PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

www.mkn-moto.pl/seicento-c-2307_26_249.html|http://abc-zdrowie.com.pl/nasiona-marihuany/|http://motocyklowehobby.pl/zestaw-naprawczy-uszczelek-zacisku-hamulcowego-sposobem-zwiekszenie-bezpieczenstwa/
Poprzedni temat :: Następny temat
Otwarty przez: Protoavis
2014-02-22, 12:33
Ogólne pogaduszki o ostatnio zakupionych książkach
Autor Wiadomość
irycki 
Fanatyk Samochodzika
Pan Motocyklik



Pomógł: 9 razy
Wiek: 52
Dołączył: 13 Paź 2015
Posty: 3064
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2017-07-07, 07:47:44   

Wow! A gdzie to jest do kupienia?
_________________


Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
samozwańczy prezes Klubu Martologicznego
 
 
Vasco
Stały bywalec forum


Dołączył: 07 Cze 2010
Posty: 207
Wysłany: 2017-07-07, 14:38:46   

Np. tu ./redir/aros.pl/ksiazka/kapitan-zbik-portret-pamieciowy
 
 
irycki 
Fanatyk Samochodzika
Pan Motocyklik



Pomógł: 9 razy
Wiek: 52
Dołączył: 13 Paź 2015
Posty: 3064
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2017-07-08, 12:39:43   

Dzięki. Zamówione :)
_________________


Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
samozwańczy prezes Klubu Martologicznego
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 28 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7199
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-07-09, 00:45:48   

Ten kapitan Żbik to jakaś podróba?
_________________
Z 24
 
 
irycki 
Fanatyk Samochodzika
Pan Motocyklik



Pomógł: 9 razy
Wiek: 52
Dołączył: 13 Paź 2015
Posty: 3064
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2017-07-09, 08:06:25   

To jest biografia kapitana Żbika :D
_________________


Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
samozwańczy prezes Klubu Martologicznego
 
 
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8126
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2017-07-15, 09:02:42   

Jan Antoni Homa - Altowiolista



Bartosz Czarnoleski to tytułowy altowiolista, młody jeszcze człowiek, starający się o stałą posadę w wielkiej orkiestrze. Przesłuchanie do tego celu ma mieć miejsce już za kilka dni, a to znaczy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Ale jak tu ćwiczyć, gdy sąsiedzi walą w ścianę żądając ciszy, gdy wielki pies - Eston - domaga się spacerów, gdy trzeba zarabiać na życie nagraniami i koncertami?
Przez szczęśliwy traf Bartek znajduje jednak nowe idealne mieszkanie w domu pana Sebastiana Marsa, starego antykwariusza, który lubi zarówno psy, jak i muzykę klasyczną.

Orkiestrę, której członkiem pragnie zostać, Bartek zna bardzo dobrze, jako że często wspomaga ją już jako gość. Zna zatem również słynnego dyrygenta Damiana Rucacellego. Jego następny koncert będzie prawdziwą bombą, zapowiedział dyrygent: “Zamiast batutą, będę dyrygował kluczem: do ludzkich serc, uczuć i pamięci. Otwórzmy je wspólnie.”

W przedwieczór wielkiego koncertu, wyprowadzając Estona na spacer do pobliskiego parku, Bartek jest świadkiem próby rabunku i zabójstwa, którego ofiarą pada właśnie Rucacelli. Przedmiotem, który rabusie pragnęli sobie przywłaszczyć i który dzięki psim instynktom ląduje w rękach muzyka, jest sztab dyrygencki Rucacellego.

Batuta jest stara i zaskakująco skomplikowanie złożona, nosząca różnego rodzaju ozdoby itd. Wraz z panem Sebastianem Bartek próbuje wykryć jej sekrety. Są nimi tajemnicza notatka z częściowo nieczytelnym tekstem i dwa klucze.

Bartek i Mars wpadają również na ślad pewnego sędziwego Włocha, właściwie jednak Polaka, Michalewicza, który w czasie wojny pomagał Żydom - za słoną opłatę - uniknąć aresztowania przez hitlerowców. Czynił to używając, jak twierdzi, tajnych przejść, które znajdowały się właśnie w Bartkowi doskonale znanym budynku filharmonii.

Czy to prawda, czy tylko urojenia starego piernika, któremu miesza się już w głowie? Istniały takie tajne korytarze, a jeśli tak, czy nadal istnieją? Czy legenda o sejfie ukrytym w jednym z nich, w których bogaci Żydzi chowali swoje kosztowności, jest więcej niż tylko legendą? A co z tym wszystkim ma batuta do czynienia? Lub Wanda, przepiękna wio-, wiolo-, wiolonczelistka, często widywana z osobnikami o nieco wątpliwej reputacji?





Akcja “Altowiolisty” osadzona jest w środowisku klasyczno-muzycznym - autor Jan Antoni Homa sam jest skrzypkiem, obecnie pierwszym skrzypkiem chyba w Filharmonii Zuidnederland.




Jak napisał na swoim Facebookowym profilu:

„W obliczu nie dającej się ujarzmić nietrwałości dźwięku zainteresowałem się słowem. Pisanym”

Książka jest kopalnią wiedzy i anegdotek dla wszystkich miłośników muzyki klasycznej. Homa zna ten biznes od podszewki i umie doskonale wskazać jego swoistość, absurdalność, blaski i cienie. Niemniej okuty wydaje się być w jej historii i teorii, i jakoś potrafi to tak przekazać, że wszystko, co ma do powiedzenia, wydaje się być nowe i ciekawe (nawet jeśli nie jest).

Książka ma oczywiście także swoją intrygę: zagadkę, którą nie tylko altowiolista pragnie rozwiązać, tekst do rozszyfrowania, tajemniczych przeciwników, których należy unikać, ale i uprzedzić, w pogoni za… nie wiadomo dokładnie czym, skarbem chyba? Tajemnica batuty jest tylko pierwszą z wielu zagadek, których rozwiązanie otwiera niejako następne drzwi, zaś na końcu tego imaginatywnego korytarza czeka nagroda, dla której wielki dyrygent gotów był oddać swoje życie. Jednak, tak jak w serii z Panem Samochodzikiem - a właśnie do niego Bartek niektórym czytelnikom wydał się podobny - nikt nie umiera, autor brzydzi się widocznie zbrodnią, tak jak prywatnie, będąc wegetarianinem, mięsem.

Zagadka detektywistyczna jest solidna, choć moim zdaniem brakuje jej nieco koherentności, o wiarygodności w niektórych jej etapach już nic nie mówiąc. Dodatkowo dochodzi, że autor długo wydawał się mieć trudności spoić intrygę z rozważaniami o muzyce w jednolitą całość, dopiero w ostatniej części dzieła się z tym poradził. My, oczywiście, przywykliśmy do tego rodzaju dygresji, Nienacki stosuje je przecież nieustannie. W sumie rzekłbym, że wszystkie te obszerne wtrącenia autora “Altowiolisty” stanowią bardziej oryginalną część książki, przewyższając jej wątek sensacyjny.

Koniecznie trzeba również pochwalić styl i polszczyznę autora. Mimo że jest “tylko” muzykiem i do tego żyjącym i pracującym w Holandii, warsztat językowy opanowany ma na sto dwa, więcej, posługuje się nim w sposób niesamowicie kreatywny, zaskakując wyszukanymi sformułowaniami itp. Czasami zrobiwszy jakąś wypowiedź, zaprzecza jej w następnym zdaniu, rozważa jej merytoryczną wartość z wyszukaną elokwencją, wreszcie oferując czytelnikowi końcową wersję swojej początkowej tezy - typowo muzyk, rzekłbym, którego nie zadowala bezbłędne wykonanie jakiejś frazy muzycznej, on musi popisać się jeszcze pięcioma dalszymi jego wariacjami. Innymi słowy, Homa uwielbia improwizować słowami, a czyni to z wielką brawurą i bez widocznego wysiłku.

Altowiolista ma więc dużo do zaoferowania, solidną prozę, dużo ciekawych i ciekawie zaprezentowanych faktów ze świata muzyki, i zajmującą fabułę, choć, jak już sygnalizowałem, ostatnia najmniej przypadła do gustu. Choć główny koncept, a szczególnie wątek włoski, mi się podobały, inne rozwiązania i pomysły nie grzeszyły oryginalnością; Ryży np. wydawał mi się postacią żywcem wziętą z jakiejś kiepskiej telewizyjnej serii kryminalnej. Być może autor począwszy pracę nad książką odkrył, że stworzenie niebagatelnej fabuły sensacyjnej dla człowieka o jego inteligencji wcale nie jest aż tak proste? Może z powieściami sensacyjnymi jest podobnie jak z szachami (szychy grają w “Altowioliście” ważną rolę), gdzie, jak słyszałem, iloraz inteligencji wielu mistrzów tej gry jest zaskakująco niski? Krótko mówiąc, fabuła mogłaby być nieco lepsza, tworząc ją autora widać opuściło trochę natchnienie i zaczął uciekać się do dość standardowych rozwiązań. Reszta książki jednak jest na zaskakująco wysokim poziomie.
 
 
Michal_bn 
Moderator



Pomógł: 9 razy
Wiek: 36
Dołączył: 15 Maj 2009
Posty: 7104
Skąd: Zagłębie Dąbrowskie
Wysłany: 2017-08-06, 16:42:51   

Aleksander Cabral - "Gorąca ziemia"



Ciekawy zbiór opowiadań portugalskiego autora, o którym niewiele mówi Internet... To chyba jego jedyna książka wydana w języku polskim, ale muszę przyznać że zaskakująco dobra.

Akcja jest osadzona w czasie drugiej wojny światowej i troszkę po wojnie, a miejsce akcji to Kongo :) Poznajemy Afrykę jaką znali Belgowie i Portugalczycy, a nie my Polacy. Bezwzględna kolonizacja, marsz po trupach de celu i walka o wzbogacenie się płyną ze stronic niczym rzeka ;-) .

"Gorąca rzeka" to tytuł najdłuższego opowiadania i chyba najlepszego w całym zestawie. Thiago przybywa do swojego wuja, kolonizatora mieszkającego w jednej z wiosek w Kongo i uczy się życia w Afryce. Mimo, że z początku niezbyt podoba mu się w obcym kraju, to z każdym dniem coraz bardziej wiąże swoją przyszłość z Afryką.
_________________


"... i tak moich marzeń Wam nie oddam,
Póki w żyłach krew, nigdy się nie poddam..."
 
 
Michal_bn 
Moderator



Pomógł: 9 razy
Wiek: 36
Dołączył: 15 Maj 2009
Posty: 7104
Skąd: Zagłębie Dąbrowskie
Wysłany: 2017-08-16, 20:27:51   

Kolejna niezwykle ciekawa książka z biblioteczki mojego dziadka. "18 opowiadań".



Intrygujący zbiór opowiadań, które wzięły udział w amatorskim konkursie na najlepsze opowiadanie 1961 roku. Tematyka: współczesność :)

Zanim napiszę coś więcej, wymienię autorów:

Anna Strońska

Leszek Radzikowski

Janusz Wasylkowski

Leszek Prorok

Barbara Nawrocka

Henryk Panas

Zofia Jaremko - Pytowska

Edward Stachura (zawód: student ;-) )

Wiktor Włodzimierz Małas

Gracjan Kozłowski

Urszula Kozioł

Henryk Horosz

Edmund Olejniczak

Andrzej Szypulski

Romuald Karyś

A. Krauze z Warszawy (czyżby chodziło o Antoniego? Miałby wtedy około 20 lat)

Janusz Karkoszka

Stanisław Szwed

Większość, to debiuty wydawnicze tych pisarzy. Jak widać nie wszystkim udało się zrobić karierę ale niektóre nazwiska mocno mnie zaskoczyły :)

Opowiadanie Stachury niby straszna grafomania, która na początku niesamowicie mnie drażniła, ale jak zdałem sobie sprawę że podmiotem lirycznym jest dziecko to zmieniłem postrzeganie. Wg mnie najlepsze opowiadanie w całej stawce, ale otrzymało tylko wyróżnienie.

Oczywiście jest kilka nudnych jak flaki z olejem, ale większość się broni. Minusem jest to że 100% opowiadań jest strasznie smutnych i głęboko dołujących. Lata 50/60 - te musiały być bardzo niefajne... Smutek, rozpacz, niemoc i alkoholizm. To zawiera każde opowiadanko. Dobrze że nie żyłem w tamtych czasach ;-) Mimo to polecam gorąco, zwłaszcza żeby zaspokoić ciekawość i sprawdzić jak zaczynał Stachura albo jak Krauze próbował zostać pisarzem. W konkursie albo nie przyznano pierwszej nagrody, albo opowiadanie zwyciężcy zostało wydane osobno.
Dla mnie bomba.

10/10
_________________


"... i tak moich marzeń Wam nie oddam,
Póki w żyłach krew, nigdy się nie poddam..."
 
 
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8126
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2017-08-24, 01:31:16   

Ian Fleming - Casino Royale



Książka jest z roku 1953 i występuje w niej po raz pierwszy James Bond. Nigdy jeszcze nie czytałem Fleminga, więc byłem ciekaw, do jakiego stopnia książki przypominają filmy itd. Powiem od razu, że jest świetna! Fleming umie pisać, styl jego przypomina trochę Hemingwaya - krótkie, rytmiczne zdania, skłonność do przytaczania różnego rodzaju faktów, jednak jego paleta słów jest znacznie bogatsza.

James Bond różni się istotnie od swojej filmowej wersji, jest człowiekiem zimnym, niemal cynicznym, bez dostrzegalnego poczucia humoru. Jego doświadczenia wojenne grają w tym chyba zasadniczą rolę, o czym w filmie np. nie ma już mowy. Jest jednak nadal zdolny do uczuć - pod koniec książki traci niemal głową dla swojej partnerki Vespery -, ale ostatnie, genialne zdanie zdradza wymownie jego prawdziwy charakter. ;-)
Notabene: wygląda jak aktor i muzyk Hoagy Carmichael, Fleming podkreśla to kilkakrotnie.



Zaskoczyło mnie, że książka składa się właściwie tylko z 3 wielkich scen, i że wszystkie odgrywają się w Royale-les-Eaux. To z podróżowaniem po całym świecie w służbie kraju i Jej Królewskiej Mości pojawiło się widać dopiero w późniejszych częściach serii.

Zadaniem Jamesa Bonda w Casino Royale jest rozpracowanie faceta zwącego się Le Chiffre i będącego oczywiście agentem ZSRR-u. Le Chiffre jest jednak również szefem związków zawodowych we Francji. Przetrwonił kupę forsy i jego ostatnią szansą na uniknięcie skandalu jest wielka wygrana w kasynie. 007 - z pomocą Francuzów (Mathis), Amerykanów (Felix Leiter) oraz koleżanki z rodzimego wywiadu (Vesper Lynd) ma temu zapobiec - po prostu ma go ograć. Preludium prowadzące do pierwszej wielkiej sceny i malujące ciekawy świat tajnych służb na przełomie lat 40-tych i 50-tych jest już świetne, ale dopiero scena opisująca duel pomiędzy Bondem a Le Chiffre przy stole bakaratowym pokazuje, jak wysokiego kalibru pisarzem Fleming jest. Szczegółowo, a jednocześnie niezwykle ciekawie rozwodzi się o regułach gry, zwiększając następnie stopniowo napięcie opisując równie szczegółowo przebieg właściwego pojedynku równorzędnych graczy. Ta tylko scena ciągnie się przez kilka rozdziałów i jestem pewien, że co się tyczy pasji hazardowych należy do wiekopomnych scen literackich tego rodzaju. Dalsze wydarzenia, choć dramatycznością przewyższają scenę bakaratową, są już mniej oryginalne, szczególnie zakończenie książki… - ale nie zdradzajmy za dużo. ;-)

W pamięci pozostaną rozgrywka w kasynie oraz styl pisarski Fleminga, rzeczowy, chłodny, beznamiętny, a mimo to porywający.

PS. W książce Vesper oznajmia Jamesowie, że wśród członków wywiadu prestiż agentów 00 równa tym supergwiazdorów, na co Bond odpowieada: “It’s not difficult to get a Double O number if you’re prepared to kill people,’ he said. ‘That’s all the meaning it has. It’s nothing to be particularly proud of.” Więc to takie buty... :zdziw:
Ostatnio zmieniony przez John Dee 2017-08-24, 10:59, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Michal_bn 
Moderator



Pomógł: 9 razy
Wiek: 36
Dołączył: 15 Maj 2009
Posty: 7104
Skąd: Zagłębie Dąbrowskie
Wysłany: 2017-08-24, 21:35:45   

No widzisz, a mnie książki o bondzie zupełnie się nie podobają. Są byle jakie. Takie Harlekiny dla mężczyzn. Z bólem to stwierdzam, ale porównałbym te czytadełka do wielu kontynuacji PS :(
_________________


"... i tak moich marzeń Wam nie oddam,
Póki w żyłach krew, nigdy się nie poddam..."
 
 
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8126
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2017-08-24, 23:54:27   

Nie wiem oczywiście, jak to wygląda z dalszymi książkami cyklu, ale ta pierwsza jest, co najmniej jej pierwsza połowa, świetna, ma atmosferę. Na pewno jest na zupełnie innym poziomie niż jakaś tam kontynuacja PS - choćby dlatego, bo wszystkie opisane w niej techniki szpiegowskie są zapewne z życia wzięte (Fleming pracował w czasie wojny w wywiadzie). Język też jest wyśmienity - znam dobrze angielski, ale tym razem musiałem kilkakrotnie zajrzeć do słownika.
 
 
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8126
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2017-09-01, 07:55:57   

Roman Polański - Autobiografia “Roman”



Odświeżyłem sobie autobiografię Polańskiego, bo sporo lat już minęło, odkąd ją czytałem po raz pierwszy. Dobrze uczyniłem, bo stwierdzam, że wiele ciekawych epizodów i anegdot z życia reżysera zdążyłem już zapomnieć, choć możliwe, że wtedy po prostu nie wydawały mi się aż tak ciekawe. Przytoczę niektóre z nich, bo całej książki, którą wielu z Was na pewno czytało, nie będę omawiał. Staje się zresztą dość niestrawna najpóźniej w chwili, gdy po tragicznej śmierci żony i przyjaciół Polak staje się światowym celebrytą. Potem to już tylko wyliczanka sław, z którymi obcował lub sypiał. Pod tym względem jego autobiografia podobna jest do tej Chaplina: jego ciernista droga na szczyt też jest super fascynująca, jednak jego przechwałki, jak używał owoce swojego sukcesu, nie są.

Romek urodził się w Paryżu jako Raymond Thierry Liebling. Ojciec dopiero po wojnie zmienił nazwisko na Polański.

Po powrocie do Polski, będąc jeszcze dzieckiem, nabijano się z jego imienia (Raymond) oraz francuskiego akcentu, szczególnie, jak wymawiał “r”.

Po wojnie, już jako nastolatek, był praktycznie analfabetą.

Był słabym uczniem, mimo to z olbrzymią determinacją starał się osiągnąć maturę, a następnie dostać na jakieś studia. Również dla tego, by uniknąć służby wojskowej.

Ojciec Polańskiego był kiedyś malarzem artystą, i Romek chyba odrobinę tego talentu też odziedziczył, bo stworzona przez niego mapa z rysunkami zapewniła mu miejsce w Liceum Sztuk Plastycznych. Wiem także z wywiadów, że rysuje tworząc scenopisy, i to chyba dość dobrze.

Wywalono go z Liceum, bo nie chciał należeć do żadnej organizacji młodzieżowej - twierdzi. Ale może po prostu za dużo rozrabiał.

Maturę zdał w końcu w Katowicach. Mieszkał w tym czasie w Bytomiu. Jest więc powiązanie ze Śląskiem.

Był pewny, że ze swoim dorobkiem jako aktor ("Syn pułku”, “Trzy opowieści”) bez trudu dostanie się do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, jednak ku swojemu bezgranicznemu rozczarowaniu nie został przyjęty, ze względu na swój niski wzrost! Na egzaminy przygotowywał się z Adamem Fiutem, z którym później zagrał w “Końcu nocy”.

Nie mając pochodzenia robotniczego, nie należąc do ZMP, otrzymuje odmowy od Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej w Warszawie, również jego działu estradowego, i Akademii Wychowania Fizycznego. Zrozpaczony, bo grozi mu pobór do wojska, niemal nie przystępuje do Szkoły Cyrkowej w Julinku.

I wtedy właśnie, gdy wydaje mu się, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia, dzwoni do jego ojca operator filmowy Jerzy Lipman, który w imieniu Andrzeja Wajdy proponuje mu rolę w jego debiucie “Pokolenie”! Krótko potem udaje się na egzaminy do filmówki i zostaje przyjęty.


Ten okres w życiu Polańskiego wydaje mi się najbardziej fascynujący, gdyż uczy nas uniwersalnej lekcji o człowieku będącym bezbronną zabawką w szponach ślepego, ale często mogłoby się wydawać i złośliwego losu. Nie sposób dopatrzeć się w jego kaprysach jakiegoś planu czy porządku, ale w wypadku Polańskiego to, co wydawało się straszliwym pechem (mówię o złej passie z egzaminami), na dłuższą metę okazuje się wielkim szczęściem, gdyż tylko tak mógł prostą drogą osiągnąć cel swojego przeznaczenia, którym była właśnie łódzka filmówka.

Że mogło zakończyć się to inaczej pokazuje jednak przypadek jego przyjaciela Piotra Winowskiego, równie zdolnego i szarmanckiego, co on sam. Piotr wyleciał ze szkoły za “burżuazyjne pochodzenie”, poszedł pracować do Nowej Huty, nie zagrzał miejsca i pojechał na Śląsk, do pracy w kopalni. Następnym razem, gdy Roman go widzi, jest wychudzony, obszarpany, bez grosza, ale nadal w dobrym humorze. Niedługo potem dowiaduje się o jego śmierci.

Pomnym epizodem życia wielkiego reżysera był również jego pierwszy wyjazd do siostry przyrodniej do Paryża. Mieszkała wraz z mężem w zwykłej dzielnicy robotniczej (Rue de Charrone 100, drugie piętro, jeśli kogoś to interesuje), jednak w oczach przybysza z Polski jest to niemal ziemia obiecana. Zwiedza potem cały Paryż, muzea, dzielnice znane mu z jego ulubionych filmów, w tym szczególnie “Bez adresu” z roku 1950. Kocha utwór, który w tym filmie śpiewa Juliette Gréco, “La fiancée du prestidigitateur” - https://www.youtube.com/watch?v=QKLprTQifwI .

Choć Romek jest w tym czasie tylko biednym studentem zza żelaznej kurtyny, to jednak nawet jego pierwsza wyprawa do Francji ma już klasę. Nie jedzie pociągiem, lecz leci samolotem, a następnie dalej, z Paryża do Cannes, gdzie spotyka się z Wajdą, przedstawiającym tam swój najnowszy film. I choć za tę ekstrawagancję zapłacili zapewne tata lub siostra przyrodnia, to jednak trzeba podziwiać jego styl.

Książka przypomniała mi również, jakim fascynującym facetem był Gérard Brach, współautor wielu jego filmów. Gdy go poznał, Gérard był akurat po rozwodzie, z blizną na czole, którą na pamiątkę po sobie pozostawiła mu, używając obcasa swojego buta, jego żona. Był bez grosza i bez mieszkania, i jakiś dobroduszny producent filmowy pozwalał mu sypiać w swoim biurze. Gérardowi nie przeszkadzało, że budynek od piątku do poniedziałku zamykany był na klucz - wolał to, niż wałęsać się po Paryżu. Tak to mu też pozostało, bo pod koniec swojego życia niechętnie tylko opuszczał swoje mieszkanie, co Polańskiego bardzo dziwiło i chyba bawiło.
Brach nigdy nie osiągnął podobnej renomy co np. Jean-Claude Carrière, a jednak zawsze go podziwiałem. Był nie tylko autorem wielu filmów Polańskiego, ma w swoim dorobku również “Imię róży” i współpracę nad pewnym mniej znanym filmem, który od lat dziesiątek oceniam jako najlepszy, jaki kiedykolwiek nakręcono, mój nr. 1.


Autobiografię Polańskiego po ponownym przeczytaniu uważam nadal za niezwykle ciekawą, wręcz intrygującą książkę; obowiązkowa lektura dla wszystkich tych, którzy interesują się filmem, polskim szczególnie, łódzką szkołą filmową, itd. Ci, zainteresowani głównie zbiorowym morderstwem przy Cielo Drive 10050 i życiem seksualnym reżysera też oczywiście wyjdą na swoje. ;-)
Ostatnio zmieniony przez John Dee 2017-09-01, 13:04, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8126
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2017-09-04, 13:18:40   

Zofia Komedowa Trzcińska - Komeda, Zośka i inni



Wspomnienia wdowy Krzysztofa Komedy w pierwotnej wersji - jest jeszcze druga późniejsza, zredagowana przez jej syna. Przeczytałem książkę w nadziei na nowe szczegóły o złotej epoce polskiego jazzu, nie oczekując jednocześnie “wielkiej literatury”. Byłem nawet nastawiony na najgorsze, ale, nie mógłbym mylić się bardziej! Książka okazała się szalenie ciekawa, wśród tego rodzaju wspomnień jedna z najlepszych, jaką w ostatnich latach czytałem!

Nie wiedziałem, kim była wdowa Komedy, może jakąś potulną żoneczką, żyjącą w całkowitym poświęceniu dla wielkiego artysty? Nic z tego! Zofia Trzcińska była super menedżerką takich instytucji jak Helikon - jazz klubu przy ulicy św. Marka 15 w Krakowie, jak i kabaretu w “Piwnicy Pod Baranami”; organizatorką festiwalów muzycznych, impresario swojego męża jak i jeszcze kilku innych formacji jazzowych, itd. itd. Każdy w środowisku artystycznym lat 50-tych i 60-tych ją znał, szczególnie muzycy i filmowcy, którzy kolegom, którymi ona się opiekował, mogli tylko pozazdrościć. Odpowiednio przez książkę przewijają się setki osób, znanych, mniej znanych, ale niemniej ciekawych, często takich, których pojawienie się w memuarach jazzmenki zaskakuje (politycy, prostytutki). Fakty, anegdoty, sukcesy i porażki, radosne czasy i tragedie, “Komeda, Zośka i inni” ma wszystko.

Książka napisana jest bardzo dobrą polszczyzną, choć jej struktura jest chaotyczna, autorka powtarza się często, czasami nawet na tej samej stronie. Jej syn Tomasz podaje to jako jeden z powodów, dlaczego wycofał ze sprzedaży starą, zastępując ją nową wersją. Nie wiem, czy ta nowa jest aż tyle lepsza - już sam jej tytuł: “Nietakty”… :/



W każdym razie byłem zachwycony tym tchnącym autentyzmem chaotycznym stylem matki, bo tak właśnie opowiadają starsze panie i przyjemnie jest im słuchać.

Jej kariera miała bardzo zaskakujący przebieg, nic bowiem nie wskazywało wcześniej na to, że posiada jakieś nieprzeciętne organizatorskie zdolności. W czasie wojny jako trzynastolatka była wprawdzie łączniczką współpracującą z AK, ale potem banały: jakaś szkoła krawiecka, wczesne małżeństwo, dziecko, rozwód, potem praca akordowa w fabryce produkującej bombki choinkowe. W przerwie obiadowej jednak zaczyna widywać krakowskich literatów i jazzmenów, i wkrótce należy do ich paczki. Gdy powstaje pomysł z sesjami jazzowymi, a następnie z własnym klubem, Zosi powierza się ich organizację - szczęśliwa decyzja, gdyż pod jej kierownictwem scena jazzowa Krakowa staje się słynna w całym kraju. Wkrótce przyjeżdżają na koncerty muzycy z innych miast, mi. Poznania. „Oo...! Słynny Trzciński” były pierwsze jej słowa skierowane do jej przyszłego męża, na co on przekornie odpowiedział: „A to zapewne słynna Wanda Warska!”

Po małżeństwie Zosia zostaje impresario Komedy, organizując koncerty w kraju i za granicą, głównie w Danii i Szwecji, nagrania. Gdy Polański zgłasza się z propozycją udźwięcznienia swojego filmu “Dwaj ludzie z szafą” muzyką jazzową, to nie Komeda, lecz Zosia prowadzi pertraktacje. Nigdy się specjalnie nie lubili - wyjątek, gdyż wydaje się być człowiekiem kochającym wszystkich. Inny wyjątek: Wojciech Frykowski, były mąż Agnieszki Osieckiej i jedna z ofiar “Rodziny” Charlesa Mansona. Nienawidziła go. Ma również swoją własną teorię, bardzo ciekawą też, o tym, co było prawdziwą przyczyną morderstw przy Cielo Drive 10050. ;-)

Tyle informacji, tyle nazwisk, tyle mądrych myśli i poglądów. Dowiedziałem się zaskakujących rzeczy, choćby o tym, że młody Jerzy Skolimowski, jeszcze zanim mu się śniło o szkole filmowej, jeździł na tourne po Polsce z Komedą i jego grupą, jako “elektryk”. Młody dużo wtedy rozrabiał, ciągle jakieś durne kawały (“ Boże miłosierny!! Co myśmy z nim mieli!!!”), ale czy człowiekowi w jego wieku, do tego jeszcze tak urokliwie się jąkającemu, można długo być zły?

Czego jeszcze dowiadujemy się? O tym, jak, kiedy i dlaczego Komeda porzucił pracę w szpitalu, by zostać zawodowym muzykiem, a tak - skąd się wziął w ogóle pseudonim “Komeda”, o flirciku Sekstetu Komedy z rock-n-rollem, o Jazz Kempingach w górach, na Kalatówkach (my na forum nazywamy to “zlotami” ;-) ), gdzie powstało znane zdjęcie z “pyjama party” zorganizowanej - oczywiście - przez Polańskiego…



Inne zrobione wtedy zdjęcie pokazuje wszystkich gości. Zosia z jej pięknym warkoczem…



Pisze ciekawie o polskim przedwojennym antysemityzmie, o latach spędzonych w Warszawie (STS, Spatif) i gdzie artyści najchętniej spędzali urlop: w Chałupach na Helu. A propos, w pobliskim Sopocie poznała w Grandzie dwóch bardzo leniwych młodzieńców, którzy cały dzień siedzieli na tarasie nie czyniąc nic oprócz popijania kawy. Byli nimi Cybulski i Kobiela. Gdy się poznali, zarzut lenistwa stanowczo odparli: “My przecież ciężko pracujemy! Tworzymy dla „Bim-Bomu” nowy program!”

W książce oczywiście opisane są również szczegółowo wydarzenia, które doprowadziły do śmierci Komedy, Marka Hłasko oraz wspomniana już teoria spiskowa o rzezi w domu Polańskiego. A co z tym wszystkim ma Barbra Streisand do czynienia? By się dowiedzieć tego i tysiąca inny spraw trzeba aczkolwiek przeczytać książkę. Polecam. :)
Ostatnio zmieniony przez John Dee 2017-09-04, 18:15, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Michal_bn 
Moderator



Pomógł: 9 razy
Wiek: 36
Dołączył: 15 Maj 2009
Posty: 7104
Skąd: Zagłębie Dąbrowskie
Wysłany: 2017-09-25, 18:07:30   

Beniamin Appel - "Niebieska gołębica"



Kolejna książka z dziadka biblioteki. Kolejna dobra. Aż dziwne że ta pozycja nigdy nie została w Polsce wznowiona. Z tego co się zorientowałem, to wydanie z 1963 roku jest pierwszym i ostatnim w naszym kraju, a szkoda. Powieść przedstawia losy ludzi mieszających w nadmorskim mieście. Większość mieszkańców żyje z pracy w porcie przy załadunku i rozładunku statków. Głównymi bohaterami są członkowie rodziny włoskich emigrantów, Państwo Pirroni oraz irlandzki gangster Zezek Donahue i jego otoczenie. Początkowo lektura mnie nużyła i miałem nawet ochotę odłożyć książkę i sięgnąć po inną ale przemogłem się i czytałem dalej. Losy bohaterów coraz bardziej mnie wciągały a sposób w jaki autor buduje napięcie spowodował, że wsiąkłem całkowicie w klimat USA przełomu lat 30 - 40. Tłumaczka, troszkę koślawo radziła sobie z tłumaczeniem ksywek bohaterów powieści, ale mimo to oceniam pozycję na piątkę z dużym plusem :)

Jeśli uda Wam się zakupić gdzieś "Niebieską gołębicę", to nie pożałujecie :) Swoją drogą jestem ciekaw czy ktoś z forumowiczów czytał coś tego autora.
_________________


"... i tak moich marzeń Wam nie oddam,
Póki w żyłach krew, nigdy się nie poddam..."
 
 
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8126
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2017-09-26, 09:34:09   



Autobiografia Boba Evansa, jednego z najsłynniejszych amerykańskich producentów filmowych. Co za życie! Chłopak z niebiednej nowojorskiej rodziny (ojciec dentysta) wydaje się być urodzony w czepku, wygląda jak model i już w młodym wieku wraz z bratem Charlesem posiada dobrze idącą manufakturę odzieży damskiej. “Czy pan jest aktorem?” pyta pewnego dnia leżącego nad basenem luksusowego hotelu w Los Angeles roznegliżowanego adonisa pewna pani? “Przygotowuję właśnie film o moim zmarłym mężu i pan wygląda jak jego sobowtór.” Kobieta jest wdową legendarnego Irvinga Thalberga. Evans otrzymuje rolę, zagrywa w filmie - i powraca do Nowego Yorku i swoich interesów.
Kilka tygodni później zostaje odkryty po raz wtóry, tym razem przez współwłaściciel 20th Century Fox wielkiego Darryla F. Zanucka. Producent obserwuje młodzieńca w sali balowej, gdzie tańczy całą noc z jakąś modelką, którą właśnie poderwał, i dochodzi do przekonania, że jest doskonałym kandydatem do roli matadora Pedra Romero w filmie “Słońce też wschodzi”, który właśnie przygotowuje.

foto: http://www.cinemaretro.com

Zupełnie innego zdania są gwiazdorzy tego filmu (Ava Gardner, Tyrone Power), szczególnie jednak sam Hemingway: w ich oczach młody aktor to zupełne beztalencie. Domagają się usunięcia go z filmu. Zanuck osobiście przylatuje z L.A. do Meksyku, ogląda nakręcony materiał, obserwuje Evansa podczas zdjęć w arenie do walki z bykami. W końcu bierze megafon i obwieszcza wszem i wobec: “the kid stays in the picture”, chłopiec pozostanie w filmie. Wyrok dożywotny. :D

Evans pojmuje jednak, że jako aktor nie ma w Hollywood przyszłości. Postanawia zostać producentem. Sprytnym fortelem nabywa prawa filmowe do kilku książek, które jeszcze nie ukazały się na rynku, w tym bestsellera “Detektyw”. Pojawiają się o nim artykuły w prasie, i nagle dzwoni telefon. Charles Bluhdorn, magnat przemysłowy (Gulf+Western), który kupił sobie właśnie za kieszonkowe pieniądze podupadłe i zadłużone Paramount Pictures, proponuje mu kierownictwo studia - na czas, puki go nie sprzeda.
Nie sprzeda go nigdy, okazuje się bowiem, że Evans ma bardzo szczęśliwą rękę w wyborze projektów i artystów. Jedna z jego pierwszych produkcji jest “Love Story”, potężny sukces finansowy. Jeszcze większym okazuje się “Ojciec chrzestny”. Po filmach jak “Harold i Maude”, “Prawdziwe męstwo” lub “Serpico” Paramount staje się najlepiej zarabiającym studiem w Tinseltown.

Bez Boba Evansa kariera Romana Polańskiego w Stanach Zjednoczonych wyglądałaby zapewne też inaczej. To on właśnie zaoferował polskiemu reżyserowi “Dziecko Rosemary”

foto: https://theredlist.com/wiki-2-17-513-1407-view-directors-profile-roman-polanski.html


a kilka lat później “Chinatown”. Do dzisiaj pozostali dobrymi przyjaciółmi. Dużo nowych, ciekawych rzeczy można się dowiedzieć o tym, jak oba filmy powstały.

foto: http://www.rogerebert.com...s-life-is-suite



“The Kid Stays in the Picture” to znacznie więcej niż to, o czym już wspomniałem. Zaskakujące, jak dużo można się nauczyć o życiu od kogoś, kto jest “tylko” producentem filmowym. O swoim pisze mądrze, dowcipnie i z filozoficznym dystansem. Nie szkodzi też oczywiście, że jego lekcje o przyjaźni, lojalności, zdradzie itp. oparte są o przeżycia, w których pojawiają się tak sławni ludzie jak Polański, Coppola, Jack Nicholson, Warren Beatty lub Ali MacGraw, z tysiącami atrakcyjnych gwiazd i gwiazdek, które przewinęły się przez jego sypialnię, w tle. ;-)
 
 
Michal_bn 
Moderator



Pomógł: 9 razy
Wiek: 36
Dołączył: 15 Maj 2009
Posty: 7104
Skąd: Zagłębie Dąbrowskie
Wysłany: 2017-10-07, 17:48:37   

Anna Koprowska-Głowacka - "Czarownice z Pomorza i Kujaw"



Książkę zakupiłem podczas tegorocznych wakacji na Kaszubach. Wrażenia miałem przeróżne. Na początku lektura mnie zaciekawiła, ponieważ historie "czarownic" były opisane w sposób barwny i ciekawy ale im dalej w las tym gorzej. Dlaczego? Wszystko było na jedna modłę. Ktoś oskażyl kobietę o czary, była torturowana a następnie stracona, ewentualnie sama zmarła podczas tortur. Jedno i to samo. Brakowało mi jakichs urozmaiceń tych historii (nawet zmyślonych), bo ten schemat nużył niemiłosiernie. Doczytałem do końca ale na ostatnich stronach byłem już mocno rozziewany. "Czarownice z Pomorza" to przykład jak można opisać ciekawe fakty w nudny sposób.
_________________


"... i tak moich marzeń Wam nie oddam,
Póki w żyłach krew, nigdy się nie poddam..."
 
 
Michal_bn 
Moderator



Pomógł: 9 razy
Wiek: 36
Dołączył: 15 Maj 2009
Posty: 7104
Skąd: Zagłębie Dąbrowskie
Wysłany: 2017-11-03, 16:48:28   

Richard Barney - "David Lynch - rozmowy"



Przeczytałem w swoim życiu wiele biografii sportowych. Tym razem sięgnąłem po wywiady z jednym z moich ulubionych reżyserów filmowych. Umęczyłem się solidnie, mimo, że oglądałem każdy opisany film. Dlaczego? Dlatego że nigdy nie kręciło mnie aktorstwo ani kulisy powstawania filmów. Różnica pomiędzy książkami sportowymi jest taka, że fascynują mnie opisy danych wydarzeń sportowych, pamięć przywołuje wiele obrazów z walki o medale, które oglądałem i którymi się emocjonowałem. To chyba dlatego lubię tak bardzo biografie sportowców. Mogę dane wydarzenie sportowe zobaczyć jeszcze raz, tym razem oczami samego uczestnika.

W książce Richara Barneya tego nie było. To były rozmowy, które niewiele wnosiły. Nie było tutaj emocji ani zafascynowania. Zwykłe dyrdymały. Zdecydowałem się wrócić do mojej ulubionej literatury:)
_________________


"... i tak moich marzeń Wam nie oddam,
Póki w żyłach krew, nigdy się nie poddam..."
 
 
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8126
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2017-11-03, 19:51:27   

Po ukazaniu się filmu “Blue Velvet” David Lynch zaczął mnie naprawdę interesować, ale po obejrzeniu jego wcześniejszych, a szczególnie późniejszych filmów zainteresowanie to szybko ostygło. Doszedłem do przekonania, że jest człowiekiem powierzchownym, jego prace pustym estetyzmem. Mimo to oczekiwałbym, że ktoś z jego potężnym doświadczeniem w branży filmowej za plecami ma dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia. Nie jestem więc całkiem pewien: jest książka naprawdę taka słaba, czy może po prostu, jak sam przyznajesz, tego typu literatura to nie Twoja bajka? :)
 
 
Michal_bn 
Moderator



Pomógł: 9 razy
Wiek: 36
Dołączył: 15 Maj 2009
Posty: 7104
Skąd: Zagłębie Dąbrowskie
Wysłany: 2017-11-04, 11:19:08   

John Dee napisał/a:
Nie jestem więc całkiem pewien: jest książka naprawdę taka słaba, czy może po prostu, jak sam przyznajesz, tego typu literatura to nie Twoja bajka?


Zdecydowanie to drugie. Nie interesują mnie rzeczy o których mówił, ale jeśli ktoś interesuje sie tą tematyka to pewnie będzie zadowolony :)
_________________


"... i tak moich marzeń Wam nie oddam,
Póki w żyłach krew, nigdy się nie poddam..."
 
 
Pierre Tendron 
Forumowy Badacz Naukowy
Forumowicz nr 1000!



Pomógł: 3 razy
Dołączył: 09 Cze 2014
Posty: 3390
Wysłany: 2017-11-12, 03:51:30   

Michal_bn napisał/a:
z jednym z moich ulubionych reżyserów filmowych

John Dee napisał/a:
David Lynch zaczął mnie naprawdę interesować

A jak Wam się podoba Lynch-muzyk?


Zamykając oczy, można przeżyć jego kolejny, nieistniejący film... :okulary:

A w tym wydaniu, przyjemnie wspomaganym wokalnie, można wybrać się na przejażdżkę z Davidem. A może raczej z Lykke Li...
_________________
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Strona wygenerowana w 0,29 sekundy. Zapytań do SQL: 11