PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj


Poprzedni temat :: Następny temat
[Ankieta] Ulubione sceny - Zagadki Fromborka

Twoja ulubiona scena z tomu "Zagadki Fromborka"
1. Dukat Łokietka
4%
 4%  [ 4 ]
2. Historia o bogaczu, krzyżu z diamentami i złodzieju
10%
 10%  [ 10 ]
3. Sekretarka Marczaka ma prośbę do Tomasza
1%
 1%  [ 1 ]
4. Cagliostro śpi a zwierzaki harcują
4%
 4%  [ 4 ]
5. W restauracji w Pasłęku
3%
 3%  [ 3 ]
6. Spotkanie z ASem
6%
 6%  [ 6 ]
7. Finał spotkania z ASem
0%
 0%  [ 0 ]
8. Wakacyjny klimat noclegu nad Zalewem Wiślanym
3%
 3%  [ 3 ]
9. Pietruszka ma pstro i myszki w głowie
2%
 2%  [ 2 ]
10. Tomasz poznaje Alę
4%
 4%  [ 4 ]
11. Pojedynek gazeta contra mysz
3%
 3%  [ 3 ]
12. Inżynier Krzysztof Zegadło zachwyca się Mustangiem i drwi z wehikułu
1%
 1%  [ 1 ]
13. Pościg po "autostradzie" za Baturą
12%
 12%  [ 12 ]
14. Fortel Batury
2%
 2%  [ 2 ]
15. Tomasz i Zosia zostają zamknięci w podziemiach
7%
 7%  [ 7 ]
16. Zwierzaki Cagliostra obłażą Marczaka
3%
 3%  [ 3 ]
17. As podmienia kielichy
8%
 8%  [ 8 ]
18. Tomasz oddaje Marczakowi złote kielichy
13%
 13%  [ 13 ]
19. Magister Pietruszka ujawnia w jaki sposób dokonał odkrycia dwóch schowków Koeniga
4%
 4%  [ 4 ]
20. Marczak wyznacza Pietruszce ultimatum
1%
 1%  [ 1 ]
21. Pietruszka odnajduje trzeci schowek Koeniga
9%
 9%  [ 9 ]
Głosowań: 23
Wszystkich Głosów: 100

Autor Wiadomość
Kustosz 
Maniak Samochodzika



Pomógł: 4 razy
Dołączył: 22 Lut 2010
Posty: 5170
Wysłany: 2016-12-14, 14:58:33   [Ankieta] Ulubione sceny - Zagadki Fromborka

Postanowiłem pociągnąć temat ulubionych scen w serii o Panu Samochodziku. Proponuję co następuje:

1. Wytypowanie najlepszej sceny w całej serii odbędzie się w 3 etapach.

2. Etap 1 – W 12 oddzielnych wątkach, dotyczących każdego tomu z osobna, zaproponuję kilka/kilkanaście scen, które moim zdaniem godne są by znaleźć się w tym zestawieniu. Przez 7 dni od momentu utworzenia wątku każdy może zgłaszać swoje propozycje innych scen z danego tomu.

3. Etap 2 – Po upływnie 7 dni, zostanie utworzona ankieta, w której znajdą się wszystkie propozycje scen jakie pojawią się w wątku dotyczącym danego tomu.

4. Etap 3 - Trzy najlepsze sceny z danego tomu (wg stanu na dzień, który zostanie określony po opublikowaniu wszystkich ankiet cząstkowych) zostaną włączone do ankiety obejmującej wszystkie tomy z serii.

Etap 3 będzie mógł się rozpocząć dopiero po zakończeniu głosowań w ankietach cząstkowych. Nie wiem ile czasu zajmie mi ich przygotowanie. Ochotnicy do przygotowania ankiet cząstkowych z tomów „Fantomas” (zgłosiła się już Berta) i „UFO” (zgłosił się Kynokephalos) już są. Ale w dalszym ciągu mile widziani są ochotnicy do przygotowania ankiet z innych tomów, które jeszcze nie mają założonych wątków ankietowych, zwłaszcza Złotej Rękawicy, której nie pamiętam chyba najlepiej.


Oto moje propozycje scen z „Zagadek Fromborka” (w dłuższych scenach przytaczam jedynie fragmenty). Tu było trudno bo zabawne dialogi i scenki pojawiają się raz za razem. Przez 7 dni czekam na kolejne propozycje, które zostaną włączone do ankiety.

EDIT 21.12.2016
Uporządkowana chronologicznie lista scen z "Zagadek Fromborka" zgłoszonych do ankiety:


1. Dukat Łokietka

W tym momencie na biurku dyrektora Marczaka odezwał się telefon.
— Tak, słucham, tu Marczak — powiedział w słuchawkę.
Po dłuższej chwili na jego twarzy odmalował się wyraz bezbrzeżnego zdumienia. Potem dyrektor Marczak krzyknął do telefonu:
— Co takiego?! Chce mi pani sprzedać złoty dukat Łokietka? Ależ to chyba żart... Nie istnieje drugi egzemplarz tego dukata. Co takiego? Pani twierdzi, że pani ma drugi egzemplarz?
Na czoło dyrektora Marczaka wystąpiły drobne kropelki potu. A palce tak miał mocno zaciśnięte na słuchawce, że aż zbielały.
— Proszę pani. Przystaję na każde warunki! — zawołał do telefonu. — Proszę powiedzieć, gdzie i kiedy możemy się spotkać. Tak, przyniosę pieniądze, ale pani musi najpierw pokazać mi tę monetę. Ja pani nie wierzę. Nie istnieje drugi egzemplarz dukata Władysława Łokietka... Co? Pani jeszcze do mnie zadzwoni?... Halo, halo!... — wołał do telefonu dyrektor Marczak.
Ale wołał na próżno. Kobieta, która dzwoniła, odłożyła słuchawkę.
Dyrektor Marczak długą chwilę siedział w fotelu za swoim biurkiem. A potem powiedział do mnie cicho, jakby mu sił brakowało:
— Tej sprawie nadaję kryptonim „Dukat Łokietka”.
I dodał błagalnie:
— Panie Tomaszu. W panu moja cała nadzieja...


2. Historia o bogaczu, krzyżu z diamentami i złodzieju

— A faktem jest, że sprzedano nam trzy cenne okazy polskich monet. Grobowiec we Fromborku został obrabowany z tych trzech monet.
Dyrektor Marczak popatrzył na mnie jak na wariata. A potem uderzył pięścią w stół.
— Co to za żarty, panie Tomaszu? W grobowcu było sto pięćdziesiąt monet, a nie sto czterdzieści siedem. Sto pięćdziesiąt, pan słyszy?
— Sto czterdzieści siedem — odparłem.
— Sto pięćdziesiąt! — krzyknął dyrektor Marczak.
— Sto czterdzieści siedem — powtórzyłem grzecznie.
— Sto pięćdziesiąt! — podniósł głos dyrektor Marczak.
I twarz jego znowu stała się purpurowa.
Czułem, że jeśli jeszcze raz powtórzę: „sto czterdzieści siedem”, on każe mi wyjść ze swojego gabinetu.
Westchnąłem ciężko. Wyrwałem z notatnika kartkę i wyrysowałem na niej duży krzyż.
— Czy pan dyrektor pozwoli, że dam mu do rozwiązania pewną zagadkę?
Na chwilę aż zaniemówił z gniewu. Ale zdołał się opanować. Doszedł mych uszu jego złowróżbny szept:
— Jestem człowiekiem bardzo zajętym i nie przychodzę do biura, aby od swych pracowników wysłuchiwać zagadek.
— Tak jest, panie dyrektorze — przytaknąłem grzecznie. — Ale na ten raz niech pan zrobi wyjątek. Oto i zagadka: żył, był pewien bogacz, któremu umarła żona. Wystawił on jej na cmentarzu wspaniały pomnik z krzyżem przybranym diamentami. Tak wyglądał ten krzyż, a tak oto wtopiono w niego diamenty. Bogacz ów bał się — ciągnąłem dalej — o swoje diamenty. Dlatego przychodził codziennie na cmentarz i liczył je. W jaki sposób? Z dołu do góry — jedenaście diamentów. Z dołu do końca prawego ramienia — jedenaście diamentów. I z dołu do lewego ramienia — jedenaście diamentów. Tak, panie dyrektorze? Sprawdził pan?
Zaciekawiony dyrektor Marczak końcem długopisu przeliczył diamenty na krzyżu.
— Zgadza się. W każdą stronę wychodzi jedenaście.
— Ale żył również sprytny złodziej. Bezczelnie ukradł dwa diamenty, choć bogacz nigdy się o tym nie dowiedział. Jak dawniej codziennie przychodził na cmentarz i liczył diamenty. Z dołu do góry — jedenaście. Z dołu przez prawe ramie. — jedenaście, przez lewe ramię również jedenaście. Ilość diamentów zgadzała się, a przecież dwa diamenty zostały skradzione.
— Ależ to nonsens! — pokręcił głową dyrektor Marczak. — Nie. mogło być wciąż jedenaście, skoro, jak pan twierdzi, ukradł dwa diamenty.
— Proszę. Oto, co zrobił złodziej. Ukradł po jednym diamencie z prawego i lewego ramienia. A pierwszy diament od góry przeniósł na sam dół krzyża. Ot, tak: I proszę liczyć, panie dyrektorze. Z dołu do góry — jedenaście. Z dołu przez prawe ramię — jedenaście. I tak samo przez lewe ramię. A jednak dwa diamenty zostały zabrane.
Marczak aż klasnął w dłonie.
— Świetna, świetna zagadka. Powtórzę ją dziś swojemu synowi.
Lecz po sekundzie spoważniał.
— Przepraszam, ale co ta zagadka ma wspólnego z naszą sprawą?
Skromnie spuściłem oczy.
— Zapomniałem dodać, panie dyrektorze, że złodziej nazywał się Waldemar Batura, a bogacz pan Marczak.


3. Sekretarka Marczaka ma prośbę do Tomasza

- Mam do pana prośbę, panie Tomaszu - pani Zosia obdarowała mnie promiennym uśmiechem i w moim kierunku podsunęła otwartą bombonierkę. - Dzwonili do mnie z departamentu widowisk. Otóż jest prośba, aby pan 16 wziął ze sobą do Fromborka pewnego sympatycznego artystę. Chodzi o to, że ten artysta będzie miał występy dla młodzieży harcerskiej, a nie może jechać pociągiem.
- Czyżby brakowało mu na bilet? - zapytałem.
- Ach, nie, panie Tomaszu - pani Zosia spojrzała na mnie z dezaprobatą. - Przeszkody natury, że się tak wyrażę, technicznej nie pozwalają mu jechać pociągiem.
- A cóż to za artysta, że pociągi mu nie służą?
- Dzwonili z departamentu widowisk, więc to artysta cyrkowy - niepewnie odrzekła pani Zosia. - A co mu wzbrania jechać pociągiem? - indagowałem.
Zerknęła bezradnie na otwartą bombonierkę i podsunęła mi ją jeszcze bliżej. Zrozumiałem, że otrzymała ją w prezencie od owego artysty, który zapewne, aby zaoszczędzić sobie koszty biletu, wolał jechać cudzym samochodem.
- On wiezie jakieś zwierzęta - szepnęła i ugryzła czekoladkę.
- Słonie? Żyrafy? Tygrysy? - przeraziłem się. - To może pogromca dzikich zwierząt?
- Co też pan mówi, panie Tomaszu - roześmiała się.
- On jest chyba iluzjonistą. Ma białego króliczka. Pan rozumie, takiego, którego wyciąga się z cylindra.
- Króliki, o ile mi wiadomo, wolno przewozić w pociągu.
- Tak. Tylko że on ma jeszcze... białe myszki.
- Myszki?
- Tak. I... padalca, to jest zaskrońca - powiedziała pani Zosia i aż wzdrygnęła się ze wstrętu. - I ja mam wieźć do Fromborka całą tę jego menażerię? - A cóż to panu szkodzi? Nie ma pan miejsca w swoim samochodzie? - zapytała, spoglądając na otwartą bombonierką.
A ja wiedziałem, że nie wywinę się od iluzjonisty, skoro ona od niego dostała bombonierkę ze smacznymi czekoladkami.


4. Cagliostro śpi a zwierzaki harcują

Cagliostro rozsiadł się wygodnie w samochodowym fotelu i natychmiast zasnął. A wtedy z kieszeni jego surduta najpierw ostrożnie wylazły dwie białe myszy i usadowiły mu się na kolanach. Potem wystawił swój łeb zaskroniec. Popatrzył na śpiącego Cagliostra, zerknął na mnie, a później na myszy. Stwierdziwszy zapewne, że mistrz śpi mocno, wypełznął z jego kieszeni - i jeśli się nie mylę - usiłował połknąć którąś z myszek. Obydwie uciekły więc na tylne siedzenie, a zaskroniec z kolan Cagliostra przelazł na moje i zwinąwszy się w kłębek, zasnął na nich w najlepsze. Ja - dwukrotnie nieomal nie spowodowałem wypadku. Naprawdę, trudno jest prowadzić samochód z zaskrońcem na kolanach i myszami, które buszują po kieszeniach. Wreszcie nie wytrzymałem. Trąciłem mistrza w ramię. Obudził się. Pojął chyba grozę sytuacji, bo zabrał mi z kolan zaskrońca i znowu wpakował go sobie do kieszeni.
- Wolałbym, żeby pan nie spał - powiedziałem.
- Zgoda. Będziemy rozmawiać - odrzekł.


5. W restauracji w Pasłęku

Menażeria została zamknięta w wehikule, a my udaliśmy się do restauracji. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie pewien głupi incydent, który zdarzył się nam pod koniec obiadu. Otóż, gdy chciałem płacić kelnerce i sięgnąłem po pieniądze, wyciągnąłem z kieszeni białą mysz. Kelnerka narobiła pisku na całą restaurację. Zbiegło się sporo gości, przydreptał nawet kierownik lokalu i zrobił mi awanturę.
- Czy pan nie czytał napisu: „Wprowadzanie psów wzbronione”? - krzyczał groźnie.
- To przecież nie pies - tłumaczyłem.
- Ja widzę, że to mysz! - woła kierownik. - Ale przez napis „Wprowadzanie psów wzbronione” rozumieć należy, że i innych zwierząt też wprowadzać nie wolno. Czy pan wie, że gdyby tu, na tej sali, był inspektor z sanepidu, miałbym dochodzenie administracyjne? W jaki sposób mógłbym udowodnić, że u nas nie zalęgły się myszy, tylko pan mysz wprowadził do restauracji?
Cagliostro uspokajającym gestem położył rękę na ramieniu kierownika. Potem przyjaźnie poklepał go po plecach i pogładził klapy jego białego kitla.
- Skąd pan wie, że to mysz tego pana? - wskazał mnie.
- Może to wasza, restauracyjna mysz, która w trakcie obiadu wlazła temu panu do kieszeni?
- To biała mysz! - zawołał kierownik lokalu.
- Może u was zagnieździły się białe myszy? - zauważył głośno Cagliostro. I biorąc wszystkich gości na świadków, powiedział:
- Niech no pan sam, kierowniku, sprawdzi kieszenie swego fartucha.
Kierownik włożył ręce do obydwu kieszeni białego kitla. A kieszenie miał wielkie, odstające. - Nic nie mam. Są puste! - zawołał triumfująco.
- Czyżby? - zdumiał się Cagliostro. - Pan pozwoli, że ja sam sprawdzę. I Cagliostro wsadził rękę w odstającą kieszeń kierownikowego kitla. Po sekundzie, na oczach wszystkich, wyciągnął z niej za ogon - białą mysz.
- O Jezu! - wykrzyknął kierownik.
- No, widzi pan - z ubolewaniem pokiwał głową Cagliostro.
- Gdzie jest ta mysz? Dawajcie tu kota! - krzyczał kierownik.
Ale mysz gdzieś zniknęła. Cagliostro znowu uspokajającym gestem położył dłoń na ramieniu kierownika.
- Niech się pan nie unosi. W zakładach gastronomicznych różne rzeczy się zdarzają. Pewnego razu zamiast kotleta schabowego podano mi upieczonego szczura.
- Co? Co pan mówi! - wrzeszczał kierownik. - Pan moim klientom obrzydza posiłki. To jest karalne, proszę pana!
- A zamiast węgorza podano mi wędzonego węża - zakończył Cagliostro. I na oczach wszystkich gości z przepastnej kieszeni kierownika wyciągnął żywego zaskrońca Piotrusia. Kierownik zdrętwiał. Spojrzałem na twarze gości. Miny mieli ponure i patrzyli na kierownika jak na zbrodniarza, którego powinno się aresztować i skazać na długoterminowe ciężkie roboty. A my ulotniliśmy się z restauracji.


6. Spotkanie z ASem

- Co to za znak? - zapytał Cagliostro, wskazując przybitą do drzewa czerwono-białą tablicę.
- To znak drogowy: „zakaz wjazdu”.
- Więc czemu pan wjeżdża?
- Sądzę, że postawili go archeologowie, żeby nikt im tu nie jeździł i nie przeszkadzał w pracy. Ale jak pan wie, jestem tu służbowo, z ramienia Departamentu Muzeów i Ochrony Zabytków. Mnie ten znak nie dotyczy - wyprężyłem się dumnie.
O, w jakimż byłem błędzie!
- Jeśli chodzi o inne planety - Cagliostro powrócił do przerwanej rozmowy - to jestem zdania, że przede wszystkim Mars zamieszkany jest przez jakieś istoty myślące. Podobno wkrótce wyślemy aparatury badawcze na Marsa. Kto wie jednak, czy istoty z Marsa już od dawna nie przysyłają do nas swoich aparatów, które nas fotografują, przyglądają się naszemu życiu i wyciągają naukowe wnioski.
- Nie stwierdzono u nas jednak żadnych obcych aparatów - zauważyłem, rozglądając się po okolicy i wypatrując kogoś, kto mógłby udzielić mi informacji o ekspedycji archeologicznej.
- A latające talerze?
- To bzdura. Nie ma żadnych latających talerzy - oświadczyłem zdecydowanie.
- A ja wierzę w istnienie latających talerzy - upierał się Cagliostro.
- Bo pan wierzy w czarną i białą magię.
Cagliostro z ogromną godnością pokiwał głową.
- Są rzeczy na niebie i na ziemi, o których nie śniło się filozofom. Jestem zdania, że prędzej czy później czeka nas inwazja Marsjan.
Była dopiero czwarta po południu, ale w głębokim wąwozie jechaliśmy jak w mrocznym korytarzu. Korony drzew splatały się nad naszymi głowami, z obydwu stron pięły się stromo w górę wysokie ściany.
- Ciekawym, jak oni wyglądają? - powiedział mistrz.
- Kto?
- Marsjanie - odparł, jakby rzeczywiście nie miał innych zmartwień.
I właśnie w tym momencie, jakby w odpowiedzi na pytanie mistrza, w mrocznym tunelu wąwozu oślepiło nas jakieś ostre światło. Na krótką chwilą, aż zaniewidziałem i automatycznie nacisnąłem hamulec.


7. Finał spotkania z ASem

Dopiero gdy byliśmy daleko od nieszczęsnego znaku zakazu wjazdu, zwolniłem, odetchnąłem z ulgą i powiedziałem:
- Diabelny As. O mało mi nie wyrwał rękawa. Piekielny As.
- Pssssst! Cicho. Niech pan nie wymawia tego słowa nadaremnie - mruknął Cagliostro.
- Tak jest. Obowiązuje nas przysięga milczenia - przypomniałem. - Tym bardziej, że z tym Asem nic nie wiadomo. Może słyszy i widzi na odległość?


8. Wakacyjny klimat noclegu nad Zalewem Wiślanym

Siedzieliśmy na brzegu Zalewu Wiślanego, w pobliżu plaży miejskiej we Fromborku. Właśnie tam, nieco dalej od miasta, zdecydowałem się rozbić swój pierwszy biwak. Cagliostro rozstawił mój namiot, nadmuchał pożyczony ode mnie materac i rozłożył dwa koce. Jego zwierzaki, nakarmione i zmęczone podróżą, spały w namiocie w specjalnie przygotowanych pudełkach, które wiózł ze sobą Cagliostro. Zapadł wieczór. Na maszynce gazowej przyrządziliśmy kolację z moich zapasów i teraz, siedząc na piasku omywanym przez fale zalewu, patrzyliśmy ponad czarną tonią w stronę Mierzei Wiślanej. Za naszymi plecami, nieco na lewo, leżał Frombork rozjarzony światłami. Gdzieś z dala dochodził śpiew młodych głosów, to zapewne jakąś wieczorną zabawę organizowali harcerze, biorący udział w operacji „Frombork 1001”. Ale tu, nad brzegiem zalewu, było cicho i pusto, tylko fale wypływające na brzeg szeleściły monotonnie. Od wody wiał lekki wiaterek i przynosił zapach morza. Na niebie pojawił się księżyc - podobny do brakteatu, o nieco zatartym, trudnym do odczytania rysunku - zarysach gór i suchych mórz.

9. Pietruszka ma pstro i myszki w głowie

- Co takiego? - oburzył się Cagliostro i podniósł głos, zwracając tym uwagę uczonych mężów w jadalni. - Czuję się obrażony i żądam satysfakcji. Czy wie pan za kogo go uważam? Za człowieka, któremu pstro w głowie, który myśli tylko o zabawach i dansingach, balach i kotylionach. Oto, jakie, proszę pana, ma pan myśli w głowie.
I na oczach uczonych mężów Cagliostro zerwał się ze swego miejsca, chwycił Pietruszkę lewą ręką za nos, a prawą z tego nosa zaczął wyciągać długą papierową serpentynę. Wyciągał ją i wyciągał, zdawało się, że mijają godziny, a przecież była to tylko chwila. Serpentyna miała chyba parę metrów długości.
Wszystkim aż dech zaparło w piersiach ze zdumienia. Serpentyna upadła wreszcie na podłogę, skręcona jak wąż. Ale magister Pietruszka nie zdążył jeszcze dobrze złapać oddechu, a już Cagliostro chwycił go za ucho. I przysięgam - na moich i innych oczach - z ucha Pietruszki sypnęły się barwne confetti.
- Pan ma myszki w głowie! - krzyknął głośno Cagliostro. I z drugiego ucha Pietruszki wyciągnął białą mysz. Uczeni mężowie w jadalni ryknęli śmiechem.
A ja pomyślałem z przerażeniem: „Jeśli Cagliostro za chwilę wyciągnie zaskrońca z brzucha Pietruszki, a drugą mysz wyjmie mu z ust, to jest więcej niż pewne, że wymówią nam pokój w schronisku...”
Ale Cagliostro chyba zrozumiał niebezpieczeństwo. Chwyciwszy mysz za ogon, na oczach wszystkich wyniósł ją z jadalni do ogrodu i udał, że ją tam wypuszcza. A Pietruszka siedział na krześle jak sparaliżowany.


10. Tomasz poznaje Alę

Usiadłem na ławeczce pod dębem, naprzeciw Kopernikowej wieży, i zacząłem pisać w notesie plan swoich przyszłych zajęć. Napisałem (…)
(…)- Czy pan rysuje dowcipy? - zapytała mnie. - I czy to odpowiednie miejsce, aby rysować i śmiać się z własnych dowcipów?
Zamknąłem notes i schowałem go do kieszeni.
- Tak jest. Napisałem dowcip - powiedziałem. - A pani przyszła w to świątobliwe miejsce, aby podrywać?
- Nie, proszę pana - roześmiała się swobodnie. - Chciałam pana prosić, żeby mnie pan cyknął z mojego aparatu. Na tle wieży Kopernika. Jestem tu sama, a chciałabym mieć zdjęcie.
Nosiła czerwony golf, a ja lubię czerwony kolor. I w ogóle była bardzo ładna, miała śmiejącą się buzię, a ja przepadam za takimi panienkami.
Ochoczo więc zerwałem się z ławki i wziąłem z jej rąk aparat fotograficzny. Nastawiła go na odpowiednie światło i na właściwy czas naświetlania. Stanęła pod wieżą kopernikowską, a ja dokonałem „cyknięcia”.
- Dziękuję panu uprzejmie - skinęła mi głową odbierając aparat. - A więc jestem uwidoczniona na tle wieży, gdzie mieszkał i pracował Mikołaj Kopernik.
- Nie wiadomo - stwierdziłem.
- Nie wiadomo? - zdziwiła się. - Sądzi pan, że zdjęcie się nie udało?
- Ach, nie. Powiedziałem, że nie wiadomo, czy w tej wieży mieszkał i tworzył Mikołaj Kopernik.
- Co pan opowiada? Oglądałam obraz Jana Matejki, na którym widać właśnie Mikołaja Kopernika siedzącego na wieży i patrzącego w gwiazdy.
- Jan Matejko oparł anegdotę swego obrazu na tradycji ustnej. A jakże inaczej lud mógł sobie wyobrazić astronoma, jak nie siedzącego na wieży i spoglądającego w gwiazdy? Niestety lud nie wie, że astronomowi do jego badań potrzebne są instrumenty. Czy pani sobie potrafi wyobrazić, jak wyglądał taki „kwadrant słoneczny”, instrument skonstruowany przez Kopernika? Był bardzo duży, proszę pani. I gdzie on z tym kwadrantem mógłby się pomieścić na swej wieży?
- Może był tu jakiś taras?
- Nie ma po nim żadnych śladów. Taras musiałby wspierać się na czymś, a śladów takiego wspornika nie odkryto. Zresztą czytałem niedawno pracę pewnego historyka z Instytutu Mazurskiego, który udowadnia niezbicie, że przypuszczenie, jakoby wieżę we Fromborku przydzielano kanonikom na mieszkania, należy stanowczo odrzucić. Przydzielano im wieże w zupełnie innym celu. Kapituła kierowała się raczej troską o to, aby poprzez osobistą odpowiedzialność kanonika za „jego” wieżę, siłą rzeczy podnieść jej obronność. Możliwość, aby wieże mogły łączyć w sobie funkcje obronne i mieszkalne, bez uszczerbku dla tych pierwszych, wydaje się wątpliwa. A zresztą, gdy w latach tysiąc pięćset dwadzieścia - dwadzieścia jeden najazd krzyżacki zniszczył kurie, leżące na zewnątrz warowni, kanonicy szukali sobie pomieszczeń zastępczych w poklasztornych zabudowaniach Antonitów w miasteczku, a nie przerabiali wież na mieszkania. Ale trzeba powiedzieć, że ta wieża rzeczywiście należała do Kopernika. Zapłacił za nią trzydzieści grzywien.
Panienka trochę posmutniała, słuchając moich wywodów.
- Szkoda - westchnęła - bo to takie romantyczne: patrzeć na tę wieżę i wyobrażać sobie, że tu właśnie mieszkał Kopernik. A skąd pan ma aż tyle wiadomości o tej sprawie?
- Jestem z Departamentu Muzeów i Ochrony Zabytków z Warszawy - wyjaśniłem.


11. Pojedynek gazeta contra mysz

Dlaczego ta dziewczyna wydawała mi się znajoma? Przecież nigdy w życiu jej nigdzie nie widziałem, nie spotkałem. A jednak jakbym już ją widział, a może... słyszał? No tak. Przecież to chyba jej głos płynął do mnie z tajemniczego Asa. O rany, czyżby to była ona? Tajemnicza dama z groźnego pojazdu?...
Być może Ala zdawała sobie sprawę z narastających we mnie podejrzeń. Uśmiechnęła się zalotnie do Cagliostra i powiedziała szybko:
- A pan jest naprawdę iluzjonistą? Naprawdę zna pan sztuki magiczne? Niech pan zrobi jakąś sztuczkę, bardzo proszę...
- Ach, sztuki magiczne wymagają wielkiej koncentracji umysłu - oświadczył mistrz. - Pani pozwoli, że się trochę skupię nad gazetą.
Wyciągnął z kieszeni tygodnik ilustrowany, zdaje się, że „Zwierciadło”. Przez chwilę go kartkował, przewracając strona po stronie. Ale nigdzie dłużej nie zatrzymywał się wzrokiem.
Podeszła do nas kelnerka, niosąc na tacy dwie filiżanki kawy i szklankę wody.
- Dla kogo kawa, a dla kogo woda? - zapytała.
- Dla mnie i dla pani kawa - powiedziałem.
- A szklanka wody dla mojej gazety - powiedział Cagliostro zwijając gazetę w rulon.
Kelnerka uśmiechnęła się, myśląc, że Cagliostro robi głupie dowcipy.
A on wziął z tacy szklankę wody i wlał ją w... rulon „Zwierciadła”. Lał tę wodę wolno, widzieliśmy wyraźnie, jak zawartość szklanki znika w rulonie i ani kropla nie wycieka na podłogę.
- No, nareszcie gazeta trochę się napiła - powiedział Cagliostro do kelnerki. I rozwinął gazetę, znowu ją kartkując.
Kelnerka stała jak skamieniała biblijna żona Lota.
- Co pan zrobił? - wydusiła z siebie.
- Jak to, co zrobiłem? - udał zdziwienie mistrz czarnej i białej magii. - To raczej ja panią zapytam: dlaczego nie przyniosła mi pani wody, a tylko pustą szklankę?
- Pan wodę wlał do gazety - odrzekła kelnerka.
- Do gazety? Pani przecież widzi, że w gazecie nic nie ma - upierał się Cagliostro, jeszcze raz kartkując tygodnik, jakby szczerze szukając w nim wody.
- Pan wlał do gazety... - niepewnie stwierdziła kelnerka.
- Do gazety? - Cagliostro znowu zrobił zdumioną minę. - W takim razie poszukamy tego, co mi pani przyniosła.
Znowu zwinął gazetę w rulonik. A potem potrząsnął nią i z gazety do szklanki wysypały się kolorowe krążki confetti.
- Oto, co mi pani podała do picia - oświadczył wręczając kelnerce szklankę wypełnioną confetti. - Bardzo proszę to odnieść do bufetu i zamiast tego proszę jednak o szklankę wody.
Kelnerka patrzyła na Cagliostra jak na zjawę. Potem nagle roześmiała się i poszła do bufetu, aby zapewne opowiedzieć bufetowej o dziwnym gościu i jego sztuczce z wodą.
A Cagliostro spokojnie złożył tygodnik i schował do kieszeni. Dumnie patrzył na Alę, szukając w jej twarzy uznania dla swoich magicznych umiejętności.
Lecz Ala - o dziwo - tylko wzruszyła ramionami.
- Takie sztuki mi nie imponują - powiedziała. - Ja umiem robić lepsze.
- Jakie? - zapytał oburzony Cagliostro.
- Z myszą - odrzekła. - Z tresowaną myszą.
- Co? - ryknąłem strasznym głosem. - Cagliostro, zabraniam sztuk z myszami. Umawialiśmy się w tej sprawie.
- Nie wziąłem żadnej myszki - westchnął z ubolewaniem Cagliostro. - Pan mi zabronił.
- Pan ma tresowaną mysz? - zainteresowała się Ala.
- Owszem. Mam dwie białe myszy. Ale myszy nie można wytresować - powiedział Cagliostro.
- Pan się myli - pogardliwie odrzekła Ala. - Może białe myszy są za mało inteligentne do tresury. Ja posiadam szarą myszkę. Robi wszystko, co zechcę.
- Pani raczy żartować - burknął Cagliostro, zły, że Ali nie zaimponowały jego sztuczki.
- No to niech pan popatrzy - oświadczyła Ala. I z kieszeni swoich spodni wyciągnęła za ogon szarą myszkę.
- Jezus Maria! - jęknąłem. - Znowu myszy?! Ala położyła ją na podłodze. I mysz zaczęła jak oszalała biegać pomiędzy nogami krzeseł i stolików.
Niewielu gości było w kawiarni, ale ci, co się tu znajdowali, zaraz zaczęli wołać:
- O mysz, mysz! Patrzcie, mysz!
Bufetowa wdrapała się na bufet, kelnerka wskoczyła na krzesło. A mysz jak oszalała biegała po całej sali. Ala zaś zaczęła mysz wabić:
- No, chodź tu, kochanie. Chodź tu, najmilejsza... Mysz, jakby słysząc głos Ali, przystanęła, a potem wolno skierowała się w naszą stronę. Ala wabiła ją jak pieska, cmokając i pogwizdując cichutko.
Raptem z kąta kawiarni wyskoczył ogromny kot.
- Koniec z panią myszą - stwierdziłem.
- O, kot! Kot zaraz ją złapie! - wołali goście od stolików.
- Nareszcie będzie koniec z myszą - krzyknęła bufetowa z wysokości bufetu.
Kot jak błyskawica rzucił się na mysz. Capnął ją łapą i... cofnął łapę. Chciał chwycić mysz pyskiem i zaraz cofnął pysk.
A mysz wcale nie uciekała. Jakby rozgniewana obecnością kota, odwróciła się mordką i jeszcze bardziej zbliżyła się do niego.
A potem najwyraźniej w świecie zaczęła na kota nacierać. Mysz atakująca kota. No, tego jeszcze chyba nikt nie widział...
Kot zaś znowu chciał mysz capnąć łapą. I jeszcze raz cofnął łapę jak oparzony. Zrobił kilka kroków do tyłu miaucząc z wściekłości czy też ze strachu. A szara mysz jeszcze bardziej zbliżyła się do niego. Dotknęła pyskiem kociej łapki i... kot zaczął uciekać. A mysz za nim. Goniła kota przez całą salę, aż biedne kocisko wskoczyło na stolik. Dopiero wtedy mysz dała mu spokój i zawróciła do naszego stolika. Ala chwyciła ją z podłogi i schowała do kieszeni spodni.
- Czy mógłbym ją obejrzeć? - poprosił grzecznie Cagliostro.
- A czy ja oglądałam pańską gazetę? - odpowiedziała pytaniem. - Pan zrobił sztuczkę i ja panu pokazałam sztuczkę. Oto i wszystko. A czyja sztuczka była lepsza, to niech już kto inny osądzi.


12. Inżynier Krzysztof Zegadło zachwyca się Mustangiem i drwi z wehikułu

- Oto jest samochód - oświadczył inżynier Zegadło, z najwyższym zachwytem patrząc na czerwonego mustanga. A słowa te były wypowiedziane takim tonem, jakim - wyobrażam sobie - Poncjusz Piłat wypowiedział na widok Chrystusa słynne „Ecce homo”, czyli „Oto człowiek”. Wydaje mi się, że pan Zegadło z większym zachwytem podziwiał czerwonego mustanga niż urodę panny Ali (...)
(...) - Panu trudno zrozumieć moje słowa, ponieważ zadowala się pan prowadzeniem tego wstrętnego gruchota - wskazał mój pokraczny wehikuł.
- To zupełnie dobry samochód - stwierdziłem.
- I pan to coś nazywa samochodem? No wie pan, to są chyba wolne żarty.
- Jedzie po szosie tak samo jak inne samochody - powiedziałem. - A że nie jest piękny, to już inna sprawa. Karoserię wykonał wujek, domorosły wynalazca. Samochód mój jest jednak bardzo użyteczny.
- Użyteczny? - podchwycił inżynier Zegadło. - Do czego użyteczny? Chyba jako wóz cyrkowy do wożenia kuglarzy po jarmarkach.
- Byłem nim nawet za granicą - odrzekłem. - Co? - oburzył się Zegadło. - I może miał pan na tej pokrace przyczepione literki PL, aby każdy wiedział, że pan jest z Polski? Panie, pan kompromituje nasz kraj, naszą technikę. Co sobie o nas obcy pomyślą?
- Nie wszystko jest złotem, co się świeci - stwierdziłem filozoficznie. - We Francji znalazł się nawet ktoś, kto chciał kupić ode mnie mój wehikuł i gotów był zapłacić niezłą sumkę.
- Domyślam się, o co chodziło. Zapewne chciał pański wehikuł przekazać do muzeum dziwactw. Słyszałem, że i takie muzea są za granicą.
- Mój wehikuł ma dużo zalet, choć nie neguję, że posiada też pewne braki... - zacząłem wyjaśnienia.
- Panie, on składa się z samych braków. To jest jeden wielki brak. Brak taktu, brak smaku, brak prędkości, brak... - tu inżynier urwał, bo przede wszystkim to jemu czegoś brakowało. Brakowało fantazji, aby dalej snuć te wymysły na mój wehikuł.


13. Pościg po "autostradzie" za Baturą

Ale autostrada Elbląg-Królewiec jest dzisiaj zupełnie martwa, albowiem wraz z podziałem Prus między Polskę i Związek Radziecki straciła swoje znaczenie komunikacyjne i militarne. Jest ona niepotrzebna w naszej sieci dróg, gdyż przecina ją granica państwowa. Przejścia graniczne są w zupełnie innych miejscach, ludność korzysta z dróg bocznych, bardziej przydatnych, bo łączących wsie i osiedla.
I oto w tym miejscu znalazł się czerwony mustang. Do granicy pozostawało jeszcze kilkanaście kilometrów pustej autostrady. Rozpoczął się prawdziwy pościg.
Nie wiem, jaką maksymalną szybkość potrafi rozwinąć mustang. Ale już po kilku minutach jazdy autostradą spostrzegłem, że strzałka szybkościomierza wehikułu dotknęła liczby sto sześćdziesiąt. Nie był to jednak jeszcze koniec. Mustang mknął coraz szybciej i szybciej. Błękitny opel zaczął pozostawać w tyle...
A wtedy wydarzyło się coś takiego, co spowodowało, że z piersi panny Ali wydobyło się radosne westchnienie. Zaś magister inżynier Zegadło wpadł w takie zdziwienie, że o mało nie zjechał z autostrady i swoim błękitnym oplem nie wpadł do rowu.
Już owe sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę budziło zdumienie panny Ali. Mrugając oczami z niedowierzaniem patrzyła na licznik wehikułu, bo w głowie jej się nie mogło pomieścić, aby „rupieć” osiągał tak wielką prędkość. Ale ja jeszcze mocniej przycisnąłem pedał gazu.
Trzysta pięćdziesiąt koni mechanicznych samochodu Ferrari 410 przyśpieszyło swój bieg. Trzysta pięćdziesiąt koni mechanicznych ruszyło z kopyta, jakby ktoś strzelił z bata. W dwunastu cylindrach żywiej zagrała krew samochodu — żółta, wysokooktanowa benzyna. Dwa gaźniki tłoczyły benzyną do cylindrów.
Sto siedemdziesiąt. Dwieście... Dwieście dziesięć... Dwieście dwadzieścia...
Wyprzedziłem opla z taką łatwością, z jaką jadący z górki rowerzysta wyprzedza idącego pieszo człowieka. Wyprzedziłem czerwonego mustanga z taką łatwością, z jaką rowerzysta wyprzedza chłopską furmankę.
— Ten pana wehikuł — wyjąkała panna Ala — on jest chyba... zaczarowany...
Wyprzedzając mustanga zerknąłem na pannę Anielkę. O dziwo! Nie była zdumiona ani przerażona. Mógłbym niemal przysiąc, że coś w rodzaju tryumfującego uśmiechu ukazało się na jej twarzy. „Czyżby to ona zwyciężyła?” — przemknęło mi przez myśl.
Lecz zaledwie mój wehikuł znalazł się przed mustangiem, ujrzałem czerwoną ostrzegawczą tablicę z napisem: „Strefa graniczna”, a po chwili, bo przecież jechaliśmy w zawrotnym tempie — zobaczyłem biało-czerwoną tablicę z białym orłem. Napis na tablicy głosił: „Granica państwa”. Szosę przegradzał biało-czerwony szlaban, przy którym stał na warcie żołnierz WOP-u, z zielonym otokiem na czapce.
Na widok dwóch aut mknących z szaloną szybkością w kierunku granicy wartownik przesunął swój automatyczny pistolet z ramienia na piersi i bardzo wyraźnym gestem położył dłoń na jego kolbie. Te dwa pędzące samochody sprawiały na nim wrażenie, jakby ich właściciele nie chcieli uwzględnić faktu istnienia granicy.
Przycisnąłem hamulce, to samo zrobiła czarna dama w mustangu. Zapiszczały opony kół, wozem moim trochę zarzuciło, lecz przecież zdążyłem zatrzymać się przynajmniej o czterdzieści metrów przed szlabanem. Gdy obejrzałem się za siebie, zobaczyłem maskę mustanga zaledwie o dwa metry za wehikułem. Wyskoczyłem z wozu i podbiegłem do czarnej damy. Nie zależało mi na widoku jej pięknej twarzy. Chciałem uwolnić staruszka, porwanego i ukrytego pod kocem na tylnym siedzeniu.


14. Fortel Batury

— Staruszek? Porwanie? Znajdujesz się, Tomaszu, w stanie upojenia alkoholowego? Czy widziałeś tu gdzieś jakiegoś staruszka?
„Świat jest iluzją” — pomyślałem, przypominając sobie słowa Cagliostra. A Batura mówił dalej:
— Porwanie? A fe, Tomaszu. Zapomniałeś, że ja, podobnie jak i ty, brzydzę się brutalną siłą, cenię spryt i inteligencję. Nie leży w moich obyczajach nikogo porywać ani zmuszać siłą do robienia czegoś, czego robić nie chce.
— Gdzie jest staruszek? — krzyknąłem groźnie. Waldemar Batura uśmiechnął się wyrozumiale.
— Wiem, jak cenisz szczerość, drogi Tomaszu. Dlatego powiem ci prawdę. Nie porwałem staruszka. Po prostu w nagrodę za to, że poinformował mnie o miejscu, gdzie rosło Diabelskie Drzewo, zaproponowałem mu dwutygodniowe wczasy w jednym z polskich kurortów. Dałem mu na ten cel pieniądze oraz zaopatrzyłem go w bilet.
Batura zerknął na zegarek i rzekł:— W tej chwili z portu we Fromborku odpływa statek do Krynicy Morskiej. Ale przecież nie twierdzę, że tym statkiem odpłynął staruszek. Przed dziesięcioma minutami z dworca kolejowego we Fromborku odjechał pociąg do Gdańska, skąd są połączenia kolejowe do Zakopanego, na Dolny Śląsk, do Międzyzdrojów i Kołobrzegu. Ale przecież nie twierdzę, że w tamtą stronę odjechał staruszek. Za pięć minut z Fromborka odejdzie pociąg do Olsztyna, skąd łatwo o połączenie z Białymstokiem, a dalej autobusem dostać się można do wielu uroczych miejscowości nad jeziorami Suwalszczyzny. A Bieszczady? Czyżbym zapomniał o modnych Bieszczadach? Przysięgam ci, Tomaszu, że znajdziesz staruszka w którejś miejscowości wczasowej. Lecz jeśli tego rodzaju poszukiwania wydają ci się bezsensowne, okaż cierpliwość i poczekaj. Przysięgam, że za dwa tygodnie staruszek zdrowy i wypoczęty zjawi się we Fromborku i zapewne chętnie poinformuje cię, gdzie rosło drzewo zwane Teufelsbaum. Niestety, nic więcej nie mogę dl ciebie zrobić.
Przegrałem. Po raz drugi już przegrałem w walce z Waldemarem Baturą. Okazał się sprytniejszy ode mnie, przechytrzył mnie, a teraz stał przede mną na szosie i naigrawał się z mojej klęski.
— Przepraszam, drogi Tomaszu — mówił Batura — że naraziłem cię na podróż do tego miejsca. Ale chyba przyznasz, że cię niczym nie zachęcałem. Zrozum jednak moją sytuację: rozstawiłeś warty wokół domu staruszka. W jaki sposób niepostrzeżenie mógł on wejść na statek albo udać się na dworzec kolejowy? W charakterze porwanego staruszka położyłem się pod kocem na tylnym siedzeniu samochodu.


15. Tomasz i Zosia zostają zamknięci w podziemiach

Zosia Walczyk odchyliła je nieco szerzej, skrzypnęły złowrogo, z jakimś ponurym, nieprzyjemnym piskiem. Zobaczyliśmy niewielki podest i wąskie, prowadzące w dół kręcone schody. Wiodły one chyba do podziemnych krypt kościelnych. W małej niszy na podeście palił się ogarek świecy. To jego blask oświetlał schody i wypływał aż do nawy.
Serce zaczęło mi bić bardzo głośno. Znajdowaliśmy się na tropie jakiejś niezwykłej zagadki. Schody do podziemia — czy wyobrażacie sobie, że może być lepsza gratka dla poszukiwacza przygód?
Nie wahałem się ani przez chwilę. Wszedłem na podest i wziąłem z niszy palącą się świecę. Ja pierwszy, a za mną Zosia Walczyk — krok za krokiem po kamiennych stopniach zaczęliśmy schodzić do podziemia.
Korytarz ze schodami załamał się i oto blask świecy pozwolił nam ujrzeć dość dużą kryptę o półokrągłym sklepieniu. Wypełniały ją trumny. Stały obok siebie ciasno stłoczone, tu i ówdzie jedna leżała na drugiej. Większość miała wyraźnie barokowy kształt. Jedna z trumien, zgnieciona przez inne, które na niej stały, załamała się i ukazała swoje wnętrze — szkielet ludzki szczerzący żółte zęby.
W kącie krypty zobaczyłem półotwartą trumnę, gdzie zebrano szczątki ludzkie z tych trumien, które się rozsypały. W nieładzie leżały tam piszczele, żebra, czaszki i wysuszone zwłoki jakiegoś kanonika, z resztkami zetlałej czarnej sukni.
Pod murem stała kamienna tablica, która odpadła od jakiejś ściany i tu została przeniesiona. Z tablicy patrzył wyrzeźbiony szkielet i wskazując na nas palcem, mówił napisem: „Tym jesteś, czym ja byłem. Tym będziesz, czym ja jestem”.
Nasze oddechy poruszały płomień świecy, cienie rzucane przez nas tańczyły na ścianach i sklepieniu krypty, wydawało się, że to jakieś czarne postacie wychylają się zza trumien i wabią nas ku sobie.
— O Boże! Niech pan spojrzy — jęknęła Zosia Walczyk i chwyciła mnie za rękę.
Spojrzałem w ślad za jej wzrokiem. Patrzyła na wmurowaną w ścianę krypty straszliwą podobiznę diabła. Była to płaskorzeźba — monstrualnie brzydka twarz przypominająca ni to człowieka, ni to jakieś zwierzę z rogami. Ten człowieko-zwierz miał otwarte usta i uśmiechał się ukazując rzadkie, ostre zęby.
Wokół płaskorzeźby widziałem czerwoną krechę, ślad po świeżo odłupanym tynku. Nie tak dawno ktoś próbował wyjąć płaskorzeźbę ze ściany. Na ziemi leżał jeszcze młotek i dłuto.
— Co to jest? — zapytała przerażona Zosia.
— To jest Teufelsbild — powiedziałem — Diabelski Obraz. Za tą płytą z podobizną diabła znajduje się drugi schowek pułkownika Koeniga.
— Więc pan znalazł drugi schowek Koeniga? — szepnęła radośnie Zosia.
— Ja? — wzruszyłem ramionami. I dodałem z goryczą: — Batura, Zosiu, zajrzał już do niego. A ja zostałem tutaj specjalnie przyprowadzony.
— Co pan mówi? Zaraz pobiegnę po chłopców, po pana Pietruszkę. Odkryjemy skarby — mówiła rozgorączkowana dziewczynka.
Smutnie pokiwałem głową.
— Rozejrzyj się lepiej za jakimś wygodnym miejscem do spędzenia nocy. Zaraz wypali się ogarek świecy i wówczas pozostaniemy w ciemnościach.
— Przecież możemy stąd wyjść?
— Nie, Zosiu. O ile dobrze rozumiem sytuację, drzwi z krypty są już zamknięte. Jesteśmy w pułapce.
Nie wierzyła mi. Wyjęła z mych rąk ogarek świecy i pobiegła schodami na górę. Po chwili wolno wróciła do krypty.
— Ma pan rację — szepnęła. — Ktoś zamknął za nami drzwi. I co?... Co teraz będzie?
— Wydaje mi się, że najwygodniej będzie nam w tamtym kącie — powiedziałem.
— I nikt nas stąd nie uwolni? — jej przestrach stawał się coraz większy.
— O nie. Uwolnią nas. Jutro rano. Domyślam się dalszego ciągu tej historii — stwierdziłem obojętnym głosem.
— Kto nas tutaj zamknął? Dlaczego?
— Waldemar Batura.
— W jakim celu?
— Wkrótce się o tym dowiesz. Jedno ci powiem: powtórzyła się historia podobna do tej ze staruszkiem. Wyprowadził nas w pole, a raczej wprowadził w podziemia, prosto do drugiego schowka.
— A właśnie. Przecież możemy teraz zajrzeć do tego schowka. Tu leży młotek i dłuto.
— Ale zaraz zgaśnie świeca. A poza tym, Zosiu, przecież o to chodziło, żebym zajrzał do schowka. Ty jesteś świadkiem, że ja w ogóle nie wziąłem do ręki ani dłuta, ani młotka, ani nawet nie usiłowałem wyjąć ze ściany Diabelskiego Obrazu.


16. Zwierzaki Cagliostra obłażą Marczaka

W tym momencie gdzieś spod łóżka Cagliostra, spomiędzy pudełek, które tam stały, wypełzł zaskroniec Piotruś. Dyrektor Marczak spojrzał na niego uważnie, i nie dał po sobie poznać, że węża dostrzega. Nie mieściło mu się w głowie, że węże chodzą po mieszkaniach kulturalnych ludzi, i wolał raczej mniemać, że uległ złudzeniu.
- Świat jest iluzją - Cagliostro jak zwykle wygłosił swoją formułę.
- Ach tak? - uprzejmie pokiwał głową dyrektor Marczak. - Jeśli o mnie chodzi, coraz mniej mam w życiu iluzji.
Wąż pełzł coraz dalej, to jest coraz bliżej nogi dyrektora Marczaka. Jakby go zainteresował but dyrektorski.
- Hm. Yhm - dwukrotnie chrząknął dyrektor. Ale te słynne groźne „hmknięcia” dyrektora, które powodowały popłoch wśród pracowników jego departamentu, nie uczyniły żadnego wrażenia na zaskrońcu (...)
(...)- Zdaje mi się, że coś po mnie chodzi. Po moich plecach - dodał.
Odwróciłem się i popatrzyłem na plecy dyrektora.
- To tylko mysz - stwierdziłem.
- Chyba nie będzie mi pan wmawiał, że chodzą po mnie myszy? - gniewnie rzekł dyrektor.
- Świat jest iluzją - ziewnął Cagliostro. Tymczasem mysz przeszła z pleców dyrektorskich na dyrektorskie ramię.
- A jednak coś po mnie chodzi - ponownie oświadczył dyrektor.
- Mówiłem panu, że to mysz - powiedziałem, zapinając guziki koszuli.
- Widzę węża koło swojej nogi - rzekł dyrektor.
- Być może - zgodziłem się obojętnym głosem i zacząłem zawiązywać krawat.
Tymczasem mysz przeszła, z ramienia na rękaw marynarki dyrektora Marczaka.
- Miał pan rację. To rzeczywiście mysz - dyrektor przyglądał się białej myszce, która maszerowała mu po rękawie.
- A pańskie słowa wydawały mi się niewiarygodne.
- A właśnie - podchwyciłem zdanie dyrektorskie. - Niekiedy moje słowa wydają się panu niewiarygodnie, a potem okazuje się, że jednak ja miałem rację.
Dyrektor Marczak spróbował złapać mysz za ogonek, ale myszka uciekła na stół. Dyrektor wstał ostrożnie z krzesła, uważając, aby nie przydeptać zaskrońca.


17. As podmienia kielichy

Ala przekręciła jakąś gałkę na pulpicie sterowniczym i zaraz ukazał się nowy obraz. Zobaczyłem piaszczysty cypel, a na nim namiot turystyczny. Obok namiotu stał czerwony mustang Waldemara Batury. Po chwili dostrzegłem Baturę. Rozebrany do majteczek kąpielowych leżał na piasku nad wodą, a towarzyszyła mu panna Anielka, również w kostiumie kąpielowym.
- Co to jest? Co ja widzę? - zakrzyknąłem.
- Ogląda pan obóz Waldemara Batury.
- Ale jakim cudem go oglądam? - Posłałam Asa korytem rzeki Baudy - tłumaczyła Ala.(...)
(...) Ale sprawa przybrała zupełnie inny obrót.
- Uwaga! Zaraz dokonam cudu - usłyszałem głos panny Ali. - Hokus-pokus dominikus, abra kadabra magikus, jak zapewne mawia mistrz Cagliostro.
I panna Ala zaczęła manipulować gałkami na swoim pulpicie sterowniczym. Tu należy się wam nieco dokładniejszy opis miejsca akcji, co pozwoli unaocznić całe wydarzenie. Otóż rzeka Bauda płynęła na tym odcinku dość głębokim korytem, podmywając wysoki brzeg. A właśnie na tym wysokim brzegu stał namiot Batury. Zauważyłem na ekranie monitora, że obraz przesunął się, jak gdyby As nieco wychylił się z wody, pozostając jednak wciąż niedostrzegalnym dla Baturowej szajki, bo osłaniał go nie tylko namiot, ale i wysoki, podmyty przez rzekę brzeg. Raptem ujrzałem na ekranie dwie żelazne ręce Asa, trzymające pudełko Cagliostra. To samo pudełko, które wręczyłem Ali wraz z wypożyczonymi srebrnymi kielichami. Żelazne ręce Asa ostrożnie wsunęły się do namiotu Batury i po chwili powróciły również trzymając pudełko. Lecz jak nietrudno się domyślić, było to już pudełko ze złotymi kielichami.
- O Boże, co pani zrobiła najlepszego? - aż jęknąłem. - Niech pani zwróci im te kielichy. Ja je dostanę w inny sposób.
- Za późno - odrzekła Ala (...)


18. Tomasz oddaje Marczakowi złote kielichy

- Niech pan zajrzy do tego pudełka...
- Po co? Przecież chyba nie zamienił pan srebrnych kielichów na gliniane? Dosyć już na nie się napatrzyłem. A właściwie, w jakim celu pan je ode mnie pożyczył?
- Niech pan jednak zajrzy do pudełka - prosiłem przymilnie. Dyrektor Marczak ostrożnie podszedł do postawionego na stole pudełka.
- A nie wyskoczy z niego wąż albo królik? - upewniał się.
- Nie.
- Ech, czuję, że zgubi mnie kiedyś nadmierne zaufanie, jakim pana obdarzam - westchnął dyrektor Marczak i z największą ostrożnością otworzył pudełko.
Oczy rozszerzyło mu ogromne zdumienie. Zatrzepotał powiekami, a potem wyjąkał:
- Ależ to złote kielichy!... - I wysadzane drogimi kamieniami. Szafiry i opale, drogocenne mszalne kielichy bardzo starej roboty.
Dyrektor Marczak zmarszczył czoło i ściągnął brwi w srogiego marsa.
- Co to ma znaczyć, panie Tomaszu?
- Chciał pan mieć dowód. I to jest dowód, panie dyrektorze. W skrytce były złote, a nie srebrne kielichy.
Dyrektor tupnął nogą.
- Nieprawda. W skrytce były srebrne kielichy. Tak zostało zapisane w protokole. Nie mógł się jednak powstrzymać, aby nie wyjąć kielichów, nie obejrzeć ich.
- Są piękne. Cudowne - zachwycał się, głaszcząc je pieszczotliwie dłonią.
- Bardzo stara, wspaniała robota. A jakie cudowne kamienie. Lecz po chwili spojrzał na mnie surowo.
- Gdzie są nasze srebrne kielichy?
- Zamieniłem je na złote - odrzekłem z niewinną miną.
- Co takiego? - oburzył się dyrektor. - Kto panu pozwolił zamieniać?
- Myślałem, że tak będzie lepiej dla naszego departamentu. Zawsze co złote, to złote, panie dyrektorze. I opowiedziałem dyrektorowi, w jaki sposób dokonana została zamiana srebrnych kielichów na złote. Rzecz jasna musiałem zdradzić tajemnicę Krainy Straszliwego Asa, opowiedzieć o Ali i o mojej z nią znajomości.
Dyrektor Marczak słuchał uważnie. A gdy skończyłem, powiedział cicho:
- Czy pan wie, co w świetle prawa pan uczynił?
- Odzyskałem społeczną własność i zwróciłem złodziejom ich własność - rzekłem.
- Nie. Pan ich okradł. Dokonał pan bez ich zgody zamiany złotych kielichów na srebrne. To się nazywa kradzież, panie Tomaszu. I ja tego faktu nie mogę przyjąć do wiadomości.
- Dlaczego? Przecież te złote kielichy pochodzą z drugiego schowka Koeniga.
- Musiałby to pan udowodnić. Przeciw złoczyńcom należało wprzódy podjąć śledztwo. To władze śledcze i sądowe powinny były nam zwrócić złote kielichy, a nie pan. W świetle prawa jest pan złodziejem, czy pan to nareszcie zrozumiał? I co ja teraz mam począć z tym fantem?... - spojrzał z rozpaczą na złote kielichy.
- Przecież w protokole mam napisane, że w skrytce Koeniga znaleźliśmy pięć srebrnych kielichów. I pan sobie wyobraża, że ja mogę teraz przywieźć do skarbca Muzeum Narodowego pięć złotych kielichów zamiast srebrnych?
- W takim razie zabiorę te złote kielichy, pójdę do Waldemara Batury i postaram się polubownie załatwić tę sprawę. Dam mu złote, a on chyba zgodzi się zwrócić nam srebrne... I wziąłem ze stołu pudełko ze złotymi kielichami. Ale dyrektor Marczak zerwał się z krzesła jak młodzieniaszek. Chwycił pudełko i wyrwał je z moich rąk.
- Co to, to nie, panie Tomaszu. Za takiego głupca niech mnie pan nie uważa. Te złote kielichy są skarbem kultury narodowej. To mówiąc dyrektor Marczak położył dłoń na pudełku i stwierdził z namaszczeniem:
- Rekwiruję je w imieniu polskich muzeów. Co zaś do tego protokołu - dodał z chytrym uśmieszkiem - to myślę, że jakoś się wytłumaczymy. W krypcie było ciemno, świeczka dawała skąpe światło i mogła się zdarzyć pomyłka. Lepiej przyznać się do pomyłki niż brnąć dalej w tej sprawie. No, trudno, panie Tomaszu, omyliliśmy się. Wydawało się nam, że znaleźliśmy kielichy srebrne, lecz jednak, jak dodam w dopisku do protokołu: „Przy bliższych oględzinach okazało się, że srebrne kielichy są ze złota i wysadzane szlachetnymi kamieniami”.
- Co takiego? - oburzyłem się. - Ależ to kompromitacja. Co pomyślą ci, którzy będą czytać ten protokół? Że nie umiemy odróżnić srebra od złota. Moja sława rzeczoznawcy dzieł sztuki zostanie w ten sposób narażona na szwank. Protestuję przeciw takiemu wyjściu z sytuacji.
Ale dyrektor Marczak nawet mnie nie słuchał. Wyciągnął z kieszeni protokół i zrobił na nim dopisek, który następnie kazał mi uwierzytelnić moim podpisem.
- Tak jest - zacierał ręce. - W krypcie było ciemno i dlatego nastąpiła omyłka. A jednak przy bliższych oględzinach kielichy srebrne okazały się złote. Zgnębiony złożyłem podpis pod dokumentem.
(…) A on tymczasem wyszedł na chwilę ze swego pokoju i po chwili wprowadził magistra Pietruszkę. Złote kielichy znajdowały się w tekturowym pudle na stole, więc Pietruszka nie mógł ich zauważyć, i nie wiedział, w jakiej sprawie sprowadził go dyrektor Marczak.
- Proszę usiąść - na wszelki wypadek doradził dyrektor Pietruszce. - I niech pan mnie wysłucha bardzo uważnie, albowiem sprawa, którą panu wyłuszczę, jest natury nader delikatnej.
- Rozumiem - kiwnął głową Pietruszka i zrobił bardzo poważną minę.
Dyrektor zaś mówił dalej:
- Jak pan wie, Tomasz poprosił mnie o zezwolenie na dokładniejsze zbadanie pięciu odnalezionych w schowku kielichów...
- To było niepotrzebne - rzekł szybko Pietruszka. - Obejrzałem je i stwierdziłem, że nie przedstawiają większej wartości. Ot, zwykłe srebrne kielichy z końca ubiegłego wieku... - Hm - chrząknął groźnie dyrektor niezadowolony z wypowiedzi Pietruszki.
- Niech mi pan nie przerywa, tylko słucha uważnie, panie magistrze. Sprawa bowiem, że tak powiem, jest wagi państwowej. Otóż, jak pan sam wie, Tomasz wypożyczył ode mnie te kielichy i po dokładnie przeprowadzonych badaniach naukowych stwierdził ku swojemu i mojemu zdziwieniu, że kielichy te są ze złota, wysadzane drogimi kamieniami.
- Co takiego?! - Pietruszka zerwał się z krzesła.
- A tak, panie magistrze - powtórzył dyrektor. - Są ze złota, co tym większego dodaje panu splendoru jako odkrywcy schowka Koeniga. I dyrektor Marczak sięgnął do pudła. Wyjął pięć złotych kielichów i postawił je na stole tuż przed nosem ministra Pietruszki. A ten patrzył na nie zbaraniały ze zdumienia.
- Są ze złota. Rzeczywiście... - mruczał do siebie. - I mają szlachetne kamienie... Wreszcie nie wytrzymał i krzyknął piskliwie:
- Ależ to nie te same kielichy! Tamte były ze srebra! Dyrektor Marczak spojrzał na niego groźnie. - Ze srebra, pan powiada? I w dalszym ciągu brnie pan w popełnioną pomyłkę?
- Nic z tego nie rozumiem - szepnął magister Pietruszka, trochę przerażony groźnym tonem dyrektora.
- Wyjaśnię panu tę pomyłkę - łaskawie powiedział dyrektor Marczak. - W krypcie paliła się tylko jedna świeca, prawda?
- Tak... -
A więc było mroczno.
- Tak jest.
- Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w krypcie było niemal zupełnie ciemno.
- Tak jest.
- A więc w takich warunkach nietrudno się omylić. Sądziliśmy, że w krypcie znaleźliśmy pięć srebrnych kielichów. Ale przy dokładniejszych oględzinach okazało się, że są ze złota i wysadzane drogimi kamieniami.
Magister Pietruszka zamyślił się. A po chwili powiedział:
- Wydaje mi się, że pan dyrektor ma rację. Z powodu tych ciemności kielichy wydały się nam srebrne, choć były złote.
- Co zostało uwzględnione w dopisku do protokołu - dodał szybko dyrektor i podsunął protokół Pietruszce. - Proszę tu więc podpisać, panie magistrze.
Pietruszka złożył zamaszysty podpis pod notatką do protokołu.


19. Magister Pietruszka ujawnia w jaki sposób dokonał odkrycia dwóch schowków Koeniga

- Czy nie mógłby pan nam zdradzić, w jaki sposób dokonał pan swoich niezwykłych odkryć? Co było pana natchnieniem w tej sprawie?
Pietruszka ukłonił się pannie Anielce i potem ostentacyjnie pocałował ją w rękę. Powiedział z emfazą:
- Podobnie jak poeta, również i każdy wybitny detektyw musi mieć swoją muzę. Dla mnie muzą była panna Anielka. To właśnie w jej towarzystwie, jakby pod jej uroczym wpływem, nagle przychodziły mi do głowy rozwiązania obydwu zagadek. Czy nie tak, panno Anielko?
- Tak - panna Anielka skinęła głową i znowu ujrzeliśmy zachwyt w jej oczach. Pietruszka zaś wspominał szczęśliwe chwile.
- Pamiętam - mówił nam - że myśl o cmentarzu we Fromborku i o szyfrze, prowadzącym do grobu ze skarbami, przyszła mi do głowy na plaży, kiedy poznaliśmy się. Leżeliśmy w słońcu na piasku, patrząc w stronę mierzei. Było gorąco, upalnie. Panna Anielka powiedziała, że pragnęłaby teraz być gdzieś w cieniu i że taki cienisty jest cmentarz we Fromborku. A potem panna Anielka zapytała, w jaki sposób na mapach oznacza się cmentarz.
- Tak powiedziałam - skinęła głową panna Anielka.
- A ja wówczas doznałem olśnienia. Bo przecież na planie Koeniga widniał prostokąt z krzyżykami. I wtedy od razu przyszło mi na myśl, że chodzi tu o fromborski cmentarz.
- A drugi schowek? - zapytała Ala.
- Spotkałem pannę Anielkę idącą przez podwórzec katedralny. Miała wystraszoną minę. Zapytałem, co się stało, i odrzekła, że zwiedzała podziemne krypty i zobaczyła tam Diabelski Obraz, który ją przeraził. „Diabelski obraz? - pomyślałem. - Ależ to Teufelsbild, czyli Teufelb z planu Koeniga”. I tak też było, proszę państwa.
Pokiwałem głową z pełnym zrozumieniem.
- Czasami - stwierdziłem - niezwykły przypadek potrafi dopomóc w dokonaniu genialnego odkrycia.
- Nie, to nie był przypadek - upierał się Pietruszka. - To była chwila natchnienia, którą zawdzięczam pannie Anielce.
- Mam nadzieję - dorzuciłem - że to natchnienie nie opuści cię na drodze do trzeciego schowka.


20. Marczak wyznacza Pietruszce ultimatum

- Jutro rano wracam do Warszawy. Do jutra proszę odnaleźć trzeci schowek Koeniga.
- Co takiego? - Pietruszka aż odsunął od siebie talerz z zupą. - To niemożliwe, panie dyrektorze. Ja jeszcze nie wpadłem na trop trzeciego schowka. Obiecał mi pan pozostawić wolną rękę i trochę czasu. Dyrektor pokręcił głową.
- Przestańmy bawić się w ciuciubabkę. Jestem pewien, że Tomasz zna miejsce, gdzie znajduje się trzeci schowek. Jeśli pan, panie Pietruszka, nie może sobie poradzić, Tomasz panu dopomoże. Szkoda tracić czas we Fromborku. Czekają nas nowe, poważne zadania.
Pietruszka popatrzył na mnie z największą niechęcią.
- Czy naprawdę, Tomaszu, rozwiązałeś zagadkę trzeciego schowka? - zapytał.
- Tak.
- Nie, nie, nie chcę znać rozwiązania! - zawołał Pietruszka. - Ja sam pragnę odkryć schowek i przysięgam, że tego dokonam. Proszę mi tylko zostawić czas do namysłu. Zresztą nie wierzę, aby Tomasz znał rozwiązanie. On ma tylko pewne domysły, a to za mało. Zapewne znowu znajduje się na fałszywym tropie. I to przez niego pan dyrektor stawia mi ultimatum (...)


21. Pietruszka odnajduje trzeci schowek Koeniga

- Gdzie może być skrytka? - rozmyślał głośno Pietruszka, rozglądając się po łukowato sklepionym suficie dość dużego pomieszczenia.
- Dymnik. Niech pan zajrzy do dymnika - niecierpliwie rzekł dyrektor Marczak, budząc tym zachwyt Pietruszki.
- Dymnik? Pan jest genialny, dyrektorze. Tak od razu wskazał pan miejsce ukrycia skarbu - aż piał z zachwytu.
- Dobra, dobra - mruknął dyrektor. - Otwórz pan ten dymnik i wyjmij pan skarby (...)
(...) Marczak gniewnym gestem odebrał mu pudełko i nawet do niego nie zaglądając, oświadczył:
- Tym razem nie dam się nabrać, panie Pietruszka. Te rubiny są fałszywe!...
Pietruszka wziął pudełko od dyrektora i zaczął oglądać kamienie.
- One są prawdziwe, panie dyrektorze - rzekł po chwili. - Trochę się na tym znam. To prawdziwe szlachetne kamienie.
Dyrektor Marczak znowu odebrał Pietruszce pudełko. Nie zaglądając do wnętrza, zaczął pudełkiem wymachiwać, aż kamienie zagrzechotały jak kostki do gry.
- Te rubiny są fałszywe, panie Pietruszka. Batura je podmienił. Wyjąłem pudełko z rąk dyrektora, otworzyłem je, zajrzałem do wnętrza. A to, co oświadczyłem, zabrzmiało dla dyrektora i dla moich przyjaciół jak wystrzał armatni:
- Rubiny są prawdziwe, panie dyrektorze.
- Co? Co takiego?! - wydusił z siebie dyrektor. - Co takiego?... - usłyszałem zdumiony głos Batury.
- Prawdziwe?... - zaniepokoił się Cagliostro.
A ja kiwnąłem głową i otwarte pudełko podsunąłem dyrektorowi. - Niech pan je obejrzy, dyrektorze. One są najprawdziwiej prawdziwe.
Ale zamiast dyrektora pudełko chwycił Batura. Chciwie zajrzał do wnętrza. Widziałem, jak jego powieki zatrzepotały gwałtownie, tak był zdumiony. Po prostu nie dowierzał własnym oczom.
- Są prawdziwe... - szepnął i spojrzał na Cagliostra. A mistrz odpowiedział mu równie zdumionym spojrzeniem.
Dyrektor Marczak wziął pudełko od Batury i teraz dopiero zaczął dokładnie oglądać kamienie.
- Tak, rzeczywiście... - szepnął. - Wyglądają na prawdziwe. Jak się to stało, panie Tomaszu? Przecież słyszeliśmy audycję radiową. Nic z tego nie rozumiem...
- Ja też nic nie rozumiem - ponuro mruknął Batura.
Skłoniłem się Cagliostrowi.
- To panu, mistrzu, zawdzięczam hokus-pokus.
- Mnie? - przestraszył się Cagliostro.
- Tak. Już wczoraj odkryłem trzeci schowek Koeniga. Wyjąłem z niego prawdziwe kamienie i zabrałem je do swego pokoju. Z pańskiego woreczka, mistrzu, wyjąłem fałszywe rubiny i włożyłem do woreczka prawdziwe. Do pudełka zaś w dymniku położyłem fałszywe rubiny. Resztę roboty wykonaliście sami, panowie - znowu skłoniłem się Cagliostrowi i Baturze. - Panowie włożyli do skrytki prawdziwe rubiny, a wyjęli fałszywe. Świat jest iluzją, mistrzu Cagliostro.
Dyrektor Marczak złapał się za głowę.
- O Boże, ja zwariuję! Fałszywe, prawdziwe, prawdziwe, fałszywe. Gdzie w końcu były fałszywe, a gdzie prawdziwe rubiny?
A ja wymieniłem z porucznikiem Judzińskim porozumiewawcze spojrzenia. To przecież on, na moją wielką prośbę, pozwolił mi podłożyć Cagliostrowi prawdziwe rubiny. Odkąd ujawniłem sprawę z obrabowaniem schowków, milicja miała nieustannie na oku i Baturę, i Cagliostra. Nawet gdyby domyślili się tej zamiany, nie mieli możliwości ucieczki. Prosiłem porucznika o zezwolenie na zamianę, bo jak to niekiedy mi się zdarza, lubię efektowne sceny na zakończenie przygody.
Tymczasem dyrektor Marczak sporządził naprędce protokół z otwarcia skrytki. A gdy mi go dawał do podpisu, rzekł cicho:
- Uratował pan swoją skórę, bo nic ze skrytki nie zginęło. Ale nie mogę panu darować, że zrobił pan ze mnie błazna, który nie potrafił rozpoznać prawdziwych rubinów.
Wskazałem świecę palącą się w ręku kościelnego:
- Tu jest mroczno, panie dyrektorze. Można powiedzieć, że w tej piwnicy jest nawet bardzo ciemno. I nietrudno o pomyłkę, prawda?
_________________
Ostatnio zmieniony przez Szara Sowa 2017-01-05, 08:50, w całości zmieniany 8 razy  
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-12-19, 09:16:37   

Dodaję dwie sceny:

Tomasz i Zosia zostają zamknięci w podziemiach

Zosia Walczyk odchyliła je nieco szerzej, skrzypnęły złowrogo, z jakimś ponurym, nieprzyjemnym piskiem. Zobaczyliśmy niewielki podest i wąskie, prowadzące w dół kręcone schody. Wiodły one chyba do podziemnych krypt kościelnych. W małej niszy na podeście palił się ogarek świecy. To jego blask oświetlał schody i wypływał aż do nawy.
Serce zaczęło mi bić bardzo głośno. Znajdowaliśmy się na tropie jakiejś niezwykłej zagadki. Schody do podziemia — czy wyobrażacie sobie, że może być lepsza gratka dla poszukiwacza przygód?
Nie wahałem się ani przez chwilę. Wszedłem na podest i wziąłem z niszy palącą się świecę. Ja pierwszy, a za mną Zosia Walczyk — krok za krokiem po kamiennych stopniach zaczęliśmy schodzić do podziemia.
Korytarz ze schodami załamał się i oto blask świecy pozwolił nam ujrzeć dość dużą kryptę o półokrągłym sklepieniu. Wypełniały ją trumny. Stały obok siebie ciasno stłoczone, tu i ówdzie jedna leżała na drugiej. Większość miała wyraźnie barokowy kształt. Jedna z trumien, zgnieciona przez inne, które na niej stały, załamała się i ukazała swoje wnętrze — szkielet ludzki szczerzący żółte zęby.
W kącie krypty zobaczyłem półotwartą trumnę, gdzie zebrano szczątki ludzkie z tych trumien, które się rozsypały. W nieładzie leżały tam piszczele, żebra, czaszki i wysuszone zwłoki jakiegoś kanonika, z resztkami zetlałej czarnej sukni.
Pod murem stała kamienna tablica, która odpadła od jakiejś ściany i tu została przeniesiona. Z tablicy patrzył wyrzeźbiony szkielet i wskazując na nas palcem, mówił napisem: „Tym jesteś, czym ja byłem. Tym będziesz, czym ja jestem”.
Nasze oddechy poruszały płomień świecy, cienie rzucane przez nas tańczyły na ścianach i sklepieniu krypty, wydawało się, że to jakieś czarne postacie wychylają się zza trumien i wabią nas ku sobie.
— O Boże! Niech pan spojrzy — jęknęła Zosia Walczyk i chwyciła mnie za rękę.
Spojrzałem w ślad za jej wzrokiem. Patrzyła na wmurowaną w ścianę krypty straszliwą podobiznę diabła. Była to płaskorzeźba — monstrualnie brzydka twarz przypominająca ni to człowieka, ni to jakieś zwierzę z rogami. Ten człowieko-zwierz miał otwarte usta i uśmiechał się ukazując rzadkie, ostre zęby.
Wokół płaskorzeźby widziałem czerwoną krechę, ślad po świeżo odłupanym tynku. Nie tak dawno ktoś próbował wyjąć płaskorzeźbę ze ściany. Na ziemi leżał jeszcze młotek i dłuto.
— Co to jest? — zapytała przerażona Zosia.
— To jest Teufelsbild — powiedziałem — Diabelski Obraz. Za tą płytą z podobizną diabła znajduje się drugi schowek pułkownika Koeniga.
— Więc pan znalazł drugi schowek Koeniga? — szepnęła radośnie Zosia.
— Ja? — wzruszyłem ramionami. I dodałem z goryczą: — Batura, Zosiu, zajrzał już do niego. A ja zostałem tutaj specjalnie przyprowadzony.
— Co pan mówi? Zaraz pobiegnę po chłopców, po pana Pietruszkę. Odkryjemy skarby — mówiła rozgorączkowana dziewczynka.
Smutnie pokiwałem głową.
— Rozejrzyj się lepiej za jakimś wygodnym miejscem do spędzenia nocy. Zaraz wypali się ogarek świecy i wówczas pozostaniemy w ciemnościach.
— Przecież możemy stąd wyjść?
— Nie, Zosiu. O ile dobrze rozumiem sytuację, drzwi z krypty są już zamknięte. Jesteśmy w pułapce.
Nie wierzyła mi. Wyjęła z mych rąk ogarek świecy i pobiegła schodami na górę. Po chwili wolno wróciła do krypty.
— Ma pan rację — szepnęła. — Ktoś zamknął za nami drzwi. I co?... Co teraz będzie?
— Wydaje mi się, że najwygodniej będzie nam w tamtym kącie — powiedziałem.
— I nikt nas stąd nie uwolni? — jej przestrach stawał się coraz większy.
— O nie. Uwolnią nas. Jutro rano. Domyślam się dalszego ciągu tej historii — stwierdziłem obojętnym głosem.
— Kto nas tutaj zamknął? Dlaczego?
— Waldemar Batura.
— W jakim celu?
— Wkrótce się o tym dowiesz. Jedno ci powiem: powtórzyła się historia podobna do tej ze staruszkiem. Wyprowadził nas w pole, a raczej wprowadził w podziemia, prosto do drugiego schowka.
— A właśnie. Przecież możemy teraz zajrzeć do tego schowka. Tu leży młotek i dłuto.
— Ale zaraz zgaśnie świeca. A poza tym, Zosiu, przecież o to chodziło, żebym zajrzał do schowka. Ty jesteś świadkiem, że ja w ogóle nie wziąłem do ręki ani dłuta, ani młotka, ani nawet nie usiłowałem wyjąć ze ściany Diabelskiego Obrazu.


Pościg po "autostradzie" za Baturą

Ale autostrada Elbląg-Królewiec jest dzisiaj zupełnie martwa, albowiem wraz z podziałem Prus między Polskę i Związek Radziecki straciła swoje znaczenie komunikacyjne i militarne. Jest ona niepotrzebna w naszej sieci dróg, gdyż przecina ją granica państwowa. Przejścia graniczne są w zupełnie innych miejscach, ludność korzysta z dróg bocznych, bardziej przydatnych, bo łączących wsie i osiedla.
I oto w tym miejscu znalazł się czerwony mustang. Do granicy pozostawało jeszcze kilkanaście kilometrów pustej autostrady. Rozpoczął się prawdziwy pościg.
Nie wiem, jaką maksymalną szybkość potrafi rozwinąć mustang. Ale już po kilku minutach jazdy autostradą spostrzegłem, że strzałka szybkościomierza wehikułu dotknęła liczby sto sześćdziesiąt. Nie był to jednak jeszcze koniec. Mustang mknął coraz szybciej i szybciej. Błękitny opel zaczął pozostawać w tyle...
A wtedy wydarzyło się coś takiego, co spowodowało, że z piersi panny Ali wydobyło się radosne westchnienie. Zaś magister inżynier Zegadło wpadł w takie zdziwienie, że o mało nie zjechał z autostrady i swoim błękitnym oplem nie wpadł do rowu.
Już owe sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę budziło zdumienie panny Ali. Mrugając oczami z niedowierzaniem patrzyła na licznik wehikułu, bo w głowie jej się nie mogło pomieścić, aby „rupieć” osiągał tak wielką prędkość. Ale ja jeszcze mocniej przycisnąłem pedał gazu.
Trzysta pięćdziesiąt koni mechanicznych samochodu Ferrari 410 przyśpieszyło swój bieg. Trzysta pięćdziesiąt koni mechanicznych ruszyło z kopyta, jakby ktoś strzelił z bata. W dwunastu cylindrach żywiej zagrała krew samochodu — żółta, wysokooktanowa benzyna. Dwa gaźniki tłoczyły benzyną do cylindrów.
Sto siedemdziesiąt. Dwieście... Dwieście dziesięć... Dwieście dwadzieścia...
Wyprzedziłem opla z taką łatwością, z jaką jadący z górki rowerzysta wyprzedza idącego pieszo człowieka. Wyprzedziłem czerwonego mustanga z taką łatwością, z jaką rowerzysta wyprzedza chłopską furmankę.
— Ten pana wehikuł — wyjąkała panna Ala — on jest chyba... zaczarowany...
Wyprzedzając mustanga zerknąłem na pannę Anielkę. O dziwo! Nie była zdumiona ani przerażona. Mógłbym niemal przysiąc, że coś w rodzaju tryumfującego uśmiechu ukazało się na jej twarzy. „Czyżby to ona zwyciężyła?” — przemknęło mi przez myśl.
Lecz zaledwie mój wehikuł znalazł się przed mustangiem, ujrzałem czerwoną ostrzegawczą tablicę z napisem: „Strefa graniczna”, a po chwili, bo przecież jechaliśmy w zawrotnym tempie — zobaczyłem biało-czerwoną tablicę z białym orłem. Napis na tablicy głosił: „Granica państwa”. Szosę przegradzał biało-czerwony szlaban, przy którym stał na warcie żołnierz WOP-u, z zielonym otokiem na czapce.
Na widok dwóch aut mknących z szaloną szybkością w kierunku granicy wartownik przesunął swój automatyczny pistolet z ramienia na piersi i bardzo wyraźnym gestem położył dłoń na jego kolbie. Te dwa pędzące samochody sprawiały na nim wrażenie, jakby ich właściciele nie chcieli uwzględnić faktu istnienia granicy.
Przycisnąłem hamulce, to samo zrobiła czarna dama w mustangu. Zapiszczały opony kół, wozem moim trochę zarzuciło, lecz przecież zdążyłem zatrzymać się przynajmniej o czterdzieści metrów przed szlabanem. Gdy obejrzałem się za siebie, zobaczyłem maskę mustanga zaledwie o dwa metry za wehikułem. Wyskoczyłem z wozu i podbiegłem do czarnej damy. Nie zależało mi na widoku jej pięknej twarzy. Chciałem uwolnić staruszka, porwanego i ukrytego pod kocem na tylnym siedzeniu.
Ale to, co ujrzałem, przeszło wszelkie moje wyobrażenia. Poczułem się, jakby ktoś oblał mnie nagle kubłem zimnej wody. Lub jakbym raptem w biały dzień, w pełnym słońcu ujrzał upiora, który wyszczerzył na mnie swoje zęby.
_________________
 
 
 
Piratka 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomogła: 6 razy
Dołączyła: 23 Sty 2013
Posty: 2338
Skąd: Wyspa Skarbów
Wysłany: 2016-12-19, 12:10:25   

Najpiękniejsze są IMHO W restauracji w Pasłęku oraz gdy Tomasz oddaje złote kielichy (zwłaszcza zabiorę te złote kielichy, pójdę do Waldemara Batury i postaram się polubownie załatwić tę sprawę. Dam mu złote, a on chyba zgodzi się zwrócić nam srebrne)

Proponuję jeszcze
Spotkanie z ASem
- Co to za znak? - zapytał Cagliostro, wskazując przybitą do drzewa czerwono-białą tablicę.
- To znak drogowy: „zakaz wjazdu”.
- Więc czemu pan wjeżdża?
- Sądzę, że postawili go archeologowie, żeby nikt im tu nie jeździł i nie przeszkadzał w pracy. Ale jak pan wie, jestem tu służbowo, z ramienia Departamentu Muzeów i Ochrony Zabytków. Mnie ten znak nie dotyczy - wyprężyłem się dumnie.
O, w jakimż byłem błędzie!
- Jeśli chodzi o inne planety - Cagliostro powrócił do przerwanej rozmowy - to jestem zdania, że przede wszystkim Mars zamieszkany jest przez jakieś istoty myślące. Podobno wkrótce wyślemy aparatury badawcze na Marsa. Kto wie jednak, czy istoty z Marsa już od dawna nie przysyłają do nas swoich aparatów, które nas fotografują, przyglądają się naszemu życiu i wyciągają naukowe wnioski.
- Nie stwierdzono u nas jednak żadnych obcych aparatów - zauważyłem, rozglądając się po okolicy i wypatrując kogoś, kto mógłby udzielić mi informacji o ekspedycji archeologicznej.
- A latające talerze?
- To bzdura. Nie ma żadnych latających talerzy - oświadczyłem zdecydowanie.
- A ja wierzę w istnienie latających talerzy - upierał się Cagliostro.
- Bo pan wierzy w czarną i białą magię.
Cagliostro z ogromną godnością pokiwał głową.
- Są rzeczy na niebie i na ziemi, o których nie śniło się filozofom. Jestem zdania, że prędzej czy później czeka nas inwazja Marsjan.
Była dopiero czwarta po południu, ale w głębokim wąwozie jechaliśmy jak w mrocznym korytarzu. Korony drzew splatały się nad naszymi głowami, z obydwu stron pięły się stromo w górę wysokie ściany.
- Ciekawym, jak oni wyglądają? - powiedział mistrz.
- Kto?
- Marsjanie - odparł, jakby rzeczywiście nie miał innych zmartwień.
I właśnie w tym momencie, jakby w odpowiedzi na pytanie mistrza, w mrocznym tunelu wąwozu oślepiło nas jakieś ostre światło. Na krótką chwilą, aż zaniewidziałem i automatycznie nacisnąłem hamulec.


Finał spotkania z ASem
Dopiero gdy byliśmy daleko od nieszczęsnego znaku zakazu wjazdu, zwolniłem, odetchnąłem z ulgą i powiedziałem:
- Diabelny As. O mało mi nie wyrwał rękawa. Piekielny As.
- Pssssst! Cicho. Niech pan nie wymawia tego słowa nadaremnie - mruknął Cagliostro.
- Tak jest. Obowiązuje nas przysięga milczenia - przypomniałem. - Tym bardziej, że z tym Asem nic nie wiadomo. Może słyszy i widzi na odległość?


Tomasz poznaje Alę
Usiadłem na ławeczce pod dębem, naprzeciw Kopernikowej wieży, i zacząłem pisać w notesie plan swoich przyszłych zajęć. Napisałem:
1. Porozumieć się z astronomami i wydusić od nich odpowiedź, gdzie w końcu mieściło się obserwatorium Kopernika.
2. Porozumieć się z historykami i ustalić stan poszukiwań grobu Kopernika.
3. Porozumieć się z archeologami. W przewodniku warto wspomnieć o stanie badań archeologicznych.
4. Wyjaśnić sprawę monet.
A gdy napisałem ostatni punkt, aż roześmiałem się. Jak łatwo było napisać: „Wyjaśnić sprawę monet”. Papier jest cierpliwy.
Mój śmiech nad kartką papieru przywabił panienkę w spodniach i okularach, z aparatem fotograficznym przerzuconym niedbale przez ramię. W ręku trzymała turystyczną torbę. Była młoda, może miała ze dwadzieścia trzy lata. Okulary w ciemnej oprawie doskonale harmonizowały z jej jasną cerą i ciemnymi kędziorami bujnych włosów.
Wyglądała na turystkę, a wiele ich zawsze na dziedzińcu fromborskiej katedry.
- Czy pan rysuje dowcipy? - zapytała mnie. - I czy to odpowiednie miejsce, aby rysować i śmiać się z własnych dowcipów?
Zamknąłem notes i schowałem go do kieszeni.
- Tak jest. Napisałem dowcip - powiedziałem. - A pani przyszła w to świątobliwe miejsce, aby podrywać?
- Nie, proszę pana - roześmiała się swobodnie. - Chciałam pana prosić, żeby mnie pan cyknął z mojego aparatu. Na tle wieży Kopernika. Jestem tu sama, a chciałabym mieć zdjęcie.
Nosiła czerwony golf, a ja lubię czerwony kolor. I w ogóle była bardzo ładna, miała śmiejącą się buzię, a ja przepadam za takimi panienkami.
Ochoczo więc zerwałem się z ławki i wziąłem z jej rąk aparat fotograficzny. Nastawiła go na odpowiednie światło i na właściwy czas naświetlania. Stanęła pod wieżą kopernikowską, a ja dokonałem „cyknięcia”.
- Dziękuję panu uprzejmie - skinęła mi głową odbierając aparat. - A więc jestem uwidoczniona na tle wieży, gdzie mieszkał i pracował Mikołaj Kopernik.
- Nie wiadomo - stwierdziłem.
- Nie wiadomo? - zdziwiła się. - Sądzi pan, że zdjęcie się nie udało?
- Ach, nie. Powiedziałem, że nie wiadomo, czy w tej wieży mieszkał i tworzył Mikołaj Kopernik.
- Co pan opowiada? Oglądałam obraz Jana Matejki, na którym widać właśnie Mikołaja Kopernika siedzącego na wieży i patrzącego w gwiazdy.
- Jan Matejko oparł anegdotę swego obrazu na tradycji ustnej. A jakże inaczej lud mógł sobie wyobrazić astronoma, jak nie siedzącego na wieży i spoglądającego w gwiazdy? Niestety lud nie wie, że astronomowi do jego badań potrzebne są instrumenty. Czy pani sobie potrafi wyobrazić, jak wyglądał taki „kwadrant słoneczny”, instrument skonstruowany przez Kopernika? Był bardzo duży, proszę pani. I gdzie on z tym kwadrantem mógłby się pomieścić na swej wieży?
- Może był tu jakiś taras?
- Nie ma po nim żadnych śladów. Taras musiałby wspierać się na czymś, a śladów takiego wspornika nie odkryto. Zresztą czytałem niedawno pracę pewnego historyka z Instytutu Mazurskiego, który udowadnia niezbicie, że przypuszczenie, jakoby wieżę we Fromborku przydzielano kanonikom na mieszkania, należy stanowczo odrzucić. Przydzielano im wieże w zupełnie innym celu. Kapituła kierowała się raczej troską o to, aby poprzez osobistą odpowiedzialność kanonika za „jego” wieżę, siłą rzeczy podnieść jej obronność. Możliwość, aby wieże mogły łączyć w sobie funkcje obronne i mieszkalne, bez uszczerbku dla tych pierwszych, wydaje się wątpliwa. A zresztą, gdy w latach tysiąc pięćset dwadzieścia - dwadzieścia jeden najazd krzyżacki zniszczył kurie, leżące na zewnątrz warowni, kanonicy szukali sobie pomieszczeń zastępczych w poklasztornych zabudowaniach Antonitów w miasteczku, a nie przerabiali wież na mieszkania. Ale trzeba powiedzieć, że ta wieża rzeczywiście należała do Kopernika. Zapłacił za nią trzydzieści grzywien.
Panienka trochę posmutniała, słuchając moich wywodów.
- Szkoda - westchnęła - bo to takie romantyczne: patrzeć na tę wieżę i wyobrażać sobie, że tu właśnie mieszkał Kopernik. A skąd pan ma aż tyle wiadomości o tej sprawie?
- Jestem z Departamentu Muzeów i Ochrony Zabytków z Warszawy - wyjaśniłem.


Pojedynek gazeta contra mysz
Dlaczego ta dziewczyna wydawała mi się znajoma? Przecież nigdy w życiu jej nigdzie nie widziałem, nie spotkałem. A jednak jakbym już ją widział, a może... słyszał? No tak. Przecież to chyba jej głos płynął do mnie z tajemniczego Asa. O rany, czyżby to była ona? Tajemnicza dama z groźnego pojazdu?...
Być może Ala zdawała sobie sprawę z narastających we mnie podejrzeń. Uśmiechnęła się zalotnie do Cagliostra i powiedziała szybko:
- A pan jest naprawdę iluzjonistą? Naprawdę zna pan sztuki magiczne? Niech pan zrobi jakąś sztuczkę, bardzo proszę...
- Ach, sztuki magiczne wymagają wielkiej koncentracji umysłu - oświadczył mistrz. - Pani pozwoli, że się trochę skupię nad gazetą.
Wyciągnął z kieszeni tygodnik ilustrowany, zdaje się, że „Zwierciadło”. Przez chwilę go kartkował, przewracając strona po stronie. Ale nigdzie dłużej nie zatrzymywał się wzrokiem.
Podeszła do nas kelnerka, niosąc na tacy dwie filiżanki kawy i szklankę wody.
- Dla kogo kawa, a dla kogo woda? - zapytała.
- Dla mnie i dla pani kawa - powiedziałem.
- A szklanka wody dla mojej gazety - powiedział Cagliostro zwijając gazetę w rulon.
Kelnerka uśmiechnęła się, myśląc, że Cagliostro robi głupie dowcipy.
A on wziął z tacy szklankę wody i wlał ją w... rulon „Zwierciadła”. Lał tę wodę wolno, widzieliśmy wyraźnie, jak zawartość szklanki znika w rulonie i ani kropla nie wycieka na podłogę.
- No, nareszcie gazeta trochę się napiła - powiedział Cagliostro do kelnerki. I rozwinął gazetę, znowu ją kartkując.
Kelnerka stała jak skamieniała biblijna żona Lota.
- Co pan zrobił? - wydusiła z siebie.
- Jak to, co zrobiłem? - udał zdziwienie mistrz czarnej i białej magii. - To raczej ja panią zapytam: dlaczego nie przyniosła mi pani wody, a tylko pustą szklankę?
- Pan wodę wlał do gazety - odrzekła kelnerka.
- Do gazety? Pani przecież widzi, że w gazecie nic nie ma - upierał się Cagliostro, jeszcze raz kartkując tygodnik, jakby szczerze szukając w nim wody.
- Pan wlał do gazety... - niepewnie stwierdziła kelnerka.
- Do gazety? - Cagliostro znowu zrobił zdumioną minę. - W takim razie poszukamy tego, co mi pani przyniosła.
Znowu zwinął gazetę w rulonik. A potem potrząsnął nią i z gazety do szklanki wysypały się kolorowe krążki confetti.
- Oto, co mi pani podała do picia - oświadczył wręczając kelnerce szklankę wypełnioną confetti. - Bardzo proszę to odnieść do bufetu i zamiast tego proszę jednak o szklankę wody.
Kelnerka patrzyła na Cagliostra jak na zjawę. Potem nagle roześmiała się i poszła do bufetu, aby zapewne opowiedzieć bufetowej o dziwnym gościu i jego sztuczce z wodą.
A Cagliostro spokojnie złożył tygodnik i schował do kieszeni. Dumnie patrzył na Alę, szukając w jej twarzy uznania dla swoich magicznych umiejętności.
Lecz Ala - o dziwo - tylko wzruszyła ramionami.
- Takie sztuki mi nie imponują - powiedziała. - Ja umiem robić lepsze.
- Jakie? - zapytał oburzony Cagliostro.
- Z myszą - odrzekła. - Z tresowaną myszą.
- Co? - ryknąłem strasznym głosem. - Cagliostro, zabraniam sztuk z myszami. Umawialiśmy się w tej sprawie.
- Nie wziąłem żadnej myszki - westchnął z ubolewaniem Cagliostro. - Pan mi zabronił.
- Pan ma tresowaną mysz? - zainteresowała się Ala.
- Owszem. Mam dwie białe myszy. Ale myszy nie można wytresować - powiedział Cagliostro.
- Pan się myli - pogardliwie odrzekła Ala. - Może białe myszy są za mało inteligentne do tresury. Ja posiadam szarą myszkę. Robi wszystko, co zechcę.
- Pani raczy żartować - burknął Cagliostro, zły, że Ali nie zaimponowały jego sztuczki.
- No to niech pan popatrzy - oświadczyła Ala. I z kieszeni swoich spodni wyciągnęła za ogon szarą myszkę.
- Jezus Maria! - jęknąłem. - Znowu myszy?! Ala położyła ją na podłodze. I mysz zaczęła jak oszalała biegać pomiędzy nogami krzeseł i stolików.
Niewielu gości było w kawiarni, ale ci, co się tu znajdowali, zaraz zaczęli wołać:
- O mysz, mysz! Patrzcie, mysz!
Bufetowa wdrapała się na bufet, kelnerka wskoczyła na krzesło. A mysz jak oszalała biegała po całej sali. Ala zaś zaczęła mysz wabić:
- No, chodź tu, kochanie. Chodź tu, najmilejsza... Mysz, jakby słysząc głos Ali, przystanęła, a potem wolno skierowała się w naszą stronę. Ala wabiła ją jak pieska, cmokając i pogwizdując cichutko.
Raptem z kąta kawiarni wyskoczył ogromny kot.
- Koniec z panią myszą - stwierdziłem.
- O, kot! Kot zaraz ją złapie! - wołali goście od stolików.
- Nareszcie będzie koniec z myszą - krzyknęła bufetowa z wysokości bufetu.
Kot jak błyskawica rzucił się na mysz. Capnął ją łapą i... cofnął łapę. Chciał chwycić mysz pyskiem i zaraz cofnął pysk.
A mysz wcale nie uciekała. Jakby rozgniewana obecnością kota, odwróciła się mordką i jeszcze bardziej zbliżyła się do niego.
A potem najwyraźniej w świecie zaczęła na kota nacierać. Mysz atakująca kota. No, tego jeszcze chyba nikt nie widział...
Kot zaś znowu chciał mysz capnąć łapą. I jeszcze raz cofnął łapę jak oparzony. Zrobił kilka kroków do tyłu miaucząc z wściekłości czy też ze strachu. A szara mysz jeszcze bardziej zbliżyła się do niego. Dotknęła pyskiem kociej łapki i... kot zaczął uciekać. A mysz za nim. Goniła kota przez całą salę, aż biedne kocisko wskoczyło na stolik. Dopiero wtedy mysz dała mu spokój i zawróciła do naszego stolika. Ala chwyciła ją z podłogi i schowała do kieszeni spodni.
- Czy mógłbym ją obejrzeć? - poprosił grzecznie Cagliostro.
- A czy ja oglądałam pańską gazetę? - odpowiedziała pytaniem. - Pan zrobił sztuczkę i ja panu pokazałam sztuczkę. Oto i wszystko. A czyja sztuczka była lepsza, to niech już kto inny osądzi.
_________________


- A czy nie ma dobrych piratów?
- Nie. Bo to się mija z samym założeniem piractwa.
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Vice Przewod. Kapituły Samochodzikowa Książka Roku



Pomógł: 24 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 3752
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2016-12-20, 07:26:16   

0.3. Dukat Łokietka (rozdział 1)

W tym momencie na biurku dyrektora Marczaka odezwał się telefon.
— Tak, słucham, tu Marczak — powiedział w słuchawkę.
Po dłuższej chwili na jego twarzy odmalował się wyraz bezbrzeżnego zdumienia. Potem dyrektor Marczak krzyknął do telefonu:
— Co takiego?! Chce mi pani sprzedać złoty dukat Łokietka? Ależ to chyba żart... Nie istnieje drugi egzemplarz tego dukata. Co takiego? Pani twierdzi, że pani ma drugi egzemplarz?
Na czoło dyrektora Marczaka wystąpiły drobne kropelki potu. A palce tak miał mocno zaciśnięte na słuchawce, że aż zbielały.
— Proszę pani. Przystaję na każde warunki! — zawołał do telefonu. — Proszę powiedzieć, gdzie i kiedy możemy się spotkać. Tak, przyniosę pieniądze, ale pani musi najpierw pokazać mi tę monetę. Ja pani nie wierzę. Nie istnieje drugi egzemplarz dukata Władysława Łokietka... Co? Pani jeszcze do mnie zadzwoni?... Halo, halo!... — wołał do telefonu dyrektor Marczak.
Ale wołał na próżno. Kobieta, która dzwoniła, odłożyła słuchawkę.
Dyrektor Marczak długą chwilę siedział w fotelu za swoim biurkiem. A potem powiedział do mnie cicho, jakby mu sił brakowało:
— Tej sprawie nadaję kryptonim „Dukat Łokietka”.
I dodał błagalnie:
— Panie Tomaszu. W panu moja cała nadzieja...



0.7 Historia o bogaczu, krzyżu z diamentami i złodzieju (rozdział 3)

— A faktem jest, że sprzedano nam trzy cenne okazy polskich monet. Grobowiec we Fromborku został obrabowany z tych trzech monet.
Dyrektor Marczak popatrzył na mnie jak na wariata. A potem uderzył pięścią w stół.
— Co to za żarty, panie Tomaszu? W grobowcu było sto pięćdziesiąt monet, a nie sto czterdzieści siedem. Sto pięćdziesiąt, pan słyszy?
— Sto czterdzieści siedem — odparłem.
— Sto pięćdziesiąt! — krzyknął dyrektor Marczak.
— Sto czterdzieści siedem — powtórzyłem grzecznie.
— Sto pięćdziesiąt! — podniósł głos dyrektor Marczak.
I twarz jego znowu stała się purpurowa.
Czułem, że jeśli jeszcze raz powtórzę: „sto czterdzieści siedem”, on każe mi wyjść ze swojego gabinetu.
Westchnąłem ciężko. Wyrwałem z notatnika kartkę i wyrysowałem na niej duży krzyż.
— Czy pan dyrektor pozwoli, że dam mu do rozwiązania pewną zagadkę?
Na chwilę aż zaniemówił z gniewu. Ale zdołał się opanować. Doszedł mych uszu jego złowróżbny szept:
— Jestem człowiekiem bardzo zajętym i nie przychodzę do biura, aby od swych pracowników wysłuchiwać zagadek.
— Tak jest, panie dyrektorze — przytaknąłem grzecznie. — Ale na ten raz niech pan zrobi wyjątek. Oto i zagadka: żył, był pewien bogacz, któremu umarła żona. Wystawił on jej na cmentarzu wspaniały pomnik z krzyżem przybranym diamentami. Tak wyglądał ten krzyż, a tak oto wtopiono w niego diamenty. Bogacz ów bał się — ciągnąłem dalej — o swoje diamenty. Dlatego przychodził codziennie na cmentarz i liczył je. W jaki sposób? Z dołu do góry — jedenaście diamentów. Z dołu do końca prawego ramienia — jedenaście diamentów. I z dołu do lewego ramienia — jedenaście diamentów. Tak, panie dyrektorze? Sprawdził pan?
Zaciekawiony dyrektor Marczak końcem długopisu przeliczył diamenty na krzyżu.
— Zgadza się. W każdą stronę wychodzi jedenaście.
— Ale żył również sprytny złodziej. Bezczelnie ukradł dwa diamenty, choć bogacz nigdy się o tym nie dowiedział. Jak dawniej codziennie przychodził na cmentarz i liczył diamenty. Z dołu do góry — jedenaście. Z dołu przez prawe ramie. — jedenaście, przez lewe ramię również jedenaście. Ilość diamentów zgadzała się, a przecież dwa diamenty zostały skradzione.
— Ależ to nonsens! — pokręcił głową dyrektor Marczak. — Nie. mogło być wciąż jedenaście, skoro, jak pan twierdzi, ukradł dwa diamenty.
— Proszę. Oto, co zrobił złodziej. Ukradł po jednym diamencie z prawego i lewego ramienia. A pierwszy diament od góry przeniósł na sam dół krzyża. Ot, tak: I proszę liczyć, panie dyrektorze. Z dołu do góry — jedenaście. Z dołu przez prawe ramię — jedenaście. I tak samo przez lewe ramię. A jednak dwa diamenty zostały zabrane.
Marczak aż klasnął w dłonie.
— Świetna, świetna zagadka. Powtórzę ją dziś swojemu synowi.
Lecz po sekundzie spoważniał.
— Przepraszam, ale co ta zagadka ma wspólnego z naszą sprawą?
Skromnie spuściłem oczy.
— Zapomniałem dodać, panie dyrektorze, że złodziej nazywał się Waldemar Batura, a bogacz pan Marczak.



6.5. Fortel Batury (rozdział 10)

— Staruszek? Porwanie? Znajdujesz się, Tomaszu, w stanie upojenia alkoholowego? Czy widziałeś tu gdzieś jakiegoś staruszka?
„Świat jest iluzją” — pomyślałem, przypominając sobie słowa Cagliostra. A Batura mówił dalej:
— Porwanie? A fe, Tomaszu. Zapomniałeś, że ja, podobnie jak i ty, brzydzę się brutalną siłą, cenię spryt i inteligencję. Nie leży w moich obyczajach nikogo porywać ani zmuszać siłą do robienia czegoś, czego robić nie chce.
— Gdzie jest staruszek? — krzyknąłem groźnie. Waldemar Batura uśmiechnął się wyrozumiale.
— Wiem, jak cenisz szczerość, drogi Tomaszu. Dlatego powiem ci prawdę. Nie porwałem staruszka. Po prostu w nagrodę za to, że poinformował mnie o miejscu, gdzie rosło Diabelskie Drzewo, zaproponowałem mu dwutygodniowe wczasy w jednym z polskich kurortów. Dałem mu na ten cel pieniądze oraz zaopatrzyłem go w bilet.
Batura zerknął na zegarek i rzekł:— W tej chwili z portu we Fromborku odpływa statek do Krynicy Morskiej. Ale przecież nie twierdzę, że tym statkiem odpłynął staruszek. Przed dziesięcioma minutami z dworca kolejowego we Fromborku odjechał pociąg do Gdańska, skąd są połączenia kolejowe do Zakopanego, na Dolny Śląsk, do Międzyzdrojów i Kołobrzegu. Ale przecież nie twierdzę, że w tamtą stronę odjechał staruszek. Za pięć minut z Fromborka odejdzie pociąg do Olsztyna, skąd łatwo o połączenie z Białymstokiem, a dalej autobusem dostać się można do wielu uroczych miejscowości nad jeziorami Suwalszczyzny. A Bieszczady? Czyżbym zapomniał o modnych Bieszczadach? Przysięgam ci, Tomaszu, że znajdziesz staruszka w którejś miejscowości wczasowej. Lecz jeśli tego rodzaju poszukiwania wydają ci się bezsensowne, okaż cierpliwość i poczekaj. Przysięgam, że za dwa tygodnie staruszek zdrowy i wypoczęty zjawi się we Fromborku i zapewne chętnie poinformuje cię, gdzie rosło drzewo zwane Teufelsbaum. Niestety, nic więcej nie mogę dl ciebie zrobić.
Przegrałem. Po raz drugi już przegrałem w walce z Waldemarem Baturą. Okazał się sprytniejszy ode mnie, przechytrzył mnie, a teraz stał przede mną na szosie i naigrawał się z mojej klęski.
— Przepraszam, drogi Tomaszu — mówił Batura — że naraziłem cię na podróż do tego miejsca. Ale chyba przyznasz, że cię niczym nie zachęcałem. Zrozum jednak moją sytuację: rozstawiłeś warty wokół domu staruszka. W jaki sposób niepostrzeżenie mógł on wejść na statek albo udać się na dworzec kolejowy? W charakterze porwanego staruszka położyłem się pod kocem na tylnym siedzeniu samochodu.


Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
 
 
Kustosz 
Maniak Samochodzika



Pomógł: 4 razy
Dołączył: 22 Lut 2010
Posty: 5170
Wysłany: 2016-12-21, 15:06:46   

OK, zapraszam do głosowania w ankiecie. Będzie aktywna przez 30 dni. I zachęcam do uzasadnienia swojego wyboru.

Teraz czas na Bertę i Kynokhepalosa, którzy zaoferowali się przygotować etap 1 do ankiet z tomów "Fantomas" i "UFO". Wciaż czekam na ochotników gotowych zająć się którymś z pozostałych tomów, najchętniej "Rękawicą".
_________________
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-12-21, 15:24:27   

Kustosz napisał/a:
OK, zapraszam do głosowania w ankiecie.


Ja w każdym razie klikam "pomógł" za pomysł i realizację. :)

A w ankiecie stawiam na:

6. Spotkanie z ASem - kilmat niczym z książki SF.

8. Wakacyjny klimat noclegu nad Zalewem Wiślanym - sympatyczny klimat wakacji.

13. Pościg po "autostradzie" za Baturą - każdy pościg w samochodzikach jest godny uwagi. :)

15. Tomasz i Zosia zostają zamknięci w podziemiach - kilmat tajemnicy i rezygnacji.

17. As podmienia kielichy - scena niezykle wpływa na wyobraźnie.
_________________
 
 
 
Kustosz 
Maniak Samochodzika



Pomógł: 4 razy
Dołączył: 22 Lut 2010
Posty: 5170
Wysłany: 2016-12-21, 15:29:55   

Szara Sowa napisał/a:
A w ankiecie stawiam na:

6. Spotkanie z ASem - kilmat niczym z książki SF.

8. Wakacyjny klimat noclegu nad Zalewem Wiślanym - sympatyczny klimat wakacji.

13. Pościg po "autostradzie" za Baturą - każdy pościg w samochodzikach jest godny uwagi. :)

15. Tomasz i Zosia zostają zamknięci w podziemiach - kilmat tajemnicy i rezygnacji.

17. As podmienia kielichy - scena niezykle wpływa na wyobraźnie.

Hmm... nie masz żadnej sceny z Cagliostro. Jak to możlwe?:)
_________________
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-12-21, 18:38:02   

Kustosz napisał/a:
Hmm... nie masz żadnej sceny z Cagliostro. Jak to możlwe?:)


Jakoś gościa nie lubię... :p
_________________
 
 
 
Piratka 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomogła: 6 razy
Dołączyła: 23 Sty 2013
Posty: 2338
Skąd: Wyspa Skarbów
Wysłany: 2016-12-21, 19:27:50   

Szara Sowa napisał/a:
Kustosz napisał/a:
Hmm... nie masz żadnej sceny z Cagliostro. Jak to możlwe?:)

Jakoś gościa nie lubię... :p
Ja też nie za bardzo. I to pomimo, że należał do gangu.
Nota Bene Cagliostro jest w scenie spotkania z ASem. Dzięki Szara Sowo za zagłosowanie na scenę.

Głosy oddane z odrobiną uzasadnienia
5 W restauracji w Pasłęku Czy pan nie czytał napisu: Wprowadzanie psów wzbronione?
6 Spotkanie z ASem czeka nas inwazja Marsjan
10 Tomasz poznaje Alę i daje jej wykład z historii
11 Pojedynek gazeta contra mysz Goniła kota przez całą salę, aż biedne kocisko wskoczyło na stolik
18 Tomasz oddaje Marczakowi złote kielichy Dam mu złote, a on chyba zgodzi się zwrócić nam srebrne
_________________


- A czy nie ma dobrych piratów?
- Nie. Bo to się mija z samym założeniem piractwa.
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2016-12-21, 20:56:00   

17. As podmienia kielichy
Chyba nie trzeba tłumaczyć. Tryumf Tomasz nad Baturą zawsze cieszy. A tu jeszcze w ostatniej chwili i do tego ten malowniczy plener ujścia Baudy…

2. Historia o bogaczu, krzyżu z diamentami i złodzieju
Bardzo lubię wszystkie te dodatkowe ilustrowane zagadki w książkach Nienackiego. No i każda prawie scena z Marczakiem mnie bawi.

18. Tomasz oddaje Marczakowi złote kielichy oraz 21. Pietruszka odnajduje trzeci schowek Koeniga
W zasadzie chodzi mi głownie o koniec sceny 21, kiedy Tomasz odbija piłeczkę i wygłasza słynne zdanie: Tu jest mroczno, panie dyrektorze. Można powiedzieć, że w tej piwnicy jest nawet bardzo ciemno. I nietrudno o pomyłkę, prawda? :D To moje ulubione zdanie w całej książce. Ale bez sceny 18 by nie grało, więc głosuję na obydwie sceny w duecie.

Piątej sceny nie wybrałam, bo żadna z pozostałych się moim zdaniem in plus nie wyróżnia.
_________________
 
 
Kustosz 
Maniak Samochodzika



Pomógł: 4 razy
Dołączył: 22 Lut 2010
Posty: 5170
Wysłany: 2016-12-21, 23:49:41   

Zaryzykuję tezę, że Zagadki Fromborka to powieść o największym współczynniku komizmu sytuacyjnego na akapit (bo nawet nie na stronę) i najbardziej chyba błyskotliwych dialogach w całej serii. Tutaj prawie wszystkie moje typy mieszczą się w kategorii komizm.

Pietruszka odnajduje trzeci schowek Koeniga – przezabawne zderzenie nonszalancji Marczaka z nabożnym podejściem Pietruszki, zakończone mistrzowską pointą.

Tomasz oddaje Marczakowi złote kielichy – dialog z Marczakiem, potem ten nieszczęsny Pietruszka, któremu każą potwierdzić, że czarne jest białe, majstersztyk.

W restauracji w Pasłęku i Pietruszka ma pstro i myszki w głowie – co tu dużo gadać, wystarczy wyobrazić sobie te sceny.

I scena z innej kategorii czyli AS podmienia kielichy. Ten moment kiedy serce czytelnika bije najszybciej. W bardziej bezczelny sposób Tomasz nigdy chyba nie ograł złoczyńców.
_________________
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2016-12-22, 11:00:21   

Kustosz napisał/a:
Zaryzykuję tezę, że Zagadki Fromborka to powieść o największym współczynniku komizmu sytuacyjnego na akapit (bo nawet nie na stronę) i najbardziej chyba błyskotliwych dialogach w całej serii. Tutaj prawie wszystkie moje typy mieszczą się w kategorii komizm.

:zdziw: :galy: :zdziw:
To mnie wcięło kompletnie, bo ja właśnie mam zupełnie odwrotne wrażenie. Frombork się u mnie plasuje bliżej końca rankingu. I poza wybranymi 4 scenami (z których trzy Ty też wymieniłeś) nie widzę tam za bardzo nic, co by miało poziom podobny do scen z pozostałych Samochodzików.

O ile w przypadku Templariuszy nieco się wahałam, a w Dworze cały czas się nie mogę zdecydować (bo co scena to genialna), to we Fromborku miałam problem ze wskazaniem piątej pozycji. Te żarty z Cagliostro jakoś mnie nie porywają, rzadko mi się to zdarza, ale tu się zgodzę z Szarym. ;-)

P.S. Dopiero doczytałam, że już mam wrzucać sceny z Fantomasa. Do jutra wieczorem na bank będą.
_________________
 
 
Kustosz 
Maniak Samochodzika



Pomógł: 4 razy
Dołączył: 22 Lut 2010
Posty: 5170
Wysłany: 2016-12-23, 00:09:32   

Berta von S. napisał/a:

To mnie wcięło kompletnie, bo ja właśnie mam zupełnie odwrotne wrażenie. Frombork się u mnie plasuje bliżej końca rankingu. I poza wybranymi 4 scenami (z których trzy Ty też wymieniłeś) nie widzę tam za bardzo nic, co by miało poziom podobny do scen z pozostałych Samochodzików.

O ile w przypadku Templariuszy nieco się wahałam, a w Dworze cały czas się nie mogę zdecydować (bo co scena to genialna), to we Fromborku miałam problem ze wskazaniem piątej pozycji. Te żarty z Cagliostro jakoś mnie nie porywają, rzadko mi się to zdarza, ale tu się zgodzę z Szarym. ;-)


Wiesz, jedno nie kłóci się z drugim. Moim zdaniem dialogi są tu naprawdę błyskotliwe i komiczne, ale sama historia czy klimat książki może się nie podobać. Mnie, na przykład, od zawsze irytował AS. Pamiętam, że przy pierwszym czytaniu utknąłem na scenie w wąwozie, takie to wydawało mi się głupie. Niemała w tym pewnie zasługa ilustratorki, która wtryniła tam te odjechane rysunki a’la flower power i yellow submarine. Powiedzieć, że mi się nie podobały, to nic nie powiedzieć.

Dzisiaj w moim rankingu ZF są wysoko, właśnie dlatego, że z czasem doceniłem walor dialogów no i mam już inny egzemplarz książki:) A AS się oczywiście rehabilituje sceną zamiany kielichów, choć mocno to naciągane:)
_________________
 
 
Kustosz 
Maniak Samochodzika



Pomógł: 4 razy
Dołączył: 22 Lut 2010
Posty: 5170
Wysłany: 2017-01-04, 13:29:06   

UWAGA UWAGA!

Za namową Szarej Sowy zdecydowałem się na dokonanie zmiany dotyczącej okresu aktywności ankiet. Rzeczywiście szkoda by było, żeby zabawa z wyborem najlepszych scen w każdym z tomów miała trwać tylko 30 dni. Wszystkie ankiety będą więc aktywne bezterminowo.

W związku z powyższym zmianie ulega również sposób wytypowania najlepszej sceny w całej serii. Po przygotowaniu wszystkich 12 ankiet cząstkowych zostanie ustalona data (co najmniej po 30 dniach od opublikowania ostatniej z ankiet) przygotowania ankiety zbiorczej, do której zostaną włączone trzy najwyżej ocenione sceny z każdego tomu, wg stanu na ustalony dzień.
_________________
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Strona wygenerowana w 0,52 sekundy. Zapytań do SQL: 13