła się Teresa ze słodkim uśmiechem:
— Wiem, że o prawdziwego Rembrandta jest dziś niezwykle trudno. To samo tyczy obrazów van Dycka czy van Gogha. Dlatego, jeśli się taki obraz znajdzie w moim domu, to będzie w takim salonie, do którego nikt oprócz najbliższych przyjaciół nigdy nie zagląda. Ale ja muszę mieć obraz Rembrandta. Czytałam w gazecie, że pewna aktorka z Hollywood ma całą kolekcję obrazów Matisse'a i Cezanne'a. A czy ja jestem od niej brzydsza? Czy ja nie mogę mieć w swoim domu czegoś podobnego?
— A ja chciałbym duży obraz w złotej ramie — dorzucił don Gabriel. — I mnóstwo rozmaitych fidrygałków. Mogą być z porcelany, ale lepiej, żeby były pozłacane albo ze złota, bo takich fidrygałków żadna służąca miotłą nie strąci z półki i nie potłucze.
Don Casanova zaczął się niespokojnie wiercić w fotelu. Na jego twarzy na przemian pojawiał się wyraz radości i niepokoju. Wreszcie, gdy don Gabriel sięgnął po szklankę z cocktailem, ośmielił się oświadczyć:
— Państwo trafili pod dobry adres i do właściwego człowieka. Wielce szanowny pan Duncan, który mnie tu do państwa zaprosił, był moim klientem i o ile się orientuję, nie żałuje transakcji, jakie ze mną zrobił. Dzięki mnie zdobył tanio wspaniałą kolekcję dzieł sztuki, a przede wszystkim starej broni.
— Mnie broń nie ciekawi — wykrzywiła usteczka Teresa. — Ja chcę Rembrandta.
— Rozumiem łaskawą panią i podzielam jej upodobania.
— A ja muszę mieć fidrygałki — zahuczał don Gabriel.
— Też podzielam pańskie upodobania — pośpiesznie zgodził się z nim don Casanova. — Rzecz w tym, że państwo trafili do właściwego człowieka, ale nie we właściwym czasie.
Don Gabriel aż zakrztusił się cocktailem.
— Co mają znaczyć pańskie słowa? — zawołał z oburzeniem. — Czy nie ma pan niczego ciekawego do sprzedania? To jaki interes pan prowadzi? Tandetny sklepik czy wielki biznes? Przecież ja chcę panu płacić w prawdziwych banknotach Stanów Zjednoczonych.
Don Casanova nabożnie złożył ręce, a potem je załamał w geście rozpaczy:
— Pan dobrze trafił, panie van Hagen. Ja prowadzę naprawdę duże interesy i pragnę zawsze być do usług takich klientów jak pan. Jest sprawą oczywistą, że posiadam to i owo do sprzedania, nawet złocone drobiazgi by się znalazły. Ale czy szanownemu państwu wiadomo, że nie tak dawno w stolicy naszego kraju było włamanie do Muzeum Złota i od tego czasu policja działa jak szalona? Proszę sobie wyobrazić, że dziś rano przeprowadzili mi w domu rewizję. Tak, najprawdziwszą rewizję. Jestem podejrzany o udział w tym włamaniu i śledzony przez policję. W tej sytuacji nie mogę sobie pozwolić na sprzedawanie żadnych rzeczy.
Don Gabriel łyknął potężny haust cocktailu i oświadczył po pewnym namyśle:
— Czytałem o tym włamaniu. Podobno skradziono mnóstwo złotych przedmiotów. Coś takiego by mnie interesowało.
Don Casanova zerwał się z fotela i zaczął szybko mówić:
— Nie mam z tą sprawą nic wspólnego. Jestem zwykłym handlarzem starzyzną. Na karku siedzi mi policja z inspektorem Esponozą na czele. Nie chcę w ogóle o tym słyszeć. I w tej sytuacji nie mogę nic dla państwa zrobić. Ludzie inspektora szli za mną aż tutaj, wiedzą więc, że goszczę na pańskim jachcie. Kto wie, czy wkrótce na pokładzie nie zjawi się policja i nie dokona rewizji tylko dlatego, że don Casanova złożył panu uszanowanie. Co by się stało, gdyby znaleźli tu obraz van Dycka?
Don Gabriel roześmiał się rubasznie.
— Czy ja wyglądam, panie Casanova, na człowieka, który nigdy nie miał do czynienia z policją? O policję niech pana głowa nie boli. Ten jacht nie zawsze nazywał się „La Paloma”. I nie zawsze woził mnie i moją piękną żonę.
Casanova popatrzył na don Gabriela z nieukrywanym szacunkiem:
— Pan jest dobrym klientem. Inni żądają, aby im dostarczać różne stare rzeczy przez granice, aż do ich domów. Albo chcą robić interesy już poza wodami terytorialnymi. Bóg widzi, jak bardzo pragnę dogadać się z panem. Ale nie mogę. Śledzi mnie Esponoza, a to diabeł wcielony. Obawiam się, że gdy tylko zechcę zajrzeć do swego składziku, on trafi tam po moim tropie i będę siedział w więzieniu przez długie lata. Pan zresztą wie, że ja jestem tylko skromnym przedstawicielem wielkiej firmy i nic nie mogę zrobić na własną rękę. Moi zwierzchnicy żądają pieniędzy za dostarczony mi towar, a ja boję się coś sprzedać, bo mam na karku Esponozę.
— W takim razie pan zbankrutuje — oświadczył gromko don Gabriel.
Casanova niemal zapłakał z rozpaczy:
— Oj, tak, tak, panie van Hagen. Najprawdopodobniej grozi nam bankructwo.
Teresa van Hagen zaczęła popłakiwać, cieniutką chusteczkę podniosła do oczu.
— To znaczy, że ja nie będę mogła urządzić sobie pięknego domu — łkała.
Don Gabriel uderzył się dłonią po kolanie.
— To pan, panie Casanova, doprowadził do łez moją żonę. Ja tego nie mogę puścić płazem! Za taki postępek zostanie pan wytargany za uszy.
Don Gabriel tupnął nogą w podłogę kabiny i do saloniku wpadło natychmiast dwóch jego sanitariuszy w strojach marynarzy. Casanova przestraszył się.
— Niech seńora nie płacze. Ja wszystko załatwię tak jak trzeba. Będzie pani miała najpiękniej urządzony dom w Amsterdamie.
Teresa otarła chusteczką oczy, don Gabriel założył nogę na nogę, zapalił nowe cygaro i odprawił marynarzy.
— Proszę mówić, panie Casanova — rzekł. — Ostrzegam jednak, że drogo mi pan zapłaci za każdą łzę mojej żony.
Casanova opróżnił szklankę, nabrał w piersi tchu i oświadczył:
— Dla państwa zrobię wyjątek i doradzę, gdzie będziecie mogli zaopatrzyć się w rzeczy, które są wam potrzebne. Tu, w Rodadero, jest to niemożliwe z powodu wścibstwa policji. Ale przecież odbywacie podróż dookoła świata i co wam szkodzi zawitać na Wyspy Dziewicze. To niezbyt daleko stąd, panie van Hagen.
— Hm! — chrząknął don Gabriel. — A po cóż miałbym płynąć na Wyspy Dziewicze?
Don Casanova wstał z fotela i podszedł do mapy Morza Karaibskiego rozwieszonej na ścianie saloniku.
— Wyspy Dziewicze, seńor, wchodzą w skład Małych Antyli. Pański kapitan bez trudu do nich dopłynie. Należą one do Stanów Zjednoczonych. Ale jedna z nich, położona na skraju archipelagu, jest wyspą brytyjską. Zwie się, nie wiadomo dlaczego, po hiszpańsku „La Jauja”, co znaczy Kraina Szczęśliwości, znajduje się na niej piękny hotel dla turystów zagranicznych z plażą i zacisznym portem. Ten hotel prowadzi mój przyjaciel don Pedro. Zawiadomię go telegraficznie o pańskiej wizycie i gdy pan przypłynie do wyspy swoim jachtem, zostanie pan tam powitany jako miły gość.
— Mnie wszędzie witają jako miłego gościa — powiedział don Gabriel. — A witają mnie tak, ponieważ mam dużo pieniędzy. Nie rozumiem tylko, w jakim celu mam odwiedzać jakąś bezludną wysepkę z parszywym hotelem, skoro chętnie mnie powitają na Florydzie albo Galapagos.
Don Casanova usiadł i powiedział ledwo dosłyszalnym szeptem:
— W hotelu mojego przyjaciela don Pedra zatrzymuje się wielu interesujących ludzi, a oni miewają ciekawe przedmioty. Pana piękna małżonka nie wyleje już żadnej łzy, a pan będzie mógł wydać na swoje drobiazgi dużo banknotów.
Don Gabriel zamyślił się, zerknął na mapę, później znowu popatrzył na Casanovę. Wreszcie oświadczył:
— Nic nie stoi na przeszkodzie, aby mój kapitan poprowadził „La Palomę” do Krainy Szczęśliwości. A teraz może sobie pan już pójść.
Nie trzeba było tego powtarzać Casanovie. Ukłonił się uniżenie Teresie oraz Gabrielowi i ulotnił się z saloniku. Jak oparzony wyskoczył na pokład, przebiegł po trapie i dopiero na molo w świetle dużej latarni przystanął i otarł pot z czoła. Następnie dotknął delikatnie swoich uszu, jak gdyby upewniając się, czy nie doznały żadnego szwanku. Znowu otarł pot z czoła i raźnym krokiem ruszył do domu.



23. Psychodeliczne biuro podróży; telepatia (rozdział 14)

Zbliżał się wieczór, podzwrotnikowy upał zaczynał słabnąć i ulice miasteczkapowoli wypełniał tłum mieszkańców i turystów. Na tarasach kawiarń zapalono kolorowe lampiony. Stanęliśmy na skrzyżowaniu dwóch głównych ulic i nie wiedzieliśmy, co robić dalej. Kilku pucybutów, młodych Murzynów, zwróciło na nas uwagę. Obskoczyli nas i zachowywali się tak natrętnie, że musieliśmy pozwolić wyglansować sobie trzewiki. I to był szczęśliwy zbieg okoliczności. Zapytałem dzieciaka, który czyścił mi buty, o biuro podróży. Odpowiedział w łamanej angielszczyźnie, że malutkie, prywatne biuro podróży znajduje się o kilka kroków od nas, tuż za rogiem ulicy.
Bez trudu odnaleźliśmy obskurne pomieszczenie z brudną szybą wystawową oklejoną afiszami reklamującymi Paryż, Londyn i Rzym. Za niskim kontuarem siedziała Murzynka, a że w całym pomieszczeniu było mroczno, widzieliśmy wyraźnie tylko białka jej oczu. Gdy Dawson wyłożył naszą sprawę, to jest pragnienie spędzenia kilkunastu dni w hotelu na wyspie La Jauja, oczy Murzynki — białe punkciki w mroku — stały się o wiele większe.
— Ależ, panowie — zaczęła mówić bardzo szybko po angielsku — po co wam La Jauja? Mamy na Wyspach Dziewiczych tyle pięknych ośrodków wypoczynkowych, luksusowych i tanich. Nie ma potrzeby, abyście jechali tak daleko. Bo do La Jauja jest daleko.
— My lubimy jeździć daleko — powiedziałem. — Gdyby było inaczej, siedzielibyśmy w swoim domu, w Europie.
Białe punkciki zaczęły co chwila znikać, co znaczyło, że Murzynka raz po raz mruga powiekami.
— Ależ, panowie. La Jauja ma niedobrą sławę. To nie jest miejscowość dla dżentelmenów. Owszem, mam dużo wolnych miejsc w hotelu na La Jauja, ale nikt ich nigdy nie wynajmuje. A jeśli nawet coś takiego się zdarzy, to robią to ludzie zupełnie inni, na pewno nie dżentelmeni. Ta miejscowość cieszy się złą sławą, ponieważ wojsko pozostawiło tam swoje budowle. Opowiadają, że część wysepki jest zaminowana, a inna część skażona radioaktywnie. Wielu gości, którzy kiedyś zdecydowali się ją odwiedzić, wracało z nadwątlonym zdrowiem.
Dawson zwiesił głowę. Wyglądał na zrozpaczonego, ale zarazem zdecydowanego.
— Ja muszę, seńora, odwiedzić to przeklęte miejsce — oświadczył. I opowiedział jej historię swego ojca.
— Co do mnie, przenigdy nie opuszczę swego przyjaciela — dorzuciłem. Murzynka niemal nas błagała:
— Nie róbcie tego, panowie. Szczerze wam odradzam. Wrócicie chorzy, a ja będę was miała na sumieniu. Don Pedro, obecny właściciel hotelu, nie lubi gości. Zresztą od trzech lat, to jest od czasu, gdy rozeszła się wieść, że wysepka ma część terenu skażoną radioaktywnie, mało kto chce tam wypoczywać. Don Pedro mówi, żebym z tego względu odradzała gościom odwiedzanie La Jauja, bo nie bierze odpowiedzialności za ich zdrowie. Chyba że taki gość powie hasło...
Te słowa wyrwały się jej w ferworze przemówienia. Biedaczka przeraziła się i umilkła.
— Hasło — podchwyciłem obojętnym głosem i zacząłem szperać po kieszeniach.
— Miałem gdzieś zapisane hasło, ale zdaje się, że je zgubiłem...
— To panowie znają hasło? — ucieszyła się.
— A tak. Oczywiście. Czy w przeciwnym razie zgłaszalibyśmy się do pani? — rzekł Dawson.
Murzynka odetchnęła z ulgą:
— No, jeśli panowie znają hasło, to mogę zapewnić wam miejsca w hotelu La Jauja.
— Trzy miejsca. Jest z nami także dziewczyna — oświadczyłem.
Zapaliła lampę na kontuarze, który był zarzucony jakimiś papierzyskami. Wyszperała spośród nich trzy blankiety i wypełniła, zapewniając nam pobyt w La Jauja na okres trzech tygodni.
— Jutro rano przybędzie tu łódź motorowa — poinformowała nas wręczając blankiety. — Zacumuje w głównej przystani. Poznacie ją po napisie „La Jauja” na dziobie i na rufie. Pokażecie te blankiety i motorówka zabierze was na wyspę.
Dawson zapłacił za nasz trzytygodniowy pobyt dość drogo jak na tutejsze warunki. Skierowaliśmy się do drzwi, ale zatrzymało nas wołanie Murzynki.
— Ej, panowie. Przecież wy nie podaliście mi hasła. Zupełnie o tym zapomniałam...
Zdrętwiałem. Mieliśmy już załatwiony pobyt na wyspie gangsterów, a tymczasem ten jeden drobny szczegół mógł wszystko uniemożliwić. Jak sparaliżowany stałem w drzwiach obskurnego biura i nie wiedziałem, co odpowiedzieć na pytanie Murzynki.
I raptem stało się coś zadziwiającego. Twarz Dawsona przybladła, oczy stały się nieruchome i szkliste. Jednocześnie czarne oblicze Murzynki odrobinę zszarzało.
— El Dorado — usłyszałem po chwili zduszony głos Ralfa. — El Dorado — powtórzył nieco głośniej.
Murzynka potrząsnęła głową, jak gdyby budząc się z krótkiego snu.
— Panowie znają hasło, więc wszystko jest w porządku. Dziękuję panom.
Na ulicy spojrzałem wymownie na Ralfa, a on potwierdził moje domysły.
— Tylko nie sądź, Tomaszu — ostrzegł mnie — że potrzebne mi wiadomości potrafię telepatycznie lub przy pomocy hipnozy wyciągnąć od każdego człowieka. Jeśli jakiś osobnik stawia wewnętrzny opór, kontakt telepatyczny czy hipnotyczny jest niemożliwy. Ta Murzynka już nam wydała skierowania na La Jauja i bardzo chciała, żebyśmy jej powiedzieli to hasło.



24. Tomasz udaje idiotę (rozdział 15)

Podchwyciłem spojrzenie długowłosej blondynki z pobliskiego kosza. Na szczęście nie zauważyła tego Florentyna, jej bowiem z kolei przyglądali się obydwaj panowie dyskutujący o Bruegelach.
— Zdaje mi się, że zrobiła pani na nich wielkie wrażenie — poinformowałem Florentynę. — To szansa na rozmowę z nimi. Warto dowiedzieć się, skąd tu przybyli i czym się zajmują. Przecież musimy ustalić, czy ta wyspa jest rzeczywiście miejscem, gdzie gang don Stefano gromadzi swoje łupy. Proszę nawiązać kontakt z tymi panami. Tylko, na miłość boską, ani słowa o Biurze Koordynacyjnym. Niech pani wcieli się w rolę tak zwanej „słodkiej idiotki”...
— To bardzo, bardzo trudne — zmartwiła się Florentyna. — Inteligentnej kobiecie nie jest łatwo udawać idiotkę.
— Niech pani będzie przynajmniej słodka.
Udałem, że idę na przystań do Dawsona. Dwaj panowie natychmiast wykorzystali moją nieobecność, aby przenieść się do kosza zajętego przez Florentynę. Ja natomiast poszedłem do długowłosej i długonogiej blondynki.
— Bardzo chciałam, aby pan podszedł do mnie — powiedziała mi po angielsku.
— Wygląda pan na człowieka odważnego i sprytnego. Dlatego chcę pana prosić o pomoc. Na imię mam Blanka. Jestem detektywem z tak zwanego Biura Koordynacyjnego, zajmującego się walką ze złodziejami dzieł sztuki. Przed tygodniem w Caracas zostałam zwabiona do zaparkowanego pod moim hotelem samochodu i po uśpieniu narkotykami, przewieziona tutaj śmigłowcem. Więżą mnie, choć więzów na moich rękach nie widać. Niestety, z tej wyspy nie można się wydostać bez zgody don Pedra. Czy pomoże mi pan uciec?
— Naturalnie — zawołałem z entuzjazmem. — Tak ładnej kobiecie zawsze jestem gotów pomóc.
— Ach, proszę nie mówić o mojej urodzie. Nie czas na flirty. Ja naprawdę muszę stąd uciec. Pan też jest z Biura Koordynacyjnego, prawda?
— Ja? — zdumiałem się. — Owszem, kiedyś pracowałem w biurze, ale to było Biuro Rzeczy Znalezionych. Przeważnie ludzie gubią parasolki i nimi się zajmowałem. Od pewnego czasu żyję na koszt swego przyjaciela, który jest synem milionera. Poproszę go o radę i na pewno pani pomożemy. Czy ma pani jakiś pomysł?
— Nie. A pan?
— Też nie. Jestem tu dopiero od wczoraj.
— No cóż — westchnęła głęboko. — Będziemy musieli wspólnie obmyślić plan działania.
— Tak, tak — podchwyciłem z entuzjazmem. — W którym pokoju pani mieszka? Musimy się spotkać sam na sam, bez świadków.
Jej twarz nabrała odpychającego wyrazu.
— Pan mnie, zdaje się, źle zrozumiał — rzekła chłodno. — Nie chcę nawiązać z panem romansu, ale potrzebuję pomocy.
— Tak, tak, naturalnie. Właśnie to miałem na myśli — chwyciłem jej dłoń i złożyłem na niej gorący pocałunek.
Wyrwała mi swoją rękę, wstała i odeszła obrażona.



25. Pogłoska o tajemniczej dźwigni wprawia gang w konsternację (rozdział 15)

(...) Dawson położył palec na usta, dając nam znać, abyśmy odtąd uważali na swoje słowa. Odwinął mikrofon z waty i zaczął z nami rozmowę o pogodzie. Jednocześnie ukrył w kieszeni zdjęcia zrobione przy pomocy radioodbiornika.
Po chwili zapukał do nas don Pedro. Był niezwykle uprzejmy, raz po raz śmiał się z byle powodu, nie potrafił jednak ukryć niepokoju. Po jakimś czasie wyjawił powód swej wizyty:
— Mówił mi Emil, że pan, seńor Dawson, wie o jakiejś tajemniczej dźwigni, która może spowodować zalanie podziemnych schronów i korytarzy.
— Opowiadał mi o tym mój ojciec, pułkownik Dawson — przytaknął uprzejmie Ralf. — Ale nie bardzo rozumiem, czemu ta sprawa zainteresowała pana. Wszak prawie cała wyspa jest ogrodzona, wstęp na nią zabroniony, a więc nikomu nie grozi niebezpieczeństwo.
— To prawda — skinął głową don Pedro. — Rzecz jednak w tym, że to utrudnia działalność memu turystycznemu przedsiębiorstwu. Grozi mi bankructwo, ponieważ turyści niechętnie odwiedzają miejsca skażone radioaktywnie i chemicznie. Mam zamiar wezwać tu saperów i chemików, teren wyspy rozminować, zneutralizować działanie szkodliwych czynników. I gdyby to było możliwe, otworzyć dla turystów podziemne schody i korytarze.
— Nie zauważyłem, aby pan chętnie ich witał — stwierdziłem cierpko. — A nawet przeciwnie.
— To prawda, seńor — zgodził się ze mną don Pedro. — Nie mogę ludzi narażać na utratę zdrowia, a kto wie, może nawet życia. Bankrutuję, ale przynajmniej mam czyste sumienie.
Ralf Dawson powiedział ze współczuciem w głosie:
— Rozumiem pana, don Pedro. Mój ojciec pokazywał mi kiedyś plany budowli wojskowych na wyspie i nawet wskazał miejsce, w którym zamontowano urządzenie do zalewania wodą korytarzy na wypadek ewakuacji. Niestety, nie interesowałem się bliżej tą sprawą. Ale gdyby pan pokazał mi plany wyspy, być może przypomniałbym sobie, gdzie znajduje się to urządzenie.
Tak, to było świetnie zagrane. Dawson chciał obejrzeć mapę wyspy. Ale don Pedro nie był pierwszym lepszym opryszkiem, który da się nabrać na taką propozycję. Oświadczył sucho:
— Nie posiadam planów wyspy i jej wojskowych urządzeń. Natomiast, gdyby tak pan, seńor Dawson, był uprzejmy zapytać o to swego ojca, całą sprawę można by rozwiązać pomyślnie. Oczywiście za wynagrodzeniem.
— Za ile? — zapytał Dawson.
— Hm — chrząknął don Pedro. — Powiedzmy, że za tysiąc dolarów.
— Za dziesięć tysięcy. I zaliczkę otrzymam zaraz w wysokości tysiąca dolarów — twardo odpowiedział Ralf.
— Zgoda — westchnął don Pedro. — W jaki sposób pan skontaktuje się z ojcem?
Dawson wzruszył ramionami:
— Tam do licha, przecież chyba posiada pan tu na wyspie jakąś radiostację? Po prostu nadam depeszę iskrową do ojca, podam waszą częstotliwość, hasło wywoławcze i on prześle odpowiedź tą samą drogą.
— Zgoda. Czy mógłby pan to uczynić zaraz?
— O nie — zaprotestował Dawson. — Teraz chciałbym się wykąpać i przebrać do kolacji. Muszę też przygotować treść depeszy, aby mój ojciec nie pomyślał, że zacząłem pracować dla obcego wywiadu. Depeszę nadam jutro rano, natomiast o zaliczkę proszę zaraz. Mój ojciec jest bardzo bogaty, ale mnie nie rozpieszcza.
Don Pedro wyjął portfel, odliczył banknoty, skłonił się i opuścił pokój. Wtedy Ralf kiwnął na nas głową i przenieśliśmy się do drugiego pokoju, gdzie nie było podsłuchu. Tu Dawson podzielił się ze mną zaliczką od don Pedra.
— To nawet będzie uczciwiej, jeśli na tej wyspie zabawicie się za pieniądze gangsterów, a nie Komisji Koordynacyjnej — powiedział śmiejąc się głośno.



26. Figle niewidzialności (rozdział 16)

Była noc — widna, księżycowa. Kreol rozglądał się, nikogo jednak nie zauważył. A ja w uchu znowu usłyszałem szept Dawsona: „Wszystko w porządku, Tomaszu. Niech on wraca do siebie”.
Ralf wykonał swoje zadanie i opuścił pomieszczenie radiostacji. Nie robiłem więc już żadnych kawałów radiooperatorowi, który po jakimś czasie, wciąż niespokojny i czujny, z pistoletem w dłoni wrócił do swego pomieszczenia i zamknął się w nim starannie.
— Wyjąłem z nadajnika jeden malutki moduł — poinformował mnie Ralf. — Radiooperator przez wiele godzin będzie szukał uszkodzenia.
Zatrzymaliśmy się przed drzwiami pokoju numer osiem. (...) Ralf zdradził mi swój dość zabawny pomysł. Otóż postanowił się zemścić na kucharzu i barmanie za zaaplikowanie nam narkotyków. Na malutkim magnetofonie, będącym zarazem miniaturową stacją nadawczą, nagrał przez chustkę głos Florentyny. W języku suahili miała ona po północy, gdy barman i kucharz po pracy powrócą do swego pokoju, ostrzec obu Murzynów: „Uciekajcie stąd jak najprędzej. Uciekajcie, bo grozi wam straszne niebezpieczeństwo. Uciekajcie jeszcze tej nocy... Ostrzegawczy głos w rodzinnym języku, którego, jak sądzili, nikt na tej wyspie nie znał, musiał być przez nich uznany za znak Opatrzności”
(...)
O wpół do dwunastej w nocy znaleźliśmy się w wypełnionym przez gości barze. (...) Wśród gości wyłowiłem wzrokiem dwóch antykwariuszy z Londynu. Bez trudu, jako że pozostawałem niewidzialny, zbliżyłem się do antykwariusza z Chelsea i szepnąłem mu po angielsku:
— W twoim sklepie w Chelsea policja chce przeprowadzić rewizję. Uciekaj stąd jeszcze tej nocy i usuń ze sklepu rzeczy skradzione. Uciekaj stąd. O trzeciej nad ranem czekać będzie na ciebie motorowa łódź na przystani. Następnie to samo powiedziałem antykwariuszowi z Picadilly Circus.
Obydwaj dżentelmeni na krótką chwilę znieruchomieli, a jeden z nich zbladł. Zapewne miał w swym sklepie sporo kradzionych dzieł sztuki i wiadomość o rewizji napędziła mu strachu. Czy zastanawiali się, kto im te słowa podszepnął? O, tak. Przez chwilę rozglądali się wokół siebie, ale jeden miał za sąsiada don Pedra, a drugi jakąś piękną kobietę. A przecież to nie kobiecy głos wyszeptał ostrzeżenie, nie był to też głos don Pedra.
Podszedłem do Florentyny i niemal muskając policzkiem pukiel jej włosów szepnąłem po polsku:
— Florentyno, Florentyno... Jak ci nie wstyd upijać się w barze z gangsterami... Co powie twoja matka?... Co pomyślą o tobie przyjaciółki twej matki?... Ty, która tak pięknie robiłaś szydełkiem wspaniałe tuniki, teraz upijasz się ginem? A gdyby tak ujrzał cię dyrektor Marczak...
Pusta szklanka wypadła z dłoni Florentyny. A ona jak lunatyczka zsunęła się z wysokiego stołka i z oczami w słup ruszyła prosto do wyjścia z baru. Za nią wymknął się natychmiast antykwariusz z Chelsea i antykwariusz z Picadilly Circus.



27. Niewidzialność, telekineza i panika na wyspie (rozdział 17)

Zbliżyliśmy się właśnie do grupy kilku płaskich budynków z żelazobetonu. Jeden z nich wyglądał jak bunkier z wąskimi oknami podobnymi do strzelnic. Drugi stanowił wejście do ukrytych w skałach składów i schronów. Jeszcze inny był elektrownią, prawdopodobnie całkowicie zautomatyzowaną i pracującą na mazucie. Sąsiadowało z nią kilka transformatorów, biegły stamtąd linie energetyczne. Między owymi budynkami rozciągało się podwórze — wielka, betonowa płyta. Obok paliła się mocno latarnia elektryczna. W jej blasku widzieliśmy pięciu strażników i Emila, pochylających się nad leżącymi bezwładnie psami, które spały głośno chrapiąc.
— Co im się stało? — spytał Emil, ale odpowiedzi nie otrzymał.
W końcu jeden ze strażników oświadczył:
— Może miała rację ta facetka, która w barze opowiadała, że na naszą wyspę przylecą małe, zielone ludziki? Radiostacja przestała działać, uciekł barman i kucharz, a także sporo gości. Oni wiedzieli o niebezpieczeństwie i zwiali jak szczury ze statku, który ma zatonąć.
— A ten człowiek, którego oprowadzałeś po wyspie — wtrącił drugi strażnik. — Czy nie opowiadał, że jest tu takie urządzenie, które może zalać wodą całe podziemia? Co do mnie, to zgadzam się stróżować na górze, do podziemi jednak nie zejdę za żadne skarby.
— Don Pedro twierdzi, że to są bzdury — powiedział Emil.
— Ale z naszymi psami stało się coś dziwnego. Wczoraj i dziś w nocy szczekały nie wiadomo na co, a w tej chwili śpią. Teraz każdy może nas podejść.
To mówiąc niespokojnie rozejrzał się dokoła, odbezpieczył pistolet maszynowy i gotów był strzelać. Lecz w tym momencie lufa jego pistoletu zgięła się ku dołowi, jakby zrobiono ją z plasteliny.
— Co to?! Patrzcie! — wrzasnął strażnik i rzucił pistolet na beton.
Lufa pistoletu drugiego strażnika dla odmiany wygięła się ku górze. Trzeciego skręciła w lewo, czwartego w prawo, piąty strażnik po prostu rzucił broń na beton nie czekając, aż mu się wygnie w dłoniach...
— Ona mówiła... Ta kobieta w barze... że broń będzie sama się gięła w naszych rękach — bełkotał Emil.
Bezradnie wyciągnął z kieszeni pistolet i w geście rozpaczy uniósł lufę ku górze, jakby chcąc bronić się przed nadlatującymi z nieba ludzikami. Wtedy pistolet zaczął strzelać aż do wypróżnienia całego magazynku.
— To nie ja... nie ja... on sam strzela! — krzyknął Emil i cisnął pistolet.
W słuchawce usłyszałem szept Ralfa:
— Obserwowałeś zjawisko, które wy nazywacie telekinezą. Zginanie przedmiotów metalowych na odległość oraz wprawianie ich w ruch.
— Wyprowadzić z hangaru helikopter — rozkazał Emil. — Ja go sam poprowadzę. Jazda, chłopaki, ratujmy się. Komu życie miłe, niech opuszcza to przeklęte miejsce, zanim wylądują tu latające talerze.
Całą gromadą pobiegli do pobliskiego, blaszanego hangaru. Wyciągnęli śmigłowiec, potem powrócili na betonowe podwórze, aby zabrać ze sobą śpiące psy, do których chyba byli bardzo przywiązani. Po dziesięciu minutach skrzydła śmigłowca zaczęły się obracać, a warkot silnika wypełnił całą wyspę. Strzały z pistoletu i ów hałas zbudziły don Pedra oraz któregoś z jego pomocników. Gdy śmigłowiec wzniósł się w górę, od strony hotelu po betonowej płycie lotniska nadbiegł don Pedro i jakiś Kreol, obydwaj w pidżamach i z pistoletami w rękach.
— Uciekli! Uciekli śmigłowcem! — wrzasnął don Pedro i oddał długą serię z pistoletu w stronę odlatującej maszyny. Ale ona była już zbyt daleko.
— Niech pan popatrzy, seńor — pomocnik don Pedra wskazał leżące na betonie pistolety maszynowe strażników.
Obydwaj zaczęli uważnie przyglądać się broni z powyginanymi lufami i dopiero po krótkiej chwili zorientowali się, że i ich pistolety mają wygięte lufy.
— Nie! Nie! Ja też uciekam — przeraźliwie krzyknął Kreol i co sił w nogach pobiegł w kierunku hotelu.
Don Pedro, który miał chyba mocniejsze nerwy, nie okazał strachu. Odniosłem wrażenie, że gdyby leżąca na betonie broń nadawała się do użytku, strzeliłby za uciekającym pomocnikiem. Długą chwilę stał nieruchomo, zastanawiając się nad sytuacją.
Umilkł warkot helikoptera, cisza ogarnęła wyspę. Ja i Dawson, ukryci za rogiem bunkra, też nie ruszaliśmy się.
(...)
To, co zobaczyliśmy przed hotelem i na przystani, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Resztki służby i goście hotelowi wyprowadzili z hangaru ostatnie łodzie motorowe, ładowali na nie swoje walizki i natychmiast odpływali. Cztery takie łodzie na naszych oczach oddaliły się od wyspy. Don Pedro w milczeniu stał na skale przy przystani i tylko obserwował. Nie przeciwstawiał się ucieczce, gdyż rozumiał, że byłoby to bezskuteczne.



28. Kulminacja w skarbcu (rozdział 17)

W blasku przedziwnej latarni dotarłem do dość obszernej sali przypominającej maszynownię statku. Pod pomalowanymi na biało blaszanymi pokrywami były mechanizmy i turbina elektrowni napędzanej mazutem. Od razu spostrzegłem czerwoną dźwignię przestawioną na „Stop”. A więc to nie brak mazutu spowodował unieruchomienie turbiny. Ktoś ją zatrzymał.
Zrobiłem trzy kroki do dźwigni i już niemal sięgałem do niej ręką, gdy zza jej obudowy wyszedł don Pedro z pistoletem w dłoni. Lufa pistoletu była skierowana prosto w moją pierś.
— Stój — powiedział cicho, ale w podziemnym pomieszczeniu głos zabrzmiał donośnie i głucho. — Czekałem tu na ciebie, Seńor Cochecito. Twój przyjaciel już zapewne umarł z braku powietrza, a teraz przyszła kolej na ciebie, Dość długo wodziliście mnie za nos. Wczoraj jednak domyśliłem się prawdy. Nie wiem, jak to się stało, że spowodowaliście ucieczkę strażników, całego personelu i wszystkich gości. Być może macie na swych usługach diabła, który potrafi giąć lufy pistoletów maszynowych i czyni was niewidzialnymi. Ale teraz oto stoisz przed lufą mojej barrety i, nawet gdyby zjawił się tu sam diabeł, nie uruchomisz elektrowni.
Zrobiliśmy wielki błąd, zostawiając na wolności don Pedra. Niemal na naszych oczach odpłynął swą motorową łodzią, a my sądziliśmy, że ucieka. Tymczasem prawdopodobnie opłynął wyspę i zacumował gdzieś przy brzegu w strefie zakazanej. Potem zaczaił się przy skarbcu. Być może Ralf Dawson był nawet ubrany w swój kombinezon, ale don Pedro widział jednak, jak otwierają się drzwi do podziemi, a potem do skarbca. A wtedy zapewne pobiegł wyłączyć turbinę elektrowni i skarbiec zamienił się w pułapkę.
— Na wyspie jest już policja — skłamałem. — Przypłynął zapowiedziany przez Casanovę jacht „La Paloma”, a na nim nasi przyjaciele. Nawet jeśli mnie pan zabije, w niczym nie zmieni to pana sytuacji.
— Nie dbam o to — powiedział. — Przyrzekłem swemu szefowi, że będę czuwał nad skarbem, choćbym miał zginąć. I dotrzymam słowa. Don Pedro nie boi się nikogo i niczego, nawet diabła.
Nie powiedział prawdy, bo sam jej pewnie nie znał. Nie ma na świecie człowieka, który w swej podświadomości nie kryłby jakiegoś lęku. Raptem zgasła oświetlająca pomieszczenie latarnia i usłyszałem zdławiony strachem głos don Pedra:
— To ty, Susanna?! Przecież ty nie żyjesz! Zabiłem cię, bo podejrzewałem cię o zdradę... Nie podchodź do mnie... błagam cię, nie zbliżaj się!... Wiem, że jesteś upiorem, nie dotykaj mnie, nie dotykaj mnie!...
Głos przerodził się w krzyk strachu. I potykając się w ciemnościach o stopnie schodów, don Pedro wybiegł jak szalony z podziemnej elektrowni. Zaświeciłem zapalniczkę i zdołałem trafić dłonią na dźwignię. Po sekundzie usłyszałem głośny szum uruchomionej turbiny. W sali natychmiast zabłysło światło elektryczne. Wtedy i ja wybiegłem z podziemia. Don Pedro uciekł przez zakazaną strefę wyspy, przewracając się na porozrzucanym wszędzie żelastwie i raniąc do krwi. Pędził do małej zatoczki, gdzie na wodzie kołysała się jego łódź motorowa. Uciekał przed widmem dokonanej w przeszłości jakiejś okropnej zbrodni. Było to oczywiście zasługą Robina.
Don Gabriel i reszta moich przyjaciół, poza Florentyną, nie wiedzieli, kim jest don Pedro. Ze zdumieniem przyglądali się pędzącemu do łódki człowiekowi. Nie wydawał się im niebezpieczny, bo jeszcze w podziemiu elektrowni porzucił pistolet.
Tylko Florentyna wołała za uciekającym:
— Seńor Pedro... Seńor Pedro, co się panu stało? Nie słyszał chyba tego krzyku. Gnany lękiem wskoczył do łodzi motorowej, uruchomił silnik i odpłynął na morze. A przy mojej lewej nodze znowu pojawił się wielki dog.
Poprowadziłem wszystkich aż do drzwi skarbca. Ustawiłem odpowiednio zamek cyfrowy i drzwi otwarły się same. Ze skarbca wyszedł Ralf Dawson — uśmiechnięty, choć bardzo blady. Z sezamu bandy buchnęło na nas taką duchotą, że aż cofnęliśmy się na schody. Pracowały już jednak wentylatory, powietrze stawało się coraz znośniejsze i coraz łatwiej było oddychać.
Don Gabriel, Duncan i Rodrigo, a także Florentyna nie mogli opanować swej ogromnej ciekawości. W ostrym świetle żarówek oglądali kradzione na całym świecie dzieła sztuki — obrazy, biżuterię, rzeźby i trzy skrzynie pełne złotych zabytków z magazynów Muzeum Złota w Bogocie.
Oni podziwiali zrabowane skarby, a ja tymczasem wyprowadziłem Dawsona przed bunkier, gdzie po chwili doszedł do siebie i mógł mówić.
— Dziękuję ci, Tomaszu — oparł na moim ramieniu swoją dłoń. — Wiedziałem, że zrobisz wszystko, aby mnie uwolnić z podziemia. Uratowałeś życie osobie, na której ci bardzo zależy. Nie, nie mnie — uśmiechnął się zagadkowo. — Ja przecież jestem nieśmiertelny. Nawet gdyby mnie zabito sto razy w twoim czasie, cały i zdrów, młodszy o kilkanaście lat zostanę zabrany z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku w czas przyszły. I stałoby się tak, nawet gdybym w tym skarbcu umarł z powodu braku powietrza. Nie mógłbym jednak... — urwał.
Odnosiłem wrażenie, że powiedział mi trochę za dużo. Natychmiast bowiem zmienił temat:
— Nie sądź, że cię chciałem oszukać, Tomaszu, i dlatego sam tej nocy udałem się do skarbca. Nie mogłeś jednak być przy mnie w chwili, gdy odnalazłem ów przedmiot i gdy go zniszczyłem. Czyniąc to bowiem, zarazem wysłałem w Przyszłość ogromny impuls. Ten przedmiot przekształcił się właśnie w ów impuls. Mnie ochraniała moja siła „psi”, ciebie nic by nie chroniło i dlatego nie mogłeś być przy mnie. Ale Przyszłość już wie, że jest uratowana. Wykonałem swoje zadanie. Wkrótce zniknę z twego czasu. I nic po mnie nie pozostanie, żaden ślad, Tomaszu.
— Ja będę pamiętał — powiedziałem.
— Tak. Ale nikt nie uwierzy w twoje wspomnienia — uśmiechnął się smutno. — A ja o tobie zapomnę. Gdy będę przenoszony w Przyszłość, przestanę pamiętać o tym, co robiłem w twoim czasie i jakich spotykałem ludzi. Nie można bowiem żyć w Przyszłości, będąc obarczonym pamięcią życia z Przeszłości. To zbyt trudne...



29. Robin (zakończenie)

Długo zastanawiałem się, czy napisać tę książkę. Kilka lat minęło od wydarzeń w Bogocie i na wyspie La Jauja. Sam już dziś nie wiem, czy Ralf Dawson był człowiekiem z UFO, czy też agentem F-l, najlepszym policjantem inspektora Esponozy. Nie potrafię z całkowitą pewnością stwierdzić, czy naprawdę poznałem Teresę van Hagen, byłem w Diabelskiej Dolinie, chodziłem w niewidzialnym kombinezonie, czy też to wszystko zrodziło się w mojej wyobraźni.
Ale przecież mieszka ze mną wielki dog arlekin o imieniu Robin. Chodzimy razem na spacery w okolice Starego Miasta w Warszawie oraz na Wisłostradę.
Spróbowałem kiedyś pewnemu człowiekowi opowiedzieć historię Robina. Wysłuchał mnie z uwagą, a potem doradził: „Powinien pan napisać książkę o Ralfie Dawsonie i Robinie”.
Oto i ta książka. Kreślę jej ostatnie zdanie i patrzę na leżącego u mych stóp wielkiego, łaciatego doga. Za chwilę wstanę od maszyny do pisania i pójdę z nim na spacer. Na bardzo długi spacer...
_________________
Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2017-01-15, 16:53, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2017-01-02, 12:07:15   

Zdaje się że nikt nie miał głowy w wigilię aby coś tu dorzucić. A Kyno nie przypomniał i został sam na placu boju. Choć zestaw scen jest chyba z grubsza pełny. :)
_________________
 
 
 
Kustosz 
Maniak Samochodzika



Pomógł: 4 razy
Dołączył: 22 Lut 2010
Posty: 5170
Wysłany: 2017-01-02, 18:18:10   

Dzięki Kyno! Z Ciebie też solidna firma. Przyznaję się bez bicia, że nie zauważyłem wcześniej tego wątku, ale niewiele pamiętam więc i tak niczego bym nie dorzucił.
_________________
 
 
Piratka 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomogła: 6 razy
Dołączyła: 23 Sty 2013
Posty: 2338
Skąd: Wyspa Skarbów
Wysłany: 2017-01-14, 21:39:59   

04. Najtańszy drink. Jak widać jezyki obce trzeba znać. :D
07. Podarunek za podarunek zwłaszcza Ty nam podaruj pięćdziesiąt dolarów :D
13. Pacjenci doktora Alvareza zwłaszcza
- Nie rozumiem, Ralf, dlaczego przedstawiasz mnie jako wariata?
Dawson bezradnie rozłożył ręce:
- Znasz przysłowie: jeśli wszedłeś między wrony, musisz krakać jak i one.

[Jeśli rozmowa była po angielsku, Ralf powiedział zapewne when in Rome, do as the Romans do (będąc w Rzymie, czyń jak Rzymianie) co jest tłumaczeniem łac. si fueris Romae, Romano vivite more, Rzymianie zamiast wron występują w tym przysłowiu także w języku francuskim, hiszpańskim, portugalskim, węgierskim i tureckim, jak mówi Wikisłownik, po niemiecku i rosyjsku zamiast wron są wilki]
- Proszę pamiętać, że znajduje się pan wśród przyjaciół.
"I wariatów" dodałem w myślach, wzdychając ciężko.
:D
14. Życie małżeńskie Tomasza
Najpierw Dawson zrobił ze mnie wariata, a teraz ta kobieta wmawiała, że jestem przestępcą. :D
27. Niewidzialność, telekineza i panika
w tym momencie lufa jego pistoletu zgięła się ku dołowi, jakby zrobiono ją z plasteliny.
— Co to?! Patrzcie! — wrzasnął strażnik i rzucił pistolet na beton. Lufa pistoletu drugiego strażnika dla odmiany wygięła się ku górze. Trzeciego skręciła w lewo, czwartego w prawo, piąty strażnik po prostu rzucił broń na beton nie czekając, aż mu się wygnie w dłoniach...
— Ona mówiła... Ta kobieta w barze... że broń będzie sama się gięła w naszych rękach — bełkotał Emil. Bezradnie wyciągnął z kieszeni pistolet i w geście rozpaczy uniósł lufę ku górze, jakby chcąc bronić się przed nadlatującymi z nieba ludzikami. Wtedy pistolet zaczął strzelać aż do wypróżnienia całego magazynku.
— To nie ja... nie ja... on sam strzela! — krzyknął Emil i cisnął pistolet.

Super.
_________________


- A czy nie ma dobrych piratów?
- Nie. Bo to się mija z samym założeniem piractwa.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Strona wygenerowana w 1,01 sekundy. Zapytań do SQL: 12