PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj


Poprzedni temat :: Następny temat
Re: [Ankieta] Ulubione sceny - Fantomas

Ulubiona scena z Fantomasa
1. Światło i dźwięk. Nieuchwytny Fantomas
6%
 6%  [ 4 ]
2. Tomasz spotyka w Paryżu fałszywego Pigeona
3%
 3%  [ 2 ]
3. Nieudane włamanie do wehikułu:
4%
 4%  [ 3 ]
4. Nadjeżdża ciotka Eveline
3%
 3%  [ 2 ]
5. Fałszywy Pigeon zwiewa helikopterem z Renoirem
12%
 12%  [ 8 ]
6. Prawdziwy Pigeon jest równie pyszałkowaty, ale mniej sympatyczny
3%
 3%  [ 2 ]
7. Z wizytą w Amboise, historia skradzionego Memlinga
1%
 1%  [ 1 ]
8. Na scenę wkracza Robinoux i ma nową koncepcję
1%
 1%  [ 1 ]
9. Podsłuchana rozmowa barona z Filipem
0%
 0%  [ 0 ]
10. Ktoś nadaje morsem
1%
 1%  [ 1 ]
11. Angers - spotkanie z Marchantem
0%
 0%  [ 0 ]
12. Obława na rzece
7%
 7%  [ 5 ]
13. Chambord i trzy pytania
3%
 3%  [ 2 ]
14. Starcie z pomocą drogową
9%
 9%  [ 6 ]
15. Zabawa kolejkami
7%
 7%  [ 5 ]
16. Ciotka Eveline ujarzmia wehikuł
14%
 14%  [ 9 ]
17. Z wizytą u Marchanda
3%
 3%  [ 2 ]
18. Narada gospodzie 'Pod trzema psami'
3%
 3%  [ 2 ]
19. Tomasz i Pigeon atakują Orle Gniazdo
6%
 6%  [ 4 ]
20. Ucieczka Marchanta przebranego za Pigeona
7%
 7%  [ 5 ]
Głosowań: 15
Wszystkich Głosów: 64

Autor Wiadomość
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2016-12-24, 00:43:59   Re: [Ankieta] Ulubione sceny - Fantomas

EDIT: wybrane sceny z Fantomasa według kolejności.


1. Światło i dźwięk. Nieuchwytny Fantomas. (prolog)
Promienie trzech silnych reflektorów wydobyły z ciemności szeroko rozlaną rzekę. Ukazał się srebrny nurt, spływający pod czarne luki kamiennych przęseł. Potem zapalił się reflektor po drugiej stronie rzeki i oświetlił długą sylwetkę galerii. Później trzy reflektory zainstalowane w parku wyłuskały z ciemności wieżyczki na zamku i dwa zwodzone mosty.
W nocnej ciszy rozległ się cichy, jakby płynący z oddali tętent kopyt końskich i turkot kół niewidzialnej karocy. Tętent narastał, jakby zbliżał się. Potem zmienił się jego ton — to niewidzialna karoca wjechała na most zwodzony.
Dziewczynce wystarczyło przymknąć oczy, aby wyobrazić sobie, że oto powraca do swej siedziby królewska faworyta, Diana de Poitiers. Albo że przybywa tutaj Franciszek I czy Maria Stuart, tak jak to opisano w kronikach historycznych Francji. A czyż nie wspanialszy był wjazd Karola IX?
Robert przyciśnie za chwilę zielony i żółty guziczek na pulpicie, z głośników popłynie rzewna melodia. A nieco później rozlegną się wesołe głosy niewidzialnych biesiadników. Rozpocznie się królewskie przyjęcie, jedno z najwspanialszych, jakie pamięta historia. Wydał je tutaj, na zamku Henryk III, a kosztowało go ono sto tysięcy liwrów. Najpiękniejsze damy dworu z rozpuszczonymi włosami usługiwały gościom razem z córkami królowej, Katarzyny Medycejskiej...
Tak, ongiś głośno było o tym zamku.
(...)
— Uwaga, Yvonne! — krzyknął Robert. — Za piętnaście sekund włącz reflektor na prawej wieżyczce.
Dziewczynka ocknęła się z marzeń. Turystom należało się efektowne zakończenie widowiska. Mnóstwo jest bowiem pięknych zamków w dolinie Loary, a pięćdziesiąt z nich posiada iluminację świetlną, połączoną z muzyką. Jeśli chciało się do leżącego nieco na uboczu Zamku Sześciu Dam ściągnąć wycieczki, widowisko musiało być rzeczywiście wspaniałe.
Włączyła reflektor na prawej wieżyczce. Potem na lewej. Strugi światła rozjaśniły park i ogród Diany de Poitiers, osrebrzyły wody rzeki i kanału opływającego stary donżon.
Z głośników spłynęły łagodne dźwięki menueta...
I raptem...
Taniec został przerwany. Głośniki zamilkły.
Czyżby zepsuło się coś w aparaturze dźwiękowej?
Robert i Yvonne rzucili się do magnetofonu. Tarcza z taśmą obracała się wolno.
Ale głośniki milczały.
— Do licha! I to na samym końcu — burknął Robert. — Gotowi zażądać zwrotu pieniędzy.
W głośnikach coś zachrypiało. A potem rozległ się donośny głos:
„Mówi Fantomas. Uwaga! Mówi Fantomas! Jeśli nie otrzymam okupu, za miesiąc zginie obraz Renoira. Jeszcze raz przypominam: za miesiąc zginie Plaża Renoira!”
Nastała cisza. A po chwili, jak gdyby nic się nie stało, zabrzmiał znowu rytm menueta.
— Słyszałeś? — Yvonne chwyciła Roberta za ramię.
— Jak mogłem nie słyszeć? Wydzierał się na cały park.
— Ale gdzie on się włączył? Gdzie on jest? — pytała rozgorączkowana dziewczynka.
— Przewody biegną po całym parku. Chodźmy go szukać. Trzeba go schwytać, zawiadomić policję! — zawołała.
Chłopiec wzruszył ramionami. I wskazał obracające się wolno talerze magnetofonu.
— On jest tutaj.
— Gdzie? — nie rozumiała.
— Na naszej taśmie z muzyką. Wkleił do niej kawałek taśmy z nagraniem swego głosu.
— Jakim sposobem? Przecież aparatura jest cały dzień zamknięta.
— Nie wiem, kiedy to zrobił — zastanawiał się chłopiec. — Myślę jednak, że stało się to przed dwiema godzinami. Pamiętasz, że trzynasty głośnik trochę chrypiał? Ojciec wezwał specjalistę z Tours. Był tu przed dwiema godzinami. Głośnik naprawił. I tu, do aparatury też zaglądał.
— Pozwoliłeś mu tutaj zostać samemu?
— Przecież nie wiedziałem, że to jest on? A zresztą, wysłał mnie pod głośnik do parku, żebym sprawdził, czy już nie chrypi. Wtedy mógł wkleić kawałek taśmy. W dowolnym miejscu, rozumiesz?
Do pomieszczenia w donżonie wpadł ojciec Roberta, kustosz, pan Durant.
— Co to było? Co to ma znaczyć? — wołał wzburzony. — Czy wy stroicie sobie głupie żarty?
Dziewczynka wskazała magnetofon.
— To był głos złodzieja, proszę pana. Wklejono jego słowa na taśmę z podkładem muzycznym.
Kustosz zbliżył się do magnetofonu. Ale taśma wciąż jeszcze przesuwała się na talerzach. Widowisko kończyło się dopiero za pięć minut.
— A więc to taaak... — mruknął.
— Fantomas! — prychnęła pogardliwie dziewczynka. — To bardzo głupio wybierać sobie taki przydomek, prawda?
Chłopiec zaprzeczył:
— To nie jest głupiec. I przekonasz się, Yvonne, że jeśli baron nie zapłaci okupu, to on naprawdę skradnie obraz Renoira.
Kustosz wybiegł na taras, aby po zakończeniu widowiska przeprosić turystów za dziwny głos, który usłyszeli.
Ale to było zupełnie zbyteczne.
— Złodziej, który wam grozi? Fantomas, który uprzedza o kradzieży? — sceptycznie odniósł się do tej sprawy jakiś gruby Amerykanin.
— Nie bujajcie nas. Znamy się na reklamie. To taki wasz nowy trick, żeby ściągnąć turystów.
To mówiąc wypluł gumę do żucia pod zwodzony most na kanale.



2. Tomasz spotyka w Paryżu fałszywego Pigeona
— Drogi panie — mówił — noszę wprawdzie nazwisko Gołąb, ale bez fałszywej skromności muszę panu powiedzieć, że w całej Europie na dźwięk mego nazwiska drżą przestępcy zajmujący się kradzieżą dzieł sztuki. Powinienem się nazywać „Jastrząb” lub „Orzeł”, albowiem jak każdy z tych ptaków niespodziewanie, z góry spadam na swoją ofiarę i pakuję ją za kratki. Współpracując ze mną, przyglądając się mojej robocie, wiele pan się zdoła nauczyć. Tym bardziej że sprawa, którą mi powierzono, jest niezwykle trudna. Kryje się za nią Fantomas.
— Fantomas? — lekceważąco wzruszyłem ramionami. — To brzmi śmiesznie. Jeśli mnie pamięć nie myli, Fantomas to postać literacka.
— Z brukowej literatury — dorzucił pan Pigeon. — Bodaj przed pięćdziesięciu laty dwaj francuscy dziennikarze opublikowali powieść w odcinkach, której bohaterem był niejaki Fantomas. Jak wskazuje rdzeń tego nazwiska, pochodzi ono od słowa „fantom”, czyli „widmo, widziadło, duch”. Fantomas w tej powieści to człowiek-widmo, przenikający mury i ściany.
— Oglądałem filmowe wcielenie Fantomasa — dorzuciłem.
— A tak — skinął głową pan Pigeon. — W filmie zrobiono z niego demonicznego przestępcę,
posługującego się najnowocześniejszą techniką, mistrza charakteryzacji. Jednym słowem, człowieka o stu twarzach.
— A Fantomas z zamków nad Loarą? — zapytałem ostrożnie.
— To oczywiście człowiek, który poza pseudonimem, jaki sobie przybrał, oraz podobną metodą działania nie ma nic wspólnego z tamtymi postaciami. Listy z pogróżkami do właścicieli galerii podpisuje nazwiskiem Fantomas i podobnie jak tamten przenika przez mury strzeżonej galerii. Nie pozostawiając żadnych śladów zabiera najcenniejszy obraz, a na jego miejscu wiesza falsyfikat. Ale tym razem trafił swój na swego. Udawało mu się, dopóki miał do czynienia z innymi detektywami. Teraz ja, Pigeon, ruszam do walki z Fantomasem…


3. Nieudane włamanie do wehikułu:
Nagle drgnąłem. Głośny ryk rozdarł ciszę i głośnym echem odbił się w grocie. Po czym powtórzył się kilkakrotnie. Mogłoby się wydawać, że jakiś okropny potwór znalazł się na drodze obok naszego wzgórza i stwierdziwszy, że do jego jaskini przyszli intruzi, wściekłym rykiem usiłował ich stąd wypędzić.
— Co to takiego? — przeraził się pan Pigeon. Wypadliśmy z jaskini w ostre promienie słońca.
— To nic. To tylko mój samochód. Ktoś się do niego dobiera — zawołałem zbiegając po stoku wzgórza. A za mną, śmiesznie podskakując, pędził pan Gaspard.
Szosę, która wiła się w dole, zasłaniał mi stromy stok. Swój wehikuł zobaczyłem dopiero wtedy, gdy znalazłem się w połowie pagórka. Klakson wciąż wył, a koło samochodu kręciło się dwóch mężczyzn w motocyklowych kaskach. Oczywiste było, że usiłowali otworzyć drzwiczki i zapuścić silnik. Ryk syreny zaskoczył ich, teraz próbowali znaleźć mechanizm sygnalizacyjny i unieruchomić go. Nagle jeden z nich zauważył mnie, zbiegającego ze wzgórza. Trącił w ramię drugiego złodziejaszka i obydwaj błyskawicznie wskoczyli na motocykl, który — dopiero teraz to zauważyłem — stał przed wehikułem. Silnik motocykla przez cały czas pracował na wolnych obrotach, by w każdej chwili mogli odjechać.
A wehikuł, gdy tylko przestano manipulować przy zamku w drzwiczkach, natychmiast zamilkł. Wóz stał cichy i niemy na szosie, jakby przed chwilą nic się tu nie działo.
„Poczciwy brzydal” — pomyślałem o nim z uznaniem. A potem z jeszcze większą sympatią wspomniałem mojego wujka Gromiłłę, który zbudował ten wehikuł i wyposażył go w najróżniejsze mechanizmy. Zbiegłem na dół, a za mną, po dłuższej chwili, znalazł się na szosie również pan Gaspard. Biegł wolniej ode mnie, nie mógł więc widzieć motocyklistów, kręcących się koło mojego wozu. Co najwyżej słyszał warkot motocykla, gdy dawali drapaka.
— Co się stało? — zapytał zdyszany i spocony. — Czemu pan leciał jak oszalały? O mało ducha nie wyzionąłem. Myślałem, że stało się coś strasznego.
— Usiłowano ukraść mój samochód — wyjaśniłem.
— Co też pan mówi! Przecież tu nikogo nie ma!
— Dwaj motocykliści. Nie słyszał pan warkotu ich motoru? Uciekli, gdy wehikuł zaczął mnie wołać na pomoc.
Pan Pigeon odetchnął głęboko. Potem starannie otarł chusteczką spocone czoło.
— Czy panu nie jest za gorąco? — zapytał uprzejmie. — Przecież nie będzie pan usiłował mi
wmawiać, że to wył pana samochód? Najwyraźniej słyszałem ryk osła.
— To był klakson mojego wehikułu.
— Nie do wiary. Czyżby trzymał pan osła pod maską swojego wozu? Przecież potrafię odróżnić ryk osła od sygnału samochodowego.
— Mój sygnał dźwiękowy może nie brzmi najpiękniej — stwierdziłem — ale za to jest bardzo donośny.
— Rozumiem — pokiwał głową — i gotów jestem w to uwierzyć. Ale chyba nie będzie usiłował mi pan wmówić, że wehikuł wołał pana na pomoc. Różne rzeczy widziałem na tym świecie i nawet wydaje mi się prawdopodobne, że ktoś trzyma osła pod maską samochodu. Ale żeby jeszcze do tego miał tam czujnego psa, który w krytycznym momencie gryzie osła w ogon i każe mu głośno ryczeć, w to już nie uwierzę, drogi panie.
Wyjąłem z kieszeni scyzoryk, otworzyłem go i podałem panu Pigeonowi.
— Proszę bardzo. Niech pan spróbuje włożyć ostrze w zamek przy drzwiach mego wozu.
— Po co?
— Proszę, sobie wyobrazić, że jest pan złodziejem, który chce ukraść mój samochód.
Detektyw wziął ode mnie scyzoryk i włożył go w zamek. Syrena natychmiast zawyła tak przeraźliwie, że pan Pigeon odskoczył jak oparzony.
— O Boże! Pan mówił prawdę. To jakaś piekielna machina. Można dostać zawału serca, gdy niespodziewanie zawyje.



4. Nadjeżdża ciotka Eveline
Staruszka zobaczyła nas stojących przed zamkiem. Nasze przerażone miny sprawiły jej wyraźną przyjemność. Uśmiechnęła się do nas, nie wypuszczając z ust nie zapalonego papierosa. Wreszcie podjechała pod wejście do zamku i zgasiła silnik. Energicznym ruchem otworzyła drzwiczki i wysiadła.
— No i co, Raoul? — zwróciła się triumfująco do barona. — Jak ci się podoba mój samochód? Dałam za niego w Paryżu osiem tysięcy franków.
Baron miał zatroskaną minę.
— Czy nie sądzisz, Eveline, że ten wóz jest trochę za szybki?
Dama poprawiła kapelusz na głowie jak rycerz hełm przed walką.
— Caramba, sacrebleu, porca miseria! — w kilku językach zaklęła dama. — W swoim życiu miałam sto czterdzieści pięć kraks samochodowych. Ale niech mnie rower Yvonne przejedzie, jeśli tym wozem spowoduję jakiś wypadek. Daję ci słowo: tym razem żadnych kraks.
Yvonne, widząc przerażoną minę pana Gasparda, oświadczyła z dumą:
— Ciocia rzeczywiście spowodowała sto czterdzieści pięć kraks samochodowych. Dwanaście razy miała odbierane prawo jazdy. Pięć razy leżała w szpitalu. Rozbiła szesnaście własnych i czterdzieści dwa cudze samochody.
— Zgadza się — kiwnęła głową starsza pani. — Ale nigdy nikomu z mojej winy nie spadł włos z głowy. Nie tak, jak ci piraci drogowi! — pogroziła pięścią komuś niewidzialnemu. — Pod Paryżem jakiś pirat tak zaparkował swój wóz, że porysowałam sobie prawy błotnik.
To mówiąc wskazała małe wgniecenie na prawym błotniku przepięknej maszyny.
Wyobraziłem sobie, jak ten wóz będzie wyglądał za tydzień. Chociaż, kto wie? Z ewolucji, które starsza pani wyczyniała na dziedzińcu, wynikało, że jest ona znakomitym kierowcą. Mimo podeszłego wieku miała świetny refleks.
Starsza pani wyjęła z ust papierosa.
— No i co, panowie? Żaden mi ognia nie poda?
Pośpieszyłem z zapalniczką.
Zaciągnęła się mocno, a potem, prześlizgując się wzrokiem po mojej i pana Gasparda twarzy, zapytała:
— No, który z was jest tym sławnym detektywem? Caramba, porca miseria, czas skończyć z Fantomasem!



5. Fałszywy Pigeon zwiewa helikopterem z Renoirem
Po obiedzie wyszliśmy wszyscy na dziedziniec, a potem na taras przy donżonie. Uwagę naszą zwrócił fakt, że pan Pigeon trzymał w ręku swój, dość dużych rozmiarów, neseser.
— Czyżby zamierzał pan nas opuścić? — zainteresował się baron.
— Owszem — skinął głową detektyw. — Opuszczę zamek na krótki czas. Ale potem znowu się pojawię.
Pomyśleliśmy, że pan Pigeon, jak każdy wybitny detektyw, jest podobny do kota, który chodzi własnymi drogami. Było piękne popołudnie. Usiedliśmy na ławkach dla turystów i oglądaliśmy w milczeniu mocną zieleń starych platanów w zamkowym parku. Białe, piaszczyste łachy w srebrzystej toni rzecznej wyglądały jak rybie łuski.
Pan Pigeon wydawał mi się dziwnie roztargniony. Nasłuchiwał czegoś, co chwila spoglądał w niebo i drapał się za lewym uchem. Nagle powiedział do barona:
— Nie chciałbym, aby pan źle myślał o Fantomasie. Skoro bowiem i tak nie może pan dysponować obrazami wedle swojej woli, Fantomas, kradnąc obrazy, nie czyni panu krzywdy.
— Ależ, drogi panie, co też pan mówi? To oburzające! — rzekł baron. — Fantomas jest zwykłym złodziejaszkiem.
— I weźmiemy za niego sto tysięcy dolarów — z przekonaniem powiedziała Yvonne.
Pigeon uśmiechnął się. Po raz pierwszy zobaczyłem go uśmiechniętego tak szeroko, od ucha do ucha.
— Obawiam się, że to płonne nadzieje — rzekł.
W tym momencie nad drzwiami parku ukazał się błękitny helikopter. Z warkotem motoru przeleciał nad rzeką i znalazł się tuż nad tarasem. Zawisnął nad nim jak potężna ważka, zniżył się tak bardzo, że znalazł się o trzy metry nad ziemią. Przez chwilę obawiałem się, iż lotnik uderzy śmigłami o mury donżonu. Z helikoptera zrzucono drabinkę sznurową.
— Adieu! — skłonił się nam pan Gaspard. — Dziękuję za otwarcie przede mną galerii. Dziękuję również za obraz Renoira. Mam nadzieję, że kopia, którą zostawiłem, jest starannie wykonana.
Pigeon ze zręcznością młodzieńca wskoczył na drabinkę sznurową. Helikopter błyskawicznie wzniósł się do góry, a pan Gaspard, z neseserem w lewej ręce, wspiął się do kabiny pilota. Po chwili straciliśmy helikopter z oczu. Zniknął za drzewami parku.



6. Prawdziwy Pigeon jest równie pyszałkowaty, ale mniej sympatyczny

Pigeon podniósł się z fotela i powiedział dumnie, odrzucając głowę do tyłu:
— Proszę państwa. Nie przyjechałem tutaj, aby zajmować się jakimś tam Fantomasem. Od chwytania przestępców jest policja. Agencja Ubezpieczeniowa płaci pensję detektywom po to, aby wyjaśniali prawdę o kradzieżach oraz znajdowali powody do niewypłacenia odszkodowań.
Zapadło ponure milczenie. Chyba wszyscy zgodnie doszliśmy do wniosku, że tamten Pigeon był sympatyczniejszy od tego, który stał teraz przed nami. Tamten był wspaniały ze swoją ideą walki z Fantomasem, ten zaś okazał się małym człowieczkiem, któremu Agencja kazała szukać kruczków do niewypłacenia odszkodowań.
(…)
— Znał mnóstwo szczegółów z pańskiego życia — rzuciłem tylko. — Mówił, że w Londynie zajmował się pan sprawą kradzieży klejnotów lady Pembroke.
— To prawda — wykrzyknął Pigeon. — A jak wyglądał?
— Był niezbyt wysoki — stwierdziłem.
— Tak jak i ja — kiwnął głową.
— Miał wąsiki...
— Tak jak i ja.
— Nosił neseser...
(…)
— Był pyszałkiem.
— Tak jak i ja — rzekł.
Ale zaraz połapał się, że palnął głupstwo…


7. Z wizytą w Amboise – historia skradzionego Memlinga
Weszliśmy do komnat królewskich. Przede wszystkim zachwycała nas wytworna sala posiedzeń rady królewskiej. Wszędzie widziało się wspaniałe stare meble, gobeliny, przepiękne obrazy dawnych mistrzów.
Tu wisiał obraz Hansa Memlinga, zatytułowany Madonna — kustoszka wskazała puste miejsce na ścianie w małym pokoiku, który był kiedyś gabinetem sekretarza rady królewskiej. Znajdował się tutaj, między tymi dwoma oknami.
— Zaczęło się od tego — opowiadała kustoszka — że otrzymałam list, w którym jakiś człowiek podpisany imieniem Fantomas groził, że jeśli nie wypłaci mu się okupu w wysokości pięćdziesięciu tysięcy nowych franków, ukradnie Madonnę Memlinga. Oczywiście potraktowałam ten list jako głupi żart. Niech pan się rozejrzy: przez okno nikt się tu nie dostanie, bo (…) Więc nie było się czego obawiać.
— Czy Fantomas wierzył, że ktoś zdecyduje się wypłacić mu okup? — zapytałem.
— Chyba nie — wzruszyła ramionami. — Napisał list do mnie, a nigdy w życiu nie miałam i nie będę miała tyle pieniędzy. Zamek należy do słynnego rodu Burbonów orleańskich.
— Skoro nie mógł liczyć na okup, to w takim razie po co pisał list?
— Nie mam pojęcia. Dlatego chyba zlekceważyłam go, choć oczywiście pokazałam policji. Tak minął miesiąc, już zapomniałam o liście, gdy pewnego dnia zwiedzał zamek jakiś milioner amerykański w towarzystwie swego doradcy, znanego historyka sztuki. To on pierwszy zapytał mnie, czy obraz Memlinga, który wisi na ścianie, jest kopią. „Nie, to oryginał” — odpowiedziałam. Ale on sceptycznie pokręcił głową i stwierdził, że to falsyfikat bardzo zręcznie zrobiony. Wyznaję, że poczułam się zaniepokojona, bo przypomniał mi się list Fantomasa. Potem ktoś jeszcze zwrócił mi uwagę, że obraz Memlinga jest prawdopodobnie falsyfikatem. Wtedy zdecydowałam się zawieźć obraz do pracowni w Luwrze, aby go zbadali eksperci. I rzeczywiście, proszę pana, Madonna Memlinga okazała się falsyfikatem.


8. Na scenę wkracza Robinoux i ma nową koncepcję
Za madame Eveline wkroczył do hallu wysoki, niezmiernie chudy jegomość w kremowej panamie na głowie. W lewym kąciku ust miał cygaro, a minę pełną melancholii, jakby przed chwilą wrócił z własnego pogrzebu. Zamiast krawata dynadała mu pod szyją żałobna czarna wstążka. Garnitur też miał ciemny. Wyglądał tak, jakby chciał dać do zrozumienia, że był na własnym pogrzebie, ale stało się to dość dawno i do pewnego stopnia zdążył się z tym faktem oswoić.
Madame Eveline dramatycznym gestem wskazała nam żałobnego osobnika.
— Oto pan Robinoux, detektyw prywatny z Paryża, wynajęty przeze mnie. Będzie ścigał Fantomasa. Caramba, porca miseria, musiałam uciec się do pomocy detektywa z Paryża, skoro wy, panowie — tu ręka ciotki Eveline skierowała się ku panu Pigeonowi i mnie — wy, panowie, jesteście bezradni.
(…)
— Nie jestem jasnowidzem, proszę państwa. Skłonny jestem jednak mniemać, że złodziej pisał listy już po fakcie kradzieży, a nie przed faktem.
— Co pan przez to rozumie? — wykrzyknęliśmy chórem. Głos pana Robinoux szemrał jak niewidoczny strumyk:
— Przypuszczam, że Fantomas pisał listy z żądaniem okupu już po ukradzeniu obrazu Cezanne’a i Renoira.
— Jeśli ukradł, to po co żądał okupu? — zdumiał się baron.
Robinoux odparł:
— Obydwa te obrazy są bardzo trudne do sprzedania. A w każdym razie sprzedaż ich połączona jest z poważnym ryzykiem. Być może Fantomas, dokonawszy kradzieży, łudził się, że baron zechce odkupić od niego skradzione obrazy i to właśnie miał na myśli żądając okupu.
Pigeon roześmiał się głośno.
— To bzdura, łaskawy panie. Niemal wszyscy tu obecni, z wyjątkiem mnie, byli świadkami, jak złodziej ucharakteryzowany na mnie skradł z galerii obraz Renoira. A list w sprawie tego obrazu napisał miesiąc wcześniej. Więc tu pańska hipoteza kupy się nie trzyma, panie Robinoux. Dziś rano zaś przyszedł list w sprawie obrazu Van Gogha.
Detektyw odpowiedział szeptem:
— Czy jest pan pewien, że Fantomas wczoraj ukradł obraz Renoira? A może wczoraj on skradł nie Renoira, bo to zrobił miesiąc wcześniej, a właśnie obraz Van Gogha?
Pan Pigeon aż usta rozdziawił, tak go zdumiało to przypuszczenie...



9. Podsłuchana rozmowa barona z Filipem
Ale zanim doszedłem do potężnej wieżycy, niemal otarłem się o Filipa, który żywo gestykulując rozmawiał o czymś z człowiekiem wyglądającym na turystę. Był to zresztą chyba turysta, jeden z Anglików, którzy przyjechali, aby obejrzeć Zamek Sześciu Dam. Rozmowa toczyła się w języku angielskim. Nie zdziwiło mnie, że Filip, lokaj barona, zna angielski. Przecież służył z baronem w marynarce, a marynarze, jak wiadomo, znają różne języki. O czym rozmawiał służący barona z turystą — nie wiem. I nawet nie starałem się dowiedzieć. Ale nie byłem tu jedynym obserwatorem, o czym przekonałem się później.
(…). Zanotowałem w pamięci chwilę, gdy Filip rozstał się z angielskim turystą. Potem zauważyłem, że do Filipa podszedł baron. Obydwaj przespacerowali się w moim kierunku, ale nie doszli do donżonu. Zatrzymali się, rozmawiając. A w tej chwili muzyka na jakiś czas przycichła, tylko ruch reflektorów stał się żywszy.
— Targowałem się z nim, panie baronie — usłyszałem głos Filipa — ale ten facet to twarda sztuka.
Przystał jednak na moją cenę, nie popuściłem ani franka. Oczywiście, nie powiedziałem, że to pan kryje się za tą sprawą.
— To dobrze, Filipie. A kiedy on da pieniądze?
— Jak tylko dostarczę mu towar, panie baronie.
— A jak się z nim umówiłeś?
— Konspiracyjnie, panie baronie. Mamy przecież na karku aż trzech detektywów. Któryś z nich mógłby się zainteresować, co ja wynoszę z zamku. Jutrzejszej nocy wyniosę towar tajnym przejściem i zabiorę go łodzią. Z tym człowiekiem umówiłem się w dole rzeki. Przyjedzie swoim wozem.
— To wspaniale, Filipie. Najbardziej boję się kompromitacji.
— Załatwiłem sprawę, panie baronie. Ale serce mi krwawi. Czy musi się pan tego wyzbywać?
— Nie mogę żyć bez franka, Filipie. Przecież nawet u ciebie jestem trochę zadłużony. Nie rozpaczaj, tylko chodź ze mną do pracowni. Musimy wszystko przygotować na jutrzejszą noc.
I obydwaj spiesznym krokiem pomaszerowali do zamku.
— Pssst! — syknął ktoś obok mnie. I z mroku otaczającego donżon wychylił się Pigeon.
— Słyszał pan? — zapytał mnie szyderczo.
Nie miałem pojęcia, co sądzić o tej dziwnej rozmowie. Wyglądała jednak bardzo podejrzanie.
Pigeon radośnie zatarł ręce.
— Jutro przyłapię ich na gorącym uczynku. I otrzymam nagrodę, sto tysięcy franków. Tak oto wyjaśni się zagadka tajemniczego Fantomasa. Pigeon nie jest głupcem.


10. Ktoś nadaje morsem
Objęła nas noc. U naszych stóp cichutko szemrała rzeka, płynąca do sklepień starego mostu, na którym Katarzyna Medycejska wzniosła galerię. W kilku oknach zamkowych paliło się światło. Drugi brzeg rzeki tonął w ciemnościach, ale zdawało mi się, że był tu bliżej nas. Czyżby rzeka zwężała się w tym miejscu?
Zapytałem o to Yvonne.
— Nie, proszę pana. W tym miejscu znajduje się wysepka. Rosną na niej drzewa, krzaki, trawa. Jest zupełnie bezludna. Szkoda, że dziś księżyc nie świeci, bo zobaczyłby ją pan nawet w nocy. A z pańskich okien nie widać jej na rzece?
— Okna mojego pokoju wychodzą na drugą stronę — przypomniałem Yvonne.
— W ubiegłym roku, latem, zbudowaliśmy na wysepce szałas z gałęzi — opowiadał Robert. — Przyjemnie się na niej opalać, bo ma piaszczyste brzegi.
— I jest bezludna? — upewniłem się.
Nareszcie zrozumieli, dlaczego o to pytam. Oni również zauważyli błysk światła na wyspie.
Ktoś tam zapalał i gasił latarkę elektryczną. Długie i krótkie błyski latarki przecinały ciemność nocy, kierując się w stronę zamku.
— Ktoś przypłynął tam łodzią i bawi się światłem — domyślał się Robert.
— A może ten ktoś czegoś szuka w ciemnościach? — zastanawiała się Yvonne.
Ścisnąłem ich za ręce.
— Zwróćcie uwagę! Długi błysk... krótki, krótki, długi... długi. Ten ktoś posługuje się alfabetem Morse’a.
— Nadaje morsem? — zdumiał się Robert.
— Tak. I to do kogoś, kto jest w zamku i patrzy w tę stronę z któregoś okna — powiedziałem. Gdy należałem do harcerstwa, uczyłem się alfabetu Morse’a. Zacząłem więc sylabizować: „U-w-a-ż-a-j na c-u-d-z-o-z-i-e-m-c-a z P -o-l-s-k-i...”
I raptem stało się coś, co sprawiło, że Yvonne wydała okrzyk zdumienia. Ciemne dotąd okienko nad galerią zaczęło rozbłyskiwać. Ktoś w zamku zapalał i gasił latarkę elektryczną.
— To okno od łazienki — stwierdził Robert.
Sylabizowałem: J-u-t-r-o j-e-d-z-i-e d-o A-n-g-e-r-s. P-i-1-n-u-j-c-i-e g-o...


11. Angers - spotkanie z Marchantem
Gdy przyszła kolej na mnie i zostałem przedstawiony panu Marchantowi, spojrzał na mnie przenikliwie i stwierdził:
— Ja pana już widziałem. Wczoraj. Wysiadł pan ze swego przedziwnego samochodu i oglądał pan mój zamek, prawda?
— Tak — przytaknąłem nieco zaskoczony. A on podrapał się za lewym uchem i rzekł:
— Uwięziony na wózku inwalidzkim, całe godziny spędzam w wieży zamkowej, obserwując przez lunetę życie, które toczy się w okolicy. Pan wybaczy mi brzydki nałóg podpatrywacza, ale proszę uwzględnić, że byłem kiedyś bardzo ruchliwym człowiekiem, prowadziłem handel win na dużą skalę. Cóż mi pozostało, jak nie bezczynne przyglądanie się światu?
— Rozumiem pana — skinąłem uprzejmie głową. A jednocześnie dreszcz przebiegł mi po krzyżu.
„Nie, to chyba niemożliwe” — pomyślałem.
— A to jest pan Gaspard Pigeon, detektyw z Agencji Ubezpieczeniowej — madame Eveline
zaprezentowała drugiego detektywa.
— Miło mi niezmiernie — skinął głową pan Marchant.
A detektyw, chcąc okazać uprzejmość, zapytał Marchanta:
— Zapali pan?
— Nie palę gauloisów — odparł pan Marchant.
Stary lis zareagował błyskawicznie:
— A skąd pan wie, że ja palę gauloisy? — rzekł i dopiero wyciągnął z kieszeni paczkę tych papierosów.
Nie drgnął ani jeden muskuł w twarzy Marchanta. Nie zmieszał się, nie zaniepokoił. Tylko nerwowo podrapał się za lewym uchem.
— Człowiek, który pali gauloisy, pachnie nimi na odległość. Mam bardzo wyczulony węch, proszę pana — wyjaśnił.
(…)
.Ciotka Eveline huknęła do pana Robinoux:
— W drogę, szanowny panie. Musimy jeszcze skoczyć do Chambord. A pana, panie Marchant, zapraszam do nas, do Zamku Sześciu Dam. Nie jest to monumentalna budowla, ale za to mój brat posiada wspaniałą galerię współczesnego malarstwa.
— Chętnie skorzystam z zaproszenia — odparł Marchant. — Chciałbym również założyć u siebie małą galerię. Ale a propos tego, o czym pani raczyła wspomnieć: o kradzieżach obrazów. Jaki to obraz skradziono pani bratu?
— Dwa obrazy: Cezanne’a i Renoira.
— Ach, tak — kiwnął głową pan Marchant. — Wczoraj jakiś osobnik zaproponował mi kupno obrazu Van Gogha. Odprawiłem go z kwitkiem, bo miałem niejasne podejrzenie, że to falsyfikat. Nie mam ochoty dać się nabrać.
— Van Gogh? — przerwał mu brutalnie pan Pigeon. — A jaki to był obraz, można wiedzieć?
Marchant zwrócił się do stojącego za jego plecami grubasa:
— Jaki to był obraz, Antonio? To przecież ty rozmawiałeś dłużej z tym osobnikiem…


12. Obława na rzece
W tym momencie przez ciemność nocy przedarł się ostry gwizd. Doleciał od strony zamku. Odpowiedział mu taki sam gwizd; ale już z brzegu rzeki.
— Policja? — zdumiała się Yvonne, bo gwizdy wydały się nam znajome. W ten sposób sygnalizują policjanci kierujący ruchem ulicznym.
Raptem zapaliły się wszystkie reflektory widowiska „Dźwięk i światło”. Oświetliły Zamek Sześciu Dam, ich blask rozpłynął się po rzece. Zrozumiałem: Pigeon i komisarz policji zastawili pułapkę na Filipa i barona. W tym celu wzięli klucze od starego donżonu i aparatury widowiskowej.
— Niech pan patrzy! — zawołała Yvonne, kurczowo ściskając moją rękę.
Od jednego ze środkowych filarów, na którym wspierała się galeria zamkowa, odbijała łódka. Siedział w niej chyba Filip, mogłem się tego tylko domyślać, bo mimo blasku reflektorów odległość była zbyt duża, aby rozróżnić rysy twarzy.
Filip zorientował się, że jest widoczny w blasku reflektorów, chwycił za wiosła i zaczął nimi gorączkowo pracować. Czy odgadł, że to Pigeon zastawił na niego pułapkę? Ale komisarz przewidział podobną sytuację. Przy drugim brzegu cumowała łódź z motorem, w której siedzieli policjanci. Usłyszeliśmy warkot uruchamianego silnika. Łódź motorowa odbiła od brzegu i ostro ruszyła w kierunku łodzi Filipa.
(…)
Nagle stało się coś dziwnego, a zarazem zabawnego. Rzeka była bogata w mielizny i piaszczyste łachy. I oto łódź motorowa policjantów nagle zaryła dziobem w jakąś płyciznę. Utknęła w miejscu tak raptownie, że policjanci omal nie powypadali za burtę. Filip jeszcze szybciej jął poruszać wiosłami i zniknął w mroku nocy. Czy na długo? Oto policjanci już ściągali łódź z mielizny. Za kilka minut dobiją do wyspy i znajdą na niej Filipa.
Teraz zdecydowałem się.
— Siadaj do wozu — rozkazałem dziewczynce.
A gdy posłusznie wykonała moje polecenie, uruchomiłem silnik i wjechałem samochodem do rzeki…


13. Chambord i trzy pytania
Zadałem pierwsze pytanie:
— A kim był ten człowiek, który pierwszy zwrócił uwagę, że obraz jest falsyfikatem?
— Nie pamiętam jego nazwiska — odparł kustosz. — Zdaje mi się, że był to jakiś cudzoziemiec. W każdym razie należał chyba do wielkich znawców Watteau, skoro przy powierzchownych oględzinach obraz wydał mu się zręczną kopią.
Drugie pytanie:
— Czy osobiście odwiózł pan obraz Watteau do ekspertyzy w Luwrze?
I odpowiedź kustosza:
— Tak. Własnym samochodem. Ale w asyście strażnika.
Nastąpiło teraz trzecie moje pytanie. Gdy je zadawałem, spostrzegłem, że na łysej czaszce komisarza pokazały się drobne kropelki potu. Komisarz trwał w wielkim napięciu nerwowym. Odniosłem wrażenie, że już otwierał usta i zrobił ruch ręką, aby wtrącić się do naszej rozmowy i zadać kustoszowi pytanie, lecz ja go uprzedziłem.
— Czy po drodze, panie kustoszu, nie miał pan jakiegoś wypadku samochodowego?
W tym momencie spostrzegłem zdumione twarze Yvonne i Roberta. Mnie zaś leciutko drgnęły kolana, co znaczyło, że podobnie jak komisarz znajduję się w stanie silnego napięcia nerwowego.
— Nie. Nie miałem żadnego wypadku — odrzekł zdziwiony kustosz.
— Naprawdę żadnego? — tym razem wtrącił się komisarz. — Nie zapchał się panu gaźnik, nie przebiła się dętka w kole?
— Ach, o to panu chodzi? — uśmiechnął się kustosz. — Owszem. Nawaliły hamulce w moim wozie i musiałem skorzystać z pojazdu pomocy drogowej.
Zerwałem się z krzesła, skoczyłem do biurka kustosza i chwyciłem słuchawkę telefonu.
— Panie komisarzu — powiedziałem z trudem, bo czułem, że coś ściska za gardło. — Trzeba zadzwonić do Amboise i Angers. Jeśli i tamtejsi kustosze mieli po drodze podobne kłopoty...
Komisarz podszedł do biurka i wyjął mi z rąk słuchawkę.
— Nie trzeba dzwonić — rzekł. — Ja wiem, że oni też mieli kłopoty, jadąc z obrazem do Luwru.
(…)
— Jak to, nie zostały skradzione? — zdumiał się kustosz. — Przecież ten Watteau, który u mnie wisiał, został zamieniony na kopię. Czy to nie jest równoznaczne z kradzieżą?
— Ależ tak, drogi panie — kiwnął głową komisarz. — Obraz Watteau został skradziony. Tylko nie z
zamku. Stało się to w drodze do Luwru...
— Przecież ja do Luwru wiozłem falsyfikat! — zawołał kustosz.
— Nie, proszę pana — tym razem ja zabrałem głos. — Wiózł pan oryginał, o którym pan myślał, że jest falsyfikatem. A oryginał stał się falsyfikatem dopiero w drodze do Paryża.
Teraz również Yvonne pojęła, na czym polega metoda Fantomasa.
— Pan Durant! — zawołała przerażona. — Pan Durant będzie dziś wiózł obraz Van Gogha do Luwru.


14. Starcie z pomocą drogową
Pomoc drogowa zdawała się tylko czekać na nasz znak. Żółty furgonik zjechał na krawędź szosy i zatrzymał się tuż przy alpine renault. Wyskoczyło z niego dwóch młodych mężczyzn w wybrudzonych smarami kombinezonach. Twarze też mieli brudne, jak gdyby przed chwilą leżeli pod najbrudniejszymi wozami świata. Dla mnie było oczywiste, dlaczego tak się usmarowali. Gdybyśmy musieli opisać policji ich wygląd, nie potrafilibyśmy tego zrobić.
(…)
W tym miejscu od szosy odchodziła w bok leśna droga. Nieświadomi niebezpieczeństwa umorusańcy, zapewne upojeni sukcesem, zdecydowali się na „skok”. Nagle szarpnęli furgonetką tak mocno, że przerwał się hol. Odjechali, a wóz ciotki Eveline i mój wehikuł pozostały na szosie.
— Caramba, porca miseria! — wrzasnęła ciotka Eveline wychylając głowę przez okno swojego wozu. — Co oni zrobili? Hej, panowie, zatrzymajcie się!
Oni jednak udawali, że nie zauważyli zerwania się holu, i jechali dalej. Potem raptownie skręcili w leśną drogę.
Wyskoczyłem z wehikułu i odczepiłem hol między moim samochodem a ciotki Eveline.
— Uciekają z obrazem Van Gogha! — krzyknąłem do Yvonne i Roberta.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce. Mój silnik natychmiast nabrał obrotów.
— To on nie był zepsuty? — zdumiała się dziewczynka.
— Oczywiście że nie! — odkrzyknąłem, ostro ruszając z miejsca. W przelocie widziałem zdumioną minę pana Duranta, niepokój na twarzy Robinoux…


15. Zabawa kolejkami
Baron przekręcił kontakt elektryczny i aż zaniemówiłem z zachwytu.
Obydwie salki wypełniała niemal całkowicie zbudowana o metr nad podłogą ogromna mapa plastyczna jakiejś okolicy. Z masy plastycznej zrobiono pagórki, doliny, góry, rzeki. Okolicę pokrywały lasy, gdzieniegdzie lśniły jeziora wykonane z luster. Wszędzie rozciągnięto setki metrów maluteńkich szyn. Widziałem wiadukty, mosty, tunele podziemne i oczywiście dwie ogromne stacje kolejowe, na których stały dziesiątki pociągów. Na dwóch końcach mapy plastycznej znajdowały się pulpity do sterowania pociągami.
— Ja będę puszczał pociągi w pana kierunku, a pan w moim — objaśnił baron. — Zabawa polega na tym, aby pan przyjmował moje pociągi i kierował je na wolne tory i bocznice oraz puszczał pociągi w moim kierunku. Za spowodowanie katastrofy każdy z nas wpłaca do tej skarbonki jednego franka. Czy przystaje pan na te warunki?
— Oczywiście — zgodziłem się. — Tylko muszę nauczyć się manipulować zwrotnicami.
Baron dość długo mi objaśniał, jak należy sterować pociągami za pomocą pokręteł na pulpicie. Lokomotywy miały elektryczne silniczki, szyny były przewodami, po których biegł prąd. Poszczególne odcinki szyn miały specjalne podłączenia sprzężone z pokrętłami. Wystarczyło na jednym z odcinków wyłączyć prąd albo zmniejszyć jego napięcie, a pociąg stawał albo zwalniał. Podobnie zdalnie sterowane były zwrotnice. Opanowanie tego skomplikowanego systemu wymagało sporo czasu i zapłaciłem chyba z pięć franków kary, zanim jako tako nauczyłem się obsługiwać swoją stację i wysyłać pociągi w kierunku barona. Z jego stacji co pół minuty, albo i częściej, wybiegał w moim kierunku jakiś pociąg. Z trudem nadążałem z lokowaniem ich na bocznicach lub znajdowaniem wolnych torów, po których odsyłałem je w stronę przeciwnika.
Była to wspaniała zabawa. Malutkie pociągi z cichym szmerem biegły po setkach metrów torów, znikały w tunelach, mknęły po wiaduktach i mostach, wiły się wśród lasów, omijały pagórki. Mieliśmy do dyspozycji pociągi osobowe, towarowe, cysterny z paliwem, lory z drewnem. Jednym słowem, wszystko urządzone było tak, jak na prawdziwych torach kolejowych i na prawdziwych stacjach.
Wkrótce i baron dwukrotnie zapłacił karę za spowodowanie zderzenia ekspresów. Zażądałem od barona, aby uiścił podwójną karę, ponieważ do zderzenia doszło w miejscu niezwykle niebezpiecznym, a mianowicie na wysokim wiadukcie. Lokomotywy i wagony spadły z szyn i zsunęły się po nasypie na lustrzaną taflę rzeki. Była to więc katastrofa na wielką skalę.
I właśnie gdy usuwaliśmy skutki katastrofy i stawialiśmy lokomotywy i wagony na torach,
otworzyły się nagle drzwi do podziemi i stanęła w nich madame Eveline.
— O Boże... — szepnął skonfundowany baron de Saint-Gatien.
Ale ciotka Eveline nie wyglądała na zdumioną czy zaskoczoną widokiem miniaturowych kolejek.
— Panie Samochodzik — zwróciła się do mnie z wyrzutem. — Pan, zdaje się, zapomniał, że jesteśmy umówieni z Pigeonem?
— Ach, tak... Rzeczywiście — spojrzałem na zegarek i porzuciłem pulpit sterowniczy.
Baron bacznie spojrzał na swoją siostrę.
— Eveline — rzekł. — Coś mi się wydaje, że ty już kiedyś oglądałaś te kolejki?
— Caramba, porca miseria! — zawołała stara dama. — Naprawdę sądziłeś, że w tym zamku coś się przede mną ukryje? Ale co do mnie, to wolę szybkie samochody od najszybszych kolejek elektrycznych.



16. Ciotka Eveline ujarzmia wehikuł
Ponaglany przez ciotkę Eveline, posłusznie przesiadłem się na miejsce obok kierowcy, jej pozostawiając kierownicę i wszystkie pedały wozu.
— Już ja go ujarzmię — mruczała madame Eveline, zapalając papierosa i umieszczając go zawadiacko w lewym kąciku ust. Swój podobny do strzechy kapelusz zsunęła na plecy. Wyglądała jak kowboj, który wkroczył do corralu, aby dosiąść dzikiego mustanga.
— Tutaj jest pierwszy bieg — usiłowałem poinformować ciotkę Eveline, lecz ona tylko gniewnie
machnęła ręką.
— Caramba, porca miseria! — zawołała. — Kogo pan chce uczyć? Mnie? Spowodowałam sto czterdzieści pięć kraks samochodowych. Już ja wiem, gdzie jest w samochodzie sprzęgło, gaz i biegi. Nie takimi wozami jeździłam, Panie Samochodzik.
Wcisnęła nogą pedał sprzęgła, przekręciła kluczyk w stacyjce, poruszyła rączką biegów. Potem puściła wolno sprzęgło, równocześnie przyciskając pedał gazu. Silnik zawył straszliwie, wehikuł jednak ani drgnął.
— Co się dzieje, caramba, porca miseria? — zdumiała się madame Eveline. — Czy u pana biegi są
zepsute?
— Nie, proszę pani — odparłem. — Wszystko działa bez zarzutu, tylko że uruchomiła pani śrubę napędową. Gdybyśmy teraz znajdowali się na środku rzeki, bardzo szybko popłynęlibyśmy do brzegu.
(…)
Już z mniejszą pewnością siebie zasiadła znowu za kierownicą. Wyłączyłem śrubę napędową, wskazałem jej rączkę przekładni skrzyni biegów przeznaczonej do napędu kół samochodowych.
Wolniutko ruszyliśmy z miejsca. Ale po chwili madame Eveline usiłowała wrzucić drugi bieg. A ponieważ naprzeciw biegu drugiego był u mnie bieg szósty, który należało włączyć dopiero przy dużej prędkości, oczywiście wehikułem tylko rzuciło do przodu i silnik zgasł.
— Co znowu, caramba, porca miseria? — denerwowała się madame Eveline.
— Wrzuciła pani najwyższy bieg. Motor nie miał siły, aby poruszyć kołami.
— A gdzie jest drugi bieg?
Wskazałem jej.
— Aha, tutaj? Rozumień. A trzeci?
— W tym miejscu.
— Aha, rozumiem. Czwarty pewnie jest tutaj, prawda?
— Nie, madame. Tu jest piąty.
— Rozumiem. A tu czwarty, prawda?
— Nie, madame, pani już zapomniała. Tu jest właśnie pierwszy bieg…



17. Z wizytą u Marchanda
Marchant wyjechał na fotelu z ogrodu i skierował się ku starej baszcie obronnej, którą chciał mi pokazać nieco dokładniej. Gdy mijaliśmy bramę wjazdową, zobaczyliśmy wózek z osiołkiem stojący obok budynku gospodarczego. Deszcz przestał właśnie padać, więc dziewczynka, która popędzała osiołka, zrzuciła z siebie brezentową płachtę.
— Yvonne? — wyrwało się ciotce Eveline. — Caramba, porca miseria, co ta dziewczyna tu robi?
W tym momencie chwyciłem kościstą rękę starszej pani i ścisnąłem ją tak mocno, że niemal krzyknęła z bólu.
— Yvonne? — zainteresował się Marchant i rozejrzał się na wszystkie strony. — O kim pani mówi, madame?
Ciotka Eveline chyba zrozumiała mój silny uścisk, bo zaczęła dość mętnie wyjaśniać:
— Ach, to nic ważnego, proszę pana. Przypomniałam sobie o mojej bratanicy. Ta dziewczyna nigdy mnie nie słucha i korzystając z mojej nieobecności może zechce przejechać się moim wozem. A to bardzo szybki samochód.
— Sądziłem, że pani samochód jest zepsuty — odparł pan Marchant. — Tak pisali w gazetach — dodał.
— Już go naprawiono — skłamała ciotka Eveline.
(…)
Nie dałem jednak nic po sobie poznać i okazywałem ogromne zainteresowanie potężną, starą basztą.W ścianie donżonu wykuto drzwi. Były otwarte na oścież, wewnątrz pracowała grupka robotników.
(…) madame Eveline już przedzierała się przez sterty gruzu i desek do widocznego w kamiennej posadzce dużego otworu ze schodami w dół. Nagle stanęła jak wryta.
— Pigeon? Caramba, porca miseria, czyżbym miała halucynacje? — mruknęła dość głośno.
Jej spojrzenie skierowane było na robotnika zajętego zamurowywaniem przewodów elektrycznych w ścianie. Ubranie robocze tego człowieka było bardziej niż innych pochlapane wapnem i uwijał się przy robocie gorliwiej niż pozostali…


18. Narada gospodzie „Pod trzema psami”
Mimo ciepłej pory właściciel gospody rozpalił ogień w kominku. Pigeon w swoim murarskim stroju siedział odwrócony do nas plecami, wpatrując się w chybotliwy blask płomieni. Dopiero gdy stanęliśmy obok i chrząknąłem na przywitanie, odwrócił głowę.
Na widok madame Eveline trochę się zdziwił.
— Madame — powiedział, śmiesznie poruszając wąsikami — czy nie lepiej było zostać w zamku? Bardzo sobie cenię pani udział w walce z Fantomasem, obawiam się jednak, że nie wyszedł na korzyść sprawie.
— Caramba, porca miseria, ma pan na myśli Robinoux? — zapytała stara dama. — Przyznaję, że to był głupi pomysł. Ale kto mógł przypuszczać, że on jest pomocnikiem Fantomasa? Coś mi się widzi, że szykujesię tu jakaś znakomita historia, znacznie bardziej emocjonująca niż wyścigi samochodowe. Zdecydowałamsię wziąć w niej udział.
To mówiąc ciotka Eveline stuknęła się dłonią w blaszany hełm, który miała na głowie. Bo trzeba nadmienić, że wybierając się na spotkanie z Pigeonem i oczekując jakichś niezwykłych wydarzeń, tym razem zrezygnowała z kapelusza, a na głowę wdziała stary hełm rycerski, zapewne znaleziony w rupieciarni
zamkowej.
(…)
— Madame, to niebezpieczna zabawa. Rozumiem, że pani chce wziąć w niej udział. Ale czemu wciągnęłapani w sprawę tę młodą panienkę i chłopaka?
— Yvonne i Roberta?
— A tak. Przyjechali tu na rowerach przed pół godziną i oświadczyli, że to oni mają największe prawa do schwytania Fantomasa. Tak jakby Fantomas był jakimś rzadkim, okazem motyla, którego można złapać w siatkę. A szczególnie ta panienka miała pretensję, że wchodzę jej w paradę.
— Tak, tak, właśnie taka jest nasza Yvonne — z prawdziwą dumą przytaknęła ciotka Eveline.
— Madame, to chyba pani powiedziała jej o naszym tu spotkaniu — z pretensją rzekł detektyw.
Stara dama wzruszyła ramionami.
— Yvonne zapytała mnie, o której mamy się spotkać z panem Pigeonem. Więc myślałam, że ona wie o tym spotkaniu. Wymieniłam miejsce i godzinę spotkania. Czy pan sądzi, że ona mnie nabrała? …



19. Tomasz i Pigeon atakują Orle Gniazdo
Gaspard Pigeon niemal po omacku odszukał na murze donżonu grubą linę z węzłami zwisającą z góry, z niewidocznego dla nas małego okienka. Potem mocno nią szarpnął raz i drugi, aby upewnić się, czy jest dobrze przywiązana i czy utrzyma ciężar ludzkiego ciała.
— No i co? Wspinamy się? — spytał mnie szeptem, zawieszając na szyi latarkę elektryczną.
— Tak — mruknąłem.
Wyznaję, że Pigeon zaimponował mi. Był pyszałkiem i zarozumialcem, lecz nie brakowało mu odwagi. Może wizja ogromnej fortuny, którą ofiarowywano za schwytanie Mózgu, dodawała mu odwagi? Jakie by jednak nie kierowały nim motywy, okazał się bardzo śmiały. Uzbrojony w latarkę elektryczną szedł „w paszczę lwa”.
— Czy umie pani gwizdać, madame? — zwrócił się do ciotki Eveline. — Gdyby pani dostrzegła grożące niebezpieczeństwo, należy nas jakoś uprzedzić.
— Gwizdać? Caramba, porca miseria, naturalnie że umiem gwizdać. Jak paryski ulicznik — to mówiąc ciotka Eveline włożyła dwa palce do ust i już zamierzała dmuchnąć z całej siły, lecz Pigeon chwycił ja za rękę.
— Nie teraz, madame. Tylko w wypadku niebezpieczeństwa.
— No, dobra, właźcie już na górę, bo tracę cierpliwość — odrzekła poprawiając na głowie swój stary hełm.
(…)
Dopisywało nam szczęście. Drzwi willi mauretańskiej otworzyły się i sprężystym krokiem wyszedł z niej... Marchant. Rzecz jasna, obywał się doskonale bez inwalidzkiego fotela. Marchantowi towarzyszył nosacz i jakiś wysoki, chudy mężczyzna.
— A to łajdak! — mruknął Pigeon.
Teraz i ja rozpoznałem chudego mężczyznę. Był nim Robinoux. Usłyszeliśmy głos Marchanta, który
mówił do grubasa i gangstera z trzcinką:
— Jestem przekonany, że najdalej jutro zechce tutaj wtargnąć policja. Podobno w pobliżu gospody widziano samochód Pigeona. Ta dzisiejsza wizyta Samochodzika też nie jest bez przyczyny. Najlepiej zrobimy ulatniając się stąd na jakiś czas.
Robinoux zapytał Marchanta:
— A co z Samochodzikiem, bosie? Czy zostawimy go bez żadnej nauczki? To przecież przez niego nie mogliśmy zabrać obrazu Van Gogha. On pokrzyżował wszystkie nasze plany.
— Tak, tak, szefie. Trzeba mu dać nauczkę — zawołali niemal chórem.
— Pigeona też trzeba by załatwić — dorzucił Robinoux. — Ten stary dureń strasznie mi grał na nerwach. Marchant rzekł z dumą:
— Spokojnie, chłopcy. Wasz szef pomyślał i o tym. Pigeon i Samochodzik to ludzie wścibscy i ciekawi, a na takich prędzej czy później znajdzie się sposób. Teraz nie zaprzątajcie sobie tym głowy, weźcie się za robotę.
Wyjął z kieszeni dużą kopertę i podał ją grubasowi.
— Schowaj ją na dnie skrzynki. Nikt nie ma prawa znaleźć jej przy którymś z nas. Gdyby coś nam groziło trzeba tę kopertę zniszczyć zrozumiano?
— No pewnie, szefie — kiwnął głową grubas. — W tej kopercie kryje się nasza największa tajemnica.
— A teraz chodźcie po resztę obrazów — rozkazał Marchant.
Grubas położył kopertę na dnie skrzyni i całą gromadą udali się do willi.
Pigeon trącił mnie łokciem.
— Słyszał pan? Musimy zdobyć tę kopertę. Kryje się w niej ich największa tajemnica…


20. Ucieczka Marchanta przebranego za Pigeona
Willa okazała się pusta. Natomiast w podziemiach donżonu. za żelazna kratą, miotał się Pigeon.
— Wypuśćcie mnie! Na litość boską wypuśćcie mnie! — błagalnie krzyknął na nasz widok bohaterski detektyw Agencji Ubezpieczeniowej.
— Gdzie jest Marchant? — zawołał komisarz. — Czy nie wie pan, dokąd zwiał ten łajdak?
— Wypuśćcie mnie! — wołał Pigeon. — Domyślam się, gdzie on się ukrył. Ale najpierw musicie mnie wypuścić, to wam wszystko powiem. Ja tu nie chce być ani chwili dłużej. Tu są szczury! Chciały mnie pożreć.
Któryś z policjantów miał przy sobie pęk uniwersalnych kluczy i z ich pomocą uporał się z potężna kłódka, zamykająca kratę lochu. Zataczając się jak pijany, Pigeon wybiegł na dziedziniec.
— O Boże — jęknął. — W tym lochu szczury są wielkie jak koty!
— Gdzie jest Marchant! — niecierpliwił się komisarz. Pigeon wskazał szczyt baszty.
— Tam. Widziałem go, jak tam uciekał. Na górę. Zapewne chce skorzystać z mojej liny i spuścić się z okna.
— Nie ucieknie — mruknął radośnie komisarz. — Pod basztą są moi ludzie.
Rzuciliśmy się wszyscy na schody w donżonie. Pierwszy biegł komisarz, ja sadziłem za nim, a za nami tłoczyli się policjanci, wśród których byli ciotka Eveline, Yvonne i Robert. Każdy chciał być świadkiem schwytania Fantomasa. Potykaliśmy się na kupach gruzu pozostawionego na schodach, przewracaliśmy się o kawałki desek, lecz biegliśmy wytrwale. Widok złoczyńcy miał nam wynagrodzić wszystkie trudy.
Oto zobaczyłem podest i okno z liną, zwisającą po drugiej stronie. To tędy dostałem się do zamku wraz z Pigeonem. I tędy uciekłem, gdy go schwytano.
Komisarz wsadził głowę w małe okienko i wychyliwszy się krzyknął:
— Nie próbował tędy uciekać?
— Nie, panie komisarzu! — odkrzyknął z dołu policjant.
— A więc musi być na górze — stwierdził komisarz.
Tylko kilkanaście stopni dzieliło nas od wejścia na okrągłą platformę, stanowiącą zarazem dach donżonu. Świecąc latarkami, popędziliśmy na górę.
Na dachu ujrzałem człowieka. Ktoś odwrócony do nas plecami siedział nieruchomo na krześle.
— Ręce do góry! Poddaj się, Marchant! — krzyknął komisarz. Osobnik na krześle poruszył się niemrawo.
Zobaczyliśmy, że jest przywiązany do oparcia, a usta ma zakneblowane.
— Kto to? Kto to? — powtarzał zdumiony komisarz.
A był to Pigeon. Prawdziwy Pigeon.
Pierre Marchant, ucharakteryzowany na Pigeona, przeszedł swobodnie przez kordon policji i przepadł w ciemnościach nocy. Komisarz policji wykrzykiwał coś o tym, że zapewne zdołają go schwytać, bo chyba nie uciekł daleko. Ale ja już w to nie wierzyłem. Nie bez kozery Marchant nazywał siebie Fantomasem.
_________________
Ostatnio zmieniony przez Szara Sowa 2017-01-04, 08:46, w całości zmieniany 5 razy  
 
 
Kustosz 
Maniak Samochodzika



Pomógł: 4 razy
Dołączył: 22 Lut 2010
Posty: 5170
Wysłany: 2016-12-24, 01:54:39   

Berta to jednak solidna firma. Zamiast pierogi kleić, wkleja sceny z "Fantomasa", jak obiecała:)

Wesołych Świąt!
_________________
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-12-24, 14:17:54   

Może się tak nie spieszmy z tymi scenami, mamy czas!
_________________
 
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2016-12-24, 15:29:37   

Kustosz napisał/a:
Berta to jednak solidna firma. Zamiast pierogi kleić, wkleja sceny z "Fantomasa", jak obiecała:)

Wesołych Świąt!

Wesołych!
Nie rozumiem czemu to "jednak". ;-)
_________________
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Vice Przewod. Kapituły Samochodzikowa Książka Roku



Pomógł: 24 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 3752
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2016-12-28, 09:06:17   

0.2. Światło i dźwięk. Nieuchwytny Fantomas. (prolog)

Promienie trzech silnych reflektorów wydobyły z ciemności szeroko rozlaną rzekę. Ukazał się srebrny nurt, spływający pod czarne luki kamiennych przęseł. Potem zapalił się reflektor po drugiej stronie rzeki i oświetlił długą sylwetkę galerii. Później trzy reflektory zainstalowane w parku wyłuskały z ciemności wieżyczki na zamku i dwa zwodzone mosty.
W nocnej ciszy rozległ się cichy, jakby płynący z oddali tętent kopyt końskich i turkot kół niewidzialnej karocy. Tętent narastał, jakby zbliżał się. Potem zmienił się jego ton — to niewidzialna karoca wjechała na most zwodzony.
Dziewczynce wystarczyło przymknąć oczy, aby wyobrazić sobie, że oto powraca do swej siedziby królewska faworyta, Diana de Poitiers. Albo że przybywa tutaj Franciszek I czy Maria Stuart, tak jak to opisano w kronikach historycznych Francji. A czyż nie wspanialszy był wjazd Karola IX?
Robert przyciśnie za chwilę zielony i żółty guziczek na pulpicie, z głośników popłynie rzewna melodia. A nieco później rozlegną się wesołe głosy niewidzialnych biesiadników. Rozpocznie się królewskie przyjęcie, jedno z najwspanialszych, jakie pamięta historia. Wydał je tutaj, na zamku Henryk III, a kosztowało go ono sto tysięcy liwrów. Najpiękniejsze damy dworu z rozpuszczonymi włosami usługiwały gościom razem z córkami królowej, Katarzyny Medycejskiej...
Tak, ongiś głośno było o tym zamku.
(...)
— Uwaga, Yvonne! — krzyknął Robert. — Za piętnaście sekund włącz reflektor na prawej wieżyczce.
Dziewczynka ocknęła się z marzeń. Turystom należało się efektowne zakończenie widowiska. Mnóstwo jest bowiem pięknych zamków w dolinie Loary, a pięćdziesiąt z nich posiada iluminację świetlną, połączoną z muzyką. Jeśli chciało się do leżącego nieco na uboczu Zamku Sześciu Dam ściągnąć wycieczki, widowisko musiało być rzeczywiście wspaniałe.
Włączyła reflektor na prawej wieżyczce. Potem na lewej. Strugi światła rozjaśniły park i ogród Diany de Poitiers, osrebrzyły wody rzeki i kanału opływającego stary donżon.
Z głośników spłynęły łagodne dźwięki menueta...
I raptem...
Taniec został przerwany. Głośniki zamilkły.
Czyżby zepsuło się coś w aparaturze dźwiękowej?
Robert i Yvonne rzucili się do magnetofonu. Tarcza z taśmą obracała się wolno.
Ale głośniki milczały.
— Do licha! I to na samym końcu — burknął Robert. — Gotowi zażądać zwrotu pieniędzy.
W głośnikach coś zachrypiało. A potem rozległ się donośny głos:
„Mówi Fantomas. Uwaga! Mówi Fantomas! Jeśli nie otrzymam okupu, za miesiąc zginie obraz Renoira. Jeszcze raz przypominam: za miesiąc zginie Plaża Renoira!”
Nastała cisza. A po chwili, jak gdyby nic się nie stało, zabrzmiał znowu rytm menueta.
— Słyszałeś? — Yvonne chwyciła Roberta za ramię.
— Jak mogłem nie słyszeć? Wydzierał się na cały park.
— Ale gdzie on się włączył? Gdzie on jest? — pytała rozgorączkowana dziewczynka.
— Przewody biegną po całym parku. Chodźmy go szukać. Trzeba go schwytać, zawiadomić policję! — zawołała.
Chłopiec wzruszył ramionami. I wskazał obracające się wolno talerze magnetofonu.
— On jest tutaj.
— Gdzie? — nie rozumiała.
— Na naszej taśmie z muzyką. Wkleił do niej kawałek taśmy z nagraniem swego głosu.
— Jakim sposobem? Przecież aparatura jest cały dzień zamknięta.
— Nie wiem, kiedy to zrobił — zastanawiał się chłopiec. — Myślę jednak, że stało się to przed dwiema godzinami. Pamiętasz, że trzynasty głośnik trochę chrypiał? Ojciec wezwał specjalistę z Tours. Był tu przed dwiema godzinami. Głośnik naprawił. I tu, do aparatury też zaglądał.
— Pozwoliłeś mu tutaj zostać samemu?
— Przecież nie wiedziałem, że to jest on? A zresztą, wysłał mnie pod głośnik do parku, żebym sprawdził, czy już nie chrypi. Wtedy mógł wkleić kawałek taśmy. W dowolnym miejscu, rozumiesz?
Do pomieszczenia w donżonie wpadł ojciec Roberta, kustosz, pan Durant.
— Co to było? Co to ma znaczyć? — wołał wzburzony. — Czy wy stroicie sobie głupie żarty?
Dziewczynka wskazała magnetofon.
— To był głos złodzieja, proszę pana. Wklejono jego słowa na taśmę z podkładem muzycznym.
Kustosz zbliżył się do magnetofonu. Ale taśma wciąż jeszcze przesuwała się na talerzach. Widowisko kończyło się dopiero za pięć minut.
— A więc to taaak... — mruknął.
— Fantomas! — prychnęła pogardliwie dziewczynka. — To bardzo głupio wybierać sobie taki przydomek, prawda?
Chłopiec zaprzeczył:
— To nie jest głupiec. I przekonasz się, Yvonne, że jeśli baron nie zapłaci okupu, to on naprawdę skradnie obraz Renoira.
Kustosz wybiegł na taras, aby po zakończeniu widowiska przeprosić turystów za dziwny głos, który usłyszeli.
Ale to było zupełnie zbyteczne.
— Złodziej, który wam grozi? Fantomas, który uprzedza o kradzieży? — sceptycznie odniósł się do tej sprawy jakiś gruby Amerykanin.
— Nie bujajcie nas. Znamy się na reklamie. To taki wasz nowy trick, żeby ściągnąć turystów.
To mówiąc wypluł gumę do żucia pod zwodzony most na kanale.


--

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 39 razy
Wiek: 50
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 29813
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-12-28, 10:49:10   

To i ja coś dodam:

Nieudane włamanie do wehikułu:
Nagle drgnąłem. Głośny ryk rozdarł ciszę i głośnym echem odbił się w grocie. Po czym powtórzył się kilkakrotnie. Mogłoby się wydawać, że jakiś okropny potwór znalazł się na drodze obok naszego wzgórza i stwierdziwszy, że do jego jaskini przyszli intruzi, wściekłym rykiem usiłował ich stąd wypędzić.
— Co to takiego? — przeraził się pan Pigeon. Wypadliśmy z jaskini w ostre promienie słońca.
— To nic. To tylko mój samochód. Ktoś się do niego dobiera — zawołałem zbiegając po stoku wzgórza. A za mną, śmiesznie podskakując, pędził pan Gaspard.
Szosę, która wiła się w dole, zasłaniał mi stromy stok. Swój wehikuł zobaczyłem dopiero wtedy, gdy znalazłem się w połowie pagórka. Klakson wciąż wył, a koło samochodu kręciło się dwóch mężczyzn w motocyklowych kaskach. Oczywiste było, że usiłowali otworzyć drzwiczki i zapuścić silnik. Ryk syreny zaskoczył ich, teraz próbowali znaleźć mechanizm sygnalizacyjny i unieruchomić go. Nagle jeden z nich zauważył mnie, zbiegającego ze wzgórza. Trącił w ramię drugiego złodziejaszka i obydwaj błyskawicznie wskoczyli na motocykl, który — dopiero teraz to zauważyłem — stał przed wehikułem. Silnik motocykla przez cały czas pracował na wolnych obrotach, by w każdej chwili mogli odjechać.
A wehikuł, gdy tylko przestano manipulować przy zamku w drzwiczkach, natychmiast zamilkł. Wóz stał cichy i niemy na szosie, jakby przed chwilą nic się tu nie działo.
„Poczciwy brzydal” — pomyślałem o nim z uznaniem. A potem z jeszcze większą sympatią wspomniałem mojego wujka Gromiłłę, który zbudował ten wehikuł i wyposażył go w najróżniejsze mechanizmy. Zbiegłem na dół, a za mną, po dłuższej chwili, znalazł się na szosie również pan Gaspard. Biegł wolniej ode mnie, nie mógł więc widzieć motocyklistów, kręcących się koło mojego wozu. Co najwyżej słyszał warkot motocykla, gdy dawali drapaka.
— Co się stało? — zapytał zdyszany i spocony. — Czemu pan leciał jak oszalały? O mało ducha nie wyzionąłem. Myślałem, że stało się coś strasznego.
— Usiłowano ukraść mój samochód — wyjaśniłem.
— Co też pan mówi! Przecież tu nikogo nie ma!
— Dwaj motocykliści. Nie słyszał pan warkotu ich motoru? Uciekli, gdy wehikuł zaczął mnie wołać na pomoc.
Pan Pigeon odetchnął głęboko. Potem starannie otarł chusteczką spocone czoło.
— Czy panu nie jest za gorąco? — zapytał uprzejmie. — Przecież nie będzie pan usiłował mi
wmawiać, że to wył pana samochód? Najwyraźniej słyszałem ryk osła.
— To był klakson mojego wehikułu.
— Nie do wiary. Czyżby trzymał pan osła pod maską swojego wozu? Przecież potrafię odróżnić ryk osła od sygnału samochodowego.
— Mój sygnał dźwiękowy może nie brzmi najpiękniej — stwierdziłem — ale za to jest bardzo donośny.
— Rozumiem — pokiwał głową — i gotów jestem w to uwierzyć. Ale chyba nie będzie usiłował mi pan wmówić, że wehikuł wołał pana na pomoc. Różne rzeczy widziałem na tym świecie i nawet wydaje mi się prawdopodobne, że ktoś trzyma osła pod maską samochodu. Ale żeby jeszcze do tego miał tam czujnego psa, który w krytycznym momencie gryzie osła w ogon i każe mu głośno ryczeć, w to już nie uwierzę, drogi panie.
Wyjąłem z kieszeni scyzoryk, otworzyłem go i podałem panu Pigeonowi.
— Proszę bardzo. Niech pan spróbuje włożyć ostrze w zamek przy drzwiach mego wozu.
— Po co?
— Proszę, sobie wyobrazić, że jest pan złodziejem, który chce ukraść mój samochód.
Detektyw wziął ode mnie scyzoryk i włożył go w zamek. Syrena natychmiast zawyła tak przeraźliwie, że pan Pigeon odskoczył jak oparzony.
— O Boże! Pan mówił prawdę. To jakaś piekielna machina. Można dostać zawału serca, gdy niespodziewanie zawyje.


Zabawa kolejkami:
Baron przekręcił kontakt elektryczny i aż zaniemówiłem z zachwytu.
Obydwie salki wypełniała niemal całkowicie zbudowana o metr nad podłogą ogromna mapa plastyczna jakiejś okolicy. Z masy plastycznej zrobiono pagórki, doliny, góry, rzeki. Okolicę pokrywały lasy, gdzieniegdzie lśniły jeziora wykonane z luster. Wszędzie rozciągnięto setki metrów maluteńkich szyn. Widziałem wiadukty, mosty, tunele podziemne i oczywiście dwie ogromne stacje kolejowe, na których stały dziesiątki pociągów. Na dwóch końcach mapy plastycznej znajdowały się pulpity do sterowania pociągami.
— Ja będę puszczał pociągi w pana kierunku, a pan w moim — objaśnił baron. — Zabawa polega na tym, aby pan przyjmował moje pociągi i kierował je na wolne tory i bocznice oraz puszczał pociągi w moim kierunku. Za spowodowanie katastrofy każdy z nas wpłaca do tej skarbonki jednego franka. Czy przystaje pan na te warunki?
— Oczywiście — zgodziłem się. — Tylko muszę nauczyć się manipulować zwrotnicami.
Baron dość długo mi objaśniał, jak należy sterować pociągami za pomocą pokręteł na pulpicie. Lokomotywy miały elektryczne silniczki, szyny były przewodami, po których biegł prąd. Poszczególne odcinki szyn miały specjalne podłączenia sprzężone z pokrętłami. Wystarczyło na jednym z odcinków wyłączyć prąd albo zmniejszyć jego napięcie, a pociąg stawał albo zwalniał. Podobnie zdalnie sterowane były zwrotnice. Opanowanie tego skomplikowanego systemu wymagało sporo czasu i zapłaciłem chyba z pięć franków kary, zanim jako tako nauczyłem się obsługiwać swoją stację i wysyłać pociągi w kierunku barona. Z jego stacji co pół minuty, albo i częściej, wybiegał w moim kierunku jakiś pociąg. Z trudem nadążałem z lokowaniem ich na bocznicach lub znajdowaniem wolnych torów, po których odsyłałem je w stronę przeciwnika.
Była to wspaniała zabawa. Malutkie pociągi z cichym szmerem biegły po setkach metrów torów, znikały w tunelach, mknęły po wiaduktach i mostach, wiły się wśród lasów, omijały pagórki. Mieliśmy do dyspozycji pociągi osobowe, towarowe, cysterny z paliwem, lory z drewnem. Jednym słowem, wszystko urządzone było tak, jak na prawdziwych torach kolejowych i na prawdziwych stacjach.
Wkrótce i baron dwukrotnie zapłacił karę za spowodowanie zderzenia ekspresów. Zażądałem od barona, aby uiścił podwójną karę, ponieważ do zderzenia doszło w miejscu niezwykle niebezpiecznym, a mianowicie na wysokim wiadukcie. Lokomotywy i wagony spadły z szyn i zsunęły się po nasypie na lustrzaną taflę rzeki. Była to więc katastrofa na wielką skalę.
I właśnie gdy usuwaliśmy skutki katastrofy i stawialiśmy lokomotywy i wagony na torach,
otworzyły się nagle drzwi do podziemi i stanęła w nich madame Eveline.
— O Boże... — szepnął skonfundowany baron de Saint-Gatien.
Ale ciotka Eveline nie wyglądała na zdumioną czy zaskoczoną widokiem miniaturowych kolejek.
— Panie Samochodzik — zwróciła się do mnie z wyrzutem. — Pan, zdaje się, zapomniał, że jesteśmy umówieni z Pigeonem?
— Ach, tak... Rzeczywiście — spojrzałem na zegarek i porzuciłem pulpit sterowniczy.
Baron bacznie spojrzał na swoją siostrę.
— Eveline — rzekł. — Coś mi się wydaje, że ty już kiedyś oglądałaś te kolejki?
— Caramba, porca miseria! — zawołała stara dama. — Naprawdę sądziłeś, że w tym zamku coś się przede mną ukryje? Ale co do mnie, to wolę szybkie samochody od najszybszych kolejek elektrycznych.
_________________
 
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2016-12-28, 14:52:22   

Kynokephalos napisał/a:
0.2. Światło i dźwięk. Nieuchwytny Fantomas. (prolog)

Dzięki! Dziwiłam się, że nigdzie nie widzę tej sceny, a to było w prologu.
PDF, z którego korzystałam, zaczyna się - nie wiedzieć czemu - od pierwszego rozdziału... :okulary2:
_________________
Ostatnio zmieniony przez Berta von S. 2016-12-28, 14:53, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2016-12-29, 13:47:49   

Nie wiem, jak będę miała przez najbliższe dni z dostępem do internetu, więc na wszelki wypadek dopisywanie scen do Fantomasa przedłużam o 2 dni do północy 2.01.2017. :)
_________________
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-01-03, 14:47:50   

Wieczorem robię sondę, więc to już ostatnia szansa na zgłaszanie scen z Fantomasa. :)
_________________
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-01-04, 00:23:24   

Ankieta gotowa. Można głosować. :)
_________________
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-01-04, 18:09:36   

Fantomas w moim rankingu jest raczej bliżej końca. Postaci mniej interesujące niż w najlepszych Samochodzikach, dialogi nie tak zabawne jak w innych częściach. Ale jest w tej książce jeden naprawdę udany pomysł - Fantomas i jego brawurowe akcje, dlatego swój głos oddaję na:
1. Światło i dźwięk. Nieuchwytny Fantomas (ta scena zawsze działała na moją wyobraźnię)
5. Fałszywy Pigeon zwiewa helikopterem z Renoirem (świetny numer)
20. Ucieczka Marchanta przebranego za Pigeona (świetny numer)
14. Starcie z pomocą drogową (świetny numer + kontratak Tomasza)

No i bardzo lubię scenę, gdy kluczowe elementy wskakują na właściwe miejsce i udaje się rozszyfrować "metodę Fantomasa". :)
13. Chambord i trzy pytania
_________________
Ostatnio zmieniony przez Berta von S. 2017-01-04, 18:12, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Rólka 
Maniak Samochodzika
Szef forumowej sekcji rowerowej



Pomógł: 6 razy
Wiek: 47
Dołączył: 26 Maj 2015
Posty: 5666
Skąd: Mikołów

Wysłany: 2017-01-05, 18:47:56   

Uwielbiam frustrację ciotki Eveline, gdy chce opanować wehikuł!
_________________
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-01-05, 22:00:50   

Rólka napisał/a:
Uwielbiam frustrację ciotki Eveline, gdy chce opanować wehikuł!

A mnie ciotka Eveline wyjątkowo irytuje. :)
_________________
 
 
irycki 
Fanatyk Samochodzika
Pan Motocyklik



Pomógł: 9 razy
Wiek: 51
Dołączył: 13 Paź 2015
Posty: 2488
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2017-01-06, 10:37:24   

Berta von S. napisał/a:

A mnie ciotka Eveline wyjątkowo irytuje. :)


Ale jako osoba czy postać literacka? :)

Jako osoba, to się zgadzam, powiedzieć o niej "irytująca" to mało :D
Natomiast jako postać literacka jest świetna :)
_________________


Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
samozwańczy prezes Klubu Martologicznego
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-01-06, 12:42:39   

irycki napisał/a:
Berta von S. napisał/a:

A mnie ciotka Eveline wyjątkowo irytuje. :)

Ale jako osoba czy postać literacka? :)

I jako osoba i jako postać. Lubię groteskowe postaci Nienackiego w stylu Kuryłły, Anatola czy Bigosa, ale ciotka Eveline mu IMO nie wyszła - jest totalnie sztuczna i tak głupia, że to aż niewiarygodne (podobnie nieudana jest Florentyna).
_________________
 
 
Rólka 
Maniak Samochodzika
Szef forumowej sekcji rowerowej



Pomógł: 6 razy
Wiek: 47
Dołączył: 26 Maj 2015
Posty: 5666
Skąd: Mikołów

Wysłany: 2017-01-06, 23:14:45   

Berta von S. napisał/a:
A mnie ciotka Eveline wyjątkowo irytuje. :)

Mnie też, więc dla tego lubię jej frustracje... :D
_________________
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 51 razy
Wiek: 45
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 15463
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-01-07, 12:58:17   

Rólka napisał/a:
Berta von S. napisał/a:
A mnie ciotka Eveline wyjątkowo irytuje. :)

Mnie też, więc dla tego lubię jej frustracje... :D

No niby logiczne. Ale ja jednak najbardziej lubię sceny, gdzie w ogóle jej nie ma. ;-)
_________________
 
 
Piratka 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomogła: 6 razy
Dołączyła: 23 Sty 2013
Posty: 2338
Skąd: Wyspa Skarbów
Wysłany: 2017-01-14, 16:00:07   5 scen z uzasadnieniem

Berta von S. napisał/a:
Fantomas w moim rankingu jest raczej bliżej końca.
W moim Fantomas jest w ścisłej czołówce razem z Uroczyskiem, Wyspą, Templariuszami i Tajemnicą Tajemnic. Objaśnię to kiedyś bliżej.
Wybór był trudny. Z pewnością w tych pięciu mieszczą się:
1. Światło i dźwięk. Zwłaszcza zdanie To taki wasz nowy trick.
6. Prawdziwy Pigeon jest równie pyszałkowaty, ale mniej sympatyczny. Scena mówi sama za siebie.
8. Robinoux ma nową koncepcję. Zwłaszcza Czy jest pan pewien, że Fantomas wczoraj ukradł obraz Renoira? A może wczoraj on skradł nie Renoira, bo to zrobił miesiąc wcześniej, a właśnie obraz Van Gogha?
14. Starcie z pomocą drogową. Plus scena chwilę wcześniej, gdy PS mówi : A jak ty, Yvonne, wyobrażasz sobie Fantomasa albo jego pomocnika? Że ma zęby wystające z ust jak wampir i toczy wokół wściekłym spojrzeniem? :D
20. Ucieczka Marchanta. Zwłaszcza W tym lochu są szczury wielkie jak koty! :D
Rólka napisał/a:
Uwielbiam frustrację ciotki Eveline, gdy chce opanować wehikuł!
Tak jak i ja.
Berta von S. napisał/a:
A mnie ciotka Eveline wyjątkowo irytuje. :)
Ciocia jest super, zwariowana ale miła.

Bardzo dobre są też sceny, gdy Yvonne mówi
Cytat:
przyjeżdża jeszcze jeden taki, co ma hopla z przerzutką
oraz
Cytat:
wąsy się panu odklejają
I gdy Baron zapytuje
Cytat:
nad czym ja pracuję?
ona odpowiada
Cytat:
Stryj robi złoto.
Zawsze mnie zastanawiało i nadal zastanawia, dlaczego Baron był w kombinezonie, poplamionym oliwą i czy miało to związek z jego hobby.
_________________


- A czy nie ma dobrych piratów?
- Nie. Bo to się mija z samym założeniem piractwa.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Strona wygenerowana w 0,47 sekundy. Zapytań do SQL: 14