PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj


Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Szara Sowa
2017-03-29, 20:59
Prof. Jerzy Kmieciński
Autor Wiadomość
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 54 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15739
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-03-29, 20:51:31   Prof. Jerzy Kmieciński

Kilka dni temu miałyśmy z Milady okazję spotkać się z profesorem Jerzym Kmiecińskiem - pierwowzorem jednej z postaci ze Skarbu Atanaryka. Odwiedziłyśmy go w jego mieszkaniu, gdzie w bardzo (!) sympatycznej atmosferze rozmawialiśmy 3,5 godziny. Ponieważ rozmowa była długa i przebiegała naturalnie (wątki pojawiały się i powracały, przeplatając z innymi - również niezwiązanymi ze ZN), najlepszą opcją będzie relacja ilustrowana obszernymi cytatami.

W wątkach dotyczących Nienackiego najwięcej miejsca zajął "Skarb Atanaryka", jemu więc zostaną poświęcone pierwsze części relacji. W trzeciej części znajdą się pozostałe elementy.

Powoli porządkujemy materiał. Czekamy też na obiecane zdjęcia, więc trochę to jeszcze potrwa. Ale na razie w ramach zajawki pierwszy wątek, czyli początki "Atanaryka". :)

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

W książce mamy informację, że Węsiory odkrył Tomasz z Andrzejem K podczas wędrówki po Kaszubach. W rzeczywistości Nienackiego tam nie było, Jerzy Kmieciński sam trafił na cmentarzysko:

Ja po studiach (magisterium zrobiłem w 1952 roku u profesora Konrada Jażdżewskiego, to był mój pierwszy mistrz) dostałem pracę w ministerstwie z takim szumnym tytułem Inspektor Rzeczoznawca Zabytków.

Miałem szczęście, bo jako student jeszcze na pewnej konferencji przedstawiałem schemat organizacji prac ratowniczych. I to się bardzo spodobało dyrektorowi Departamentu Ochrony i Konserwacji Zabytków, więc poprosił mojego mistrza, żebym po studiach mógł pełnić tę funkcję. Wtedy powołano przy Ministerstwie Kultury i Sztuki taką służbę konserwatorską na terenie całej Polski. I ja byłem inspektorem na trzy województwa: łódzkie, gdańskie i bydgoskie. W związku z tym często prowadziłem badania ratownicze, ale i takie poszukiwawcze i rejestracyjne. Między innymi na Kaszubach.

I właśnie podczas takich poszukiwań któregoś popołudnia, przemęczony całodzienną wędrówką, dotarłem w okolice Węsiorów. Siedząc na takim dużym kamieniu odparowywałem z tego zmęczenia i zacząłem się rozglądać. I okazało się, że siedzę na rozkopanym kurhanie (on teraz jest zrekonstruowany, wcześniej nie był taki czytelny). Zerwałem się, zacząłem chodzić i stwierdziłem, że tam są i kurhany i głazy! Od razu to zweryfikowałem w swoich wspomnieniach i w swoim elemencie poznawczym i doszedłem do wniosku, że to musi być coś takiego, jak widziałem w Skandynawii…


Ewentualną dyskusję można prowadzić tu:
http://pansamochodzik.net...p=299979#299979
_________________
  
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 54 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15739
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-10-20, 20:20:19   Profesor Jerzy Kmieciński - wywiad

Zdjęcia się niestety nadal jeszcze nie znalazły. :/ Jeśli kiedyś się znajdą, wrzucimy oddzielnie. A teraz pierwsza część wywiadu, bo i tak wiele czasu minęło.

Na początku doklejam (dla porządku i żeby nie umknęło czytelnikom, którzy dopiero teraz dołączyli) przytaczany już wcześniej wstęp. Miłej lektury! :)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wywiad z prof. Jerzym Kmiecińskim - część I.



W książce mamy informację, że Węsiory odkrył Tomasz z Andrzejem K podczas wędrówki po Kaszubach. W rzeczywistości Nienackiego tam nie było, Jerzy Kmieciński sam trafił na cmentarzysko:

Ja po studiach (magisterium zrobiłem w 1952 roku u profesora Konrada Jażdżewskiego, to był mój pierwszy mistrz) dostałem pracę w ministerstwie z takim szumnym tytułem Inspektor Rzeczoznawca Zabytków.

Miałem szczęście, bo jako student jeszcze na pewnej konferencji przedstawiałem schemat organizacji prac ratowniczych. I to się bardzo spodobało dyrektorowi Departamentu Ochrony i Konserwacji Zabytków, więc poprosił mojego mistrza, żebym po studiach mógł pełnić tę funkcję. Wtedy powołano przy Ministerstwie Kultury i Sztuki taką służbę konserwatorską na terenie całej Polski. I ja byłem inspektorem na trzy województwa: łódzkie, gdańskie i bydgoskie. W związku z tym często prowadziłem badania ratownicze, ale i takie poszukiwawcze i rejestracyjne. Między innymi na Kaszubach.

I właśnie podczas takich poszukiwań któregoś popołudnia, przemęczony całodzienną wędrówką, dotarłem w okolice Węsiorów. Siedząc na takim dużym kamieniu odparowywałem z tego zmęczenia i zacząłem się rozglądać. I okazało się, że siedzę na rozkopanym kurhanie (on teraz jest zrekonstruowany, wcześniej nie był taki czytelny). Zerwałem się, zacząłem chodzić i stwierdziłem, że tam są i kurhany i głazy! Od razu to zweryfikowałem w swoich wspomnieniach i w swoim elemencie poznawczym i doszedłem do wniosku, że to musi być coś takiego, jak widziałem w Skandynawii…


Co ciekawe, na jednym z kurhanów rzeczywiście, identycznie jak w powieści, było stanowisko na działko:
Ten kurhan jest teraz zrekonstruowany, ale wcześniej nie był taki uwidoczniony i czytelny, tylko rozkopany. Tam w dole jest jezioro, a po drugiej stronie jeziora wieś. I kiedy w 1945 roku w styczniu szła ruska ofensywa, to front stanął. Po jednej stronie byli Ruscy, a po drugiej Niemcy. I właśnie tu na kurhanie znajdowało się ich stanowisko.

Obozowisko ekspedycji rzeczywiście było tuż obok kurhanów, mniej więcej z lewej strony. Z obozowiska nie było widać żadnego domu (martwego czy żywego), jedynie na tym samym brzegu, nieopodal obozu znajdowało się gospodarstwo państwa Gostkowskich. Natomiast biała kapliczka, stała bliżej Węsior (z obozowiska mieli do wsi około 2 km). Dla ilustracji mapka:




Uczestnicy ekspedycji – tak jak w książce - mieszkali w namiotach. Natomiast zamiast dużego namiotu gospodarczego, był wielki szałas zbudowany przez Antoniego Wilka
W Węsiorach nie było baraków, tylko same namioty. Ale dodatkowo Wilk zrobił taki szałas. Cmentarzysko znajdowało się w lesie, wobec czego my kopiąc musieliśmy wycinać drzewa. To był sosnowy las, więc był materiał. Wilk zrobił szkielet z żerdzi, a z zielonych gałęzi maty i przeplótł je między żerdziami. W rezultacie powstały 3 ściany i dach – szałas znakomity. Tam była kuchnia. A jak padał deszcz, nie trzeba było pod sosną siedzieć, można było w tym szałasie urzędować.

Potwierdziło się, że Antoni Wilk był prototypem powieściowego Franciszka. Zatem warto nieco szerzej przedstawić jego osobę:
To była bardzo ciekawa postać. Dożył 98 lat, w czasie wojny stracił rodzinę. Mówił dość dobrze po niemiecku, bo jeszcze przed pierwszą wojną światową służył w rosyjskim wojsku i w 1915 roku trafił do niewoli niemieckiej. Tam właśnie nauczył się dobrze języka. Został w Elblągu. Zatrudniono go w Elbląskim muzeum u profesora Ehrlicha (to był taki archeolog, który był wykładowcą na uniwersytecie w Koenigsbergu, czyli Królewcu). No i on się tam dalej uczył tego niemieckiego. Chodził do kina nawet, na takie seriale filmowe. Pamiętam, jak studentki uwielbiały jego opowieści, bo on im – moim dzieciom studenckim – przy ognisku opowiadał odcinkami taki kinowy serial. A jak odcinek się skończył, to mogło się Bóg wie co dziać, a on kończył.

Miał różne praktyki. Między innymi takie, że z kotów sobie wyprawiał skóry. Futerko chciał sobie zrobić. Najpierw planował robić z kretów. Polował, taką „ryczkę” sobie skonstruował, szpikulec i patrzył godzinami, jak kret idzie pod ziemią. No i raz na trzy dni jednego kreta upolował. I ja mówię mu „Panie Wilk. Ja mniej więcej obliczyłem, jaką powierzchnię zajmuje skórka kreta, a potem, jaką powierzchnię trzeba, żeby dla Pan futro było, no i wyliczyłem, że musiałby Pan żyć 150 lat.” A on na to „Będę zyć, będę zyć” (bo on mazurzył trochę).

We wspomnieniach profesora Kmiecińskiego znaleźć można także znany nam z Atanaryka wątek przejścia „Franciszka” na emeryturę:
Jak już byłem adiunktem, a potem kierownikiem katedry, Wilk przeszedł na emeryturę (miał etat w naszym muzeum archeologicznym). Osadziłem go w tym magazynie, ale już nie na czwartym piętrze [profesor jako student sam przez dwa lata mieszkał na czwartym piętrze w magazynie zabytków muzeum], tylko na trzecim miał pokoik. Dla niego to było dobre, bo jako mocno starszy człowiek czasem zaniemógł, a na dole dwadzieścia cztery godziny portier był, więc zawsze ktoś go miał pod opieką i Wilk nie był sam. A na wiosnę wyjeżdżaliśmy w pole, no to Wilk z nami. I urzędował jako kucharz.

Najważniejsze, że Antoni Wilk nie czuł się urażony za zrobienie z niego powieściowego złodzieja:
Ależ nie, Wilk był wyrozumiały, przyjął to spokojnie. Lubili się. Ze Zbyszkiem ja go poznałem.

Miejscowi zaglądali z ciekawości do ekspedycji. Pomagali też w wykopaliskach - wśród pracowników był m.in. niejaki Rzynda.
Stary Rzynda pracował u mnie na wykopaliskach. Miał 11 dzieci. Mieszkał w Węsiorach na skraju wsi. Był przywiązany do tradycji rodowej i piśmienny, bo pochodził ze szlachty. Węsiory to był kiedyś zaścianek szlachecki.

Ale jednocześnie istniał też Albert/Alfred z Doliny, który był przyjacielem ekspedycji. Najwyraźniej więc Nienacki zmiksował ze sobą dwie postaci:
To był Stencel. On mieszkał dalej, za Ostrowickim w kierunku Sulęczyna. Między Sulęczynem a Węsiorami i przysiółkiem nad jeziorem Długim. Szło się do niego jakieś 3km przez takie rozległe wrzosowiska (teraz Gdańszczanie pobudowali tam domy).
Alfred z Doliny go nazwaliśmy, bo miał gospodarstwo w dolinie, na której dnie było jezioro. Przeczesywał sieciami to jezioro (było jego prywatne), żeby łowić. A jak łodzią podpływał do brzegu, to już jego trzy koty czekały i łapały ryby w locie. Zaopatrywał nas w ryby, ziemniaki. I nie chciał za to brać pieniędzy. W tamtych czasach z zaopatrzeniem w ekspedycji było ciężko, więc to była ogromna pomoc.


W przeciwieństwie do powieściowej postaci Alfred nie znalazł żadnych skarbów, ale był postacią bardzo malowniczą.
To był niezmiernie oryginalny Kaszub. Trochę samouk, interesował się również poezją, recytowaliśmy sobie razem z nim Goethego. Opowiadał legendy, że w pogodne noce na Tanzsaal’ach, tak miejscowi nazywali kręgi [niem. sala balowa] Elfy urządzają bale, albo że w centrum kręgów są skarby. Skończył tylko szkołę podstawową, ale jego intelekt był ciekawy i on był ciekawy świata. Dobrze się z nim rozmawiało. Był naszym przyjacielem.

Nie było za to żadnych „figusów”.
Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek była mowa o „figusach”. Zbyszek różne fakty, z różnych czasów mieszał, dopasowywał do swojej kompozycji. To jest dozwolone, jak się pisze i tworzy fikcję.

c.d.n.

Na koniec jeszcze wyszperane w internecie stare zdjęcie. Wśród wizytujących wykopaliska w Węsiorach gości kierownik ekspedycji Jerzy Kmieciński i kierownik Katedry Archeologii UŁ prof. Konrad Jażdżewski.

Dyskusję na temat wywiadu prowadzimy tutaj:
http://pansamochodzik.net...p=324654#324654 :)

Węsiory z wystawy fotografii autorstwa Alfonsa Klejna.jpg
Plik ściągnięto 35 raz(y) 108,14 KB

_________________
Ostatnio zmieniony przez Szara Sowa 2017-11-22, 08:24, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 54 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15739
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-11-24, 13:20:25   

Zapraszamy na kolejną część. :)


CZ. II



W książce wspomniano, że po drugiej stronie jeziora znaleziono ślady osady typowo słowiańskiej. W rzeczywistości nad jeziorem Długim nie było nigdy takiej osady.

Zbyszek tam trochę nałgał. W okolicy było tylko osadnictwo paralelne do tego cmentarzyska w Węsiorach.

Nie odnaleziono też nigdy żadnego skarbu przy przesmyku. Natomiast można postawić pewną hipotezę co do jego lokalizacji. Niedaleko od Węsior jest jezioro Ostrowickie połączone przepustem z jeziorem Czarnym. Niewykluczone, że właśnie owo połączenie było przesmykiem, nad którym Nienacki umieścił zagrodę Rzyndów. Wdaje się to prawdopodobne, ponieważ pierwowzorem powieściowej wysepki Krystyny jest wyspa na jeziorze Ostrowickim, na której archeologowie i Nienacki regularnie bywali

Bo my pływaliśmy na wyspę na jeziorze Ostrowickim wybierać kacze jaja na jajecznice (bardzo była dobra). I jest takie zdjęcie gdzie razem ze Zbyszkiem trzymamy w rękach pod światło kacze jajo i sprawdzamy czy nadaje się, żeby je spożyć, A obok nas stoi taka blondyna i prawie że płacze, że my niszczymy to biedne życie. Zdjęcie jest rewelacyjne, widać na nim trzciny i ponton którym przypłynęliśmy. Myśmy dostali z demobilu wojskowego taki ponton. Kopie tych zdjęć postaram się odnaleźć, ale to może zająć mi trochę czasu. [miejmy nadzieję, że to zdjęcie też kiedyś się znajdzie, bo opis brzmi bardzo intrygująco].

Plan okolicy



Węsiorska ekspedycja była nieduża
Ekspedycja nie liczyła nigdy więcej niż jakieś 10 osób - 12 maksimum, ale przeważnie 8. Tam były praktyki studenckie.

Kilka zdjęć z wykopalisk w Węsiorach:









Na pytanie, czy uczestnicy i goście faktycznie robili sobie jakieś kawały - profesor przytoczył kilka opowieści o różnych ekspedycyjnych żartach, ale z innych wypraw, np.:
Były tego typu żarty. Myśmy np. złapali do torebki siedem żab i dziewczynom podrzuciliśmy do sypialni w baraku. One zaczęły wyszukiwać te żaby i liczyć: jedna, druga, trzecia, czwarta… W końcu znalazły siedem i mówią „No to już chyba wszystkie”. A ja na to „nie, jeszcze ósma jest”. No więc one jeszcze później szukały tej ósmej...[ to akurat było w Tumie].

W każdym razie nikt nie podpalał spirytusu, bo...
No nie, nie tego nie robiliśmy. Raczej inny użytek ze spirytusu robiło się.

Mówiąc o żartach automatycznie pomyślałyśmy o rybakach z motorami. I tutaj miłe zaskoczenie – faktycznie dwóch takich typów biwakowało przy ekspedycji!
Byli, byli motocykliści. Ja miałem bardzo dobrego kolegę, młodego inżyniera od silników samochodowych. Bo myśmy mieli z demobilu taki motor z przyczepą, a jeszcze od wojewody bydgoskiego dostaliśmy talon na auto terenowe, więc ten mój przyjaciel inżynier bardzo się przydawał. I on przyjechał wtedy z dwoma swoimi kolegami, którzy przyjechali na motorach. Oni rybaczyli również. No i podrywali te nasze studentki…

I podobno faktycznie mocno hałasowali…
My nie byliśmy zachwyceni ani nasi sąsiedzi, rolnicy u których zaopatrywaliśmy się w mleko, jaja, sery, ziemniaki, chleb. To były czasy gdy były kartki więc dobre stosunki były szalenie istotne, a ci nasi sąsiedzi byli bardzo niezadowoleni tych hałasów, zwierzyna się płoszyła. Zagroziłem swojemu przyjacielowi, że ich przegonię i sprawa była załatwiona. Zbyszek oczywiście trochę to podrasował i zrobił z tego żartobliwą historię, ale to wcale tak żartobliwie nie wyglądało.

„Rybacy” wiążą się oczywiście z poszukiwaniem Babiego Lata. Profesor stwierdził, że jednocześnie z Nienackim były w Węsiorach trzy studentki archeologii: Maria Kossowska/Blombergowa, Teresa Trębaczkiewicz i Grażyna Łopacka/Dmochowska [w materiałach UŁ jest Urszula Grażyna Ł/D, więc pewnie używała drugiego imienia]. Dwie pierwsze były blondynkami. Trzecia nie i miała lekko kręcone włosy.
Grażyna miała takie lekko kręcone włosy. Jasne włosy to miała Maria Blombergowa. Jedna i druga żyje. Było tak, że nabór na archeologię na UŁ został wstrzymany chyba w 1950 albo 1951 roku. I nabór uruchomiono ponownie dopiero po 1956 roku. Wtedy właśnie przyjęty został Andrzej Nowakowski, dwóch innych jeszcze, Maria Blombergowa - wcześniej Kossowska, potem Teresa Trębaczkiewicz. Obie były ze mną w 1957 roku w Węsiorach. Nie było takiej, która byłaby i w Węsiorach i w Tumie.

Profesor absolutnie wyklucza, aby pierwowzorem Babiego Lata mogła być Lidia Gabałówna.
Nie, nie, nie, nie , nie. Lidia Gabałówna owszem przyjeżdżała, ale to raczej gościnnie. To była moja bardzo dobra koleżanka i raczej nigdy się Nienackiemu nie podobała. A poza tym ja Lidkę na tyle dobrze znałem, że Ja bym o tym wiedział. Wątpię. To oczywiście nie znaczy, że Lidka nie była urodziwa, była ładną kobietą, ale nie, nie… Lidka mogła mu się podobać, ale raczej ze względów intelektualnych, dlatego że to była dziewczyna o takim bujnym intelekcie. Szkoda jej, ponieważ ona była niewątpliwie jedną z wiodących postaci w dziedzinie archeologii.

Profesor w ogóle raczej wątpi, żeby któraś z kobiet na wykopaliskach na tyle zafascynowała ZN, aby myślał o niej przez kilka lat i umieścił ją w kilku utworach, bo:
Zbyszek prawdopodobnie sobie to Babie Lato wymyślił. On był kochliwy. Co roku mu się kto inny podobał. Nie było żadnej takiej archeolożki, która by mu się latami podobała, to niepodobne do Zbyszka. Podkochiwał się bardzo często i w różnych dziewczynach.

Ale przynajmniej jedną archeolożkę, którą Nienacki był (chwilowo?) zauroczony udało się ustalić i wydaje się ona dobrze wpisywać w postać Babiego Lata z „Atanaryka”.
Zbyszkowi bardzo się podobała jedna studentka i ją tak trochę złośliwie denerwował. A ona tego rybaka wolała. Bo początkowo podrywał ją jeden z tych chłopaków, którzy przyjechali z moim kolegą inżynierem. Ale po jakimś czasie ten rybak zaczął jakoś krzywo na nią patrzeć i pamiętam Zbyszek napisał wtedy złośliwy wierszyk: „Szumią chójci (to po kaszubsku świerk [albo sosna]) na gór szczycie (…) Zawierzyłam rybakowi, a on teraz inne łowi”.

Tą studentką była Grażyna Łopacka. Dlatego, mimo ciemniejszego odcienia włosów, jest na razie najbardziej „podejrzana” o bycie przynajmniej częściowo inspiracją do Babiego Lata. Ale intrygującą postacią pozostaje nadal dziewczyna, której portret Nienacki zamieścił kiedyś przy artykule o archeologach określając ją słowami , „młoda i ładna”.

Na zdjęciu: Skład pierwszej ekspedycji, która pierwsza wyjechała z Łodzi do Gdańska; od lewej – kobiety: pierwsza dziewczyna ze zdjęcia Nienackiego, na środku Grażyna Łopacka, trzecia od lewej Teresa Trębaczkiewicz; pierwszy mężczyzna od lewej – Antoni Wilk.



Poza wspomnianymi studentkami w wyprawie uczestniczyła przytaczana już w naszych dyskusjach Elisabeth Skjelsvik.
Elisabeth była niesamowita ponieważ miała śmiech tak głośny i przejmujący, że z daleka można się było przerazić. Romek Płonka nie umiał w ząb żadnego języka poza polskim, ale mimo tej przeszkody opowiedział Elisabeth film „Krzyżacy”, który akurat szedł wtedy w telewizji. On jej go narysował. A Romek miał dynamit w ręce! Potrafił tak poprowadzić trzy kreski, że gdyby rysował Panią od razu bym poznał, że to Pani. On jej tłumaczył [Elisabeth] „bam bam!” i rysował i rysował… A Elisabeth się śmiała. Pamiętam, że Gostkowscy przylecieli pierwszego wieczoru, jak Elisabeth zaczęła się śmiać , bo myśleli, że nas mordują. Gostkowscy to byli gospodarze, którzy mieszkali obok.

Norweżka to była niesamowita dziewczyna. Ja z nią miałem bardzo długo kontakt. Kilkakrotnie mieszkałem pod Oslo u niej i u jej rodziców.


Teza, że Elisabeth mogła być inspiracją do postaci dr Stroma raczej się nie potwierdziła, choć oczywiście Nienacki ją znał.
Myśmy z Elisabeth poznali się na międzynarodowej konferencji w Madrycie, ja miałem wystąpienie o swoich kręgach i ona też tam była, ponieważ również się tymi kręgami zajmowała. W Węsiorach poznała się z Nienackim. Ona mówiła po niemiecku i angielsku, Zbyszek mówił z kolei dobrze po niemiecku, więc mogli się dogadać.

Przytaczane w książce spory na temat relacji między germanami i Słowianami były odbiciem toczącej się dyskusji.
Te spory, które pojawiły się w książce, czy Germanie żyli obok Słowian i razem multikulturowo egzystowali, naprawdę miały miejsce. Zbyszek dosyć wiernie je opisał. Nie nagrzeszył tutaj. Norwegowie byli w tej kwestii bardziej obiektywni niż my. My wszystkiemu, co znaleźliśmy przypisywaliśmy pochodzenie słowiańskie, Niemcy z kolei germańskie, a bardzo często to w ogóle nie było ani słowiańskie ani germańskie. Nie można na dzisiejsze przenosić tego co było 2000 lat temu, wtedy między tymi plemionami mogła być kwitnąca symbioza. Trzeba to postrzegać w zupełnie innych wymiarach. Te poglądy są dosyć uczciwie pokazane przez Nienackiego. Ja zresztą nie pozwalałem mu, żeby się zagalopowywał.

Ale pierwowzorem dr Stroma mógł być raczej zdaniem profesora Kmiecińskiego szwedzki naukowiec Erik Nylen. Jego też Zbyszek Nowicki miał okazję go poznać.

od lewej: prof. Erik Nylen, rektor uniwersytetu łódzkiego, prof. Kmieciński



prof. Kmieciński i prof. Erik Nylen w Odrach



16 z lewej strony prof. Tadeusz Grabarczyk, z prawej – prof. Erik Nylen



prof. Kmieciński i prof. Erik Nylen



No i wiemy już na 100%, że prototypem Andrzeja K. był szef ekspedycji Jerzy Kmieciński. Na pytanie, czy Nienacki powiedział wprost, że sportretował go jako Andrzeja K. profesor odpowiedział:
Oczywiście. Tylko nie wiem czemu ze mnie zrobił takiego ponuraka, ja taki nie jestem (uśmiech).







Dyskusję na temat wywiadu prowadzimy tutaj:
http://pansamochodzik.net...p=324654#324654 :)
_________________
Ostatnio zmieniony przez Szara Sowa 2017-11-24, 14:10, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 54 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15739
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-12-01, 20:45:44   

Zapraszamy na kolejny odcinek wywiadu. :)


CZ. III


Coraz bardziej pewne wydaje się, że inspiracją do wehikułu Tomasza był pojazd łódzkich archeologów, a inspiracją do koncepcji podróży w celu ratowania zabytków wspomniane przez nas w wątku o Związku Poszukiwaczy Skarbów „samochodowe wycieczki badawcze”.

Tak było coś takiego i ja właściwie stałem się jedynym dysponentem tego wehikułu pod koniec jego żywota. Mianowicie grupa studentów archeologii po 1945 roku (w skład której wchodzili m. in. Nadolski, Olek Gardawski, Waldek Chmielewski, Poklewski, Abramowicz, Gabałówna i ja) założyła takie stowarzyszenie studentów miłośników archeologii. Wtedy jakiś tam wujek, czy stryjek, nie pamiętam dokładnie, Asi Nadolskiej czyli żony Andrzeja Nadolskiego, był wysokim dygnitarzem w ministerstwie rolnictwa. I on miał w swojej gestii rozdział darów unrowskich. W każdym tam był też demobil motoryzacyjny, z którego można było uzyskać całkiem dobre wehikuły. I ten stryjek powiada: „Słuchajcie, jeździcie na te wykopaliska i tak dalej, ja wam mogę pomóc. Ja mam w demobilu pojazdy, wybierzecie sobie coś, tylko z jakimś mechanikiem się wybierzcie”. I myśmy wybrali takiego Fordsona, półciężarówkę - takie bydle z napędem na cztery wielkie koła, z brezentowym dachem, 8 cylindrów, silnik V, mocne bydle strasznie, dwadzieścia kilka litrów na setkę. Zaanektowaliśmy ten wóz i to była właściwie rzecz bezcenna wtedy, bo to był 1949 rok.

Myśmy Mamutem go nazwali. Mamut woził nas do Gdańska i na Kujawy, wszędzie. Później ja zostałem inspektorem rzeczoznawcą, był to okres kiedy były duże trudności z paliwem, nie było części, a ja byłem dysponentem dość sporych pieniędzy z budżetu centralnego i wobec tego mogłem utrzymać ten wóz, więc wziąłem go na swój rachunek, ale nie jako swoją własność, tylko dla instytucji.


Tu mamy mamuta (z bijącym w patelnię Wilkiem :) ), ale trudno dokładnie obejrzeć wóz.



W każdym razie google pokazuje coś takiego:



Mamut był wykorzystywany nie tylko do wypraw archeologicznych, ale też do innych celów, np. zwiedzania zabytków, czy różnych ciekawych misji...

Dali nam znać z ministerstwa szkolnictwa wyższego, że we Wrocławiu jest składnica książek i różnych innych podręczników. Zwożono je tam z całego Śląska, bo jakaś persona z ministerstwa nakazała, żeby zbierać to z tych wszystkich miasteczek, zwozić do Wrocławia i składować w dawnych wypalonych budynkach Uniwersytetu Wrocławskiego (tam były stare wypalone wnętrza jeszcze z takimi sklepieniami renesansowymi). I powiedziano nam, że można tam jechać wybrać książki dla bibliotek uniwersyteckich. Pojechaliśmy mamutem. A Olek Gardawski miał swojego brata księdza we Wrocławiu przy ulicy Legnickiej. Pamiętam, że to była jedna kupa gruzu, ale ten kościółek jakoś się uchował. Ksiądz ten powinien zostać chyba świętym, bo miał tą swoją sutannę tak pocerowaną, że nie było właściwie miejsca bez łaty. Dopiero jak myśmy mu tam przywieźli wiaderko marmelady i szmalcu, to ten człowiek coś sobie podjadł. Zamieszkaliśmy na tej plebani i poszliśmy wybierać książki. Tam było mnóstwo skarbów! Całą przyczepę mamuta wypełniliśmy książkami i wracaliśmy siedząc na nich. Dzięki mamutowi można było takie wyprawy robić.

A co szczególnie ważne, potwierdziło się, że Nienacki miał okazję jeździć tym wozem i poznać jego "supermoce".

No tak, oczywiście, jeździł nim. On dlatego był taki zarażony później tym Panem Samochodzikiem, co po wodzie jeździł. Ponieważ to nasze bydle miało napęd na cztery nogi i właściwie nie było takiej przeprawy, żeby on nie przejechał. Błoto, piasek… nie miało znaczenia.

Chciałyśmy też sprawdzić, czy da się pozytywnie zweryfikować hipotezę, że Nienacki poznał profesora Jażdżewskiego w 1946 roku Witowie i bywał w jego domu, który słynął z gościnności.

Udało nam się potwierdzić, że profesor Jażdżewski faktycznie prowadził otwarty dom.

Tak, oj biedna była Pani Jażdżewska – Stefania, ponieważ mistrz miał szeroką rękę, jeśli chodzi o zapraszanie gości, a to wszystko było potem na barkach Pani Stefanii. A był to taki przyzwoity dom międzywojenny - na Kościuszki, mieszkanie na pierwszym piętrze, bardzo przestronne, złożone chyba z 5 pokoi z takim foyer. W pewnym okresie czasu w domu u Jażdżewskiego mieszkały też mama prof. Jażdżewskiego p. Cecylia – dobrze zbudowana z tubalnym głosem, bardzo zasadnicza kobieta oraz mama żony profesora z domu Jasnorzewska (z rodziny Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej) – bardzo delikatna kobieta, astmatyczka, która musiała palić specjalne papierosy ziołowe. I przez te różnice między kobietami czasem iskrzyło.

Ale nie udało nam się potwierdzić wizyt Nienackiego u profesora Jażdżewskiego i w ogóle ich znajomości. W każdym razie nic nie wskazuje na to, żeby spotkali się w Witowie latach 40.

Nic mi o tym nie wiadomo. Tak myślę, czy nie poznali się może, gdy Zbyszek był u mnie w Odrach, ponieważ wtedy przyjeżdżał do mnie profesor Jażdżewski i Kostrzewski. Kostrzewski był mistrzem mojego mistrza. A mistrzem Kostrzewskiego był z kolei Gustaw Kossinna, twórca nacjonalizmu w archeologii.

Profesor Kmieciński wręcza dyplom Doktora Honoris Causa swojemu mistrzowi




Kontakty Zbigniewa Nienackiego z archeologami nie rozpoczęły się ani od znajomości z profesorem Jażdżewskim (jak kiedyś spekulowałam), ani od wysłania go przez redakcję na wykopaliska (jak w przypadku bohatera „Uroczyska”).

Do mnie Zbyszek przyszedł do katedry do muzeum i pytał się o kontakt, bo mówił, że to go interesuje, chciałby napisać jakiś reportaż. No to ja mu mówię, wiesz (no bo nie „panowaliśmy” sobie, bo to mniej więcej ta sama generacja) akurat wybieram się jutro do Tumu, to możesz jechać ze mną. On w „Odgłosach” już wtedy był.

Panowie właściwie od razu się zaprzyjaźnili.

Ten kontakt Zbyszka ze mną był wtedy dosyć żywy. Jakoś tak od razu przypadliśmy sobie do gustu. Później, gdy ja badałem w Węsiorach, to Zbyszek dwukrotnie pojechał ze mną i spędził tam dwa sezony badawcze. A potem do Odrów jeździł, gdzie też badałem. W Odrach podobnie jak w Węsiorach stacjonowaliśmy pod namiotami, z tym że tam zbudowałem takie quasi kempingi, które rozbierało się na koniec sezonu badawczego. Ja go namawiałem, żeby gdzieś tam osiadł koło Odrów, ale on był już wtedy oczarowany Mazurami. Po jego wyjeździe rzadko żeśmy się spotykali, chociaż spotykaliśmy się. Ale był taki okres, kiedy nasz kontakt był bardzo bliski. Odwiedzaliśmy się w domach. Ja byłem częstym gościem u nich. Helenę bardzo lubiłem.

Przy okazji warto dodać kilka słów o wspomnianych wykopaliskach w Odrach

Te kręgi kamienne do dziś stanowią atrakcję uzdrawiającą. Tam jest utworzony rezerwat. Geneza tego jest dla nas nieco może wstydliwa, bo twórcą tego rezerwatu był sam Himmler. Związane jest to z ekspansją gocką na północ, przez co było to istotne dla Niemców. Kazali kręgi ogrodzić i Himmler je osobiście odwiedzał. Nasze nadleśnictwo się tym też zajęło, ale jakoś tak po macoszemu to traktowało. I kiedy ja się tam zjawiłem, żeby badać (bo Himmler zrobił rezerwat, ale nikt tego nie badał), to nic nie było zrobione.

Ludzie wierzą, że w tych głazach jest uzdrawiająca energia, to samo sądzi się o Węsiorach teraz, ale wtedy znane były tylko Odry. Odry były znane od połowy XIX wieku, znane i chronione. Ten rezerwat funkcjonował i funkcjonuje do dzisiaj i tam bardzo liczne wycieczki przyjeżdżają ludzi, którzy chcą się powiedzmy naładować mocą. Najczęściej, kiedy tłumaczy się w sposób logiczny znaczenie tych kręgów, to wiązane są one z teorią astronomiczną, jako obserwatorium. Linia przeprowadzona przez szereg kręgów w przedłużeniu na północ daje wschód słońca po najkrótszej nocy w roku. Być może to miało jakiś sens, ponieważ przyprowadziłem tam astronomów, którzy robili obserwacje i to się ponoć zgadzało.

Wykopaliska w Odrach




c.d.n. :)

Dyskusję prowadzić można tutaj:
http://pansamochodzik.net...p=332698#332698
_________________
Ostatnio zmieniony przez Szara Sowa 2017-12-02, 11:29, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 54 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15739
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-12-09, 12:40:13   

Sorry za jednodniowe opóźnienie!
Tym razem ruszamy do Tumu. :)


CZĘŚĆ IV


Początek badań w Tumie

Geneza tej ekspedycji tumskiej jest taka, że w 1947 roku ukazał się w prasie, w historiografii archeologicznej artykuł docenta Witolda Hensla (późniejszego profesora i dyrektora instytutu archeologicznego PAN-u) o przygotowaniach do uczczenia tysiąclecia państwa polskiego oraz chrztu Polski.

I ta idea bardzo chwyciła, dlatego że to państwo polskie i zdolności państwotwórcze były zohydzone przez Niemców, u których „polnische Wirtschaft” było najdelikatniejszym epitetem i którzy dowodzili, że Słowianie nie mają żadnych zdolności państwowotwórczych. Zaistniała potrzeba, żeby spojrzeć na to trochę bardziej obiektywnie (chociaż na pewno było to wykorzystywane trochę bardziej, bo zawsze można podkręcić jeszcze tę prawdę, żeby ona wydawała się jeszcze piękniejsza). I wyrosła z tego taka akcja – Badania nad Tysiącleciem Państwa Polskiego. To była ogólnopolska akcja dotowana przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Moje pokolenie archeologiczne było wychowankami tego projektu.

I wtedy wszystkie znaczące ośrodki akademickie w Polsce do tego się włączyły. Łódź „dostała” Tum pod Łęczycą i Gdańsk. Stworzono dwie stacje badawcze (w każdej z nich było kilkanaście, a niekiedy nawet do dwudziestu kilku osób niekiedy). I tak powstały dwie grupy – „gdańszczany” i „tumany”.

„Gdańszczany”



Od lewej: prof. Ciemnołoński, Kossakowski (późniejszy prof. politechniki gdańskiej), Maria Chmielewska, Waldemar Chmielewski, Stanisław Madajski, księgowa/kwestor, prof. Kmieciński

Tumanów profesor Kmieciński w swoim archiwum nie posiadał, więc przypomnę zdjęcie, które było wrzucane na forum przy wywiadzie z profesorem Poklewskim.



„Zakon Braci Tumskich” założony przez archeologów. Tadeusz Poklewski (pierwszy z lewej), Jerzy Kmieciński (drugi z lewej – też należał do bractwa, choć bardziej gościnnie), Lidia Gabałówna (pierwsza z prawej), Andrzej Nadolski, Andrzej Abramowicz + oraz prawdopodobnie inżynierowie Z.Tomaszewski i Antoni Kąsinowski.

Nie udało nam się ustalić kompletnej listy osób, które pracowały przy wykopalisku w Tumie, bo profesor Kmieciński głównie był związany z ekipą gdańską.
Ja do Tumu przyjeżdżałem, ale przeważnie siedziałem w Gdańsku. W Tumie był Andrzej Nadolski, Tadeusz Koziełł-Poklewski, Andrzej Abramowicz, Lidka Gabałówna, Maria Łączyńska/Abramowicz (Myszka na nią mówiliśmy), Czesia Wieczorek (plastyczka). Było też dużo przyjezdnych, bo profesor Jażdżewski cieszył się bardzo dobrą opinią jako organizator badań, wiec mieliśmy praktykantów z całego kraju. Poznań do nas przysyłał studentów, Kraków, Warszawa.

Ponadto w tym projekcie badawczym wykorzystywano całą gamę interdyscyplinarności – czyli wszystkie dyscypliny naukowe, które tylko mogły wnieść jakiś element twórczy do badań nad początkami państwowości. Oprócz archeologii było to szerokie spektrum - nie tylko historia sztuki, nie tylko historia architektury, ale i językoznawstwo, ale i socjologia, psychologia społeczna, geomorfologia, geologia, geografia, antropologia i.t.d. Jeżeli prowadzimy wykopaliska, to nasze źródła są milczące, więc trzeba znaleźć takie elementy, które zmuszą ten materiał do mówienia. W Tumie ci ludzie byli razem. To była szkoła fantastyczna, dlatego że wprowadzała nas w klimat interdyscyplinarności.


Jak już wspominałyśmy przygoda Nienackiego z archeologią zaczęła się od wizyty u Profesora Kmiecińskiego. Historia z artykułem na temat Janisławic jest więc fikcją.
Coś on trochę tam nałgał. Niedaleko Janisławic jest miejsce, gdzie Waldek Chmielewski - mój przyjaciel - w takim oczku polodowcowym między Janisławicami a Skaratkami natrafił na szczątki mamuta. Natomiast w samych Janisławicach mój mistrz Jażdżewski znalazł szkielet z mezolitu z wyposażeniem bardzo bogatym, ale to były wykopaliska przedwojenne.

Profesor Kmieciński podkreślał, że Nienacki był w Tumie wielokrotnie.
Był kilka razy. Ze mną był ze dwa razy, ale potem też sam przyjeżdżał. On tam często bywał, nie codziennie i na noc nie zostawał, ale tam przebywał. Przyjeżdżał, bo go interesowała ta problematyka, a tak się złożyło, że najpierw trafił na te wykopaliska, a nie na inne.

Ale (jak wcześniej słusznie - po atmosferze w książki - wydedukował Kyno) Nienacki nie czuł się tam zbyt dobrze i nie nawiązał z nikim z tamtej grupy głębszych kontaktów.
Ja Zbyszka po raz pierwszy zaprowadziłem do Tumu pod Łęczycą i go zostawiłem w rękach moich przyjaciół i kolegów ekspedycji tumskiej. Muszę powiedzieć, że z nim się tam trochę po macoszemu obeszli. Andrzej Nadolski, późniejszy profesor, który był tam zastępcą kierownika owej ekspedycji jakoś tak… nie dopasowali się.

„Tumany” to było towarzystwo intelektualnie niezmiernie ciekawe, twórcze, ale nieco ekskluzywne. Tadeusz Poklewski był Koziełł (wtedy jak były czasy stalinowskie, nie bardzo można było tych swoich tytułów używać), to taka arystokracja wileńska. Maria Łączyńska (bardzo piękna i interesująca kobieta), wywodziła się z od Pani Walewskiej, w prostej linii można powiedzieć. Nadolski był spokrewniony z Łączyńską. To był ten duch arystokratyczno-szlachecki. Z Braćmi Tumskimi Zbyszek się nie lubił.

Uważano, że on nie jest piórem pierwszej wielkości i dawano mu to odczuć. Chociaż to było wszystko w rękawiczkach. Zaczął tę swoją pierwszą powieść publikować w odcinkach i nie wszystko im się tam podobało.

Tadeusz Poklewski, miał żonę polonistkę, Krystynę (zresztą profesor Uniwersytetu Łódzkiego, która nie bardzo ceniła styl Nienackiego. Że on trochę tak się ślizga po powierzchni, że od infantylizmu pisarskiego dzieli go bardzo cieniutka linia. Krystyna jest z takiej znanej łódzkiej rodziny Wernerów, ojciec Krystyny był profesorem Politechniki Łódzkiej. Stąd mogły się wziąć ewentualnie jakieś kontrowersje. Tadeusz był uszczypliwy i czasem mógł nie dość delikatnie wyrazić się, swoją opinię o Zbyszka pisarstwie.


Wykopaliskom na grodzisku towarzyszyły też prace przy kolegiacie.
W samej kolegiacie też prowadzono badania. Nawet odkryto grób opata z taką paterą i freskami. W podziemiach, bo całe podziemie było przekopane, od a do zet. I można było zidentyfikować tego opata, bo księgi kościelne się częściowo zachowały, więc można było odtworzyć, kto to prawdopodobnie był. Kiedy ruszała odbudowa miast - Gdańska, Poznania, Szczecina, to znalazły się też środki na rekonstrukcję kolegiaty. I to dla archeologów, to był raj na ziemi, bo mieliśmy okazję ją zbadać.

Przy okazji zapytałyśmy o podziemne przejście
Były legendy o przejściu z Tumu pod Łęczycą do zamku w Łęczycy. Ale oczywiście nic nie odkryto, to są bujdy na resorach. Tajne przejścia, jeżeli były, to na bardzo krótkich odcinkach. To był np. jeden z elementów architektury wczesno-zakonnej Zakonu Najświętszej Marii Panny. Najwcześniejsze założenia obronne tak konstruowano, że w środku była zazwyczaj wolnostojąca baszta, która miała piwnice z zasobami, żeby można się było bronić. I od tej baszty zwykle istniał przekop pod murami obronnymi na zewnątrz. Ale w Tumie nic takiego nie było.



Źródło: Jerzy Maik, Początki Kościoła w Łęczycy, Badania opactwa i kolegiaty w Tumie pod Łęczycą, Przegląd Archeologiczny, Vol. 65, 2017 (tu jest dużo informacji o tych badaniach w kolegiacie)

Spis rzeczy znalezionych według powieści w Tumie nie zgadza się z tamtejszymi odkryciami. I raczej nie wygląda na wykopaliska polskie. Coś podobnego było w grobie (mogilniku) na Krymie. Potwierdziło się natomiast, że częściowo inspiracją do uroczyskowego kurhanu mógł być kurhan w Gledzianówku.
Mógł to być kurhan, w którym pochowany był ksiądz - w Gledzianówku (pomiędzy Łęczycą a Witonią na trasie Łęczyca – Kutno). Książęcy kurhan o którym ludność mówiła, że ksiądz pochowany tam jest. To badano, zanim ja zacząłem studia, w 1946 roku.

Nie udało się niestety nic pewnego ustalić w kwestii większości postaci z powieści. Na przykład. pod kątem Dryblasa analizowana była m.in. na prośbę Tomaszka kandydatura T. Poklewskiego, ale brak tu jakiegoś jednoznacznego dowodu, choć profesor stwierdził, że może mogło tak być ze względu na wspomnianą krytykę twórczości.

Profesor potwierdził natomiast, że postać Nemsty jest prawdopodobnie wzorowana na Andrzeju Nadolskim.
To może być Nadolski, chociaż on nie nosił ani wąsów ani bródki. Wtedy był kawalerem i mieszkał w starej kamienicy na ul. Gdańskiej.

Chociaż przy tworzeniu tej postaci możemy mieć oczywiście do czynienia z wymieszaniem różnych elementów. Przykładowo jeden element postaci mógł być „pożyczony” z biografii Jerzego Kmiecińskiego, bo właśnie on (podobnie jak powieściowy Andrzej) przed archeologią studiował historię sztuki. Niezależnie od tego, czy uznamy to za inspirację, warto tę historię szerzej przytoczyć, bo jest ciekawa. :)
Ja miałem zapędy raczej archeologiczne, bo mój ojciec był bardzo zainteresowany historią. I ojciec kiedyś rano przy śniadaniu powiedział „Synu, to teraz ci zrobię wyprawę w przeszłość” i pojechał ze mną na Wały Świętej Trójcy. To jest tam, gdzie Zbrucz wpada do Dniestru, tam w początku drugiego wieku naszej ery cesarz Trajan zakładał prowincję Dację i odgrodził ją wałami, które później spełniły rolę obronną. Ojciec znalazł tam ceramikę (ja dopiero później, jak zacząłem studiować archeologię, zdałem sobie sprawę, że to był ułamek terry sigillaty) i powiada: „Widzisz synku, tę skorupę legionista rzymski trzymał w palcach”.

Ale, po wojnie losy mnie rzuciły do Piotrkowa Trybunalskiego, zamieszkałem u stryja i stryjenki, maturę robiłem w Piotrkowie.. I moja ciotka Oleńka Matusiakowa sobie wymarzyła, żebym studiował historię sztuki, bo w młodości sama zaczęła studiować archeologię we Florencji, ale później musiała przerwać i we mnie sobie upatrzyła takiego kontynuatora.

I ja zacząłem studiować tę historię sztuki w Krakowie u profesora Molè. Ale pod koniec pierwszego semestru moich studiów na UJ przyjechał profesor Jażdżewski z kilkoma swoimi uczniami i uczennicami. Tam wtedy była taka mini-konferencja, a mistrz przedstawiał pierwsze wyniki badań w Gdańsku. I tak mnie oczarował, że się zgłosiłem, że chcę u niego studiować. I od razu z tą ekipą przeniosłem się do Łodzi. Najpierw spałem dwa tygodnie na dworcu kaliskim. Ale mistrz kiedyś powiada „A gdzie ty dziecko mieszkasz?”, więc ja się zacząłem wić jak piskorz, bo nie chciałem powiedzieć, gdzie (mnie tam pod koniec wcale źle nie było, bo to towarzystwo bezdomne mną się tam zaczęło opiekować, robili mi tam miejsce na ławce). No i wtedy mistrz mi dał schronienie w magazynie zabytków muzeum archeologicznego na czwartym piętrze. W takim śpiworze z amerykańskiego demobilu na noszach wojskowych miałem legowisko.


Profesor Kmieciński z teodolitem
_________________
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Strona wygenerowana w 0,28 sekundy. Zapytań do SQL: 16